Skip to main content

Full text of "Historya Uniwersytetu Jagiellońskiego. Srednie wieki i odrodzenie. Z wstepem o Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego"

See other formats


This  is  a  digital  copy  of  a  book  that  was  preserved  for  generations  on  library  shelves  before  it  was  carefully  scanned  by  Google  as  part  of  a  project 
to  make  the  world's  books  discoverable  online. 

It  has  survived  long  enough  for  the  copyright  to  expire  and  the  book  to  enter  the  public  domain.  A  public  domain  book  is  one  that  was  never  subject 
to  copyright  or  whose  legał  copyright  term  has  expired.  Whether  a  book  is  in  the  public  domain  may  vary  country  to  country.  Public  domain  books 
are  our  gateways  to  the  past,  representing  a  wealth  of  history,  culture  and  knowledge  that's  often  difficult  to  disco ver. 

Marks,  notations  and  other  marginalia  present  in  the  original  volume  will  appear  in  this  file  -  a  reminder  of  this  book's  long  journey  from  the 
publisher  to  a  library  and  finally  to  you. 

Usage  guidelines 

Google  is  proud  to  partner  with  libraries  to  digitize  public  domain  materials  and  make  them  widely  accessible.  Public  domain  books  belong  to  the 
public  and  we  are  merely  their  custodians.  Nevertheless,  this  work  is  expensive,  so  in  order  to  keep  providing  this  resource,  we  have  taken  steps  to 
prevent  abuse  by  commercial  parties,  including  placing  technical  restrictions  on  automated  ąuerying. 

We  also  ask  that  you: 

+  Make  non-commercial  use  of  the  file s  We  designed  Google  Book  Search  for  use  by  individuals,  and  we  reąuest  that  you  use  these  files  for 
personal,  non-commercial  purposes. 

+  Refrainfrom  automated  ąuerying  Do  not  send  automated  ąueries  of  any  sort  to  Google's  system:  If  you  are  conducting  research  on  machinę 
translation,  optical  character  recognition  or  other  areas  where  access  to  a  large  amount  of  text  is  helpful,  please  contact  us.  We  encourage  the 
use  of  public  domain  materials  for  these  purposes  and  may  be  able  to  help. 

+  Maintain  attribution  The  Google  "watermark"  you  see  on  each  file  is  essential  for  informing  people  about  this  project  and  helping  them  find 
additional  materials  through  Google  Book  Search.  Please  do  not  remove  it. 

+  Keep  it  legał  Whatever  your  use,  remember  that  you  are  responsible  for  ensuring  that  what  you  are  doing  is  legał.  Do  not  assume  that  just 
because  we  believe  a  book  is  in  the  public  domain  for  users  in  the  United  States,  that  the  work  is  also  in  the  public  domain  for  users  in  other 
countries.  Whether  a  book  is  still  in  copyright  varies  from  country  to  country,  and  we  can't  offer  guidance  on  whether  any  specific  use  of 
any  specific  book  is  allowed.  Please  do  not  assume  that  a  book's  appearance  in  Google  Book  Search  means  it  can  be  used  in  any  manner 
anywhere  in  the  world.  Copyright  infringement  liability  can  be  ąuite  severe. 

About  Google  Book  Search 

Google's  mission  is  to  organize  the  world's  Information  and  to  make  it  universally  accessible  and  useful.  Google  Book  Search  helps  readers 
discover  the  world's  books  while  helping  authors  and  publishers  reach  new  audiences.  You  can  search  through  the  fuli  text  of  this  book  on  the  web 


at|http  :  //books  .  google  .  com/ 


Jest  to  cyfrowa  wersja  książki,  która  przez  pokolenia  przechowywana  była  na  bibliotecznych  pólkach,  zanim  została  troskliwie  zeska- 
nowana  przez  Google  w  ramach  projektu  światowej  biblioteki  sieciowej. 

Prawa  autorskie  do  niej  zdążyły  już  wygasnąć  i  książka  stalą  się  częścią  powszechnego  dziedzictwa.  Książka  należąca  do  powszechnego 
dziedzictwa  to  książka  nigdy  nie  objęta  prawami  autorskimi  lub  do  której  prawa  te  wygasły.  Zaliczenie  książki  do  powszechnego 
dziedzictwa  zależy  od  kraju.  Książki  należące  do  powszechnego  dziedzictwa  to  nasze  wrota  do  przeszłości.  Stanowią  nieoceniony 
dorobek  historyczny  i  kulturowy  oraz  źródło  cennej  wiedzy. 

Uwagi,  notatki  i  inne  zapisy  na  marginesach,  obecne  w  oryginalnym  wolumenie,  znajdują  się  również  w  tym  pliku  -  przypominając 
długą  podróż  tej  książki  od  wydawcy  do  biblioteki,  a  wreszcie  do  Ciebie. 

Zasady  użytkowania 

Google  szczyci  się  współpracą  z  bibliotekami  w  ramach  projektu  digitalizacji  materiałów  będących  powszechnym  dziedzictwem  oraz  ich 
upubliczniania.  Książki  będące  takim  dziedzictwem  stanowią  własność  publiczną,  a  my  po  prostu  staramy  się  je  zachować  dla  przyszłych 
pokoleń.  Niemniej  jednak,  prace  takie  są  kosztowne.  W  związku  z  tym,  aby  nadal  móc  dostarczać  te  materiały,  podjęliśmy  środki, 
takie  jak  np.  ograniczenia  techniczne  zapobiegające  automatyzacji  zapytań  po  to,  aby  zapobiegać  nadużyciom  ze  strony  podmiotów 
komercyjnych. 

Prosimy  również  o: 

•  Wykorzystywanie  tych  plików  jedynie  w  celach  niekomercyjnych 

Google  Book  Search  to  usługa  przeznaczona  dla  osób  prywatnych,  prosimy  o  korzystanie  z  tych  plików  jedynie  w  niekomercyjnych 
celach  prywatnych. 

•  Nieautomatyzowanie  zapytań 

Prosimy  o  niewysyłanie  zautomatyzowanych  zapytań  jakiegokolwiek  rodzaju  do  systemu  Google.  W  przypadku  prowadzenia 
badań  nad  tłumaczeniami  maszynowymi,  optycznym  rozpoznawaniem  znaków  łub  innymi  dziedzinami,  w  których  przydatny  jest 
dostęp  do  dużych  ilości  tekstu,  prosimy  o  kontakt  z  nami.  Zachęcamy  do  korzystania  z  materiałów  będących  powszechnym 
dziedzictwem  do  takich  celów.  Możemy  być  w  tym  pomocni. 

•  Zachowywanie  przypisań 

Znak  wodny  "Google  w  każdym  pliku  jest  niezbędny  do  informowania  o  tym  projekcie  i  ułatwiania  znajdowania  dodatkowych 
materiałów  za  pośrednictwem  Google  Book  Search.  Prosimy  go  nie  usuwać. 

•  Przestrzeganie  prawa 

W  każdym  przypadku  użytkownik  ponosi  odpowiedzialność  za  zgodność  swoich  działań  z  prawem.  Nie  wolno  przyjmować,  że 
skoro  dana  książka  została  uznana  za  część  powszechnego  dziedzictwa  w  Stanach  Zjednoczonych,  to  dzieło  to  jest  w  ten  sam 
sposób  traktowane  w  innych  krajach.  Ochrona  praw  autorskich  do  danej  książki  zależy  od  przepisów  poszczególnych  krajów,  a 
my  nie  możemy  ręczyć,  czy  dany  sposób  użytkowania  którejkolwiek  książki  jest  dozwolony.  Prosimy  nie  przyjmować,  że  dostępność 
jakiejkolwiek  książki  w  Google  Book  Search  oznacza,  że  można  jej  używać  w  dowolny  sposób,  w  każdym  miejscu  świata.  Kary  za 
naruszenie  praw  autorskich  mogą  być  bardzo  dotkliwe. 

Informacje  o  usłudze  Google  Book  Search 

Misją  Google  jest  uporządkowanie  światowych  zasobów  informacji,  aby  stały  się  powszechnie  dostępne  i  użyteczne.  Google  Book 
Search  ułatwia  czytelnikom  znajdowanie  książek  z  całego  świata,  a  autorom  i  wydawcom  dotarcie  do  nowych  czytelników.  Cały  tekst 


tej  książki  można  przeszukiwać  w  Internecie  pod  adresem  http :  //books .  google .  com/ 


)■  "^  ł«   '   « « 


ŁA>.^^^^*f^'ti£>.^i, 


\ 


llarbarb  CoUege  Itinrarp 


GIFTOF 

ROBERT  HOWARD  LORD 

CU»  of  1906 
ASSISTANT  PROFESSOR  OF  HISTORY 


Y 


HISTORYA 

UNIWERSYTETU 

JAGIELIOŃSKIEOO 


ŚREDNIE  WIEKI  I  ODRODZENIE. 


2  WSniPKU  O  UKIWlCRSmCIE 
KAZmlKRZA  WIELKIEGO 


KAPISAŁ 

KAZIMIERZ  MORAWSJCl 


TOM  II. 


KRAKÓW 

POD  7!AB7IV"«M  J<  FIUroWBKmOO 
1900. 


HISTORYA 

UNIWERSYTETU 

JAGIELLOŃSKIEGO 


ŚREDNIE  WIEKI  I  ODRODZENIE. 

Z  WSTĘPEM  O  UNIWERSYTECIE 
KAZIMIERZA  WIELKIEGO 


NAPISAŁ 


KAZIMIERZ  MORAWSKI 


TOM  IL 


KRAKÓW 

z  DRUKABM  UNIWERSYTETU  JACHELLOŃSKIEGO 
POD  ZARZĄDEM  J.  FILIPOWSKIEGO 

1900. 


Bdjuui^  S^^iLfC^IIOJla 


^ 


EoLwc    ^1  *?  H  o  .  iTTZ. 


Oct.1,19  o 

Oiftof 

Robert  H  Lord 
b4mbrid#i 


V'' 


spis  rzeczy,  zawartych  w  tomie  11. 


KSIĘGA  TRZECIA.  Walki  i  przeobrażenia  sa  Kazi- 

mierza  Ja^ellończyka  i  jego  synów str.  3—324. 

Rozdział  I.  Ludzie  i  prądy  po  soborach. 

Zanik  soborowych  dążności,  str.  3—5.  —  Układy  z  Rzymem, 
str.  6—6.  —  Położenie  w  Polsce,  str.  6—7.  —  Kazimierz  Jagielloń- 
czyk i  obsadzanie  biskupstw,  str.  7—8.  —  Wskutek  postępowania 
króla  przychodzi  do  konfliktu  z  Rzymem  a  następnie  do  starć  ze 
stronnictwem  broniącem  niezależności  Kościoła,  str.  8—9.  Zbigniew 
Oleśnicki  na  czele  opozycyi  przeciw  królowi  str.  9.  —  Powody  i  oce- 
na t^o  przeciwieństwa,  str.  9—10.  —  Niektóre  spory  ówczesne  przy 
wyborach  biskupów,  str.  10—11.  Bellum  spirituale,  str.  11.  —  Prądy 
antyhierarchiczne  w  otoczeniu  króla,  str.  11—12.  —  Jan  Ostroróg  i  jego 
memoryał  str.  12—15.  Stronnicy  Oleśnickiego,  str.  15—16.  —  Jakób 
z  Sienna,  str.  16—19.  —  Powołanie  Jana  Kapistrana  do  Krakowa  i  zna- 
czenie tego  kroku,  str.  19—20.  —  Obserwanci  i  ich  rola  w  ówczesnem 
życiu  kościelnem  str.  20—23.  —  Z  rozkwitem  miast  zjawia  się  pewna 
miękkość  i  zepsucie  obyczajów,  str.  23—25.  —  Działalność  Kapistrana 
w  Krakowie  i  jej  skutki,  str.  25—29.  —  Bernardyni  w  Polsce,  str. 
29—30.  —  Święci  i  błogosławieni,  str.  30—31.  -  Sędziwój  Czechel, 
przedstawiciel  prądów  epoki,  str.  31—32.  —  Jego  studya  i  szczegóły 
z  życia,  str.  32—36.  —  Działalność  jego  w  kraju  w  obronie  wolności 
Kościoła,  str.  36—37.  —  Starcia  z  królem,  str.  37—38.  —  Zostaje 
kanonikiem  regularnym,  str.  38.  —  Wierność  zasadom  soborowym 
nie  opuszcza  go  do  śmierci,  str.  38—39.  —  Jego  upodobania  literackie, 
str.  40— ii2.  —  Stosunek  do  humanizmu  str.  42.  —  Pismo  do  Lu  tka 
z  Brzezia,  biskupa  krakowskiego,  str.  42—44.  —  Zatarg  z  Domini- 


1 


YIU  SPIS   KZEOZT. 

kanami  o  rzeźbę  kościelną,  str.  44—46.  —  Postać  Sędziwoja  w  dzie- 
jach kultury,  str.  46  — 

Rozdział  II.   Uniwersytet  w   drugiej   polowie  stulecia.  Trzy  wyższe 
faicultety. 

Uniwersytet  i  Kazimierz  Jagiellończyk,  str.  47—49.  —  Ugo- 
dność  Kazimierza  usuwa  początkowe  tarcia,  a  uniwersytet  i^uży 
odtąd  wiernie  królowi,  str.  49—61.  —  Jakób  ze  Szadka  str.  52—63. 
Majątek  uniwersytetu,  str.  68.  —  Nowe  fundacye,  str.  63 — 64.  — 
Probostwo  Św.  Mikołaja,  str.  64.  —  Nowe  kollegiatury:  Jana  Dą- 
brówki, Corporis  Ghristi  w  Olkuszu,  Corporis  Christi  u  św.  Floryana^ 
Św.  Tomasza,  św.  Donatusa,  Rudowskiego,  str.  64—68.  —  Collegium 
Minus  i  dalsze  jego  losy;  rok  1464  i  1476,  str.  68—61.  —  Wydział 
teologiczny,  str.  62.  —  Stan  teologii  i  niektórzy  mistrzowie  owych 
czasów,  str.  62—66.  —  Uniwersytet  i  zadania  jego  wobec  Litwy 
i  Rusi,  str.  66—67.  —  Katolicyzm  i  prawosławie,  str.  67.  —  Polityka 
Kazimierza  Jagiellończyka,  str.  67—68.  —  Franciszkanie,  ich  stosun* 
ki  z  uniwersytetem,  str.  68—71.  —  Królewicz  Aleksander,  wielki 
książę  litewski,  str.  71.  —  Franciszkanie  i  uniwersytet  wobec  tre- 
dukcyi»  Rusinów,  str.  72.  —  Dwa  obozy,  str.  72—74.  —  Jan  z  Oświę- 
cimia Sacranus  przedstawia  w  tej  sprawie  uniwersytet  i  jego  zasady, 
str.  74—77.  Życie  jego  i  działalność  publiczna  i  naukowa,  str.  77—82. 
Pośrednie  stanowisko  między  duchem  średnich  wieków  a  odrodze- 
niem, str.  82—83.  —  Prądy  ówczesnej  scholastyki,  str.  83—84.  — 
W  Krakowie  przeważa  skotyzm,  str.  84—85.  —  Główny  skotysta 
Mikołaj  z  Bystrzykowa,  str.  86—88.  —  Jego  uczeń  Jan  ze  Stobnicy, 
str.  88—89.  —  Pewien  zastój  w  dziedzinie  scholastyki,  str.  89—90.  — 
Wydział  dekretystów,  str.  90.  —  Nowe  katedry,  str.  91.  —  Bursa 
dla  kanonistów,  str.  91.  —  Niektórzy  dekretyści  ówcześni,  str.  92—94. 
I*ra\vo  rzymskie  i  jego  znajomość  w  Krakowie  w  piętnastym  wieku 
i  w  początkach  szesnastko  stulecia,  str.  94 — 96.  —  Ostroróg,  str. 
96.  —  Jan  Ursinus,  str.  96—97.  —  Joannes  Silvius,  Ludovicus  Aliphius, 
str.  97—98.  —  Piotr  Tomicki,  str.  98—99.  —  Wydział  medyczny,  str. 
99—100.  —  Rozmieszczenie  t^o  wydziału  str.  100—101.  —  Mała 
liczba  lekarzy,  str.  101—102.  —  Inkorporacye  doktorów  z  zagrani- 
cznymi stopniami,  str.  102—104.  —  Braki  tego  wydziału,  str.  104—106. 
Obok  doktorów  działają  balwierze  i  szalbierze,  str.  106-106.  —  Ba- 
liński str.  106.  —  Humanizm  podnieca  interes  dla  medycyny,  str. 
106—107.  —  Choroby  ówczesne,  str.  107—109.  —  Główni  przedsta- 
wiciele medycyny  w  Polsce:  Piotr  Gaszowice,  Grzymała,  str.  109—111. 
Jan  Weis,  str.  111—112.  —  Jakób  z  6oxic,  przyjaciel  Kallimacha 
str.  112—114.  —   Jan  de  Regulis,  główny  i  długoletni  profesor  kra- 


8P1S   RZBCZT.  IX 

kowski  w  tej  epoce,  str.  114—116.  —  Jan  Ursinus,  str.  116—118.  — 
Maciej  z  Miechowa,  str.  118—119.  —  Jego  życie  i  działalność,  str. 
119—120.  —  Draga  katedra  medycyny  w  uniwersytecie,  str.  120.  — 
Znaczenie  Miechowity,  str.  120—122.  —  Wojciech  z  Szamotuł,  str. 
122.  —  Adam  de  Bochyn,  str.  123 — 124.  —  Medycyna  i  humanizm, 
str.  124-126. 


Rozdział  III.  Na  przełomie  dwóoh  wieków.  Humanizm  i  uniwersytet. 

I.  Stanowisko  Polski  za  Kazimierza  Jagiellończyka,  str.  127—128. 
Polityka  wobec  Czech  i  Węgier,  str.  128 — 129.  —  Polska  pierwszem 
mocarstwem  na  Wschodzie,  str.  129 — 130.  —  Dwór  królewski,  str. 
130—131.  —  Długosz  i  wychowanie  królewiczów,  str.  181.  —  Drugim 
nauczycielem  Kallimach,  str.  131—132.  —  Owoce  tego  wychowania, 
str.  132—133. 

II.  Filip  Buonaccorsi,  zwany  Kallimachem,  str.  133—134.  — 
Wędrówki  jego  północne  i  przyjazd  do  Polski,  str.  134.  —  Fłorent- 
czyoy  w  Krakowie,  Thedald*iowie,  str.  134—136.  Pierwsze  czasy  pobytu 
KaUimacha  w  Polsce,  opieka  Grzegorza  z  Sanoka,  str.  135.  Po  śmierci 
Pawła  II  odzyskał  Kallimach  swobodę  i  znalazł  się  w  Krakowie,  str. 
135—136.  —  Zostaje  nauczycielem  królewiczów,  str.  136.  —  Jego 
i  Polski  antyturecka  polityka  w  tej  epoce,  str.  136—138.  —  Jan  Ol- 
bracht ulubiony  Kallimacha  uczeń,  str.  138—139.  —  Przeciwnicy 
Kallimacha,  str.  139.  —  Występuje  on  w  obronie  żydów,  str.  139—140. 
Znaczenie  jego  społeczne  i  charakter  str.  140—142.  —  Stosunki  oso- 
biste i  przyjaźnie,  str.  142.  —  Piotr  z  Bnina,  jego  charakter  i  umysł, 
str.  142 — 144.  —  Maciej  Drzewicki,  najwierniejszy  Kallimacha  uczeń, 
str.  144—146.  —  Mirica,  Jakób  z  Boxic.  str.  146—147.  —  Znaczenie 
kulturalne  Kallimacha,  str.  147—148.  — 

III.  Kraków,  jego  mieszkańcy  i  kultura:  str.  148—150.  —  Po- 
dróże Polaków  i  Krakowian,  str.  150—152.  —  Mistrz  uniwersytetu 
Michał  z  Wiednia  str.  152—153.  —  Wynalazek  draku  i  drukarnie 
w  Krakowie,  str.  153—154. 

IV.  Ostatnie  błyski  średniowiecznej  nauki  str.  155.—  Bujność 
scholastycznej  dyalektyki  w  Krakowie  na  przełomie  dwóch  wieków 
str.  155.  —  Jan  Głogowita,  str.  156.  —  Jego  życie  i  dzieła  str. 
156-159.  —  Michał  z  Wrocławia,  str.  159—160.  —  Michał  z  Bystrzy- 
kowa,  str.  161.  —  Ocena  ich  naukowej  działalności,  161—162.  — 
Towarzyszy  jej  uprawa  i  rozkwit  mnemoniki,  str.  162.  —  Bernar- 
dyni krakowscy,  str.  162.  —  Tomasz  Murner  i  jego  ars  memorativa, 
str.  163—165. 


X  SPIS    RZBCZ7. 

V.  Budzenie  się  humanizmu  w  uniwersytecie  w  ostatniej  ćwierci 
wieku,  str.  165—169.  —  Siła  atrakcyjna  Krakowa  w  tych  czasach, 
str.  169.  —  Frekwencya  uniwersytetu,  str.  169—170.  —  Znakomitsi 
uczniowie:  Laurentius  Corvinus,  str.  170—171.  Przyjazd  Konrada 
Celtesa,  z  którym  się  pojawia  humanizm  wędrowny  i  wojujący,  str. 
171—172.  —  Charakterystyka  przedstawicieli  tego  kierunku,  ich  za- 
sad i  zamiarów,  str.  172—176.  —  Celtes  i  jego  poplecznicy  w  Krako- 
wie, str.  185—177.  —  Przeciwnicy,  str.  177—178.  —  Stosunek  jego 
do  uniwersytetu,  str.  178 — 480.  —  Działalność  poza  uniwersytetem, 
str.  181.  —  Sodalitas  Yistulana  i  grono  bliższych  jego  znajomych, 
str.  181—184.  —  Zabawy  ówczesne,  str.  184 — 185.  —  Romans  Celtesa 
krakowski,  str.  185—187.  —  Wykłady  w  bursie  węgierskiej,  str. 
187 — 188.  —  Jego  odjazd  i  powody  oddalenia  się  z  Krakowa,  str. 
189—191. 

VI.  Echa  pobytu  Celtesa  w  uniwersytecie,  str.  192.  —  Środki 
odporne  przeciw  nowym  przybyszom  i  kierunkom  str.  193—194.  — 
Rozluźnienie  dyscypliny  i  wybryki  w  murach  uniwersytetu  str. 
194—195.  —  Usiłowania  zmierzające  do  ich  ukrócenia,  str.  195—196. 

VII.  Po  walce,  str.  196.  —  Jan  Olbracht  królem,  str.  197.  — 
Pożar  w  koUegium  artystów  i  nowe  budowy,  str.  198—200.  —  Kan- 
clerz kardynał  Fryderyk,  st.  200—201.  —  Losy  humanizmu  w  Kra- 
kowie po  odjeździe  Celtesa,  str.  201—202.  Śmierć  Kallimacha  w  r. 
1496,  str.  202-208.  —  Jan  Sommerfeld  starszy  (+  1501)  i  jego  dzia- 
łalność w  Krakowie,  str.  204—207.  —  Jan  Rhagius  Sommerfeld 
młodszy,  humanista  wędrowny,  podjął  po  odjeździe  Celtesa  prace 
i  misyę  swego  mistrza  str.  207—210.  —  Koleje  jego  życia  str, 
210—212.  —  Henryk  Bebel  w  Krakowie,  str.  212-214.  —  Wybitni 
uczniowie  tych  czasów:  Anshelm  Valerius  i  Jan  Turmair,  str. 
213—215. 

VIII.  Początki  szesnastego  wieku,  str.  215.  —  Śmierć  Olbra- 
chta i  król  Aleksander,  str.  215.  —  Stosunek  jego  do  uniwersytetu 
str.  216.  —  Plan  założenia  wszechnicy  w  Wrocławiu,  str.  216—217.  — 
Rządy  Zygmunta  Starego,  str.  217.  —  W  początkach  szesnastego 
wieku  uniwersytety  przekształcają  się  w  duchu  humanistycznym, 
str.  217—218.  —  Elegantia  hasłem  humanistów,  str.  218—220.  — 
Wykłady  gramatyczne  w  Krakowie  ulegają  zmianie  na  lepsze,  str. 
220.  —  Modi  epistolandi  krakowskie,  str.  220—221.  —  Bernard  Feyge, 
str.  221—222.  —  Jan  Ursinus  str.  222.  —  Jan  Sommerfeld,  str.  222. 
Jan  z  Oświęcimia,  str.  2  >2— 228.  —  Stanisław  Biel,  str.  223.  —  Sta- 
nisław z  Łowicza,  str.  224.  —  Łukasz  z  Nowego  Miasta,  str.  224.  — 
Auctores  i  artes,  str.  225—226.  —  Pisarze  klasyczni  w  Krakowie,  str. 


SPIS   KZBGZY.  XI 

226 — ^227.  —  Cz^-tanie  ich  wzmaga  się  w  początku  szesnastego  wieku, 
str.  227. 

IX.  « Poeci »  w  Krakowie,  str.  228.  —  Paweł  z  Krosna,  str. 
228—229.  —  Jan  z  Wiślicy  str.  229.  —  Rudolf  Agricola  lunior  i  na- 
jazd Szwajcarów  na  Kraków  w  latach  1510—20.  str.  229—230.  — 
Dom  i  rodzina  Watt'ów,  str.  230—231.  —  Działalność  Agricoli,  str. 
231—232.  —  Jego  uczniowie  str.  232—233.  —  Walenty  Eck,  str.  233. 
Johannes  Hadus,  typ  wędrownego,  niespokojnego  humanisty,  str. 
233— 2:-i7.  —  Powtórny  pobyt  Agricoli  w  Krakowie,  str.  237—238.  — 
Dom  jego  staje  się  znów  ogniskiem  nauki  i  życia,  str.  238—239.  — 
Biskupi  jego  mecenasami,  str.  239—241.  —  Anglik  Leonard  Coxus 
i  Erasmus  Licorianus,  str.  24:1—242. 

X.  Greczyzna,  str.  243.  —  Mało  znana  w  wiekach  średnich, 
str.  243.  —  W  drugiej  polowie  XV-go  wieku  budzi  się  dla  niej  inte- 
res we  Włoszech,  243—244.  —  Aldus  Manutius,  str.  244.  —  Ruch 
ten  przeniósł  się  z  początkiem  szesnastego  wieku  na  Północ,  str. 
246—246.  -  Erfurt,  Wittenberg  i  Lipsk,  str.  245—246.  —  Greczyzna 
w  Krakowie,  str.  246—247.  —  Joannes  Sylvius,  str.  '247—248.  — 
Constanzo  Clariti,  str.  249—251.  —  Znajomość  greczyzny  z  Krakowa 
szerzy  się  na  Północy,  str.  'ii52— 263.  —  Caspar  Ursinus  Velius,  str. 
262—253.  —  Wacław  z  Hirschberg'a,  str.  253.  —  Jerzy  z  Lignicy 
Libanus  str.  254—255.  —  Greczyzna  wśród  walki  zdobywa  sobie 
uniwersytet  od  r.  1520.,  str.  255—267.  —  Język  hebrajski,  str.  267.  — 
Tomicki  Piotr,  str.  267.  —  Znajomość  tego  języka  na  Zachodzie,  str. 
258.  —  Johannes  van  den  Campen,  str.  258.  —  Waleryan  Pernus, 
str.  259. 

XI.  Humanizm  krzewi  się  przeważnie  poza  uniwersytetem, 
po  bursach  i  prywatnych  mieszkaniach,,  str.  259—260.  —  Resum- 
ptiones,  str.  260.  —  Bursa  węgierska  i  niemiecka,  str.  261.  —  W  uni- 
wersytecie ubywa  słuchaczy,  str.  261— :;62.  —  Reformy  idą  powoli, 
a  w  wykonywaniu  dotychczasowych  statutów  wzrasta  opieszałość, 
str.  262—264.  ■—  Lekcy e  wypadają,  szczególnie  arystotelesowskie, 
str.  264—265.  —  Zanik  powolny  dysput,  których  uniwers^-tet  broni 
różnymi  sposobami,  str.  265-266.  —  Bieda  materyalna  zagraża 
istnieniu  niektórych  koUegiatur,  266—267. 

XIL  Wyższe  duchowieństwo  i  jego  usiłowania  w  celu  pod- 
niesienia uniwersytetu,  str.  268—269.  —  Jan  Konarski  popiera  hu- 
manizm. Jego  stosunek  do  wszechnicy,  str.  269—271.  —  Jan  Lu- 
brański,  str.  271.  —  Erazm  Ciołek,  dyplomata  i  mecenas,  str. 
271-273.  —  Mikołaj  Czepiel,  jego  towarzysz,  str.  273—275.  —  Dzia- 


XII  SI'1S    RZECZY. 

lalność  i  zasługi  Piotra  Tomickiego,  str.  275—276.  —  Jan  Łaski  arcy- 
biskup gnieźnieński,  str.  276—278. 

Xin.  Pewne  reformy  w  początku  stulecia,  str.  278—279.  — 
Fundacye  Miechowity  i  Tomickiego,  str.  279—281.  —  Przeobrażenia 
idą  jednak  powoli  i  mają  cechę  polowiczności,  str.  281—282.  —  Dla- 
tego niedostatki  trwają  i  walka  się  przedłuża,  str.  282 — 283.  —  Nie 
wynik  ale  czas  walki  był  świetnym,  str.  283.  —  Kraków  ogniskiem 
postępu  w  różnych  naukach,  str.  283—284-.  —  Historyografia  po  Dłu- 
goszu, str.  284r.  —  Miechowita  str.  284.  —  Król  Aleksander  i  jego 
plany  historyczne,  str.  284 — 286.  —  W  pierwszej  połowie  szesnastego 
wieku  wiele  uniwersytetów  upada,  podobnie  i  Kraków,  str.  285—286. 
Frekwencya  uniwersytetu  się  zniża,  szczególnie  napływ  obcych 
ustaje,  str.  286.  —  Przyczyny  tego  objawu,  str.  286—288.  —  Powody 
ogólno-polityczne  i  lokalne,  str.  288—289.  —  Kraków  się  polszczy, 
a  uniwersytet  staje  się  szkołą  polską  i  plebejską,  str.  289—291.  — 
Świetność  Zygmuntowakiej  epoki  wypływa  z  innych  źródeł,  str. 
291—292. 

Rozdział  IV.  Do  dziejów  matematyki  i  astronomii  w  Krakowie. 

Średnie  wieki  i  znawstwo  przyrody,  str.  29 1 — 295.  —  Mate- 
matyka i  nauka  jej  w  Krakowie,  str.  295—296.  —  Arytmetyka  i  algo- 
rytmy, str.  296—297.  —  Marcin  Król  z  Żórawicy  około  połowy  pię- 
tnastego wieku  przyczynia  się  do  postępu  na  polu  matematyki 
str.  297.  —  Trygonometrya,  str.  297—298.  —  Astronomia,  str.  299. 
Nauka  o  sferze  i  teorya  planet,  str.  299.  —  Katedra  Stobnera  i  przy- 
wiązane do  niej  obowiązki,  str.  HOO.  —  Kalendarze  ówczesne,  str. 
300— HOl.  —  Katedra  Marcina  Króla,  str.  301.  —  ludicia  czyli  pro- 
gnostyki, str.  301.  Warunki  hamujące  rozwój  astronomii  w  średnich 
wiekach,  str.  301.  —  Tabulae  i  brak  obserwacyi,  str.  302.  —  Od 
połowy  piętnastego  wieku  znaczy  się  pewien  postęp  na  tem  polu, 
str.  302—303.  —  Marcin  Król,  str.  303.  —  Piotr  Gaszowiec  i  jego 
obserwacye,  str.  303—304.  —  Marcin  Bylica  z  Olkusza,  str.  304—306. 
Działa  przeważnie  za  granicą;  stosunki  jego  z  Regiomontanusem  we 
Włoszech,  str.  306 — 307.  —  Pobyt  na  Węgrzech;  Bylica  cieszy  się 
łaskami  Macieja  Korwinus'a,  str.  307—308.  —  Stosunki  Bylicy  z  Pol- 
ską i  wpływ  na  naukę  w  Krakowie,  str.  308—309.  —  Dary  jego  dla 
Krakowa,  str.  309—311.  —  Wojciech  Brudzę wski,  astronom  i  huma- 
nista, str.  311.  —  Działalność  jego  i  znaczenie  na  polu  astronomii, 
uczniem  jego  Kopernik,  str.  311—313.  —  Inni  astronomowie  ówcze- 
śni w  Krakowie,  str.  313 — 315.  —  Jan  z  Głogowa  i  Michał  z  W^ro- 
cławia  zajmują  sio  astronomią  praktyczną,  a  raczej  astrologią,  str. 
315—319.  Astrologia  iudiciaria  i  przepowiednie  ówczesne,  str.  318—320. 


SPIS    RZECZY  XIII 

Skłonność  tej  epoki  do  cudactw  i  zabobonu,  str.  320.  —  Alchemia, 
chiromancya.  nekromancya,  str.  320— H21.  —  Faust  i  Kraków,  str. 
322.  —  Domówienie,  str.  322—323.  Astronomowie  obcy  wyszli  ze 
szkoły  krakowskiej,  str.  323—324. 


KSIĘGA  CZWARTA.  Z  życia  scholarów  i  magistrów.  Przyczynki 
do  poznania  organizacyi  uniwersytetu.    .    .    .    str.  327—441. 

I.  Scholarze  uniwersytetu.  Ich  etan  I  pochodzenie. 

Wiek  scholarów  ówczesnych,  str.  326—328.  —  Oplata  przy 
wpisie,  str.  328.  —  Limitacya,  828—329.  —  Depositio  beaniae,  str. 
329—330.  —  Pochodzenie  scholarów,  str.  330—331.  —  Młódź  zakonna 
w  uniwersytecie,  szczególnie  Cystersi  i  Dominikanie,  str.  382 — 336.  — 
Ślązacy  i  Prusacy,  str.  336—337.  —  Węgrzy  str.  333-339. 

II.  Mieezkania  scholarów  I  bursy. 

System  hospicyalny  i  kollegialny,  str.  340—341.  —  KoUegia 
w  Krakowie  i  ich  przeznaczenie,  str.  341—342.  —  Bursy:  bursa  ubo- 
gich czyli  Isnera,  Jeruzalem,  Kanonistów,  str.  342 — 347.  —  Zasługi 
Długosza  około  uposażenia  burs,  345—347.  —  Pomniejsze  bursy: 
filozofów,  medyków,  divitum,  str.  348.  —  Bursa  węgierska  i  jej 
dzieje,  str.  349—352.  —  Bursa  niemiecka,  założona  przez  Jana  z  Gło- 
gowa, str.  352—354.  —  Pod  koniec  wieku  uniwersytet  zmusza  do 
mieszkania  w  bursach,  str.  354—355.  —  Studenci  w  koUegiach  i  szko- 
łach parafialnych,  str.  356 — 327.  —  Organizacya  burs  str.  357—359. 

III.  Zachowanie  eię  młodzieży  I  jurysdykoya  uniwersytetu. 

Wybryki  scholarów,  str.  360—362.  —  Antagonizmy  prowincyonalne, 
str.  362.  —  Mazurzy  celem  częstych  przycinków,  str.  362 — 363.  — 
Przeciwieństwa  narodowościowe,  str.  363—364.  —  Węgrzy  i  Niemcy 
w  Krakowie,  str.  364—365.  —  Sądownictwo  rektora,  str.  865—366. 
Sądy  domowe  w  koUegiach  i  bursach,  str.  .367.  —  Jurysdykcya  kon- 
serwatorów, str.  367—368.  —  Konflikta  z  Węgrami,  str.  368—369.  - 
Szczegóły  procedury  i  wymiar  kary,  str.  370—372. 

IV.  Stopnie  uniwersyteckie. 

Cel  studyów  uniwersyteckich  w  średnich  wiekach,  str.  373— 374. 
Karyera  duchowna,  str.  374—375.  —  Przygodni  scholarze,  str. 
375—376. 


XIV  SPIS    RZECZY 

Stopnie  w  wydziale  artystów,  str.  376.  —  Egzamin  na  baka- 
larza i  jego  warunki,  str.  376—379.  —  Zajęcia  bakalarzy.  Studya  ich 
i  następujące  stopnie:  lioencyata  i  magistra,  str.  379—384!.  —  Fre- 
kwencya  scholarów  na  innych  wydziałach  dużo  mniejsza,  str.  384. 
Bakalarze  medyczni,  str.  385 — 386.  —  Ich  zajęcia  i  praktyka  ogra- 
niczona, str.  386—387.  —  Licencyatura,  str.  388.  —  Pien\'sza  pro- 
mocya  na  doktorów  medycyny  w  Krakowie  w  r.  1627,  str.  888 — ^389. 

Stopnie  na  wydziale  jurystów,  str.  389 — 390.  —  Długie  trwa- 
nie studyów  teologicznych,  str.  390—391.  — Pierwszy  stopień:  Cursor 
str.  392—393.  Sententiarius,  str.  393.  Baccalaureus  formatus,  str.  893. 
Licentiatus  i  magister,  str.  393—394.  —  Magisterium  w  teologii  jest 
rządkiem,  str.  395.  —  Uznawanie  stopni  nabytych  w  innych  uni- 
wersytetach przez  uniwersytet  krakowski,  str.  395—397. 

V.  Rozkład  i  porządek  nauki. 

Rok  uniwersytecki  i  jego  polow}',  str.  398—399.  —  Wakacye, 
str.  399.  —  Dni  świąteczne  i  uroczyste,  str.  400—401.  —  Praca  pod- 
czas wakacyi  i  świąt  tylko  w  części  ustaje,  str.  401.  —  Wypełniają 
je  wykłady  drugorzędnych  profesorów,  wykłady  i  dysputy  bakala- 
rzy str.  401—402.  —  Rozkład  dzienny  nauki,  str.  402—403.  —  Roz- 
maite wykłady  wymagały  więcej  lub  mniej  czasu.  Dlatego  zaczynano 
i  kończono  je  w  różnych  terminach,  str.  403—404.  —  Wybór  lekcyi 
w  fakultecie  artystów,  str.  404—405.  —  Metoda  nauczania,  str.  405. 

VI.  Rektor  I  zarząd  uniwersytetu. 

Wybór  rektora,  str.  406—407.  —  Uprawnienie  czynne  i  bierne, 
str.  407.  —  Obowiązki  rektora,  str.  408—409.  —  Jego  pomocnicy  str. 
409.  —  Bedele  str.  409.  —  Rada  przyboczna,  str.  410.  —  Zebrania 
profesorów  i  ich  kompetencya,  str.  410 — 412. 

VII.  Fakultety  i  kollegia. 

Statuta  uniwersytetu,  str.  413—414.  —  Stosunki  we  wydziale 
teologicznym,  str.  414—416.  —  Artyści:  maiores,  minores,  extranei 
str.  416—417.  —  Dziekan  artystów  i  jego  obowiązki,  str.  417—419. 
Kollegium  króla  Władysława  i  jego  mieszkańcy,  str.  419 — 421.  — 
Powoływania  do  tego  kollegium,  str.  421 — 422.  —  Ustrój  domu  i  jego 
prepozyt,  str.  422.  —  Obowiązki  prepozyta  i  majątek  kollegialny, 
str.  422—423.  —  Stół  wspólny,  str.  423—425.  —  Scholarze  w  kolle- 
gium, str.  425—426.  —  Beneficya  i  ich  osiąganie,  str.  426—428.  — 
Zasobność  kollegium  większego,  str.  428—429.  Collegium  minus 
i  jego  organizacya,  str.  429—430.  —   Collegium  prawników  i  CoUe- 


SPIS   RZECZY  XV 

gium  medicinae,  str.  430—432.  —  W  tych  dwóch   koUegiach  ustrój 
du^.o  luźniejszy,  str.  432 — 433. 

YIII.  Porządki  i  nieporządki  wśród  magistrów. 

Ubiory  w  uniwersytecie,  str.  433 — 436.  —  Wybryki  młodych 
nauczycieli,  str.  436—437.  —  Przykłady  częstszych  przewinień  i  nie- 
które typy  burzliwych  magistrów,  str.  437.  —  Michał  z  Bystrzykowa, 
str.  437—438.  —  Marcin  Kułap  z  Tarnowca,  str.  438—439.  —  Nałóg 
pijaństwa,  str.  439.  —  Marcin  Garbarz  z  Krakowa,  str.  439—440. 
Maciej  z  Przedborza,  str.  440 — 441.  —  Kary  nakładane  na  magistrów, 
str.  441. 

Domówienie str.  442—444. 

Indeks  osobowy str:  445—456. 

Indeks  rzeczowy str.  457—469. 

Poprawki  i  dodatki str.  471—472. 


KSIĘGA  TRZECIA. 

W^ALKI  I  PRZEOBRAŻENIA 

Zk  KAZDOERZi  JAOIEŁŁOliCZTIA  I  JBOO  STRÓW. 


ROZDZIAŁ  1. 

Ludzie  i  prądy  po  soborach. 


Zanik  soborowych  dążności.  —  Układy  z  Rzymem.  —  Położenie 
w  Polsce.  —  Kazimierz  Jagiellończyk  i  obsadzanie  biskupstw.  — 
Wskutek  postępowania  króla  przychodzi  do  konfliktów  z  Rzymem, 
a  następnie  do  starć  ze  stronnictwem  broniącem  niezależności  Ko- 
ścioła. 
Zbigniew  Oleśnicki  na  czele  opozycyi  przeciw  królowi.  --  Powody 
i  ocena  tego  przeciwieństwa.  —  Niektóre  spory  ówczesne  przy  wy- 
borach biskupów.  —  Bellum  spirituale. 
Prądy  anty  hierarchiczne   w  otoczeniu   króla.  —  Jan  Ostroróg  i  jego 

memoryal.  —  Stronnicy  Oleśnickiego.  —  Jakób  z  Sienna. 
Powołanie  Jana  Kapistrana  do  Krakowa  i  znaczenie  tego  kroku.  — 
Obserwanci  i  ich  rola  w  ówczesnem  życiu  kościelnem.  —  Z  rozkwi- 
tem miast  zjawia  się  pewna  miękkość  i  zepsucie  obyczajów.  — 

Działalność  Kapistrana  w  Krakowie  i  jego  skutki. 
Bernardyni  w  Polsce.  —  Święci  i  błogosławieni. 
Sędziwój  Czechel,  przedstawiciel  prądów  epoki.  —  Jego  studya  i  szcze- 
góły z  j^o  życia.  —  Działalność  jego  w  kraju  w  obronie  wolności 
Kościoła.  —  Starcia  z  królem.  —  Zostaje  kanonikiem  regularnym.  — 
Wierność  zasadom  soborowym  nie  opuszcza  go  do  śmierci.  —  Jego 
upodobania  literackie.  —  Stosunek  do  humanizmu.  —  Pismo  do  Lutka 
z  Brzezia,  biskupa  krakowskiego.  —  Zatarg  z  Dominikanami  o  rzeźbę 

kościelną.  —  Postać  Sędziwoja  w  dziejach  kultury. 


Kiedy  w  roku  1447  nowy  władzca  Polski  przesyłał 
wyrazy  obedyencyi  dla  nowego  papieża  Mikołaja  V-go 
w  Rzymie,  było  to  nie  tylko  objawem  przekonań  chwili, 


4  fcSl^OA   m.  —  ROZDZIAŁ   1. 

ale  zarazem  zapowiedzią  nowej  epoki  i  nowych  haseł. 
Epoka  soborowa  się  skończyła.  Feliks  V-ty,  papież  Bazy- 
lejczyków,  był  wogóle  ostatnim  antypapą  w  dziejach  Ko- 
ścioła. Ludzkość  przestała  wierzyć  w  doniosłość  i  skutecz- 
ność soborów  jako  jedynego  lekarstwa  na  choroby  ludz- 
kości i  Kościoła,  jako  jedynego  trybunału  dla  rozwiąza- 
nia sporów,  dzielących  i  jątrzących  społeczeństwa.  Tylko 
wyjątkowo  pojawiały  się  odtąd  te  hasła,  raz  jako  odgłosy 
dusz  szlachetnych,  marzących  o  ideałach  doskonałości  i  ide- 
alnych środkach,  któreby  do  nich  doprowadziły;  tak  n.  p.  Ja- 
kób  z  Paradyża  podtrzymywał  jeszcze  umiłowany  sztandar 
koncyliów  i  wobec  Mikołaja  papieża  bronił  go  z  całą  sta- 
nowczością swych  przekonań  i  gorącością  swej  duszy  ^). 
W  innych  razach  występowało  to  wołanie  o  koncylium 
w  ustach  zbuntowanych  biskupów,  jak  Diethera  arcybis- 
kupa Moguncyi,  lub  jako  pogróżka  i  straszak  ze  strony 
ludzi,  ze  stolicą  apostolską  skłóconych  i  wrogo  dla  niej 
usposobionych.  Ale  sobór  przestał  być  pragnieniem  i  ma- 
rzeniem ogółu  i  wieku.  Dawniejszy  koncyliarysta  Eneasz 
Sylvio  wyraził  najbardziej  jaskrawo  zmianę  usposobień, 
kiedy  twierdził,  że  papież  z  kardynałami  najlepszem  są 
koncylium.  Było  to  odgłosem  nowego  podniesienia  się, 
skrzepienia  i  wzmocnienia  papieskiej  władzy  i  powagi. 
Po  marzeniach  demokratycznych  nastąpiła  reakcya  mo- 
narchiczna,  po  próbach  kościelnego  parlamentowania  prze- 
waga centralnego  rządu  i  zarządu  Kościoła.  Wyrazem 
tego  umocnienia  papiestwa  był  wielki  obchód  jubileuszowy, 
naznaczony  na  rok  1460  przez  Mikołaja  V-go,  który  ty- 
siące pielgrzymów  ściągnął  z  całego  świata  do  stolicy  apo- 
stolskiej. Był  on  obchodem  tryumfu  po  czarnych  dniach 
przeszłości  i  jutrzenką  nowej  świetności.  Wielu  północnych 
ludzi  odnowiło  tu  zluźnione  z  Rzymem  węzły,  wielu  Po- 
laków znalazło  się  na  grobach  apostołów,  żeby  tylko  wspom- 


')  Pastor,  Geschichte  der  P&pste  I,  302,  304. 


LUDZIE   I    PBĄDY   PO    SOBORACH.  5 

I 

nieć  Długosza  i  zagorzałego  koncyliarystę,  towarzysza  jego 
pielgrzymki  jerozolimskiej  Jana  Elgota. 

Po  rozterce  soborowej  nastąpiło  porządkowanie  sto- 
sunków między  państwami  a  papiestwem.  Według  popar- 
cia z  kraju  i  według  chwili  różnie  te  obrachunki  wypadły, 
różnie  ukształtowały  się  zyski,  przypadające  jednej  lub 
drugiej  ze  stron  ze  sobą  paktujących.  Nastała  epoka  kon- 
kordatów. Francya  najwcześniej  zapewniła  sobie  owoce 
dotychczasowych  usiłowań  i  prac  soborowych.  Zgroma- 
dzenie kleru  francuskiego  w  Bourges  w  r.  1438  uchwa- 
liło t  z.  sankcyę  pragmatyczną,  która  przejęła  rozmaite 
dekreta  bazylejskiego  soboru  i  stała  się  podstawą  galli- 
kanizmu,  t  j.  pewnej  narodowej  odrębności  i  autonomii 
francuskiego  Kościoła.  Konkordat  wiedeński  z  roku  1448 
opierał  się  na  wzajemnych  koncesyach,  żądał  wprawdzie 
wolnej  elekcyi  kapituł  dla  biskupstw,  nie  wykluczał  je- 
dnak pod  pewnymi  warunkami  prowizyi  papieskiej. 

Polska  nie  osiągnęła  ani  ogólnego  konkordatu,  obo- 
wiązującego dla  całego  państwa,  ani  szerokich  koncesyi. 
Wypływało  to  stąd,  że  trwając  zbyt  długo  w  opozycyi 
czy  neutralności  układy  rozpoczęła  zbyt  późno,  że  biskupi 
nie  zebrali  się  na  żadną  akcyę  wspólną  i  tą  wspólnością 
silną,  że  król  Kazimierz  znając  przewagę  Kościoła  w  Polsce 
nie  byłby  poparł  żadnych  usiłowań,  dążących  do  utwier- 
dzenia tej  potęgi.  Przez  posłów  wiozących  w  lecie  r.  1447 
do  Rzymu  obedyencyę,  Wyszotę  z  Górki  i  Piotra  ze  Sza- 
motuł, wyraził  król  stolicy  apostolskiej  swe  żądania  i  pro- 
sił o  przyznanie  mu  prawa  kollacyi  wszystkich  beneficyów 
kościelnych  »iure  ordinario  semper  salvo«,  t  j.  bez  wątpie- 
nia o  przyznanie  mu  wpływu  i  prezenty  przy  obsadzaniu 
beneficyów,  nie  mających  osobnego  patrona,  dalej  o  dzie- 
siątą część  dziesięcin  na  sześć  lat>  wreszcie  o  przyznanie 
mu  świętopietrza  na  lat  kilka.  Odpowiedź  papieska  z  roku 
1448  znacznie  ograniczyła  te  żądania;  bulla  papieska  na- 
dała królowi  prawo  jednorazowej  nominacyi  na  90  bene- 


6  KSIĘGA   in. ROZDZIAŁ   I. 

ficyów,  prócz  tego  przyznała  mu  10,000  dukatów  jako  za- 
siłek na  wojnę  z  Tatarami,  którą  to  sumę  duchowieństwo 
polskie  złożyć  miało  ^).  Nastąpiły  układy  stolicy  apostol- 
skiej z  pojedynczymi  biskupami  polskimi,  polegające  na 
tem,  że  papież  nadawał  biskupom  prawo  obsadzania  be- 
neficyów  wakujących  w  pewnych  miesiącach,  podczas  gdy 
w  drugich  zastrzegał  to  prawo  dla  stolicy  apostolskiej  *). 
Polska  wogóle  przy  tych  układach  ani  nie  poru- 
szyła zasadniczych  spraw,  jak  annaty,  ani  nie  pozyskała 
praw  wiele;  i  wszystkie  spory,  które  dotychczas  poruszały 
ludzkość,  wszystkie  prawno- kościelne  dyskusye  i  aspiracye 
byłyby  może  na  razie  ucichły  i  ustąpiły  z  pola,  gdyby  na 
czele  państwa  nie  stanął  władca,  który  zamierzył  ukrócić 
dotychczasową  swobodę  Kościoła  i  siłą  swej  woli  na  niej 
zaważyć.  Przedewszystkiem  postanowił  on  na  stolice  bi- 
skupie dopuszczać  jedynie  takie  osobistością  któreby  mu 
były  miłemi,  były  personae  gratae,  a  na  wybory  kapituł 
wpływać  ograniczająco  zaznaczeniem  swojej  woli  i  swych 
życzeń.  Królewska  teorya  głosiła:  że  od  najdawniejszych 
czasów  i  za  królów  poprzedzających  tego  przestrzegano, 
iż  na  instancyę  i  życzenie  (ad  instantiam  et  petitionem) 
królów  wybrani  przez  kapituły  biskupi,  następnie  od  sto- 
licy apostolskiej  otrzymywali  uznanie  i  zatwierdzenie'). 
A  ta  wola  królewska  niebawem  miała  znaleźć  jaskrawe 
zastosowanie.  Kiedy  mianowicie  w  r.  1449  biskup  kujaw- 
ski Władysław  Oporowski  postąpił  na  arcybiskupstwo 
gnieźnieńskie,  Mikołaj  V-ty  nadał  prowizyę  na  opróżnioną 


*)  Grossó,  Stosunki  Polski  z  soborem  bazyL  156.  —  Por.  Dłu- 
gosz V,  35  i  4:9. 

•)  Grossó  ibid.  str.  167. 

•)  Cale  to  miejsce  w  mowie  Strzempińskiego  z  r.  1460  (Cod. 
epist.  III,  50)  brzmi:  sic  enim  a  vetustissimis  temporibus  regum  prae- 
decessorum  suorum  tentum  et  observatum  dicitur,  quod  ad  instantiam 
et  petitionem  eorum  electi  et  postulati  per  capitula  ecclesiarum 
oonsentientibus  regibus  ao  etiam  nominati  per  ipsos  reges  per  sedem 
apostolicam  eoclesiis  praefioiebantar  etc. 


ŁUDZn   I   PRĄDT   PO    SOBORACH.  7 

stolicę  kujawską  ulubionemu  przez  siebie  i  przebywają- 
cemu w  Rzymie  Mikołajowi  Lasockiemu.  Króla  to  obu- 
rzyło niezmiernie.  Upatrzył  on  bowiem  to  miejsce  dla 
swego  sekretarza  Jana  Gruszczyńskiego,  którym  dla  jego 
dworskości  i  zręczności  dyplomatycznej  stale  i  wiernie  się 
opiekował.  Powolna  kapituła  jednogłośnym  też  wyborem 
uległa  królewskiemu  życzeniu.  Sprawa  ta  zaostrzyła  się  mo- 
cno i  byłaby  doprowadziła  do  poważnego  konfliktu,  gdyby 
śmierć  Mikołaja  Lasockiego,  który  w  r.  1450  uległ  panu- 
jącej we  Włoszech  zarazie,  nie  usunęła  była  groźnej  bu- 
rzy. W  pierwszym  tym  konflikcie  nie  narysowały  się  je- 
szcze dokładnie  obozy;  ludzie,  którzy  później  stanowczo 
przeciw  królowi  występowali,  teraz  jeszcze  zachowywają 
spokój  lub  nawet  wolę  króla  popierają.  Zbigniew  Oleśnicki 
przemawiał  w  tej  sprawie  dosyd  łagodnie;  jego  powiernik 
Długosz  namawiał  nawet  w  Rzymie  Lasockiego,  aby  zrzekł 
się  swej  prowizyi  i  godności  ^).  Tomasz  Strzempiński  wre- 
szcie pojechał  jako  poseł  królewski  do  Rzymu  i  tu  w  kwie- 
tniu r.  1460  wygłosił  mowę,  pełną  humanistycznych  ozdób, 
nakłaniającą  papieża,  aby  cofnął  prowizyę  dla  osobistości 
»quae  non  est  grata  regi  et  militiae  regni«*). 

Stanowisko  Zbigniewa  i  jego  blizkich  jest  mimo  ich 
sympatyi  dla  Lasockiego  zrozumiałem  dlatego,  że  wybór 
kapituły  poparł  tu  wolę  królewską,  że  chodziło  o  odparcie 
rzymskiej  prowizyi,  która  dawnym  Bazylejczykom  była 
przeciwną.  Ale  między  królem  a  obozem  Zbigniewa  na- 
stąpił niebawem  rozłam  stanowczy.  Przyczyniły  się  do 
tego  kościelne  powody,  kiedy  król  nawet  wbrew  woli  ka- 
pituł narzucał  na  biskupstwa  swoich  kandydatów,  przy- 
czyniły się  dalej  w  znacznej  mierze  przeciwieństwa  ogól- 
nej, politycznej  natury.  Zbigniew  Oleśnicki,  który  kierował 
wolą  starzejącego  się  Jagiełły  i  młodością  niedoświad- 
czoną Warneńczyka,  znalazł  w  Kazimierzu  Jagiellończyku 


*)  Por.  Cod.  epistoł.  1.  2,  97  i  108. 
*)  Cod.  epiBt.  Ul,  49. 


o  KSIĘGA   III.  ROZDZIAŁ   I. 

księcia,  mającego  własne  myśli,  energię  w  działaniu  i  sa- 
modzielność. Był  ón  doradcą  przekazanym  tradycyą  i  spad- 
kiem, a  w  takich  razach  ani  spadkobierca  nie  lubi  się 
naginać  do  starości  i  doświadczenia  przeszłości,  ani  radca 
do  nowych  poglądów  i  prądów.  Zbigniew  Oleśnicki  ma 
wobec  Kazimierza  Jagiellończyka  całą  obraźliwość  i  nie- 
zadowolenie ludzi,  którzy  przez  przodków  uznani,  młodych 
książąt  uważają  niejako  za  wtrętów  czy  uzurpatorów,  po- 
minięcie swej  rady  czy  osoby  za  zamach  na  dobro  publi- 
czne. Ciągle  on  się  uskarża  na  to  usuwanie,  na  młodsze 
elementa  »privatum  consiliuma,  wypierające  na  dworze 
Kazimierza  doświadczonych  doradców  z  grona  panów 
małopolskich,  których  Jagiełło  i  Warneńczyk  powolnie 
słuchali.  Stawia  on  Jagiellończykowi  kwestye  gabinetowe, 
grozi,  że  usunie  się  zupełnie,  rozdrażniony  opozycyą  prze- 
ciw jego  pierwszeństwu  jako  kardynała  stroni  od  zebrań 
publicznych,  zaklina  króla  o  poprawę  i  kilkakrotnie 
wywoły wa  pamięć  św.  Stanisława,  przypominając  jego  mę- 
czeństwo; męczeństwo  Zbigniewa  bezkrwawe  polegało  na 
tem,  że  nowe  nastały  czasy,  a  on  tęsknił  do  minionej  prze- 
szłości; nie  znalazł  męczeństwa  śmierci,  lecz  dotkliwsze 
życia  i  przeżycia  siebie  samego.  Miał  niewątpliwie  Zbi- 
gniew często  słuszne  powody  żalów;  kiedy  w  otoczeniu 
króla  odzywały  się  skrajne  i  jaskrawe  swą  radykalnością 
rady  antykościelne,  obruszało  to  słusznie  wielkiego  księcia 
Kościoła.  W  innych  razach  nie  miał  on  jednak  tylko  zro- 
zumienia dla  nowych  kierunków.  Że  król  elementa  szla- 
checkie wciągnął  do  współrady  i  współdziałania,  raziło 
możnowładcę,  że  król  sprzyjał  Litwie,  nie  odstępował  od 
unii  personalnej  i  z  wielką  oględnością  postępował,  aby 
Litwinów  nie  odstrychnąć  od  siebie,  gniewało  Polaka,  któ- 
remu świadomość  i  poczucie  wyższości  zamykało  oczy  na 
wyższe  polityczne  interesa  i  zadania.  Rola  Zbigniewa  za 
Kazimierza  Jagiellończyka  nie  przyczyniła  ani  zasług  ani 
laurów  dla  jego  chwały.  Niezadowolenie,  to  bierne  i  tra- 
wiące uczucie,  skłoniło   go   do  ciągłej  postronnej  krytyki 


LUDZIB  I  PRĄDY  PO  SOBORACH.  9 

lub  do  występów,  które  poniżały  majestat  i  powagę  kró- 
lewskiego tronu.  Jego  mowa,  pełna  goryczy  i  żalów  na 
radzie  królewskiej  w  Krakowie  z  r.  1452^)  i  występy  na 
sejmach  w  Parczewie  i  Piotrkowie  w  r.  1453 ')  były  może 
oratorskimi  tryumfami,  ale  czynami  niechwalebnymi  i  zło- 
wrogimi. Z  aplauzami  otoczenia  łączył  się  łomot  kruszą- 
cego się  majestatu  króla;  a  jeżeli  Długoszowi  wtedy  się 
zdawało,  że  w  rzymskim  zasiada  senacie,  to  senator- 
ska wspaniałość  robiła  tu  sobie  podnóżek  wygodny  ze 
złomów  królewskiego  tronu.  Zbigniew  Oleśnicki  żył  w  roz- 
stroju i  w  tej  niezgodzie  z  królem,  który  go  poniekąd 
słusznie  »wrogiem  swoim«  mianował,  aż  do  zgonu.  Kry- 
tykował wszystkie  niemal  kroki  królewskie,  nie  wyłącza- 
jąc przyjęcia  poddania  się  stanów  pruskich  z  roku  1453. 
Spotka!  się  na  tem  polu  z  wiernym  orędownikiem  Zakonu, 
Eneaszem  Silviusem,  który  w  r.  1453  burzę  pruską  chciał 
zażegnać,  marząc  o  krucyacie  tureckiej.  Dawni  znajomi 
wymieniali  wtedy  listy,  a  niegdyś  zwaśnieni  co  do  wy- 
prawy węgierskiej  Warneńczyka,  teraz  jednego  byli  zda- 
nia >).  Wielkie  pismo  Zbigniewa  z  r.  1454,  po  części  prze- 
słane królowi,  w  części  zatrzymane  w  domu*),  wylicza 
cały  szereg  grawaminów  i  odsłania  duszę  starzejącego  się 
człowieka,  który  nie  ma  już  steru  w  ręku,  ale  mimo  że 
się  zwie  ^znużonym  i  niepotrzebnyma,  ma  jeszcze  dosyć 
siły  na  miotanie  słów  gromowładnych.  Cały  ten  epilog 
życia  Zbigniewa  jest  smutnym  w  wielu  rysach,  jak  rola 
Zamoyskiego  za  Zygmunta  Trzeciego;  jeżeli  epigony  rzadko 
dorównywują  cnocie  i  dzielności  przodków,  to  najmniej 
epigonowie  własnej  osoby. 

Nie  przeczymy,  że  na  dnie  tych  działań  były  często 
szlachetne  pobudki,  ale  historya,  uwzględniając  prywatne 

')  Długosz  V,  109. 

•)  Ibid.  V,  138  i  Caro  Gesch.  Polena  IV,  447. 
*)  Por.  Anton  Weiss:  Aeneas  8ylvius  Piccolomini,  Graz  1897. 
List  Eneasza  z  16  grudnia  r.  1453,  str.  229. 
«)  Cod.  epist.  1,  2,  145. 


10  KssąaA  Ul.  —  rozdział  i. 

tajniki  ludzi,  musi  jednak  przedewszystkiem  działalność 
publiczną  ich  sądzić  i  publiczne  ich  czynów  następstwa. 
Patrzy  ona  okiem  późniejszych  wieków  na  ludzi,  których 
oko  zaślepione  warunkami  chwili  nie  przewidziało  sze- 
regu następstw,  płynących  ze  słów  niebacznych  i  choćby 
w  najlepszej  wierze  podjętych  czynów. 

W  postępowaniu  króla  Kazimierza  były  niewątpliwie 
pewne  szorstkości.  Szczególnie  przy  wyborach  biskupów 
przeprowadzał  on  stanowczo  swoją  wolę,  raz  postawiwszy 
swego  wybrańca  narzucał  go  bezwzględnie,  wywierając 
stanowczy  nacisk  na  kapituły.  Czasami  persona  grata  na 
dworze  królewskim  była  bezsprzecznie  mniejszej  wartości 
moralnej,  jak  jej  rywale.  Kiedy  w  roku  1453  przyszło  w  ka- 
pitule gnieźnieńskiej  do  wyboru  arcybiskupa,  szale  wa- 
hały się  między  Janem  ze  Sprowy,  młodym  jeszcze  i  mało 
znanym,  a  słynącym  już  z  uczoności  i  śtaihy  publicznej 
Tomaszem  Strzempińskim.  Pierwszy  był  protegowanym 
królewskim,  drugi,  jak  król  się  wyrażał,  oculis  ingratus 
nostris.  Król  przeprowadził  wybór  Sprowskiego;  jakich 
przy  tem  gróźb  i  jakiego  nacisku  użył,  wiemy  z  listu  Sę- 
dziwoja Czechla,  pisanego  do  Długosza  w  r.  1472 1).  Król, 
który  nie  miał  długotrwałych  niechęci  ani  uprzedzeń,  już 
w  roku  1455  najżyczliwiej  poparł  wybór  tegoż  Strzem- 
pińskiego  na  biskupstwo  krakowskie.  Po  pięcioletnich 
Strzempińskiego  rządach  wybuchł  jednak  gwałtowniejszy 
zatarg  i  do  namiętniejszych  przyszło  sporów.  W  r.  1460 
zamierzył  król  Kazimierz  ulubieńca  swego  Jana  Gruszczyń- 
skiego popchnąć  na  biskupstwo  krakowskie.  Jan  Qru- 
szczyński  nie  był  zapewne  człowiekiem  wysokiego  na- 
stroju; dworak  zręczny  i  wykwintny  zawdzięczał  on  ra- 
czej swym  towarzyskim  zaletom  szybkie  postępy  i  życzli- 
wość królewską.  Długosz  zarzuca  mu  złe  życie  i  zupełną 
samowolność,  sumienie  martwe,    niezdolne    żadnych  wy- 


»)  Cod.  epist.  I,  2, 


ŁUDZIB   I    PRĄDY    PO    SOBORACH.  11 

rzutów  ni  żalów  *).  Prawda,  ie  historyk  całe  życie  należał 
do  jego  przeciwników;  prawdopodobnie  więc  w  tym  ja- 
skrawym nekrologu  nie  ważył  słów  zbyt  dokładnie.  Ka- 
pituła gnieźnieńska  wbrew  zaleceniu  królewskiemu  wy- 
brała wtedy  Jana  z  Brzezia,  doktora  praw  obojga,  który 
jednak  wskutek  gróźb  i  nacisku  królewskiego  ustąpił 
z  praw  swoich.  Tymczasem  w  Rzymie  Pius  Il-gi  dał  pro- 
wizyę  na  biskupstwo  krakowskie  Jakóbowi  z  Sienna, 
krewniakowi  zmarłego  Zbigniewa  Oleśnickiego  i  wyznawcy 
podobnych  jak  wielki  kardynał  zasad.  Sprawa  ta  zaostrzyła 
się  bardzo  i  gwałtowne  pociągnęła  za  sobą  skutki.  Bellum 
spirituale,  wojna  duchowna  trwała  przez  lata  dwa  i  pół; 
Jakób  z  Sienna  rzucał  klątwy  na  nieposłusznych  sobie 
dyecezanów,  król  Kazimierz  nadzwyczaj  surowo  występował 
przeciw  zwolennikom  Jakóba,  jak  przeciw  Długoszowi  *). 
Mowy  posłów  królewskich  wypowiedziane  w  roku  1461  *) 
w  Rzymie  przed  papieżem  były  stanowczym  odgłosem 
teoryi  królewskiej,  » że  tylko  ten,  który  jest  miłym  królowi 
i  ojczyźniea,  może  zostać  w  Polsce  biskupem;  mowy  te 
zawierały  reminiscencye  z  oracyi  Strzempińskiego  i  lśniły 
cytatami  z  klasycznych  autorów,  jak  Seneka  i  Owidyusz. 
Nie  wywołały  one  jednak  doraźnego  skutku,  bo  dopiero 
w  roku  1462  Jakób  z  Sienna  zrzekł  się  swojej  prowizyi 
i  krakowskiego  biskupstwa.  Król  postawił  więc  na  swo- 
jem,  a  Jan  Gruszczyński  objął  na  krótko  przeznaczone  mu 
biskupstwo,  aby  niebawem  na  gnieźnieńską  postąpić  sto- 
licę. Było  to  jedno  z  najtwardszych  wystąpień  Kazimierza, 
tem  bardziej  szorstkie,  że  wola  kapituły  mimo  napomnień 
królewskich  w  odmiennym  poszła  kierunku. 

Tego   rodzaju  starcia  papiestwa   z    władzą  świecką 
były  wtedy  na  porządku  dziennym.  Duch  opozycyi,  który 


*)  Długosz  V.  593. 
•)  Dlugossii  Opera  I.  482  —  483. 

')  Cod.  epist.  III,  110  i  lU.  Pierwssa  jest  Jana  Rytwiańskiego, 
druga  może  doktora  dekretów  Macieja  z  Raciąża. 


12  KSIĘGA   m. ROZDZIAŁ   I. 

niegdyś  w  soborach  głośno  się  objawiał,  znajdował  teraz 
upust  i  ujście  w  tego  rodzaju  konfliktach.  We  Prancyi 
walczyło  papiestwo  z  dekretami  pragmatycznej  sankcyi 
i  duchem  gallikanizmu,  w  Niemczech  pojawiały  się  ostre 
głosy  przeciw  Rzymowi,  jak  traktaty  hardego  Grzegorza 
z  Heimburga,  a  spór  o  biskupstwo  w  Brixen,  na  które 
kardynał  Mikołaj  de  Cusa  dostał  w  r.  1450  papieską  pro- 
wizyę  wbrew  wyborowi  kapituły,  która  oddała  swe  głosy 
Leonardowi  Wismair,  zakłócił  tam  spokój  na  cały  lat  sze- 
reg i  miał  niejedno  podobieństwo  z  nwojną  duchowąa 
krakowską  ^). 

W  otoczeniu  króla  polskiego  prądy  te  antyhierarchi- 
czne  w  drugiej  połowie  piętnastego  wieku  takie  często 
się  zaznaczały.  Kazimierz  pociągał  coraz  częściej  duchowień- 
stwo do  podatków,  nie  cofnął  się  przed  zastawem  naczyń 
kościelnych  na  potrzeby  wojenne,  przy  czem  niektórzy 
biskupi  stanowczy  założyli  protest,  opierał  się  pociąganiu 
spraw  krajowych  przed  sądy  w  Rzymie  *). 

A  po  za  tem  padało  niewątpliwie  w  tych  kołach  króla 
niejedno  słowo  bardziej  jeszcze  ostre  i  radykalne,  niepo- 
kojące umysły  i  groźne  swemi  radami.  Mamy  tu  na  myśli 
słynny  memoryał  Jana  Ostroroga  p.  i  Monumentum . . . 
pro  rei  publicae  ordinatione  congestum').  Czas  jego  po- 
wstania nie  zupełnie  pewny;  ze  wszech  miar  jednak 
wydaje  się  prawd opodobnem,  że  pismo  to  pojawiło  się  ra- 
czej bliżej  roku  1460,  a  nie  w  drugiej  połowie  rządów 
Jagiellończyka,  około  r.  1477.  Źródła  memoryału  także  na 


^)  Yoigt,  Enea  Silvio  III,  303  i  nast.,  573. 

')  Cod.  epist  III,  585:  quoniam  nuUo  modo  admittere  Yolumus 
et  tolerare,  quod  subditi  regni  nostri  iure  forensi  et  extraneo  debeant 
conveniri,  gravari  et  opprimi. 

')  Bogata  literatura  w  tej  sprawie:  Caro,  Pamiętnik  Akad.  urn. 
wydz.  filozof.  1884  str.  37.  Tamże  Dobrzyński  str.  73;  Pawiński,  Jan 
Ostroróg  Warszawa  1884;  Małecki,  Kwartakiik  hist.  1887  str.  386, 
Rembowski,  Niwa  1884. 


ŁtTDSU^   I   PAĄDY   PO   dO&OftAC^  13 

pewne  określić  się  nie  dadzą.  Myślano  o  piśmie,  w  Niem- 
czech powstałem  w  r.  1438  p.  t  Reformatio  Sigismundi 
imperatoris  jako  o  wzorze  i  źródle  Ostroroga,  inni  zwra- 
cali uwagę  na  husyckie  oddźwięki  memoryalu,  inni  wy- 
kazywali wreszcie  jego  punkta  styczne  z  politycznymi 
traktatami  francuskimi  czternastego  wieku.  Nie  naszem 
zadaniem  odważać  te  sądy  i  zdania.  Nas  przedewszyst- 
kiem  zajmuje  głos  sam  Ostroroga  i  doniosłość  tego  głosu. 

Znać  w  nim  młodość  i  skrajność  młodości.  Autor 
przebywszy  studya  na  uniwersytecie  erfurckim,  który  się 
odznaczał  wybitnym  soborowym  duchem,  musiał  w  jakimś 
imiwersytecie  włoskim  osiągnąć  stopień  doktora  praw 
obojga.  Prawo  rzymskie  ma  dla  niego  wielki  urok;  Dniema 
lepszych  ustaw  nad  te,  które  wymyślili  senatorzy  i  cesa- 
rzem, powiada  on  w  swym  memoryale.  A  obok  tego  hu- 
manizm oddziałał  na  niego  całą  siłą  swych  przekonań 
i  zapałów.  Dzieciom  z  drugiego  małżeństwa,  zawartego 
w  późnym  dosyć  wieku,  nadaje  on  nazwiska  Achillesa 
i  Polisseny;  wyraźnie  nastrój  młodości  nigdy  go  już  nie 
opusciŁ 

Staje  on  wszędzie  na  wybitnem  narodowem  stano- 
wisku, wyrzeka  przeciw  kazaniom  niemieckim  rozbrzmie- 
wającym w  Polsce  i  Niemcom  zalewającym  polskie  kla- 
sztory; szczególnie  jednak  chytrzy  Włoszkowie,  wyłudza- 
jący pieniądze  z  Polski,  budzą  jego  gniew  i  sarkazmy. 
Narodowy  i  antyhierarchiczny  antagonizm  wybrzmiewa 
tu  w  jednych  i  wspólnych  wyrazach.  Przemawia  on  prze- 
ciw składaniu  bezwzględnej  obedyencyi  papieżom,  bo  po- 
wtarza za  kilku  nawrotami,  że  król  Polski  prócz  Boga 
nikomu  wyższości  nad  sobą  nie  przyznaje,  kruszy  kopię 
za  wyborem  biskupów  przez  króla,  za  zniesieniem  annat, 
za  wstrzymaniem  wszelkich  datków  i  podatków  dla  Rzymu 
przeznaczonych.  Wszystkie  żale  i  spory,  które  wtedy  po- 
ruszały umysły,  znalazły  tu  oddźwięk,  a  Ostroróg  zale- 
cał dla  nich  ostre,  stanowcze,  radykalne  rozwiązania.  Przez 


14  ksiigoA  m.  —  ttosDźiAŁ  t 

wszystko  snuje  się,  jak  nić  przewodnia,  słuszne  żądanie 
poszanowania  dla  króla,  jego  osoby  i  rozkazów. 

Ostroróg  w  wielu  szczegółach  wstąptt  na  drogę  pro- 
wadzącą do  narodowego  Kościoła,  czy  państwowego.  Zu- 
pełna zależność  biskupów  od  wyboru  monarchy  przekształ- 
ciłaby ich  niechybnie  w  urzędników  państwowych.  Jego 
niechęć  do  duchowieństwa,  które  radby  obedrzeć  ze  wszel- 
kich dochodów,  skłoniła  go  do  wycieczek  niesprawiedli- 
wych i  krzywdzących;  z  oburzenia  na  nadużycia  i  niepo- 
rządki gotów  on  nawet  uprawnione  porządki  wywracać. 
Duchowieństwo  pozbawione  wszelkich  akcydensów  odsyła 
do  biskupów.  »Na  to  —  powiada  w  rozdz.  XV-tyin  —  są 
utworzone  biskupstwa  i  uposażone  z  dóbr  rzeczypospo- 
litej,  aby  sługom  kościelnym  dostarczały  zapłaty. « 

Były  to  dążności  grożące  przewrotem  i  podjudza- 
jące do  rozluźnienia  istniejącego  ustroju.  Król  Kazimierz 
nie  poszedł  zapewne  nigdy  tak  daleko  w  swych  wystą- 
pieniach, ale  jego  stanowczość  w  przeprowadzaniu  swoich 
wybrańców  przy  wyborach  kościelnych,  ściąganie  niektó- 
rych podatków  z  duchowieństwa  w  sposób  zaostrzony 
przez  ludzi  niechętnych  majątkom  kościelnym,  wre- 
szcie niektóro  gwałtowne  słowa,  które  w  chwilach  na- 
prężenia z  Rzymem  padały,  mogły  niepokoić  ludzi  ko- 
ścielnych i  książąt  Kościoła.  Kiedy  w  r.  1478  nuncyusz 
papieski  Baltazar  de  Piscia,  popierając  króla  Macieja  wę- 
gierskiego, posunął  się  aż  do  rzucenia  klątwy  na  Kazi- 
mierza i  jego  syna  Władysława,  króla  czeskiego,  naten- 
czas wysłał  król  poznańskiego  kanonika  Jana  Gosłupskiego 
do  Rzymu  z  poselstwem;  zagroził  papieżowi,  że  wszel- 
kie beneficya  rezerwowane  dotąd  prowizyi  papieskiej  sam 
będzie  obsadzał,  że  wszelkie  apellacye  i  odnoszenia  się  do 
Rzymu  odtąd  uzna  za  niedozwolone,  że  odwoła  wszyst- 
kich Polaków  przy  kuryi  pozostających  ^).  Chociaż  do 
spełnienia  tej  groźby  nie  przyszło,  to  sam  ton  jej  jest  na- 


')  Por.  Cod.  epist.  I.  2,  281  i  Ul,  291. 


ŁUDZlt   I   PlŁĄDlr   PO    SOilORAOfl.  16 

uczającym  i  dowodzi,  jakie  prądy  nurtowały  wtedy  na 
dworze  królewskim. 

Król  Kazimierz  nie  był  naturą  gwałtowną.  Przykładny 
pod  względem  obyczajów  i  życia  rodzinnego,  nie  był  on 
też  bynajmniej  wrogiem  Kościoła  ani  kościelnego  życia. 
Opozycya  Zbigniewa  Oleśnickiego  wypływała  w  większej 
części  z  politycznych  pobudek  i  w  tem  miał  on  za  sobą  pa- 
nów korony,  mianowicie  małopolskich;  osobistość  jego  po- 
tężna i  wszechwładna  cierpiała  na  usuwaniu  jego  wpły- 
wów i  rady,  a  czar  jego  osobistości  pociągał  za  nim  tych, 
którzy  mu  byli  zupełnie  oddani;  niektóre  wreszcie  kroki  ko- 
ścielne nowego  króla  napełniały  go  niepokojem  i  troską.  Lu- 
dzie Kościoła  bali  się  o  zgnębienie  Kościoła  przez  wolę  kró- 
lewską, ci,  którzy  dawniej  bronili  go  przed  wszechwładzą 
papieską  na  soborach  i  podczas  soborów,  nie  mogli  oczy- 
wiście spokojnie  spoglądać  na  wpływy  świeckie,  targające 
się  na  wolność  kościelną.  Wielu  z  nich  chętniejby  się 
teraz  zgodziło  na  prowizyę  papieską,  niż  na  wyznaczenie 
biskupa  z  poręki  króla. 

Z  takich  żywiołów  składała  się  opozycya,  która  się 
zawiązała  około  Zbigniewa  i  w  początku  panowania 
Kazimierza  była  obozem  krakowskiego  biskupa.  Wspo- 
mnimy tylko  wielkich  panów,  którzy  do  niej  się  zaliczali: 
Jana  z  Tenczyna,  krakowskiego,  Jana  z  Oleśnicy  sędomir- 
skiego  wojewodę;  a  przypatrzymy  się  bliżej  ludziom  niż- 
szym, którzy  podzielali  poglądy  krakowskiego  biskupa, 
dzielili  jego  prace  i  zabiegi. 

Znani  oni  nam  już  w  wielkiej  części.  Wielu  profe- 
sorów uniwersytetu,  szczególnie  starszych,  należało  do 
wiernych  stronników  i  wielbicieli  Oleśnickiego.  Około  roku 
1450  przerzedzały  się  jednak  szeregi  tego  pokolenia.  Umarł 
wtedy  Bartłomiej  z  Radomia  i  Jan  z  Radochoniec,  a  Jan 
Elgot,  wierny  korespondent  Zbigniewa  i  Długosza  opła- 
kiwał te  zgony:   Znakiem  to  —  pissJ^)  —  gniewu   Bożego 


')  Cod.  epist  1,  8,  101. 


16  ItSdtOA   Ilt. -^  fiOfi^ŻlAŁ  t. 

być  się  wydaje,  że  odchodzą  od  nas  najlepsi,  których  nauka 
i  wymowa  powinna  nas  pocieszać,  popierać  i  nami  kie- 
rować. On  sam,  sterany  na  zdrowiu,  myślał  już  raczej 
o  zbawieniu  duszy,  niż  o  czynnych  występach  i  przedsię- 
brał w  tym  celu  z  Długoszem  pielgrzymkę  do  Jerozolimy. 
Wkrótce  potem,  w  roku  1452  po  życiu  pełnem  i  różnych 
kolejach,  oddał  Bogu  ducha,  opłakiwany  przez  licznych 
przyjaciół — commimis  omnium  amicus — i  przez  samego 
kardynała^).  Tomasz  Strzempiński,  wybitny  koncyliarysta 
i  profesor  uniwersytetu,  należał  także  do  stronnictwa  Zbi- 
gniewa. » Wielkim  szermierzem  za  wolność  Kościołaa  na- 
zywa go  Długosz ').  Dlatego  też  król  Kazimierz  stanowczo 
się  sprzeciwił  jego  wyniesieniu  na  arcybiskupstwo  gnieź- 
nieńskie w  r.  1453.  Później  stosunki  się  zmieniły  na  jego 
korzyść,  w  r.  1455  został  on  podkanclerzym,  a  kiedy  po 
śmierci  Zbigniewa  opróżniło  się  biskupstwo  krakowskie, 
król  nie  miał  nic  przeciw  jego  wyborowi.  Jako  biskup 
krakowski  pozostał  on  jednak  wiernym  zasadom  swoim 
i  Zbigniewa;  jak  Zbigniew  nie  pochwalał  on  wojny  pru- 
skiej, którą  uważał  za  niekorzystną  i  niesprawiedliwą, 
i  jako  stróż  gorliwy  majątku  kościelnego  nie  przystał  na 
zastawienie  naczyń  i  klejnotów  katedry  krakowskiej"). 
Młodszym  członkiem  tego  obozu,  który  o  wiele  przeżył 
dawnych  wspólników  pracy  i  myśli,  był  Jakób  z  Sienna. 
Był  to  krewniak  Zbigniewa  Oleśnickiego,  a  pod  wielu 
względami  spadkobierca  jego  stanowiska  i  jego  szerokiej, 
bogatej  kultury.  Nie  myślimy  ich  kłaść  w  jednym  rzędzie; 
wielki  kardynał  przewyższał  o  wiele  swego  bratanka  po- 
tęgą swej  osobistości  i  wpływów;  ale  Jakób  z  Sienna 
wstępował  wiernie  w  jego  ślady,  kiedy  się  zajmował 
wszystkiem,  co  ówczesna  cywilizacya  dawała  człowiekowi 
i  ludzkości,  kiedy  na  wszystkich  polach,  w  dziedzinie  nauki 


')  Cod.  epist.  1,  2,  ISO. 

')  Opera  I,  430. 

>)  DIugosE  V,  280  i  8S2. 


ŁUDZIB   I   PRĄDT   PO   SOBORACH.  l7 

i  sztuki  przysparzał  chwały  i  pożytku  swojej  ojczyźnie, 
wzbogacając  księgozbiory  polskie  i  zdobiąc  świątynie  cen- 
nymi nabytkami  i  pomnikami,  a  miał  dalej  ze  Zbigniewem 
to  podobieństwo,  że  był  popędliwy  —  ad  iram  vehemens, 
jak  się  Długosz  wyraża,  co  się  wyraźnie  zaznaczyło  w  jego 
długim  i  stałym  oporze  podczas  »wojny  duchownej«  o  kra- 
kowską stolicę.  Wykształcenie  swe  musiał  on  osiągnąć 
za  granicą,  może  w  Rzymie,  dokąd  odtąd  w  misyach  dy- 
plomatycznych i  innych  po  kilkakroć  wracał.  W  r.  1448 
był  sekretarzem  królewskim,  dobrze  zapisanym  w  sercu  mo- 
narchów *),  w  r.  1449  znalazł  się  w  Rzymie  jako  wysłannik 
Zbigniewa  i  tam  pozyskał  sobie  względy  i  łaskę  życzliwą 
papieża  Mikołaja  Y-go").  Wkrótce  też  został  protonota- 
ryuszem  apostolskim,  a  prowizye,  w  Rzymie  wyrabiane, 
wnosiły  mu  coraz  nowe  beneficya;  król  stale  mu  przy- 
chylny popierał  te  jego  zabiegi  i  starania*).  W  r.  1459 
już  jako  proboszcz  gnieźnieńskiej  i  krakowskiej  kapituły 
posłanym  on  został  w  zaszczytnej  misyi  na  kongres  man- 
tuański,  który  papież  Pius  II  zwołał  w  celu  przygotowa- 
nia i  podjęcia  antytureckiej  krucyaty.  Jakób  ze  Sienna 
wystąpił  tu  z  mową  radzącą,  aby  Zakon  Krzyżacki  przenie- 
siono na  wyspę  Tenedos  dla  walki  z  Turkami.  Pius  Il-gi  nie 
przyklasnął  jednak  tej  myśli,  a  prokurator  Zakonu  wystąpił 
z  mową,  szarpiącą  polskiego  monarchę*).  Ponieważ  poseł 
polski  zarzutów  tych  nie  odparł,  ponieważ  wogóle  nic  nie 
wskórał,  wzięto  mu  to  za  złe;  zarzucano  mu,  że  swoje  ra- 
czej interesa,  a  nie  publiczne  uprawiał  na  kongresie.  Jego 
ambicya  zrażała  doń  ludzi  ^),  podejrzy  wano  go,  że  schorowa- 
nego Tomasza  Strzempińskiego  namawiał,  aby    na  jego 


')  Cod.  epist.  III,  86. 

*)  Por.  jego  biografię  u  Korytkowskiego,  Arcybiskupi  gnieź- 
nieńscy t  II,  str.  892. 

•)  Por.  Cod.  epist.  III,  689. 

*j  Długosz  V,  299  i  Voigt  Enea  SUyio  3,  68. 

^)  Yirum  ambitionis  notoriae  nazywają  go  przeciwnicy  u  Dłu- 
gosza V,  336. 

0ifl.  Ualw.  T.  u.  8 


16  KSI^A   ni. KOZDZIAŁ   1. 

korzyść  zrzekł  się  stolicy  krakowskiej.  To  też  niebawem 
wybuchło  owe  bellum  spirituale,  w  którem  król  się  oparł 
jego  prowizyi  na  krakowskie  biskupstwo.  Kiedy  w  roku 
1463  spór  się  uciszył  po  zrzeczeniu  się  Jakóba  z  Sienna, 
udał  się  tenże  na  południe.  Słyszymy,  że  papież  Pius  Il-gi 
dawnego  posła  mantuańskiego  przyjął  życzliwie,  że  po- 
wierzył jego  opiece  miasto  i  pałac  w  Tivoli,  aby  Jakóbowi 
zapewnić  utrzymanie  i  dochody^).  W  Rzymie  i  Tivoli 
wypoczął  on  też  po  pełnych  niepokoju  i  rozstroju  latach  osta- 
tnich. Król  Kazimierz  tymczasem,  który  chętnie  zapomi- 
nał urazy,  chciał  go  już  w  roku  1463  posunąć  na  biskup- 
stwo płockie,  a  w  r.  1464  nie  sprzeciwił  się  jego  wynie- 
sieniu na  stolicę  kujawską.  Po  ośmiu  latach  rządów  osię- 
gnął  on  w  r.  1473  najwyższą  godność  kościelną  w  Polsce, 
arcybiskupstwo  gnieźnieńskie  i  jako  prymas  życie  zakoń- 
czył w  roku  1480. 

Częste  podróże  na  Południe  i  pobyty  we  Włoszech 
wyrobiły  w  nim  wielkie  interesa  naukowe  i  obudziły 
umysł  i  poczucie  dla  wszystkiego  co  piękne.  Z  Wioch 
przywoził  on  rękopisy  do  Polski,  kupił  n.  p.  w  Bolonii 
w  r.  1469  bardzo  ozdobny  rękopis  starszego  Pliniusza, 
który  następnie  darował  uniwersytetowi'),  księgozbiory 
krakowskie  i  inne  wzbogacił  rozmaitymi  darami.  A  ko- 
ścioły, przy  których  był  kanonikiem  i  biskupem,  otrzymały 
z  jego  hojności  liczne  i  cenne  nabytki,  wyroby  hafciar- 
skie, arrasy,  a  przede  wszy  stkiem  stalle,  uderzające  swą 
ozdobnością.  »W  dziejach  kultury  i  cywilizacyi  tego  czasu 
odegrał  on  niepoślednią  rolę«^).  Była  to  osobistość  pełna 
życia  i  krewkości,  nie  zapominająca  o  swoich  postępach, 
lecz  śledząca  z  równą  gorliwością  wszelkie  drgania  i  kroki 
swojego  wieku. 

^)  bługosz  Opera  I,  542. 

')  Katalog  rękop.  Jag.  n.  531. 

')  Por.  o  tern  wszystkiem  gruntowną  rozprawę  prof.  Soko- 
łowskiego, Z  dziejów  kultury  i  sztuki,  Kraków  1897,  mianow.  str.  9, 
15  nast. 


Łm>ZnB   I    l>RĄDT   PO    dOfiOHAGH.  19 

Wybiegliśmy  z  nim  nieco  w  dal;  na  jego  młodość 
i  pierwszą  życia  połowę  wywarł  Oleśnicki  wpływ  swój 
przeważny;  dostał  się  on  w  kręgi  fal  poruszonych  ude- 
rzeniem wiosła  tego  wielkiego  wioślarza.  Zbigniew  tak 
mu  ufał,  że  podobno  przemyśliwał  o  następstwie  krewniaka 
na  krakowskiej  stolicy.  Mówiliśmy  już  o  schyłku  życia 
wielkiego  kardynała,  o  jego  »secessus«,  pozornem  cofnię- 
ciu się  od  działań  publicznych  i  burzach,  które  miotały 
jego  duszą.  Pierwszego  kwietnia  roku  1455  umarł  on 
w  Sandomierzu,  gdzie  czas  postu  przepędził  na  ćwicze- 
niach i  służbie  duchownej.  —  Odznaczył  się  za  młodu 
pr2y  pogromie  Krzyżaków  pod  Grunwaldem;  w  chwili 
śmierci  dochodził  go  znów  szczęk  broni  wielkiej  pruskiej 
wojny.  Zamykał  oczy  z  niepokojem  co  do  przyszłości  kraju 
i  dalszych  kroków  młodego  króla,  któremu  nie  ufał.  Kiedy 
Zbyszek,  dzwon  ofiarowany  przez  niego  katedrze  krakow- 
skiej, rozbrzmiewał  nad  jego  zwłokami,  zwiastował  on 
miastu  i  światu  zgon  wielkiego  człowieka,  który  był  długo 
»pierwszym  po  królu«,  a  w  końcu  strącony  z  tego  stano- 
wiska zajął  prawie  stanowisko  pierwszego  przeciw  kró- 
lowi, człowieka,  który  we  wszelkich  dziedzinach  życia  pu- 
blicznego i  duchowego  w  Polsce  wywarł  wpływ  ogrom- 
ny, stanowił  epokę,  a  po  części  zamykał  epokę  stano- 
wczej supremacyi  Kościoła  nad  państwem.  »Był  on  —  we- 
dług słów  wiernego  mu  do  śmierci  i  po  śmierci  Długo- 
sza—  jak  gwiazda  jaśniejąca,  opromieniająca  królesti^o 
polskie  i  kościół  krakowskLoc 


Zanim  się  z  tą  postacią  rozstaniemy  na  zawsze,  trzeba 
nam  jeszcze  poświęcić  uwagę  jednemu  z  ostatnich  czynów 
jego  życia,  powołaniu  Jana  Kapistrana  do  Krakowa.  Przy- 
bycie tego  zakonnika  do  Polski  jest  zrozumiałem  jedynie 
na  tle  szerokiem  ogólnych  prądów  ludzkości  i  prądów  po- 
litycznych chwili  i  na  tem  tle  dopiero  rysuje  się  wyraźnie. 

W   pierwszej   połowie   piętnastego    wieku   myślano 


20  KSIĘGA   m.  ROZDZIAŁ   I. 

O  poprawie  Kościoła  i  społeczeństw  przez  sobory.  Szcze- 
gólnie uniwersytety  i  akademicka  nauka  rzuciły  to  hasło 
i  spodziewały  się  od  koncyliów  wykorzenienia  głównych 
niedostatków  ciążących  na  ludzkości.  Równocześnie  z  tern 
szedł  inny  prąd,  dążący  do  reformy  klasztorów  i  zakonów, 
przez  które  odrodzenie  życia  i  obyczajów  miało  się  dostać 
w  szerokie  warstwy  społeczeństwa.  Franciszkanie  odzna- 
czali się  na  tern  polu;  powracając  do  pierwotnej  reguły 
swojego  zakonu,  nawiązując  tradycye  dawnej  surowości, 
zaczynając  więc  reformę  od  siebie,  chcieli  oni  przykładem 
i  nauką  zwalczać  wszystko  złe  nagromadzone  przez  wieki. 
Tak  powstali  t  z.  Obserwanci,  którzy  w  piętnastym  wieku 
dochodzą  do  wielkiego  rozkwitu,  a  odgrywają  z  wielu 
względów  podobną  rolę,  jak  Jezuici  w  stuleciu  następnem. 
Wielka  postać  Bernardyna  z  Sienny  zajaśniała  wśród  ich 
szeregu,  a  postać  ta  przysporzyła  całemu  zgromadzeniu 
świetności  i  chwały,  kiedy  Mikołaj  V-ty  w  roku  jubileuszo- 
wym 1450  wyniósł  ją  na  stopnie  ołtarzy.  Podczas  soboru 
bazylejskiego  Obserwanci  stali  wiernie  przy  papieżu; 
Eugeniusz  IV-ty  otaczał  ich  dlatego  szczególną  życzliwo- 
ścią i  opieką.  Nie  dziw  więc,  że  kiedy  soborowa  epoka 
minęła  i  przygasły  soborowe  zapały,  papiestwo  upatrzyło 
w  zastępach  tych  Franciszkanów  odpowiednie  narzędzie 
do  reformowania  ludzkości,  do  dokonania  tego,  o  co  so- 
bory w  swych  usiłowaniach  reformy  na  próżno  się  kusiły. 
Druga  połowa  piętnastego  wieku  znaczy  się  na  polu  re- 
ligijnem  wielkiem  podnieceniem  i  rozgrzaniem  umysłów, 
a  najpiękniejszym  kwiatem  tego  religijnego  nastroju  było 
pismo:  o  Naśladowaniu  Chrystusa,  uderzające  swoją  świe- 
żością i  nieśmiertelnością.  Obserwantom,  którzy  byli  mi- 
syonarzami  z  powołania  i  zawodu,  przypadła  w  tym  ru- 
chu religijnym  bardzo  wybitna  rola. 

Jan  Kapistran  szedł  w  ślady  Bernardyna  ze  Sienny 
i  od  wielkiego  swego  poprzednika  datował  odnowienie 
religii  katolickiej.  Wstąpiwszy  do  zakonu  w  roku  1416, 
zaczął  on  działalność  swoją  we  Włoszech,  każąc  po  mia- 


ŁUDZIB  I  PRĄDY  PO  SOBORACH.  21 

Stach  półwyspu,  szczególnie  w  miejscach  uniwersyteckich, 
aby  nauką  swoją  i  wymową  zdobywać  umysły  młode 
i  uzbrojone  wykształceniem  na  dalszą  szermierkę.  Po  roku 
1450,  kiedy  Mikołaj  V-ty  papież  słał  na  wszystkie  strony 
świata  swoich  legatów,  aby  prostować  i  regulować  za- 
wichrzone  stosunki*),  otworzyła  się  misya  północna  dla 
Kapistrana.  Cesarz  Frydryk  Ill-ci  przez  Eneasza  u  papieża 
misyę  tę  wyrobił.  Na  ubogiego  Franciszkanina  nałożono 
rozliczne  zadania;  miał  on  między  klasztorami  północy 
zaprowadzić  obserwantyzm,  ale  prócz  tego  umysły  jednać 
dla  cesarza,  zetrzeć  się  z  husytyzmem  i  przygotowywać 
umysły  do  antytureckiej  krucyaty*).  Capistrano,  który  był 
uczonym  i  pisał  »przeciw  Bazylejskim  schizmatykom«, 
mógł  i  w  tym  kierunku  antysoborowym  walne  oddać  pa- 
piestwu usługi,  stłumić  spóźnione  echa  koncyliarnych  as- 
piracyi  i  pogróżek. 

Jeden  człowiek  i  to  zakonnik  miał  więc  stawić  czoło 
zepsuciu  społeczeństw  i  dążeniom  szeroko  rozgałęzionym. 
Było  to  w  stylu  wieku,  a  przedewszystkiem  w  stylu 
włoskim.  We  Włoszech  przez  cały  wiek  XV-ty  rozbrzmie- 
wały po  miastach  potężne  głosy  i  gromy  zakonników,  na- 
woływujących  do  pokuty,  poprawy,  zerwania  z  grzechem, 
nałogami  i  narzędziami  używania  i  rozpusty.  Potęga  głosu 
i  wymowy  grała  tu  na  duszach  ludzkich,  wyrywała  z  piersi 
napełnionych  przestrachem  i  skruchą  słowa  wyrzeczenia 
i  czyny  pokutne;  całe  miasta  gromadziły  się  około  kazno- 
dziei i  w  przystępie  żalu  paliły  to,  co  dotychczas  uwiel- 
biano, czem  się  cieszono,  na  stosach  (talamo)  umyślnie 
wznoszonych®).  Szereg  tych  kaznodziei,  czy  proroków 
snuje  się  przez  wiek  cały  od  Bernardyna  z  Sienny  aż 
do  słynnego  Savonaroli,  spalonego  w  roku  1498  we  Flo- 
rencyi. 

')  Pastor,  Geschichte  der  Pdpste  I,  344.  —  Por.  też  Yoigt,  Enea 
m,  312. 

*)  Yoigt,  Joh.  Capistrano,  Histor.  Zeitschrift  X,  str.  42. 
■)  Por.  Burckhardt:  Cultur  der  Renaissance  II,  241. 


22  |C8IĘGA    IIT. ROZDZIAŁ    J. 

Tera^  tep  głos  i  ta  wymowa  miały  spróbować  sij 
swoich  na  Północy.  Syn  Abruzzów,  Giovanni  Capistrano 
miał  wobec  Niemców  i  Słowian  podobnych  użyć  śro- 
dków na  poruszenie  i  oczyszczenie  sumień.  Podążył  on  da 
połudpiowych  Niemiec  i  wschodnich,  zwiedził  pogra- 
nicza husyckiej  rozterki.  Na  wiosnę  roku  1451  puścił 
się  Capistrano  na  tę  północną  wyprawę,  przebiegł  z  kolei 
Neustadt,  Wiedeń,  Ratysbonę,  Norymbergę,  Lipsk,  Mag- 
deburg, Hallę,  Erfurt,  Wrocław,  przebywał  dużo  na  Mo- 
rawach. Książęta  i  miasta  zapraszały  go  przez  swych  po- 
słów*); wszyscy  byli  spragnieni  jego  głosu,  który  pioru- 
nował przed  masami  nierozumiejącemi  jego  słowa,  w  ła- 
cińskim języku  po  kilka  godzin  dziennie.  Wiel«  sprawiał 
sam  widok  natchnionego  kaznodziei,  który  morę  Italico,  rę- 
kami i  nogami  komentował  i  popierał  słów  swoich  donio- 
słość^); reszty  zadania  dopełniał  tłómacz,  przekładający 
mowę  kaznodziei  na  język  pospolity.  Gromy  spadały  na 
grę  i  wybredność  w  ubraniach,  na  peruki  i  długie  fry- 
zury kobiece,  na  sztuczne  farbowania  i  spiczaste  trzewiki, 
na  lichwę,  wyzyskującą  biedaków.  Okrzyk  Penitenza  był 
konkluzyą  i  miał  być  hasłem  poprawy  i  odmiany.  Ostre 
słowa  padały  też  z  kazalnicy  na  żydów  i  doprowadziły 
w  wielu  miejscach  do  stanowczych  przeciw  żydowskiemu 
plemieniu  wystąpień. 

Wieści  o  tych  zwycięstwach  i  powodzeniach  francisz- 
kańskiego zakonnika,  o  cudach,  które  on  sprawiał  w  su- 
mieniach i  innych  cudach,  któremi  opromieniono  jego  osobę^ 
dochodziły  do  Polski  i  budziły  pragnienie  zużycia  tej  siły 
dla  miejscowych  niedostatków  i  potrzeb.  Przecież  Polska 
leżała  w  promieniu  husyckich  dążności  i  nadawała  się  już 
dlatego  do  posiewu  wielkiego  kaznodziei.  Przy  tem  my- 
ślano o  misyjnych  zadaniach  względem  Wschodu,  a  mia- 


*)  Yoigt.  Histor.  Zeitschr.  X,  44. 

')  Morę  italico  manibus  et  pedibus  praedicata  demonstrayit  — 
Yoigt  Enea  U.  26. 


LUDZIK  I   PRĄDY   PO   80B0RA0H.  23 

nowioie  Rusi.  Unia  florencka  nie  wiele  tu  zdziałała;  w  Pol- 
sce o  jej  skutkach  wyrażano  się  nawet  wobec  papieża 
z  pewnem  lekceważeniem^).  Obiecywano  sobie  tedy,  że 
przybycie  Kapistrana  mogłoby  tu  cuda  wytworzyć  i  do- 
prowadzić unię  na  Rusi,  w  której  prace  soboru  florenc- 
kiego prawie  żadnych  nie  pozostawiły  śladów.  A  wreszcie 
żywiono  nadzieję,  że  nauki  złotoustego  mówcy  wpłyną  na 
poprawę  obyczajów,  na  których  upadek  w  tej  dobie  skar- 
żono się  coraz  częściej  i  z  coraz  większym  przestrachem. 
Na  pewne  zdziczenie  obyczajów,  rozluźnienie  kar- 
ności społeczeństwa,  na  zbrodnie  zbyt  bezczelnie  szerzące 
się  i  cieszące  się  zupełną  bezkarnością  utyskiwano  wtedy 
powszechnie;  w  Niemczech  żale  te  były  na  porządku  dzien- 
nym, w  Polsce  w  początkach  panowania  Kazimierza  Ja- 
giellończyka skargi  te  rzucano  ciągle  w  oblicze  króla  i  ro- 
biono monarsze  zarzuty,  że  tej  sromoty  nie  usiłuje  powścią- 
gnąć. Długosz  piętnuje  w  kilku  miejscach  ten  stan  zdzi- 
czenia, kradzieże  i  rozboje,  coraz  bardziej  się  szerzące'), 
Elgot  w  liście  do  Oleśnickiego  z  r.  1448  opisuje  gwałty 
uliczne,  których  widownią  był  wtedy  Kraków  •).  Ciągle 
przy  tem  pojawiała  się  skarga,  że  niema  ręki,  któraby  po- 
skromiła te  zbrodnie  *).  A  obok  tych  jaskrawych  występków 
przyjmować  się  teraz  zaczęła  miękkość  czy  zepsucie  pod 
wpływem  rosnącego  dobrobytu  po  miastach  i  tchnień  rozlu- 
źniających wskrzeszonej  kultury,  która  po  wierzchu  na- 
przód poznana  jaskrawemi  przede wszystkiem  stronami  ude- 
rzała i  pociągała  umysły.  Wzrost  i  rozkwit  miast  w  są- 
siednich Niemczech  był  wtedy  ogromny;  uderzały  one 
cudzoziemców  swoją  pięknością  i  świetnością,  Eneasz  Sil- 
yius  unosił  się  nad  ich  przepychem.  Nihil  magnificentius, 


')  Cod.  epistoł.  I,  2.  122  i  125. 

>)  Długosz  V.  40,  70,  87. 

*)  Cod.  epist.  1,  2,  46. 

^)  Długosz  V,  41:  Nec  inventu8  est  aliguis  ex  omnibus  regoi 
Poloniae  baronibus,  qai  interponeret  se  ad  sabmovendum  tanta  spo- 
Ha  et  furta.  Elgot  1.  o.  non  est  qui...  cohibere  yelit. 


24  KSIĘGA    ni. ROZDZIAŁ   I. 

nihil  ornatius  tota  Europa  reperies.  Pokrewny  im  miesz- 
kańcami i  nastrojem  Kraków  dotrzymywał  kroku  temu 
rozwojowi  i  postępowi.  W  końcu  wieku  pisa^  Schedel, 
że  znajdzie  tu  wszystko,  czego  natura  ludzka  pożąda, 
a  przypomnieć  warto,  że  mieszczki  krakowskie  wycho- 
dziły wtedy  za  mąż  za  książąt  śląskich^). 

Z  ożywieniem  się  handlu  i  wzrostem  dobrobytu  szło 
w  parze  wielkie  podniesienie  się  przepychu  i  wystawno- 
ści  w  ubiorach,  życiu  i  strawie.  Kaznodzieje  niemieccy 
piętnastego  wieku,  a  mianowicie  największy  z  nich  Geiler 
von  Kaisersberg  są  niewyczerpani  w  jaskrawem  przedsta- 
wianiu tego  przeobrażenia  się  obyczajów  na  gorsze.  Es 
gon  jetz— mówi  Geiler — Frauwen  wie  die  Man,  lassent 
das  Har  an  den  Rucken  hangen  und  hont  Baretlin...  uff. 
Sebastian  Brant  piorunuje  na  młodych  elegantów;  sie 
btiflen  das  Haar  mit  Schwefel  imd  Harz  und  steifen  es 
in  feste  Formen  etc.  etc.  *).  A  zupełnie  podobnie  jak  Geiler, 
utyskiwano  wtedy  w  Polsce  nad  zepsuciem  obyczajów, 
nad  wzrastającym  przepychem  i  zniewieściałością  w  ubio 
rze'),  piętnowano  mieszkańców  Krakowa  wdumę  i  prze 
pych  w  ubiorach  kobiet... ;  doszło  do  tego,  że  żony  i  córki 
mieszczan  noszą  pokrycie  na  głowy,  które  zwykle  birretami 
zowią,  wartości  dwudziestu,  trzydziestu  lub  więcej  grzy 
wien.«  Na  innem  miejscu  sam  Długosz  zabiera  głos  w  tej 
sprawie,  gromiąc  pyszałków,  trwonicieli,  niewieściuchów 
co  włos  swój  trefią  i  w  loki  układają  i  idą  o  lepsze  w  mięk 
kości  z  niewiastami*).  Ten  sam  przełom,  który  trwożył 
kaznodziejów  niemieckich,  to  samo  wyłanianie  się  jakiejś 
nowej  kultury  z  twardej  i  surowej  średniowieczyzny  za- 
znaczył więc  dobitnie  Długosz  w  swojej  historyL  Jan 
Elgot,  jako  wikary  in  spiritualibus,  przemyśliwał  o  środkach 

»)  Długosz  V,  128. 

')  Dużo  szczegółów  z   Janssen^a,   Gesohichte  des   deutsohen 
Yolkes  1,  402  i  nast. 

•)  U  Długosza  IV,  601. 
*)  V,  471, 


LUDZIE   I   PRĄDY   PO    SOBORACH.  26 

ratunku;  naradzał  się  w  tym  celu  z  mistrzem  uniwersy- 
tetu Mikołajem  Tempelfeldem  z  Brzegu,  który  był  przez 
lat  szereg  kaznodzieją  kościoła  Panny  Maryi,  jakby  zara- 
dzić złemu  —  ąuatenus  circa  vitia  populi  civitatis  Craco- 
yiensis  opportuno  remedio  succurreretur.  —  Teraz  słowa 
Kapistrana  miały  zagrzmieć  nad  sumieniami. 

Począwszy  od  roku  1451  słał  w  tym  celu  Zbigniew 
Oleśnicki  liczne  pisania  do  Kapistrana,  zapraszając  go  do 
Krakowa,  król  Kazimierz  także  od  siebie  przesłał  doń  pi- 
smo wzywające.  Zbigniewowi  chodziło  bardzo  o  pozyska- 
nie wielkiego  kaznodziei;  głos  jego  rozbrzmiewający  w  Kra- 
kowie podnosił  stolicę  biskupią  krakowską  ponad  inne 
dyecezye,  a  o  to  biskup-kardynał  zawsze  gorliwie  się  sta- 
rał; przytem  rachował  Zbigniew,  że  przez  wpływy  i  rady 
zakonnika  zmieni  niejedno  w  postępowaniu  króla  Kazi- 
mierza. Kiedy  Capistrano  w  r.  1453  pojawił  się  w  Wro- 
cławiu, Jan  Długosz  osobistem  wstawieniem  się  ostatecznie 
wyjednał  jego  przybycie  do  Polski  i  wraz  z  nim  zawitał 
niebawem  do  Krakowa.  28-go  sierpnia  r.  1453  nastąpił 
upragniony  przyjazd,  a  raczej  wjazd  tryumfalny.  Wielkie 
masy  ludu  wyległy  przed  Kleparz;  król,  królowa  Zofia 
i  kardynał  wprowadzili  upragnionego  zakonnika  wśród 
tłumnej  procesyi  do  miasta.  Nie  zamieszkał  on  tu,  jak  zwy- 
kle czynić  zwykł,  w  klasztorze  Franciszkanów.  Krakowscy 
bowiem  Franciszkanie  byli  co^wentuales^  t  j.  luźniejszą  mieli 
regułę,  a  podczas  soboru  bazylejskiego  stali  po  stronie  kon- 
cylium,  tak  że  aż  Zbigniew  Oleśnicki  musiał  ich  w  roku 
1449  bronić  i  usprawiedliwiać  przed  jenerałem  Minory- 
tów ^).  W  Krakowie  wysiadł  tedy  Kapistran  w  domu  mie- 
szczanina Jerzego  Sworcz  w  rynku  2).  Niebawem  zaczęło 
się  jego  działanie.  Wątpić  nie  możemy,  że  z  królem  omó- 
wił on  rozmaite  sprawy,  mianowicie  rzeczy  sporne,  rażące 
wielkiego  kardyn^Ja.  Wystąpił  więc  przeciwko  podatkowi, 


»)  Codex  epiat.  III,  673. 
•)  Długosz  Hiat.  V,  148. 


26  KSIĘGA   m. ROflCDZIAi/   I. 

zwanemu  stationes,  którym  król  obciążał  szczególnie  do- 
bra klasztorne  ^),  wystąpił  przeciw  przywilejom,  które  król 
w  r.  1447  nadał  i  potwierdził  żydom.  Jan  Kapistran  wszę- 
dzie się  ucierał  z  wpływami  żydowskimi,  ich  lichwą  i  nad- 
użyciami. Już  we  Włoszech  tem  się  odznaczył,  w  Niem- 
czech napiętnował  przed  królem  Fryderykiem  spustoszenia 
lichwy  żydowskiej'),  w  Wrocławiu  przyszło  za  pobytu 
Kapistrana  do  procesu  żydowskiego  i  wypędzenia  żydów 
z  miasta').  Z  rosnącym  dobrobytem  i  rosnącem  znacze- 
niem żydów  na  targu  pieniężnym  szło  wtedy  ręka  w  rękę 
podniecenie  umysłów  przeciw  semickiej  rasie,  mnożyły 
się  wybuchy  niechęci  i  prześladowania.  Od  r.  1432  pona- 
wiały się  w  miastach  niemieckich  coraz  częstsze  wypę- 
dzania lichwiarzy  żydowskich*).  Lecz,  jeżeli  poeta  nie- 
miecki Helbling  śpiewaj  wtedy: 

Der  Jaden  ist  gar  za  viel 

Hie  in  diesem  Lande, 
to  jakież  wrażenie  zrobić  musiała  ich  mnogość  w  Polsce, 
do  której  według  późniejszego  źródła  wszelkie  żydy,  wy- 
pędzone z  sąsiednich  królestw  i  krajów  napływały  ^).  Król 
Kazimierz  oparł  się  jednak  radom  Kapistrana  i  Zbigniewa 
i  przywileju  nie  odwołał.  Długo  to  burzyło  umysły  •),  a  nie- 
którzy przypisywali  niepowodzenia  królewskie  gniewowi 
Boskiemu  za  te  i  inne  obrazy. 

Główną  jednak  działalność  rozwinął  gorliwy  zakon- 
nik przed  tłumami  i  dla  tłumów.  Pobyt  jego  w  Krakowie 
przeciągnął  się  aż  do  14  maja  r.  1454.  Przez  cały  ten  czas 
rozbrzmiewamy  w  królewskiej  stolicy  jego  słowa.  W  lecie 


*)  Caro,  Gesohichte  Polens  IV.  460. 

')  Yoigt  w  Hist.  Zeitschr.  10,  42  i  Enea  Silvio  II,  25. 

•)  Mon.  Pol.  hist.  III,  785. 

*)  Janssen,  Gesohichte  des  d.  Yolkes  I,  |419  nast.  Por.  ibid. 
VIII,  24  nast. 

*)  CoUect.  ex  archivo  coU.  iurid.  I,  391  —  2.  (Uchwały  synodu 
piotrk.  z  r.  1542). 

*)  Por.  słowa  Oleśnickiego  Cod.  epist.  1,  2,  146. 


ŁUDZIĆ    I    PllĄDY    PO    SOBORACH.  27 

ustawiano  ambonę  przed  kościołem  św.  Wojciecha  na 
rynku.  Tłumy  zalegały  plac  cały  i  z  natężoną  uwagą 
słuchały  dwugodzinnego  łacińskiego  kazania,  które  nastę- 
pnie ksiądz  miejscowy,  najczęściej  profesor  uniwersytetu 
Stanisław  z  Kobylina  ttómaczył  na  polskie  ').  W  zimie 
odbywały  się  kazania  w  kościele  Panny  Maryi.  Mówiono 
o  wielu  cudach,  uzdrowieniach;  pod  wrażeniem  słów  gro- 
miących zbytek  i  rozpusty  spalono  na  stosie  rozmaite  przy- 
bory i  narzędzia  zabawy.  Kraków  jako  miasto  uniwersy- 
teckie szczególnie  musiał  podniecać  płomienistą  wymowę 
wielkiego  kaznodziei.  Rozgrzmiał  tu  niewątpliwie  sąd  nad 
pychą  i  wyniosłością  akademickiej  nauki,  która  co  dopiero 
tak  śmiało  podniosła  głowę  przeciw  papiestwu;  rzucono 
jej  w  oczy  Hamletowskie:  idź  do  klasztoru,  a  działalność 
Kapistrana  znalazła  szczególny  oddźwięk  wśród  bakałarzy 
krakowskich.  Wielu  z  nich  według  świadectwa  współcze- 
snego przywdziało  szaty  zakonne'). 

Ale  zapytać  się  należy,  czy  obok  zwykłej  misyjnej 
pracy  padły  tu  posiewy  szerszego  apostolstwa,  zbliżające 
dwa  Kościoły  chrześcijańskie  do  siebie,  podejmujące  dzieło 
zaledwie  poczęte  przez  unię  florencką?  O  pracy  takiej  na 
razie  nie  słyszymy.  Myślano  o  takich  zadaniach,  kiedy 
przywoływano  Kapistrana  do  Polski,  ale  rola  jego  ogra- 
niczyła się  na  Krakowie.  Rok  1453,  naznaczony  klęską 
chrześcijaństwa,  upadkiem  Konstantynopola,  odwrócił  nie- 
bawem oczy  i  uwagę  w  inną  stronę,  wysunął  naprzód 
niebezpieczeństwo  tureckie  i  zwrócił  Kapistrana  jak  tyle 
przewodnich  umysłów  piętnastego  wieku  na  tory  antytu- 
reckiej  propagandy. 

Z  husytyzmem  nie  było  się  co  w  Krakowie  rozpra- 
wiać. Po  upadku  Gałki  kacerstwo  to  zdawało  się  drze- 
mać.   W  liście  zapraszającym  do  Kapistrana  z  roku  1451 


*)  Monum.  Pol.  histor.  HI,  876. 

^  Mon.  Pol.  III,  413:  multi...  baocalaurei  uitravenmt  ad  eum 
in  religionem, 


28  KSngoA  in.  —  rozdział  i. 

mówi  Oleśnicki  o   szczególnej   prawo  wiem  ości  królestwa 
polskiego  ^). 


*)  Długosz  Hist.  V,  94. —  Zetknął  się  Kapistran  w  Krakowie 
z  pewnym  magistrem,  nazwiskiem  Paulus  de  Praga,  który  wpra- 
wdzie nie  był  otwartym  wyznawcą  husytyzmu,  ale  miewał  z  Hu- 
sytami  stosunki  i  w  każdym  razie  dwuznaczne  w  tej  mierze  zajął 
stanowisko.  Ten  Paulus  de  Praga,  urodzony  z  żyda,  zwiedził  w  ciągu 
życia  rozmaite  uniwersytety,  praski,  wiedeński,  padewski,  bonoński, 
krakowski,  studyując  artes  i  medycynę.  Około  r.  1443  zaczął  nau- 
czać w  Pradze,  lecz  wkrótce  wypędzonym  stąd  został  przez  Kaliity- 
nów  do  Pilzna.  W  r.  14f61  przybył  on  do  Krakowa  i  zapiss^  się  do 
metryki  uniw.  jako  mag.  Paulus  de  Praga  doctor  artium  et  medi- 
clnae.  W  r.  1452  uszedł  stąd  przed  zarazą  do  Wrocławia.  Tam  się 
spotkał  z  Janem  Kapistranem,  a  skoro  odkryto  przypadkiem  jego 
stosunki  listowne  z  Hus3rtami,  których  do  Wrocławia  zapraszał, 
wtrąconym  został  do  więzienia.  Kiedy  jednak  złożył  stanowcze  wy- 
rzeczenie się  błędów  i  obiecał  przyjąć  wszelką  karę  z  ręki  Kapi- 
strana,  wypuszczono  go  na  wolność.  Wtedy  wbrew  przyrzeczeniom 
umknął  on  natychmiast  do  Pragi  i  tam  nawiązał  i  odnowił  znów 
pewne  z  Hu sytami  stosunki.  Ponieważ  jednak  nie  znalazł  u  nich  ży- 
czliwości ani  poparcia,  wrócił  do  Krakowa.  Los  go  tu  zetknął  znowu 
z  Kapistranem.  Za  dawne  i  świeże  przewinienia  wtrącono  go  za 
przyczyną  kaznodziei  ponownie  do  więzienia.  Zdaje  się,  że  przyganiał 
jego  naukom,  odzywał  się  z  pewnemi  husyckiemi  zdaniami.  (Por. 
Dzieduszycki  Zb.  Oleśnicki  II,  412).  Dopiero  kardynał  Zbigniew  pis- 
mem do  Mikołaja  V-go  z  r.  14;53  wstawił  się  za  nim,  twierdząc,  że 
to  człowiek  w  gruncie  nie  niebezpieczny  i  nie  zatwardziały  w  prze- 
wrotności. Dziwaczna  to  raczej  osobistość,  autor  dzi^a  yiginti  ar- 
tium (Pauli  Paulirini  olim  Paulus  de  Praga  Yocitati  yiginti  artium  . . . 
liber.  Cod.  Jag.  267),  które  w  Krakowie  przechowywane  uchodziło 
długo  za  księgę  czarodzieja  Twardowskiego.  W  rzeczywistości  jest 
to  encyklopedya  wiedzy  ówczesnej.  Por.  Muczkowski,  Pauli  Paulirini 
yiginti  artium  librum...  descripsit  J.  M.  Cracoyiae  1835.  Piss^  on 
do  wszystkich  książąt  świeckich  i  duchownych  o  zasiłki,  znalazł 
wreszcie  w  r.  1466  przytułek  u  króla  czeskiego  Jerzego  Podjebrada. 
(Muczk.  str.  15  i  59).  Ale  i  tu  źle  mu  się  działo,  bo  narzucać  swe 
rady  księciu,  krytykował  rządy  swego  opiekuna  (str.  60),  a  Husyci 
go  prześladowali.  Ma  on  rysy  pokrewne  z  innym  Czechem,  owym 
Pawłem  Krawarem,  który  około  r.  1432  żebrał  u  Jagiełły  i  narzucsił 
mu  swe  rzekomo  światłe  i  zbawcze  tajemnice  i  rady.  Cod.  epist 
III,  613. 


LUDZIB    I   PRĄDT    PO    SOBORAOH.  29 

Za  to  udały  się  franciszkańskiemu  kaznodziei  inne 
zadania,  zachody  około  podniesienia  dusz,  pomnożenia 
chwały  Bożej  i  swojego  zakonu.  Zbigniew  Oleśnicki  za- 
łożył w  Krakowie  na  Stradomiu  klasztor  Obserwantów 
Św.  Franciszka,  u  nas  Bernardynami  zwanych,  niebawem 
powstały  klasztory  ich  w  Warszawie,  Poznaniu,  Kościanie, 
Wschowie  i  Kobylinie*).  Bernardyni  stali  się  z  biegiem 
czasu  najliczniejszym  i  najpopularniejszym  zakonem  u  nas; 
podczas  gdy  bowiem  inne  zakony  składały  się  przewa- 
żnie z  obcych  kolonii,  Włochów  lub  Niemców,  to  ducho- 
wna rodzina  św.  Kapistrana  z  początku  zaraz  na  samych 
tylko  Polaków  się  ogranicza,  przybiera  oddzielne  zupełnie 
stanowisko,  a  nawet  nieco  odmienną  u  siebie  wyrabia 
regułę*).  A  ponieważ  ci  Bernardyni  rozwinęli  niebawem 
wielką  na  Wschodzie  działalność,  przeto  wpływ  Kapistrana 
odbił  się  pośrednio  na  dziejach  i  rozwoju  unii  Kościołów. 

W  wieku  piętnastym,  głoszącym  ciągle  reformę  i  spra- 
gnionym reformy,  wiele  osobistości  zaczynało,  jak  nadmie- 
niliśmy, tę  reformę  od  siebie,  przyświecało  przykładem 
świętego  i  bogobojnego  życia.  Wspominaliśmy  Andrzeja 
Laskarza,  biskupa  poznańskiego,  jednego  z  najzagorzal- 
szych koncyharystów  w  początku  wieku,  który  i  w  Kon- 
stancyi  i  w  kraju  popierał  reformę  zakonów,  miał  stosunki 
z  klasztorem  Benedyktynów  w  Melk  i  pod  koniec  życia  ze 
stolicy  biskupiej  do  tamtejszej  celi  zakonnej  zamierzał  się 
schronić.  Jego  przyjaciel  najbliższy  Paweł  Włodzimierza 
wstępuje  na  schyłku  żywota  do  zakonu  Kanoników  Late- 
raneńskich.  Bazylejczyk  Dersław  z  Borzynowa  został  także 
po  ruchhwem  i  pełnem  działaniu  kanonikiem  regularnym. 
Myśl,  aby  surowy  zakon  Kartuzów  sprowadzić  do  Polski, 
snuje  się  od  Jagiełły  przez  cały  wiek  piętnasty;  historyk 
Długosz   szczególnie   nią   się   przejął  i  kilkakrotnie   pona- 


*)  Długosz  Hist.  V,  217. 

*)  Por.  artykuł  ks,  Chodyńakiego,  Bernardyni  w  Polsce,  w  En- 
cyklopedyi  kościelnej. 


30  KSIĘGA    m. ROZDZIAŁ    t. 

wiat  zachody  w  tej  mierze,  które  jednak  nie  dosięgły  za- 
mierzonego celu. 

Pobyt  więc  Jana  Kapistrana  w  Krakowie  znalazł 
rolę  podatną  i  zaważył  także  stanowczo  na  rozgrzaniu 
religijnem  serc  i  dusz  podniesieniu.  W  wieku  tym,  w  któ- 
rym Dominikanie  wydali  cały  szereg  wzniosłych  postaci. 
Franciszkanie  zabłyśli  wieńcem  cnotliwych  zakonników, 
na  których  czele  stanął  Bernardyn  z  Sienny  i),  ziemie 
Polski  umaiły  się  również  wzniosłych  postaci  urodzajem. 
Stulecie  to  w  Polsce  wydało  poczet  ludzi,  których  Kościół 
uwieńczył  swą  aureolą  i  wyniósł  na  stopnie  ołtarzy.  Od- 
młodzony zakon  św.  Franciszka  znacznie  się  do  tego  przy- 
czynił. Długosz  mówiąc  o  założeniu  klasztoru  Obserwan- 
tów w  Tarnowie,  wspomina  o  bracie  Janie  Melsztyńskim, 
synu  Spytka,  który  w  młodym  wieku,  porzuciwszy  wszelkie 
świata  marności  i  pokusy,  zmienił  szaty  wystawne  na 
ubogą  suknię  zakonnika  i  zajaśniał  wśród  braci  klasztor- 
nej wzorem  cnót  wszystkich,  z  niezwykłem  poświęceniem 
chorych  podczas  zarazy  pielęgnował,  aż  sam  dotknięty  za- 
razą objąwszy  wizerunek  Chrystusa  świętą  swą  duszę 
oddał  Panu  Bogu ').  W  Krakowie  samym  zajaśniał  wśród 
Bernardynów  cnotami  Szymon  z  Lipnicy,  bakałarz  uni- 
wersytetu Jagiellońskiego  z  r.  1457,  zaliczony  po  śmierci 
w  r.  1482  do  rzędu  błogosławionych,  we  Lwowie  misyami 
na  Rusi  wsławiony  Jan  z  Dukli  (f  1484),  w  Warszawie 
Władysław  z  Gielniowa  •).  Równocześnie  i  w  innych  kla- 
sztorach krakowskich  zajaśni^^y  postacie  słynne  ze  świą- 
tobliwości. Wpisany  w  r.  1443  do  pocztu  uczniów  kra- 
kowskich brat  Izajasz  z  zakonu  Augustyanów  przy  ko- 
ściele Św.  Katarzyny  umiera  w  r.  1471  w  aureoli  świętości; 
syn  książęcego  litewskiego  rodu,  Michał  Gedrojd,  uczeń 
uniwersytetu  krakowskiego,  w  którym  osiągnął  w  r.  1465 


^)  Pastor,  Geschichte  der  P&pste  1,  32. 

")  Liber  Benef.  Opera  IX,  479. 

*)  Zeissberg,  die  poln.  Geschiohtsschreibung  str.  196. 


ŁUDZIB  t   PRĄDY  PO  SOBORACH.  31 

stopień  bakałarza,  pędzi  swój  żywot  w  klasztorze  Marków 
w  Krakowie  i  zostaje  po  śmierci  (f  1485)  zaliczonym  do 
pocztu  błogosławionych;  równocześnie  żyje  w  klasztorze 
Kanoników  Lateraneńskich  u  Bożego  Ciała  inny  błogo- 
sławiony mąż,  Stanisław  Każmierczyk,  który  w  r.  1461 
został  bakałarzem  w  krakowskim  uniwersytecie,  a  w  roku 
1489  życia  dokonał.  Dopełnia  wreszcie  szeregu  tych  postaci 
mistrz  krakowski  Jan  Kanty  i  królewicz  Kazimierz,  który 
r.  1484  w  Grodnie  młodo  umiera  i  opromieniła  rozgło- 
sem swej  świątobliwości  kraj  i  jego  dynastyę. 

Wszystkie  te  daty,  zbliżone  do  siebie,  świadczą  wy- 
mownie o  jakimś  wielkim  posiewie,  który  w  duszach  kieł- 
kować zaczął,  pasmo  tych  cnót  snuje  się  jak  nić  złota 
przez  wszystkie  rozterki  i  burze  wieku.  Zapanowała  wtedy 
w  wielu  duszach  jakaś  żywsza  miłość  Chrystusa,  podnio- 
słość  rwąca  do  poświęcenia,  zaparcia  się  własnej  osobi- 
stości i  ziemskich  przynęt  i  uciech.  W  wielu  klasztorach 
obostrzano  reguły,  nakładano  twardsze  pęta  na  brać  za- 
konną. Słynny  profesor  uniwersytetu  Jagiellońskiego  Jakób 
z  Paradyża  nie  znalazłszy  u  Cystersów  mogilskich  ideału, 
do  którego  zdążał,  przeniósł  się  dlatego  do  surowszych 
Kartuzów  w  Niemczech.  W  niezliczonych  przykładach  wi- 
dnieje podobne  dążenie  do  doskonałości,  pościg  za  wię- 
kszemi  i  wyższemi  wyrzeczeniami*). 


Na  zakończenie  tego  rozdziału  zatrzymamy  się  dłu- 
żej przy  osobistości,  która  wchłonęła  w  siebie  wszystkie 
niemal  prądy  różnorodne  swego  stulecia,  była  najlepszem 
ich  odbiciem,  a  bogactwem  i  bujnością  swej  treści  przy- 
kuwa do  siebie  uwagę.  Mamy  na  myśli  Sędziwoja 
z  Czechla  w  Wielkopolsce,  który  pełnem  nazwiskiem 
zwie  się  niekiedy  Sędziwojem  synem  Butconis  de  Czechel, 


^)  Por.   piękne  uwagi   ks.  Jana  Koźmiana  w  znakomitym  ar- 
tykule Kazimierz  Jagiellończyk,  Pisma  (Poznań  1881)  III,  138, 


32  KSIĘGA  nr. —  rozdział  i. 

a  prócz  tego  występuje  niekiedy  ze  zdrobnieniem  łaciń- 
skiem  Sand  ko. 

Odebrawszy,  jak  wyżej  wspomnieliśmy,  wykształce- 
nie w  uniwersytecie  krakowskim,  zaczął  on  tu  wykładać 
na  wydziale  artystów.  Zostawszy  kanonikiem  gnieźnień- 
skim, przeniósł  się  jednak  do  Gniezna  i  tam  przebywał 
prawie  stale  w  latach  1432  — 1441.  Przerwał  jednak  tę 
rezydencyę  około  r.  1438.  W  tym  bowiem  roku  znajdu- 
jemy go  na  soborze  we  Ferrarze.  Zagorzały  koncyliarysta 
pojawił  się  tutaj  na  papieskim  soborze.  Był  jeszcze  mło- 
dym i  wpływu  na  bieg  wypadków  mieć  nie  mógł.  Za  to 
szukał  ludzi  i  rozmów  z  ludźmi,  które  go  utwierdziły 
w  mniemaniach  i  przekonaniach  soborowych.  Zetknął  się 
on  bowiem,  jak  wyżej  powiedziano,  we  Ferrarze  z  pewnym 
Grekiem  Kosmasem;  on  który  dotychczas  położenie  grec- 
kiego Kościoła  znał  tylko  z  tego,  co  widział  wśród  sąsie- 
dnich Rusinów,  odebrał  teraz  z  pierwszej  ręki  od  owego 
Greka  różne  pouczające  wskazówki  i  wiadomości.  Nowi 
znajomi  zastanawiali  się  razem  nad  przyczynami  upadku 
wschodniego  Kościoła,  nad  jego  symonią  i  zależnością  od 
państwa,  nad  niebezpieczeństwami,  grożącemi  zachodniemu 
chrześcijaństwu;  a  Sędziwej  wyprowadza!  stąd  wnioski  co 
do  potrzeb  reformy,  co  do  zadań  koncyliów.  W  tych  cza- 
sach może  udał  się  on  także  do  Bazylei,  chociaż  na  krótko. 
Sam  bowiem  później  pisał,  że  był  inkorporowanym  jako 
członek  owego  soboru.  I  tutaj  pozostał  on  w  cieniu;  w  aktach 
bazylejskich  nie  znaleśliśmy  o  nim  żadnej  wzmianki^). 

Powróciwszy  z  zagranicy  postanowił  on  niebawem 
pogłębić  i  uzupełnić  swoje  teologiczne  studya;  nęcił  go 
Paryż,  jako  główne   źródło  teologicznej  wiedzy.    Myśl  ta 

>)  Cod.  epist.  1,  2,  266.  —  Czy  w  Bazylei  był  około  r.  1438,  czy 
dopiero  po  r.  1442,  rozstrzygnąć  nie  możemy.  Wiszniewski  Hist 
Lit  V,  28  powiada  za  innymi,  ie  z  Bazylei  wystosował  do  Długosza 
w  r.  1434  pismo:  de  tuenda  oonciliorum  auctoritate.  Ale  pisma  tego 
nie  znaleźliśmy,  a  źródła  wskazują,  że  w  r.  1434  był  Sędziwoj  w  Gnie- 
cie. Data  więc  Jest  fałszywą  i  rzecz  sama  wątpliwą. 


ŁU1>ZIS  I   PRĄDY   PO    BOBORAOfi.  33 

wkrótce  urzeczywistnioną  została.  Już  w  roku  1441  po- 
stanawia kapituła  gnieźnieńska  (23  października),  aby  ze 
względu  na  zasługi  magistra  i  kanonika  Sandkona  i  na 
to  mianowicie,  że  tenże  już  przebywa  w  studyum  parys- 
kiem  i  usiłuje  dostąpić  stopnia  doktora,  przeznaczyć  mu 
pewien  zasiłek  »pro  studio  continuando«  ^).  Mistrzowie 
paryscy  przesyłali  o  nim  w  roku  1442  do  Krakowa  wia- 
domości, a  uniwersytet  krakowski  polecs^  go  usilnie  opiece 
profesorów  tamtejszych  2).  Przebywał  on  przez  czas  pe- 
wien w  Troyes  i  Tours;  biskup  z  Troyes  Jan  Leguisó 
(1426  — 1450)  otaczał  go  szczególną  opieką  i  świadczył  mu 
rozmaite  usługi.  Sędziwoj  zwał  go  później  swoim  dobro- 
czyńcą singularissimus  •).  Ale  Paryż  był  przeważnie  miej- 
scem pobytu  jego  w  tych  latach,  a  wrażenia  i  nauki  tu 
odebrane  wycisnęły  na  nim  piętno  niezatarte  na  całe  ży- 
cie. Kościół  francuski  zdobył  był  i  uchwalił  w  roku  1438 
sławną  sankcyę  pragmatyczną  w  Bourges,  która  przejęła 
wiele  dekretów  bazylejskiego  soboru,  a  wyzwalając  Ko- 
ściół francuski  pod  wielorakim  względem  z  pod  wpływu  sto- 
licy apostolskiej,  położyła  podstawy  t  z.  gallikanizmu. 
Sankcya  owa  wystąpiła  stanowczo  przeciw  symonii,  prze- 
ciwko rozmaitym  taksom  opłacanym  do  Rzymu,  tchnęła 
duchem  soborów  i  autonomii  narodowego  Kościoła.  Na 
te  czasy  zjechał  właśnie  Sędziwej  do  uniwersytetu  pary- 
skiego, który  wśród  mistrzów  swoich  liczył  wielu  zago- 
rzałych wyznawców  i  obrońców  nowego  ustrojiL  Mówi 
on  w  późniejszem  piśmie  o  x>Faraońskiej  niewoli  annat 
i  innych  ciężarów^,  z  pod  której  we  Prancyi  wyzwolono 
się  szczęśliwie,  nie  szczędzi  dla  pragmatycznej  sankcyi 
wyrazów  uznania  i  entuzyazmu,  wdzięczności  dla  mistrzów 
paryskich.  Niebawem  postąpił  on  tutaj  w  stopniach  i  nau- 


^)  Monumenta  medii  aevi  hist.  (Kraków  18d^)  XIII,  376. 
^  Cod.  aniv.  Grac.  II,  21. 

")  Por.  o  tern  list  Sędsdwoja,  pisany  prsed  r.  1458  w  rękopisie 
Czartoryskich  w  Krakowie  n.  1310  str.  234. 

BU.  Ualw.  T.  n.  S 


34  Kfil^OA   m,  ROZDZIAŁ   1. 

kach  i  został  bakalarzem  św.  teologii  Kiedy  jako  bakalarz 
wyższego  stopnia  zaczynał  w  sławnem  kołlegium  nawar- 
skiem  objaśnianie  sentencyi  Lombarda  wykładem  wstępnym, 
wymaganym  przez  statuty,  król  Karol  VII-my  przyznał 
mu  wynagrodzenie  20  koron  złotych,  czem  go  zobowiązał 
na  życie-). 

Mimo  tego  powodzenia  i  usilności  nie  osięgnął  je- 
dnak Sędziwej  z  Czechla  tego,  co  zamierzył,  nie  został 
doktorem  teologii.  » Uczyłem  się  —  opowiada  później  — 
w  Paryżu  w  szkołach  teologów,  gdzie  wykładałem  sen- 
tencye  i  po  nad  to  nie  otrzymałem  żadnego  stopnia  w  świę- 
tej teologiia  •).  Rzeczywiście  też  w  późniejszej  zapisce 
z  r.  1452  jest  on  nazwany  baccalarius  formatus  in  theo- 
logia,  który  to  tytuł  po  wykładzie  sentencyi  przyznawano 
bakałarzom**).  Tysiączne  przeszkody  przyczyniły  się  do 
tego,  że  stopnia  upragnionego  nie  pozyskał,  mianowicie 
pieniężnej  natury.  Nie  mógł  on  uiścić  kosztów  na  to  po- 
trzebnych, nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego  przy  tych  promo- 
cyach  tak  znacznych  żądano  wydatków,  przenoszących 
sumę  60  grzywien.  Takie  koszta  » zamykają  ubogim  a  uczo- 
nym drogędopromocyi,  otwierają  zaś  ją  bogatym,  a  mniej 
wykształconym.<c  Wróciwszy  tedy  do  kraju  postanowił  Sę- 
dziwej w  krakowskim  uniwersytecie  odbyd  swoją  promo- 
cyę  »jako  na  łonie  pierwotnej  swej  rodzicielki.«  Chciał  on 
tu  czterdzieści  florenów  węgierskich*)  ofiarować  dla  ma- 
gistrów, Dpatres  conscripticc,  jak  ich  z  ironią  nazywa,  a  czter- 
dzieści rozdać  między  ubogich.  Ale  ojcowie  z  uśmiechem 
odrzucili  tę  ofiarę,  wyrzucając  mu  skąpstwo.    Ani    Maciej 


^)  W  liście  późniejszym  (Ms.  Czart.  1310)  str.  234...  powiada, 
że  będzie  się  modliZ  pro  dno  Carolo  Franciae  rege,  qui  ex  sua  re- 
gali miinificentia,  dum  in  venerabili  Gollegio  Navarrae  primum  in 
sententias  legeram  principium  yiginti  coronas  auri  mihi...  donari  fecit. 

*)  Długosz  Opera  I,  176:  nec  ultra  gi^adum  aliąuem  in  sacra 
pagina  suscepi. 

•)  Monum.  medii  aevi  XIII,  str.  4:02. 

*)  Floren  ma  30  groszy,  grzywna  48. 


ŁUBCDt  I  PRĄDY  PO  SOBÓRAOB.  36 

Z  Łabiszyna,  ani  Bartłomiej  z  Radomia  nie  dali  się  prze- 
konać. Wydarzyło  się  to  zapewne  w  r.  1449*).  Sędziwej 
postanowił  więc  odstąpić  od  swego  zamiaru,  żaląc  się 
przy  tern  na  trwonienie  pieniędzy,  któreby  raczej  ubogim 
rozdać  należało.  Cała  jego  żywość  i  drażliwość  co  do  go- 
spodarstwa pieniężnego  ze  strony  duchownych  widnieje 
już  dobitnie  w  tych  jego  krokach  i  odnośnych  pismach. 
Żywość  ta  przełamuje  nawet  zimne  formy  stylu,  który  pod 
jego  piórem  bynajmniej  nie  odznacza  się  zwykłą  popra- 
wnością, jaka  cechuje  ludzi  jego  wykształcenia  w  tych 
czasach '). 

Ale  pobyt  we  Prancyi,  choć  nie  doprowadził  do  osta- 
tecznego celu,  nie  uwieńczył  jego  głowy  laurem  doktora, 
stał  się  jednak  w  jego  życiu  chwilą  stanowczą  i  zwrotną. 
Paryż  i  jego  nauki  były  odtąd  dla  niego  ideałem  i  źró- 
dłem wszelkiej  mądrości;  w  późniejszych  jeszcze  czasach 
wyrażał  najgorętsze  życzenie,  aby  światło  od  szlachetnego 
narodu  francuskiego  rozchodziło  się  po  wszelkich  krainach 
(a  celeberrima  natione  vestra  ultra  alias  ingenio  praeclara 
in  inferiores  has  difiundatur  oras) ').  To  pozostało  odtąd 
jego  pragnieniem  i  hasłem. 

Kiedy  Sędziwej  wrócił  z  Francyi  do  kraju,  na  pewne 
oznaczyć  nie  możemy;  zapewne  to  nastąpiło  po  r.  1445. 
W  r.  1450  jest  on  już  wikarym  in  spiritualibus  arcybiskupa 
gnieźnieńskiego^),  i  jako    prałat   gnieźnieński   występuje 


V  Por.  list  do  Długosza  w  tegoż  Opera  1,  172  i  w  części  ró-' 
wno  brzmiące,  w  części  odmienne  pismo  Sędziwoja  w  Ms.  Czart. 
1310  k.  607  —  608.  List  ten  napisany  wkrótce  po  pobyciu  w  Piotr- 
kowie, gdzie  Sędziwej  bawił  w  r.  1453,  przywołany  przez  króla  (Cod. 
epist  1,  2,  266).  Mówi  tu,  że  zgłaszał  się  do  uniw.  krakowskiego 
o  promocyę:  antę  quattuor  circiter  annos. 

')  Długosz  V,  193  nazywa  go  ze  zwykłym  u  nas  awansem: 
theologiae  doptor  parisiensia;  w  rękop.  Ja^.  638.  zanotowała  nieznana 
ręka,  ie  księga  ta  daną  zostsJa  per  mgrum.  Santkonem,  licentiatam 
in  theologia  in  Parisius  studiis  theologiae  vacantem. 

1  Ms.  Czart.  1310,  234. 

*)  Monumenta  medii  aevi  XIII,  390. 


36  KSIĘGA   m.  ROZDZIAŁ   I. 

niebawem  czynnie  na  szerszej  arenie.  Kiedy  w  r.  1453  po 
śmierci  Władysława  Oporowskiego  król  Kazimierz  obsta- 
wał za  wyborem  Jana  ze  Sprowy,  Sędziwoj  stanął  po 
stronie  Tomasza  Strzempińskiego.  Zacięty  koncyliarysta 
bronił  wszędzie  wolności  kanonicznych  wyborów  z  na- 
tchnienia ducha  Św.  przeciw  napieraniu  i  natchnieniom 
królewskim.  Król  Kazimierz  zawezwał  go  wtedy  do  Piotr- 
kowa i  sam  na  sam  dłuższą  miał  z  nim  rozmowę;  Sędzi- 
wej otworzył  tu  dno  swojej  duszy,  odparł  ze  stanowczo- 
ścią groźby  królewskie,  rzucił  w  oczy  króla  ostrzeżenie, 
by  młodzików  niedouczonych  nie  posuwał  na  stolice  bis- 
kupie i  do  swojej  rady.  Był  on  tam  rzecznikiem  soboro- 
wych żywiołów,  rzecznikiem  wolności  kościelnej  a  zara- 
zem wszelkich  żalów  politycznych  obozu  Zbigniewa.  »Jak 
kaznodzieja  umiesz  długo  innym  prawid«  odrzekł  król 
i  mimo  gwałtowności  Czechla  ofiarował  mu  stolicę  bisku- 
pią wileńską.  Lecz  Sędziwej  uchylał  się  od  jej  przyjęcia, 
zasłaniając  się  wiekiem  i  nieznajomością  języka  litewskiego 
i  oświadczył  stanowczo,  że  chce  wytrwać  na  swem  skro- 
mnem  stanowisku,  nie  marząc  o  godności  biskupiej^). 
Wkrótce  miał  Sędziwej  ze  swoją  kaznodziejską  odwagą 
i  swadą  w  innych  okolicznościach  zmierzyć  się  z  królem. 
W  roku  1454  wybuchła  wojna  pruska.  Obóz  Ole- 
śnickiego był  jej  przeciwny,  przeciwny  przyjęciu  poddań- 
stwa ziem  Zakonu.  Sędziwej  uważał  przeciwnie  sprawę 
polską  za  słuszną,  przejęcie  i  zajęcie  ziem  Zakonu  przez 
Polskę  za  rzecz  konieczną  i  zbawienną.  Kiedy  też  wojna 
w  pierwszym  roku  źle  się  zapowiadała,  a  wielka  klę- 
ska pod  Chojnicami  zamroczyła  i  wystraszyła  umysły 
w  Polsce,  on  tego  niepowodzenia  nie  wyprowadza!  z  nie- 
słuszności przedsięwzięcia,  lecz  przypisywał  je  winom  na- 
rodu, a  mianowicie  króla').  Bezwzględność  Kazimierza 
w  sprawach  kościelnych,  mieszanie  się  władzy  świeckiej 


^)  Codex  Epist  I,  2,  266. 
')  Długosz  y,  193  i  230. 


LUDZIE   I   PR^DY   PO    SOBOBAOH.  37 

do  wewnętrznych  stosunków  Kościoła,  naruszanie  majątku 
kościelnego  raziło  duszę  tego  wiernego  stróża  wolności. 
Skoro  król  po  klęsce  chojnickiej  znalazł  się  w  Brześciu, 
wybrał  się  do  niego  Sędziwej.  W  włosiennicę  przybrany 
przepędził  on  poprzednio  kilka  nocy  przed  obrazem  męki 
Pańskiej,  przywiezionym  z  Paryża  i  błagał,  jak  opowiada 
Długosz,  aby  mu  Bóg  wyjawił,  dlaczego  Polacy  sprawie- 
dliwą wiodący  wojnę  pokonanymi  zostali.  Bóg  mu  dał 
poznać,  że  występki  króla  raczej  niż  narodu  nieszczęścia 
te  na  Polskę  sprowadziły.  Sędziwej  tedy  puścił  się  w  drogę 
do  Brześcia;  jak  pielgrzym  czy  wysłannik  Boski  szedł  pie- 
szo, w  suknię  włochatą  przybrany.  Tutaj  przybywszy  prze- 
mówił naprzód  do  ludu,  potem  otrzymał  audyencyę  u  sa- 
mego króla.  Dopuszczony  przed  jego  oblicze,  wyjawił  mu 
głos  objawiony,  gniew  Boga  za  dawniejsze  występki,  za- 
groził w  razie  uporu  dalszemi  karami  nieba. 

Niesprawiedliwem  by  było  i  wysoce  dla  Sędziwoja 
krzywdzącem,  gdybyśmy  chcieli  w  nim  upatrywać  jedynie 
narzędzie  politycznej  opozycyi,  która  mu  tę  misyę  zaleciła. 
Nie  licowałoby  to  z  jego  świątobliwością  i  głęboką  po- 
bożnością, z  której  słynął  nie  bez  powodu.  Krok  ten  był 
wypływem  jego  najgłębszych  przekonań,  że  król  miesza- 
jący się  do  rzeczy  duchownych  grzeszy  przeciw  duchowi 
świętemu,  natchnionym  był  jego  wysokim,  prawie  misty- 
cznym nastrojem;  czuł  on  w  sobie  gorycze  proroków  Izra- 
ela i  podobną  jak  tamci  odwagę,  aby  gromić  książąt  tego 
świata.  Doktryna  jego  i  przekonania  miały  niewątpliwie 
dużo  słuszności,  kiedy  chcis^  Kościół  ochraniać  przed  zby- 
tniem  rozpanoszeniem  świeckich  względów  i  wpływów, 
ale  unosiły  go  i  zaślepiały  nadmiernie.  Nie  król,  ale  naród 
niesforny  i  opieszały  zawinił  pod  Chojnicami,  nie  głos  Sę- 
dziwoja, ale  głos  Skargi  byłby  tu  więcej  na  czasie.  Lepiej 
był  Sędziwej  natchnionym,  kiedy  na  sejmie  w  Piotrkowie 
w  r.  1456  zagrzewał  naród  do  pokuty  i  walki,  kiedy  wspo- 
minał Demostenesa,   którego    wzmianki  o  Maratonie,  Ar- 


38  KSIĘOA   in.  ROZDZIAŁ   I. 

temisium,  Salaminie  i  poległych  za  ojczyznę  budziły    nie- 
gdyś zapały  w  duszach  Ateńczyków. 


Wkrótce  potem  dojrzała  w  Sędziwoju  myśl,  aby 
w  murach  klasztornych  szukać  więcej  skupienia  i  spo- 
koju. Postanowił  on  wstąpić  do  kanoników  regularnych 
Św.  Augustyna,  których  celem  było  pielęgnowanie  nauk 
i  kształcenie  młodzieży;  statut  ich  nie  zabraniał  zetknięcia 
ze  światem  zewnętrznym,  pozostawiał  pewną  swobodę 
ruchu  i  działania.  Prócz  innych  osad  mieli  ci  kanonicy 
swój  klasztor  w  Kłodawie  w  Lęczyckiem  począwszy  od 
r.  1429,  założony  za  przyczynieniem  Pawła  Yladimiri  przez 
Jagiełłę^).  Tutaj  tedy  schronił  się  Sędziwoj.  W  r.  1468 
czytamy  w  aktach  kapituły  gnieźnieńskiej;  że  magister 
Santko  zamyśla  z  Oniezna  wstąpić  do  klasztoru  '),  a  myśl 
ta  niebawem  wykonaną  została.  Idzie  więc  on  do  kla- 
sztoru, jak  tylu  innych  gorętszych  ludzi  wieku,  którzy  ża- 
lili się  i  boleli  nad  niedostatkami  położenia,  wołali  o  po- 
prawę i  ostatecznie  własną  osobę  składali  ludziom  na  wzór. 
Bogu  na  ofiarę;  idzie  do  klasztoru,  aby  się  więcej  w  so- 
bie zamknąć,  tu  przygotowywać  zasiewy  i  chleb  pożywny 
dla  bliźnich,  pracą  i  cnotą  doskonalić  siebie  i  naród. 

Z  tego  zacisza  występował  on  odtąd  niekiedy  na 
publiczną  arenę,  stąd  odzywał  się  głos  jego,  kiedy  ludzie 
zdawali  się  wymagać  zgromienia  czy  porady.  W  r.  1463 
pojawia  się  on  już  jako  proboszcz  kanoników  regularnych 
w  Kłodawie  na  sejmie  w  Brześciu,  aby  bronić  z  innymi 
praw  króla  przeciw  Zakonowi  i  zetrzeć  się  z  legatem  pa- 
pieskim  Hieronimem   Lando   co   do  klątwy  rzuconej  na 


^)  Por.  Dlogosz  IV,  567  i  Małecki,  Z  dsdejów  i  literatury  (iS96) 
str.  296. 

*)  Mon.  medii  aevi  Xni,  ^29:  mgr.  Santko  intendens  recedere 
de  Gnezna  in  monasterium.  Zwraca  on  tu  księgi  pożyczone  z  ka- 
pituły, darowywuje  kielich  pozłacany  dla  katedry. 


ŁTJBZIS  I  PBĄPY  PO   SOBOIULOH.^  39 

mieszkańców  Gdańska,  Torunia,  Elbląga  ^).  Kiedy  stosunki 
z  królem  z  powodu  wyborów  biskupich  się  zaostrzały, 
odzywał  się  stary  obrońca  wolności  kościelnej  »yeteranus 
Christi  miles«,  według  wyrażenia  Długosza,  z  głosem,  jak 
zawsze,  stanowczym  i  nieugiętym.  Przemówił  on  podczas 
bellum  spirituale,  podczas  sporu  o  biskupstwo  krakowskie 
w  latach  1460 — 63,  kiedy  król  narzucał  kapitule  Jana 
Gruszczyńskiego  *).  Wreszcie  wyjawił  on  w  sędziwym  już 
wieku, » w  ostatnich  dniach  swoich«,  jak  się  wyraża  w  obszer- 
nem  piśmie  do  Długosza  wystosowanem,  cały  swój  po- 
gląd na  sprawy  Kościoła  ^).  Pismo  to  datowane  z  Kłodawy 
w  r.  1472  jest  jakby  testamentem  człowieka,  dla  którego 
dekrety  soborów,  mianowicie  bazylejskiego  pozostały  do 
zgonu  jedyną  normą  i  jedynem  prawidłem  przekonań  i  po- 
stępowania. »Bo  te  dekreta  ja  najpokornięjszy  sługa  pod 
przysięgą  do  tego  soboru  inkorporowany  zobowiązany  je- 
stem przez  życie  całe  zachowywa<5.«  Powiada  tu,  że  Ko- 
ściół zachodni  toczy  dotąd  symonia,  owe  rozmaite  opłaty 
uiszczane  stolicy  apostolskiej,  przeciw  którym  walczyły 
sobory,  że  z  tej  symonii  może  wypłynąó  ostateczny  upa- 
dek Kościoła.  Gromi  książąt  intrudujących  swych  ludzi  na 
stolice  biskupie,  walczy  przeciw  pluralitas  beneficiorum, 
skupianiu  licznych  prebend  w  jednem  rękiL  Całe  to  pi- 
smo ożywione  gorliwością  i  szlachetnością  Sędziwoja,  do- 
wodzi tej  niewzruszonej  stałości  i  wierności  raz  przyję- 
tym zasadom,  jaką  się  przez  życie  odznaczał  namię- 
tny koncyliarysta  i  epigon  soborowej  epoki.  To  było  do 
zgonu  jego  ideałem.  »Tego  pragnę  i  tego  pożądam,  pisał 


*)  Długosz  V,  370. 

*)  Por.  Zeiasberg^  Poln.  Gesohiohtssohreibong  227.  Cytuje  on 
tam  według  Catal.  codd.  mss.  bibl.  Zaluso.  33  n.  88  pismo  Czechela 
cqaa...  dissidium  inter  Gasimirum  ręgem  et  praelatos  atque  oanoni- 
oos  de  electionibus  ad  pontificatus  canonice  faoiendis  exortum  oo- 
piose  exposuit.c 

*)  Cod.  epist.  1,  2,  266. 


iO  Kfll^A   m. ROZDZIAŁ   I. 

on  około  roku  1458^),  aby  światło  dekretów  świętego 
bazylejskiego  koncylium  w  powszechnym  zajaśniało  Ko- 
ściele. <c 

Pożądał  on  jednak  i  czegoś  więcej.  W  tej  duszy  buj- 
nej i  bogatej  obok  kaznodziejskich  i  apostolskich  dążności 
i  aspiracyi  znalazło  się  też  miejsce  dla  innych  upodobań, 
bardziej  światowych  i  ziemskich,  zrozumienie  dla  kierun- 
ków umysłowych  wieku,  które  podzielał  i  popierał.  Umiał 
on  w  włosiennicy  wystąpić  i  jak  prorok  Izraela  gromić 
tłumy  i  wielkich  tego  świata,  ale  zarazem  w  swojej  celi 
samotnej  cieszyć  się  zdobyczami  i  nabytkami  wieku,  prze- 
pędzać czas  na  pisaniu  lub  rozczytywaniu  się  w  autorach, 
wśród  których  pisarze  starożytności  nie  najpośledniejsze 
zajmowali  miejsce.  Długosz  poświęcał  mu  życiorys  św. 
Stanisława  w  dłuższem  piśmie,  w  którem  ulubionego  przy- 
jaciela zwie  mężem  Pieryjskiego  nastroju  (Pierii  vir  spi- 
ritus), uprawiającym  święte  i  świeckie  zarazem  studya. 
Długosz  go  upraszał  zarazem,  aby  wygładził  w  jego  utwo- 
rze szorstkości,  przydał  mu  nauki  i  ozdobności ').  Odpo- 
wiedź Sędziwoja,  datowana  z  Kłodawy  w  r.  1466  ■)  uchyla 
się  od  tego  zadania,  zrzuca  z  pokorą  wszelkie  pochwały 
z  siebie  na  Długosza;  dług  wdzięczności  względem  autora 
uiścił  następnie  Sędziwej  w  ten  sposób,  że  zrobił  wyciąg 
z  żywota  Długoszowego,  aby  go  uczynić  bardziej  przystę- 
pnym dla  duchowieństwa  i  tak  przyczynić  się  do  rozsze- 
rzenia pisma  najdroższego  przyjaciela.  W  Kłodawie  wogóle 
Sędziwej  dużo  się  zajmował  literacką  pracą  ^).  Owoce  jej 
zaginęły  w  wielkiej  części,  ale  jeden  pomnik  tej  praco- 
witości się  zachował,  świadczący  wymownie  o  wielostron- 
nych naukowych  interesach  kłodawskiego  zakonnika. 

Mówiliśmy,  jak  pod  tchnieniem  wieku  i  przewodnich 


^)  Ms.  Czart.   1310,  234:  id...  desidero  et  iUud  Buspiro,  ut  sacri 
Concilii  Basiliensis  decretorum  lax  in  uniyersali  luceat  eccleBia. 
*)  Opera  I,  2. 
•)  Ibid.  172. 
*)  Damalewioz,  Series  arohiep.  Gnesn.  p.  252, 


ŁUDZIB  I  FBĄDT  PO  SOBORAOH.  41 

W  kraju  osobistości  ożywił  się  wtedy  w  Polsce  zmysł 
dla  historyi.  Wspominaliśmy  krzewienie  się  historycznego 
ruchu  wśród  otoczenia  Zbigniewa  Oleśnickiego.  Sędziwej 
Czechel  dostał  się  w  ten  prąd  umysłów;  zbierał  on  z  gor- 
liwością naszych  kronikarzy  zapiski  dziejopisarskie,  starsze 
i  nowsze,  i  w  ten  sposób  urósł  mu  pod  ręką  duży  kodeks 
o  różnolitej  historycznej  treści,  który  następnie  ofiarował 
braci  zakonnej  w  Kłodawie  ^).  Zawiera  on  między  innemi 
Gallusa  i  Janka  z  Czarnkowa,  nowsze  zapiski,  pochodzące 
w  części  z  ręki  samego  Sędziwoja.  Do  rzeczy  z  bliższego 
widnokręgu  dostała  się  tu  także  praca  Pawła  de  Yenetiis 
(Marco  Polo)  o  stosunkach  i  obyczajach  Wschodu  (de  con- 
ditionibus  et  consuetudinibus  orientalium).  Zajęcie  się 
Wschodem  było  bowiem  wtedy  w  powietrzu,  postępy  Tur- 
ków i  upadek  Konstantynopola  zwróciły  zatrwożone  oczy 
Europy  w  tę  stronę.  Eneasz  Silwiusz  mówił,  że  Homer 
i  Plato  powtórnie  wtedy  umarli,  drżał  o  losy  chrześcijań- 
stwa i  w  roku  1461  już  jako  papież  ogłosił  dzieło  swoje 
Asia,  mówiące  o  Azyi  mniejszej,  a  w  szczególności  o  Tur- 
kach. W  Sędziwoju  podobne  drgały  uczucia  i  interesa. 
List  jego  pisany  około  r.  1458  do  mistrzów  paryskich') 
drży  jeszcze  od  wrażenia  doznanego  po  zajęciu  Konstan- 
tynopola, a  trwoga  ta  i  niepokój  nie  opuściły  go  odtąd 
do  zgonu  •).  Poprzeć  on  był  powinien  stanowczo  dążności 
Piusa  II-go  i  jego  kongres  mantuański,  ale  w  starym  kon- 
cyliaryście  żyło  prawdopodobnie  przekonanie,  że  i  na  tem 
polu  Europa  ratunku  tylko  od  nowego  soboru  spodziewać 
by  się  mogła. 

Sędziwej  mówiąc  o  Turkach,  podobnie  jak  Eneasz, 
nie  tylko  myślał  z  trwogą  o  losach  zachodniego  Kościoła 
lecz  także  o  niebezpieczeństwach  zachodniej  kultury.  »Mąż 

*)  Ms.  zwany  Sędziwoja  u  Czart.  1310.  Por.  o  nim  Lelewel, 
Polska  wieków  średnich  IV,  467.  —  Bielowski,  Mon.  Pol.  1, 387  i  II,  ^1. 

•)  Cod.  Czart.  1310,  234. 

")  Por.  Cod.  epiflt  1,8,266.  O  Sędziwoja  interesie  dla  Wschodu, 
Korytkowski,  Prałaci  i  kanonicy  gniezn.  I,  174. 


42  fĘJm^  ip. — ^ąsępzUĘ^  I. 

Pio^jskia  Jiołdował  muzom  i  pięknościom  starożytności. 
Na  sejmie  z  roku  1456  cisnęły  mu  się  do  głowy  wspo- 
mnienia z  mów  Demostenesa,  później  z  upodobaniem  od- 
woływał się  do  Pliniusza,  Cycerona,  Seneki  i  znowu  De- 
mostenesa^).  W  jego  duszy  wyraźnie  nowe  prądy  odro- 
dzenia pomieściły  się  obok  gorącej  miłości  chrześcijaństwa 
i  jego  haseł.  Nawet  oderwany  od  świata,  w  murach  kla- 
sztornych nie  wyzbył  się  on  dawnych  miłości  dla  muz 
klasycznych;  zaznał  on  tu  tę  samą  walkę,  która  rozpie- 
rała natenczas  dusze  wielu  współczesnych,  stojących  na 
rozdrożu  między  syrenami  starożytności  a  miłością  krzyża. 
Kiedy  Długosz  przypominał  mu  Pieryjski  nastrój  i  kla- 
syczną wymowę,  ^zapłoniłem  się,  odpisywał,  wobec  tych 
kamen,  bo  nie  powinienem  się  napawać  ich  śpiewnością, 
lecz  raczej  wpatrywać  w  krzyż  Jezusa  Chrystusa^  *). 

Odrodzone  kameny  wywieraiy  jednak  na  niego  urok 
nieprzezwyciężony.  Nigdzie  to  wymowniej  nie  przebija, 
jak  w  liście  jego  wystosowanym  w  roku  1469  z  Kło- 
dawy do  biskupa  krakowskiego  Jana  Lutka  z  Brze- 
zia •).  Początek  tego  pisma  jest  wiernem  odbiciem  huma- 
nistycznych nauk  i  haseł.  Wiadomem  jest,  jakie  znaczenie 
przypisywano  w  kołach  humanistów  epistolografii,  jak  ten 
rodzaj  literatury  starano  się  uszlachetnić,  podnieść  do  po- 
wagi i  doniosłości  traktatu,  a  z  drugiej  strony  ubrać  we 
wszelkie  wdzięki  i  lekką  ozdobność  wskrzeszonych  z  za- 
pomnienia listów  autorów  klasycznych.  Petrarka  był  wiel- 
kim wskrzesicielem  listu   w  literaturze   średniowiecznej. 


*)  List  z  r.  1469,  Ms.  Jag.  2867,  888.  --  Te  wspomnienia  De- 
moslenesa  mogłyby  nasimąó  przypuszozenie,  ie  dawny  znajomy 
Greka  Kosmasa  nauczył  się  po  grecku.  Przypominamy  jednak,  że 
w  początku  wieku  Lionardo  Bruni  tlómaczyt  Demostenesa  na  łacinę, 
ie  Mikołaj  V-ty  tłómaczenia  z  greckiego  poparł  stanowczym  swym 
wpływem.  Por.  Voigt,  die  Wiederbelebung  des  ki.  Alterthums  II, 
165  i  181. 

')  Długosz,  Opera  I,  174. 

•}  Ms.  Jag.  2867,  828  i  nast. 


Zmza  I   PR^T   PO   SOBORACH.  43 

on,  któi7  naśladując  starożytnych  zastąpił  średniowieczną 
przemowę  Wy  przez  prostsze  Ty  starożytne  ^).  Sędziwej 
przemawia  do  biskupa  krakowskiego  w  podobny  sposób, 
z  rozmysłem,  ze  swojej  celi  zakonnej.  Powraca  do  »zwy- 
czaju  starożytnycha  i  oznacza  adresata  zaimkiem  w  liczbie 
pojedynczej,  bo  tak  mówił  Adam  do  Boga  i  święty  Paweł 
w  swych  listach,  bo  tak  czynid  zwykli  autorzy  starożytni. 
Sędziwoj  zrywa  ze  średniowieczną  tradycyą,  i>która  u  nas 
zapanowała  i  u  Niemców,  a  przeciwną  jest  Włochów  wy- 
mowie i  wykwintności  Francuzów«  *).  Kruszy  on  więc  tu 
kopię  za  obyczajem  humanistów;  drobny  to  szczegół,  o  który 
mu  chodzi,  ale  był  on  znakiem,  pod  którym  walczono, 
a  znak  w  wielkich  ruchach  umysłowych  przedewszystkiem 
jest  potrzebnym,  aby  zyskiwać  i  skupiaó  wyznawców. 

Pismo  Sędziwoja  do  Lutka  z  Brzezia  i  skądinąd 
bardzo  jest  zajmujące.  Wywołanem  ono  zostało  dziełem 
rzeźby,  które  już  od  dwustu  lat  na  uderzającem  oczy  miejscu 
znajdowało  się  w  kościele  krakowskim  Dominikanów, 
a  przedstawiało  Matkę  Boską,  leżącą  na  łożu,  po  narodze- 
niu Chrystusa  Pana.  Przedstawienie  to  zraziło  Sędziwoja; 
sprzeciwiało  się  ono  według  niego  świadectwom  Ojców 
i  nauce  Kościoła,  równało  Matkę  Najświętszą  ze  śmiertel- 
nemi  położnicami.  Rozpoczął  on  więc  już  przed  laty  kam- 
panię, zmierzającą  do  usunięcia  tej  gorszącej  rzeźby,  pisał 
w  tym  celu  cały  szereg  mów  i  listów,  ze  stałością  i  upór- 
nością  sobie  właściwą  walczył  przeciw  temu,  co  go  tak  głę- 
boko raziło.  Podczas  sejmu  piotrkowskiego  z  r.  1468  zetknął 
się  z  prowincyałem  Dominikanów  i  gwałtowną  o  to  prze- 
prowadził dyskusyę.  Kiedy  obrońcy  twierdzili,  że  zwyczaj 
uświęcił  już  rzecz  i  zwyczajem  się  zastawiali,  odpowiadał 
im,  że   Chrystus   powiedział:    Ego   sum   yeritas   et   vita. 


^  Burckhardt,  Cnltur  der  Renaissance  I,  274.  — Por.  też  Herr- 
mann,  Die  Reception  des  Humanismus  in  NUrnberg  (1898)  p.  88—89. 

*)  Oni  mos  apud  nos  inolevit,  Polonos  et  Almanos^  Italoropi 
ęloąaentiae  et  Gallorojn  facetiae  contrarius, 


4f4f  KsqoA  m.  —  bozdział  i. 

a  nie  Ego  sum  consuetudo.  Pismo  całe  Sędziwoja,  mimo 
tego  że  autor  mieni  się  starcem  o  pooranem  czole  i  bliz- 
kim  już  śmierci,  bardzo  jest  żywem  i  gwałtownem;  wy- 
raźnie sprawa  ta  roznamiętniała  go  przez  lat  szereg,  a  do 
jej  rozegrania  i  rozstrzygnięcia  przywiązywał  on  znacze- 
nie niemałe.  Prowincyałowi  Dominikanów  ofiarował  on 
dysputę  w  uniwersytecie  krakowskim^).  Dawny  mistrz 
Jagiellońskiej  wszechnicy  chciał  więc  w  jej  murach  urzą- 
dzić rozprawę  i  zmierzyć  się  ze  swym  przeciwnikiem*). 
Prowincyałem  Dominikanów  był  naówczas  Jakób  Go- 
dziemba  z  Bydgoszczy,  człowiek,  który  z  uniwersytetem 
krakowskim  wielorako  był  związanym,  w  r.  1450  prze- 
prowadził unię  wszechnicy  z  Dominikanami  i  sam  przez 
pewien  czas  zajmował  w  szkole  krakowskiej  stanowisko 
profesora  teologii  •).  W  sporze  o  rzeźbę  leżały  na  dnie  głęb- 
sze przeciwieństwa  i  przyczyny.  Sobór  bazylejski  pod- 
niósł był  znacznie  kult  Matki  Boskiej,  ogłaszając  dogmat 
o  Niepokalanem  poczęciu.  Poseł  tego  soboru  Bonfili  głosił 
kiedyś  tę  naukę  w  Krakowie,  a  wielu  mistrzów  krakow- 
skich, jak  Paweł  z  Pyczkowic,  przejęło  się  nią  gorąco. 
Nie  dziw  więc,  że  stały  koncyliarysta  Sędziwoj  należał 
do  żarliwych  jej  wyznawców.  Tymczasem  Dominikanie 
byli  przeciwnikami  tej  nauki;  już  w  czternastym  wieku 
przyszło  przeto  do  gwałtownych  sporów  między  zakonem 
a  uniwersytetem  paryskim,  który  stał  przy  Niepokalanem 
poczęciu  *).  Sławny  teolog  Gerson  zwalczał  wtedy  między 


')  Respondebo  tibi  in  Graco viensi  universitate  de  ipsa  imagine. 

•)  Wiemy  skądinąd,  z  rękopisu  bibl.  Jag.  n.  1943,  że  Sędziwoj 
już  po  wstąpieniu  do  klasztoru  w  Kłodawie  wyjaśniiJ  z  katedry 
uniwersytetu  krakowskiego  regułę  swego  zakonu.  Por.  tamże  str. 
409:  Incipit  reguła...  Augustini...  De  clericorum  canonicorum  vita 
i  str.  416:  Explicit  reguła...,  per  Yener.  mag.  Sandivogium  studii 
Grac...  fełiciter  est  pronuntiata  in  univ.  Grac.  A.  D.  1463. 

*)  Por.  o  nim  Zeissberg:  Kłeinere  Gescliiolitsquelłen  151:  qui 
27  annis  rexit  provinciam  Połoniae. 

^)  Por.  Scliwab,  Johannes  Gerson  str.  91  —  95. 


LUDZIB   I  PSĄDT   PO   SOBOIULOH.  46 

innemi  twierdzenia  zakonu.  We  wspomnianym  sporze 
krakowskim  wchodził  więc  w  grę  ubocznie  ten  sam  an- 
tagonizm; byt  on  takie  odgłosem  dawnych  przeciwieństw, 
zaostrzonych  przez  sobór  bazylejski  i). 

Jak  się  spór  skończył,  nie  wiemy.  Wystąpienie  Sę- 
dziwoja z  Gzechla  w  obronie  czci  i  kultu  Najświętszej 
Panny  było  jednem  z  ostatnich  czynów  jego  życia.  Schy- 
łek dni  spędził  on  w  zaciszu  klasztornem  na  probostwie 
w  Kłodawie,  wśród  zabiegów  około  podniesienia  swojego 
zakonu').  Umarł  w  roku  1476,  przekazując  liczne  prace 
rękopiśmienne  kłodawskiej  bibliotece  8). 

Postać  to  o  dwóch  duszach  czy  twarzach,  z  których 
jedna  boleje  nad  walącym  się  światem  przeszłości,  druga 
wita  jutrzenkę  nowej  epoki.  Człowiek  pełen  namiętności 
i  świętego  ognia  broni  wszystkiego,  co  ukochał,  gromi  to, 
co  mu  się  wydaje  karygodnem,  podziwia  to,  co  uważa  za 
piękne  z  siłą  ogromną,  płynącą  z  głębi  przekonań  i  z  głębi 
żywego  temperamentu.  Jako  zakonnik,  w  zaciszu  swej  celi 
śledzi  on  jeszcze  wszelkie  przełomy  publicznego  życia 
i  nowe  drgnienia  ludzkości,  a  witał  je  z  uznaniem  i  jakby 
w  przeczuciu,  że  Et  hic  dii  sunt 


^)  Jan  z  Komorowa  mówi  w  swej  kronice  (Mon.  Pol.  V»  308) 
o  limpugnatores...  immacalatae  Yirginis  Mariae  oonceptioni  insoltan- 
tes,  praecipue  paires  ordinis  Praedicatonun. 

«)  Mon.  Pol.  V,  976. 

•)  Ib.  977. 


ROZDZIAŁ  IL 

Uniwersytet  w  drugiej  połowie  stulecia. 

Trzy  wyłsze  fakultety. 


Uniwersytet  i  Kazimierz  Jagiellończyk.  —  Ugodność  Kazimierza  usuwa 
początkowe  tarcia,  a  uniwersytet   sluiy  odtąd  wiernie  królowi.  — 

Jakób  ze  Szadka. 
Majątek  uniwersytetu.  —  Nowe  fundacye.  —  Probostwo  św.  Mikołaja.— 
Nowe  kollegiatury:  Jana  Dąbrówki,   Corporis  Christi  w  Olkuszu, 
Gorporis  Christi  u  św.  Floryana,  św.  Tomasza,  św.  Donatus'a,  Ru- 

dowskiego. 
Collegium  Minus  i  dalsze  jego  losy;  rok  1464  i  1476. 
Wydział  teologiczny.  —  Stan  teologii  i  niektórzy  mistrzowie   owych 
czasów.  —  Uniwersytet  i  zadania  jego  wobec  Litwy  i  Rusi.  —  Kato- 
licyzm i  prawosławie.  —  Polityka  Kazimierza  Jagiellończyka.  —  Fran- 
ciszkanie, ich  stosunki  z   uniwersytetem.  —  Królewicz  Aleksander, 
wielki  książę  litewski.  —  Franciszkanie  i  uniwersytet  wobec  »redu- 
kcyi«  Rusinów.  —  Dwa  obozy.  —  Jan  z  Oświęcimia  Śacranus  przed- 
stawia w  tej  sprawie  uniwersytet  i  jego  zasady.  —  Życie  jego  i  dzia- 
lalnośó  publiczna  i  naukowa.  —  Pośrednie  stanowisko   między   du- 
chem średnich  wieków  a  odrodzeniem. 
Prądy  ówczesnej  scholastyki.  —  W  Krakowie  przeważa  skotyzm.  — 
Główny  Skotysta  Mikołaj  z  Bystrzykowa.  —  Jego  uczeń  Jan  ze  Stob- 

nicy.  —  Pewien  zastój  w  dziedzinie  scholastyki. 
Wydział  dekretystów.  —  Nowe  katedry.  —  Bursa  dla  kanonistów.  — 
Niektórzy  dekretyśoi  ówcześni.  —  Prawo  rzymskie  i  jego  znajomość 
w  Krakowie  w  piętnastym  wieku  i  w  początkach  szesnastego  stu- 
lecia. —  Ostroróg.  —  Jan  Ursinus.  —  Joannes  Silvius.  LudoYicus  Ali- 

phius.  —  Piotr  Tomicki. 
Wydział  medyczny.  —  Rozmieszczenie  tego  wydziału.  —  Mała  liosba 
lekarzy.  ■—  Inkorporacye  doktorów  z  zagranicznymi  stopniami.  ^ 


UKIWSBSTTIT  W   DHlTOIlBJ  POŁOWU  flmTUDOIA.  47 

Braki  tego  wydziału.  —  Obok  doktorów  działają  balwierze  i  szal- 
bierze. —  Baliński.  —  Humanizm  podnieca  interes  dla  medycyny.  — 
Choroby  ówczesne.  —  Główni  przedstawiciele  medycyny  w  Polsce: 
Piotr  Gaszowiec,  Grzymała.  ■—  Jan  Weis.  -—  Jakób  z  Boxic,  przyjaciel 
Kallimacha.  —  Jan  de  Regulis,  główny  i  długoletni  profesor  krakow- 
ski w  tej  epoce.  —  Jan  Ursinus.  —  W  początku  szesnastego  wieku 
wydział  lekarski  się  podnosi.  —  Maciej  z  Miechowa.  —  Jego  życie 
i  działalność.  —  Druga  katedra  medycyny  w  uniwersytecie.  —  Zna- 
czenie Miechowity.  —  Wojciech  z  Szamotuł.  —  Adam  de  Bochyn.  ~ 
Medycyna  i  humanizm. 


Kiedy  nowy  monarcha  w  r.  1447  zjeżdżał  do  Kra- 
kowa, wypowiedział  rzekomo  do  niego  magister  wszech- 
nicy, znany  nam  Jan  z  Ludziska  mowę  powitalną^),  wy- 
rażającą uczucia  i  niektóre  życzenia  uniwersytetu.  Mniej- 
sza o  to,  czy  ta  mowa  rzeczywiście  w  obliczu  monarchy 
wygłoszoną  została;  jest  ona  bowiem  w  każdym  razie  od- 
głosem usposobienia,  które  wtedy  w  murach  najwyższej 
szkoły  narodu  panowało.  Górnolotne  pochwały  i  wyrazy 
hołdu  i  uległości  stanowią  jej  treśó.  Do  ogólnikowych  fra- 
zesów zabłąkał  się  jednak  szczegół,  upominający  się  po- 
zornie za  wolnością  i  prawami  ludu,  a  w  rzeczywistości 
wymierzony  przeciw  znienawidzonemu  ciężarowi  stacyi, 
przeciw  którym  opozycya  od  dawna,  a  w  szczególności 
opozycya  z  czasów  Kazimierza  Jagiellończyka  gwałtownie 
przemawiała.  Skarżył  się  na  te  stacye  biskup  poznański 
Andrzej  Laskarz  już  w  r.  1424,  później  snują  się  te  skargi 
przeciw  obowiązkom  przyjmowania  i  ugaszczania  króla 
i  jego  pocztów  w  majątkach  biskupich  i  klasztornych  przez 
lat  szeregi').    Jan  z  Ludziska  potrącił  tu  więc  o  jeden 


^)  Cod.  epistoł,  in,  18. 

')  Por.  o  tern  Cod.  epistólaris  II,  174  —  Jan  z  Ludziska  mó- 
wił, ie  włościanie  jęczą  pod  jarzmem  ucisku,  że  nowy  pomazaniec 
pow(^nym  jest  do  tego,  aby  >wIościan  niewolę,  nad  którą  nie  ma 
większego  ^ego,  która  dla  wolnych  najcięższą  jest  karą,  ustinąt 


48  KSIĘGA   m.  —  ROZDZIAŁ  U. 

Z  motywów  przewodnich  ówczesnej  opozycyi,  jeden  z  za- 
rzutów, którym  Zbigniew  Oleśnicki  miotał  często  w  oblicze 
królewskie  *). 

Szczegół  ten,  wyrwany  z  mowy  uniwersyteckiego 
rektora,  jest  tedy  dowodem,  że  niektóre  z  haseł  opozycyi 
rozbrzmiewały  także  w  obrębie  wszechnicy.  Do  groźniej- 
szego i  poważniejszego  nieporozumienia  między  młodym 
monarchą  a  magistrami  przyszło  niebawem  na  polu  ko- 
ścielnem.  Kiedy  król  złożył  obedyencyę  Mikołajowi  V-mu, 
a  uniwersytet  obstawał  przy  soborze,  zaostrzyły  się  prze- 
ciwieństwa w  sposób  szorstki.  W  r.  1448  powoływał  król 
Kazimierz  magistrów  po  kilkakroó  przed  swoje  oblicze, 
nakłaniając  ich  do  obedyencyi,  zawsze  na  próżno.  I  po- 
trzeba było  łagodności  i  względności  króla,  aby  nie  pójść 
za  namową  papieskiego  nuncyusza,  który  radził  opornych 
więzieniem  ukarać.  Rok  1449  przyniósł  ostatecznie  akt 
uległości  ze  strony  uniwersytetu  i  zgodę  na  polu  kościel- 
nem.  Ale  w  murach  wszechnicy  Jagiellońskiej  nurtowały 
i  później  jakieś  prądy  opozycyjne  na  polu  politycznem, 
podsycane  niewątpliwie  wpływami  potężnego  kanclerza 
wszechnicy,  Zbigniewa  Oleśnickiego.  Traktat  » Contra  cru- 
ciferosa  Zbigniewa  z  Góry,  który  w  roku  1454  wpisał  się 
między  uczniów  uniwersytetu,  a  może  już  w  następnym 
roku  pod  wpływem  swych  mistrzów,  jak  Jana  Dąbrówki, 
wystąpił  z  tym  młodocianym  utworem  w  szranki,  wymo- 
wnym jest  tych  prądów  dowodem.  Bo  traktat  ten  zwró- 
conym jest  w  myśl  Oleśnickiego  i  jego  obozu  przeciw 
»iuniores«,  którzy  wypierali  starszych,  wytrawnych  i  ducho- 
wnych doradzców  z  otoczenia  królewskiego '),  autor  pisze 
»iustitiae  zelo  et  amore  patriae«,  ale  tę   iustitia  pojmuje 


i  wolność  chrześcijańskim  królestwa  mieszkańcom  przywróciLc  Li- 
gaet  enim  —  dodaje  —  quod  omnes  homines  natura  genuit  aecpiales. 
Słowa  były  szersze  i  śmielsze  od  zamiarów. 

^)  Garo,  Gesohichte  Polens  IV,  460. 

*)  Mon.  Poloniae  IV,  148.  Por.  uwagi  Balzera  tamże  str.  147 
i  162. 


tTNlWiBKHYtlgr   W   btlTtGIEJ   POŁOWIlfi   STXJU8CU.  4^ 

Stronniczo,  występuje  w  obronie  zachwianej  powagi  i  prze- 
wagi dotychczasowej,  duchownej  rady  królewskiej. 

Jeżeli  jednak  były  pewne  tarcia  i  przeciwieństwa,  to 
ustąpiły  one  z  biegiem  czasu  lepszym  stosunkom  i  zła- 
godniały znacznie  ze  śmiercią  Zbigniewa  Oleśnickiego. 

Król  Kazimierz  Jagiellończyk  umiał  sobie  jednać  umy- 
sły i  miał  szczególny  dar  zapominania  dawnych  uraz 
i  przebaczania  tym,  którzy  mu  kiedykolwiek  się  sprzeciwili. 
Szereg  takich  objawów  snuje  się  jak  nić  złota  przez  całe 
jego  panowanie.  Przebaczył  Jakóbowi  z  Sienna  za  jego 
uporczywe  obstawanie  przy  prowizyi  na  biskupstwo  kra- 
kowskie i  nie  przeszkodził  jego  wyniesieniu  na  inne  do- 
stojeństwa; Długosza,  który  w  tej  sprawie  do  najzacięt- 
szych  przeciwników  woli  królewskiej  należał  i  surowe 
ściągnął  na  siebie  kary,  przywołał  później  Kazimierz  na 
dwór  królewski  i  powierzył  mu  wychowanie  swych  sy- 
nów. Było  w  nim  silne  poczucie  władzy  monarszej  i  silna 
energia  przy  przeprowadzaniu  swej  woli,  ale  z  tem  szła 
w  parze  szczególna  dobrodusznośó  i  pobłażliwość  dla  lu- 
dzi W  domu  jego  panował  nastrój  pogody,  król  był 
nadzwyczaj  przykładnym  synem,  małżonkiem  i  ojcem,  ży- 
cie rodzinne  przedstawiało  wzór  godny  naśladowania,  wol- 
nem  było  od  wszelkich  niedostatków  i  burz,  które  rosnące 
zepsucie  ze  sobą  przynosiło.  A  to  dostrojenie  domowego 
pożycia  nastrajało  jego  duszę  do  ugodności  wobec  bli- 
źniego. Lekarz  i  humanista  Jan  Ursinus  w  liście  pisa- 
nym po  śmierci  monarchy  wystawił  mu  pod  tym  wzglę- 
dem wymowne  świadectwo.  Zwie  go  wzorem  nieskazi- 
telności, ^najlepszym  księciem  i  najbardziej  chrześcijańskim, 
obdarzonym  taką  ludzkością,  że  łagodniejszego  króla  cały 
świat  nie  posiadała^). 

Stosunki  króla  z  najwyższą  szkołą  narodu  poprawiły 
się  też  niebawem.  Bo  Kazimierz,  choć  był  »ungelart  der 
Schriftcc,  jak  się  autor  hanzeatyckiej  kroniki  Bernt  Stegmann 


^)  U  Garo  Gesohichte  Polens  V,  1002. 
Uałw.  T.  II. 


60  feSIĘGA   nt.  ROZDZIAŁ   it. 

wyraża,  był  jednak  »klug  und  weise  in  der  Yernujafta 
i  nie  omieszkał  zjednać  sobie  magistrów.  W  roku  1456 
utwierdził  Kazimierz  osobnym  dokumentem  wszystkie 
prawa  i  przywileje  uniwersytetowi  nadane,  chcąc  w  ten 
sposób  wynagrodzić  ludzi,  którzy  jako  athletae  fideles  po- 
pierali go  czynem  i  radą  ^).  Kiedy  też  po  śmierci  Tomasza 
Strzempińskiego  wybuchła  walka  o  biskupstwo  krakow- 
skie, t.  z.  wojna  duchowna,  uniwersytet  nie  stanął  w  obro- 
nie krewniaka  Zbigniewa  Oleśnickiego  Jakóba  z  Sienna, 
lecz  przesłał  pismo  do  Rzymu,  prosząc  papieża  o  ustąpie- 
nie woli  królewskiej.  Pismo  to,  datowane  z  26  czerwca 
r.  1461 2),  zapewnia  papieża,  że  król  był  dotychczas  »reli- 
gionis  christianae  devotissimus  cultor<(,  »totius  cleri  fautor 
singularis<(  i  błaga  go,  aby  swojem  postępowaniem  nie  po- 
pchnął króla  do  obozu  wrogów  Kościoła.  Tymczasem  Jakób 
z  Sienna,  uważający  się  za  prawowitego  biskupa,  skarcił 
oporność  uniwersytetu  surową  karą  i  rzucił  klątwę  na  dwóch 
magistrów,  którzy,  jak  się  zdaje,  przodowali  w  opozycyi  prze- 
ciw nominatowi  papieskiemu,  na  Mikołaja  z  Łąki  i  zna- 
nego Jana  Dąbrówkę  ^).  Król  wyszedł  wreszcie  zwycięsko 
z  tego  sporu;  zaprzeczyć  jednak  nie  można,  że  stolica 
krakowska  i  kanclerstwo  uniwersyteckie  byłyby  odpowie- 
dniejszemu przypadły  człowiekowi,  gdyby  zamiast  fawo- 
ryta królewskiego  Jana  Gruszczyńskiego  poważniejszy 
i  uczeńszy  Jakób  z  Sienna  był  je  otrzymał. 

Ale  uniwersytet  wystąpił  tu  jako  fidelis  athleta  kró- 
lewski. Mistrzowie  wszechnicy  popierali  odtąd  króla  przez 
cały  ciąg  panowania  swoją  nauką  i  radą,  szczególnie  de- 
kretyści  występowali  częstokroć  w  dyplomatycznych  mi- 
syach,  kiedy  chodziło  o  obronę  praw  króla  i  kraju.  Mistrz 
Maciej  z  Raciąża  ^)  pojawia  się  w  r.  1461  jako  ambasador 


»)  Codex  diplom.  univ.  Crac.  II,  161. 
*)  Cod.  univ.  Crac.  II,  202. 
•)  Cod.  epistoł.  III,  107. 
*)  Długosz  Opera  I,  4S2. 


tJNlWBRSYTET   W    DRUGIEJ   POŁOWlB    STULECIA.  6l 

królewski  w  Rzymie,  gdzie  wspólnie  z  Janem  Rytwiań- 
skim  nakłania  papieża  do  cofnięcia  prowizyi  Jakóba  z  Sien- 
na *).  Kiedy  w  r.  1462  wskutek  wygaśnięcia  panującej  linii 
Piastów  Kazimierz  zamierzył  wcielić  do  korony  niektóre 
ziemie  mazowieckie,  mianowicie  ziemie  rawską,  gostyńską 
i  bełską,  natenczas  wezwani  na  zjazd  w  Łęczycy  dokto- 
rzy dekretów  Jan  Dąbrówka,  Mikołaj  z  Kalisza  i  Jakób 
z  Szadka  wywodzili  prawa  króla  do  tego  spadku  i  sta- 
wali w  obronie  jego  polityki  i  zamiarów*).  Sąd  w  tej 
sprawie  na  sejmie  piotrkowskim  ustanowiony  przybrał 
znów  do  rady  Mikołaja  z  Kalisza  i  Jana  Dąbrówkę  i  od- 
rzucił pretensye  Katarzyny  Mazowieckiej,  wdowy  po  księ- 
ciu Michale,  tudzież  pretensye  Konrada  księcia  warszaw- 
skiego^). Przeciwna  strona  chciała  się  ratować  sądem 
rozjemczym,  przedłożyć  całą  sprawę  sporną  jakiemu  uni- 
wersytetowi włoskiemu  do  rozsądzenia,  co  wymownym 
jest  dowodem,  jakiej  powagi  uniwersytety  jeszcze  wtedy 
zażywały,  jako  przystanie  nauki  i  prawa  *). —  Następnie  długa 
wojna  pruska  i  towarzyszące  jej  dyplomatyczne  akcye  po- 
woływały co  chwilę  mistrzów  krakowskiego  uniwersytetu 
na  publiczną  arenę.  W  r.  1463  zjeżdżają  Jan  z  Dąbrówki, 
Jakób  z  Szadka,  Maciej  z  Raciąża  do  Brześcia  kujawskiego, 
aby  wobec  legata  papieskiego  Hieronima,  arcybiskupa  Krety, 
sprawy  królewskiej  i  polskiej  bronić*).  W  r.  1465  przy- 
chodzi do  pokojowych  rozpraw  w  Toruniu.  Jan  Lindau, 
historyk  trzynastoletniej  wojny,  opowiada,  że  poselstwo 
polskie  składało  się  z  rozmaitych  dygnitarzy  i  »anderen 
Thumherrn  und  grossen  Doctores  und  gelarten  und  wei- 
sen   Mannen.«    Na  czele  ostatnich  stali  Jakób  z  Szadka, 


^)  Szczegółów  nieoo  do  jego  żywota  zebrał  dr.  Karbowiak 
w  pracy  Szkoła  katedralna  kujawska,  Kwartalnik  histor.  XII,  p.  1898 
str.  769. 

«)  Długosz  Hist  V,  368. 

»)  Cod.  epist.  III,  117. 

*)  Długosz,  Hist.  V,  881. 

*)  Ibid.  V,  369. 

A* 


52  lOSlĘGA   m.  KOZDZIAŁ   It. 

Jan  Dąbrówka  i  historyk  Długosz  *).  W  imieniu  Polski 
przemawiał  tu  przedewszystkiem  Jakób  z  Szadka;  po  nim 
może  zabrał  głos  Dąbrówka'). 

Jakób  z  Szadka  jest  jednym  z  najruchliwszych 
i  najczęściej  używanych  dyplomatów  Kazimierza  Jagiel- 
lończyka. Magistrem  on  został  w  r.  1432.  W  r.  1441  po- 
jawia się  na  soborze  w  Bazylei;  zresztą  o  pierwszej  po- 
łowie jego  życia  mało  mamy  szczegółów.  Musiał  on  je- 
dnak wcześnie  zalecić  się  Kazimierzowi  Jagiellończykowi, 
skoro  mu  tenże  już  w  r.  1455,  w  uznaniu  zasług  i  nauki 
nadał  szlachectwo  i  do  domu  i  herbu  Wieniawitów  go 
przypuścił').  Nadzwyczajne  to  odznaczenie  było  nagrodą 
za  nadzwyczajne  usługi.  Od  roku  1457  podczas  wojny 
pruskiej  nazwisko  jego  raz  w  raz  się  pojawia  na  kartach 
Długosza.  Ciągle  on  tu  działa  jako  przedstawiciel  intere- 
sów Polski  i  wysłannik  królewski*).  Misye  pruskie 
kończą  się  przy  pokoju  toruńskim,  w  którego  układaniu 
czynny  wziął  udział.  Później  w  latach  1473  i  1475  wystę- 
puje on  podczas  zatargów  polsko-węgierskich  jako  pośre- 
dnik między  królem  polskim  a  Maciejem  Korwinem  ^.  Ta 
jego  polityczna  ruchliwość  i  działalność  sprawiła,  że  w  obrę- 
bie uniwersytetu  nie  doszedł  do  odpowiednich  odznaczeń 
i  znaczenia.  Rektorat  piastuje  on  dopiero  pod  schyłek  ży- 
cia w  r.  1475/6,  godność  ta  jednak  zaznaczyła  się  ważną 
reformą  w  dziejach  wszechnicy,  do  której  później  po- 
wrócimy. 

Te  zajęcia  i  ta  działalność  polityczna  profesorów  była 
zupełnie  w  duchu  założycieli  i  stałą  już  była  tradycyą. 
Przecież  książęta  w  części  w  tym  celu  zakładali  uniwer- 
sytety, aby  mieć  ludzi  biegłych  w  nauce,  a  szczególnie 
prawa    świadomych    pod    ręką;    a   Paweł   Włodzimierza 

^)  Długosz  Hist.  V,  890.  Zeissberg,  Poln.  Geschichtsschreibang  232. 

«)  Mon.  Poloniae  IV,  194/5. 

»)  Cod.  epistoL  I,  2,  162. 

«)  Por.  Długosz  V,  24S,  870,  882,  890,  M6,  461. 

•)  Długosz  V,  678,  682. 


UNIWBRSTTirr   w   DRUGIEJ    POŁOWIE   STULECIA.  53 

W  pierwszej   dobie  uniwersytetu  dał  wymowny  przykład 
ofiarności  ze  swej  nauki  na  cele  ojczyzny  i  Kościoła. 


n. 


Od  tego  czasu  uniwersytet  rozrósł  się  i  pod  wzglę- 
dem majątku  i  pod  względem  nauczycieli  i  uczniów,  któ- 
rych obejmowano  jednem  mianem  supposita.  Szczególnie 
dom  artystów  wskutek  rozmaitych  zapisów  i  dochodów 
w^zbogacił  się  znacznie;  w  piętnastym  też  wieku  i  król, 
a  szczególnie  miasto  Kraków  udawali  się  w  potrzebie  czę- 
stokroć do  uniwersytetu  po  zasiłki  pieniężne.  Uniwersy- 
tet powierzał  wtedy  potrzebującym  żądane  kwoty,  zape- 
wniając sobie  w  zamian  pewne  doroczne  wypłaty,  t  j.  ku- 
pował czynsz  czyli  census,  który  mógł  być  następnie  za 
zwrotem  wypożyczonej  sumy  wykupionym.  Dawano  więc 
pieniądze  na  wyderkaf  czyli  wykup,  jak  się  to  stale 
w  owym  wieku  nazywało.  Miasto  Kraków  pożyczało  tak 
od  kollegium  władysławowskiego  znaczniejsze  sumy  w  la- 
tach 1445,  1451,  1455,  1456, 1462, 1502 1).  Pieniądze  w  kol- 
legium, w  którem  była  główna  kasa  uniwersytetu,  gro- 
madziły się  po  części  z  zapisów,  po  części  z  majątków 
jak  Boszczyn,  po  części  z  pewnych  opłat,  które  niektóre 
koUegiatury  i  beneficya  uniwersytetu  na  cele  ogólne  uiszczać 
musiały.  Hojność  pod  względem  zapisów  na  szkołę  i  jej 
nauczycieli  nie  ustawała  w  tych  czasach.  Szczególnie  dla 
artystów  przybył  w  drugiej  połowie  wieku  cały  szereg 
koUegiatur,  które  weszły  w  skład  t  z.  Collegium  mniej- 
szego. Patronat  jednak  nad  niemi  otrzymało,  jak  to  było 
w  zwyczaju,  kollegium  większe. 

Zaczniemy  od  większej  fundacyi,  dla  całego  uniwer- 
sytetu zrobionej. 

Dotychczas  miał  uniwersytet  patronat  nad  jednem 


')  Monumenta  medii  aevi  VII,  str.  678,  679/681,  686,  714 


54  KSIĘGA    Ul.  ROZDZIAŁ    II. 

probostwem  krakowskiem;  Władysław  Jagiełło  aktem  z  r. 
1418  nadał  mianowicie  uniwersytetowi  prawo  prezenty 
u  Św.  Anny.  Prezentować  mieli  na  to  beneficyum  re- 
ktor, magistrzy  i  doktorowie  za  zgodą  opata  mogilskiego; 
w  piętnastym  jednak  wieku  piastował  to  probostwo  przez 
długi  lat  szereg  Jan  Proger,  przedstawiony  jednostronnie 
przez  samego  wspomnianego  opata.  Wskutek  tego  spierano 
się  z  tym  duchownym  ustawicznie;  po  śmierci  Progera 
przedstawia  wreszcie  uniwersytet  na  osierocone  probostwo 
doktora  dekretów  Jana  z  Pyzdr  według  wszelkich  wymo- 
gów pierwotnej  fundacyi^). 

W  połowie  wieku  przybyła  druga  tego  rodzaju  fun- 
dacya.  Opat  Benedyktynów  z  Tyńca  Maciej  Skawinka  nadał 
w  r.  1466  ze  względu  na  to,  że  »pierwotne  nadania  i  do- 
chody nie  wystarczające  dla  uniwersytetu,  i  w  tym  zamia- 
rze, aby  odpła<3ić  się  wszechnicy  Jagiellońskiej  za  różne 
dowody  życzliwości  świadczone  Benedyktynom,  zapisują- 
cym się  w  poczet  uczniów,  patronat  nad  probostwem 
Św.  Mikołaja.  Beneficyum  przynoszące  130  grzywien 
dochodu,  miał  odtąd  uniwersytet  nadawać  mistrzowi  ze 
swego  grona,  teologowi,  dekretyście  lub  magistrowi  artium, 
simplex  artium  magister.  Pierwszym,  który  je  otrzymał 
w  r.  1462,  skoro  się  wakans  nadarzył,  był  Andrzej  Grzy- 
mała, znany  nam  już  humanista  i  lekarz-),  magister  ar- 
tium et  medicinae.  Zdaje  się  jednak,  że  później  teologo- 
wie coraz  bardziej  beneficyum  to  sobie  przywłaszczali; 
w  r.  1494  powstała  nawet  myśl,  aby  ordinaria  lectio  teo- 
logii połączyć  z  probostwem  św.  Mikołaja.  Do  wykonania 
tego  jednak  nie  przyszło  i  w  późniejszych  konkluzyach 
stanowisko  to  określanem  bywa  jako  przystępne  dla  mi- 
strzów trzech  fakultetów  ^). 


*)  Por.  Cod.  imiv.  Crac.  II,  16,  144.  —  III,  1.  Wybierano   zwy- 
kle na  przemian  teologa  lub  dekretystę. 

•)  Por.  o  tern  wszystkiem  —  Cod.  iiniv.  Crac.  II,  172, 177, 211, 213. 
^  Conclus.  uniY.  pod  r.  1494,  1495,  1504. 


UNIWERSYTET   W    DRUGIEJ   POŁOWIE    STULECIA.  55 

Obok  dwóch  kanonikatów  na  zamku,  kanonii  św. 
Ploryana  były  więc  te  dwa  znaczniejsze  probostwa  w  pię- 
tnastym wieku  w  posiadaniu  uniwersytetu.  Prócz  tego 
przybywały  z  biegiem  czasu  mniejsze  fundacye.  Wspomi- 
namy krótko  pomniejsze  zapisy,  jak  n.  p.  altaryą  pod  we- 
zwaniem Św.  Jana  Chrzciciela  i  Jana  Apostoła  erygowaną 
testamentem  Jana  Progera  z  r.  1472.  Nad  altaryą  tą  miało 
wykonywać  patronat  koUegium  artystów*).  Zatrzymamy 
się  zaś  dłużej  przy  fundacyach  nowych  koUegiatur  dla 
artystów,  które  odtąd  powracają  stale  wśród  katedr  t  z. 
mniejszego  koUegium,  a  obejmiemy  tym  przeglądem  wszy- 
stko, co  pod  tym  względem  wiek  piętnasty  następnym 
przekazał  stuleciom. 

W  początku  r.  1472  umarł  ruchliwy  i  znany  nam 
profesor  teologii  i  dr.  dekretów  Jan  Dąbrówka  pod- 
czas swego  rektoratu.  Egzekutoro wie  testamentu  jego  dzia- 
łając w  myśl  zmarłego  kupili  dwa  czynsze,  wynoszące 
27  grzywien,  z  których  24  miało  iść  na  dotacyę  dwóch 
koUegiatur  w  mniejszem  koUegium.  Każdy  z  tych  magi- 
gistrów,  pobierający  12  grzywien,  miał  w  każdej  kommu- 
tacyi  wykładać  jeden  przedmiot  in  artibus,  prócz  tego  brać 
udział  w  zwyczajnych  dysputacyach  magistrów  *).  Pundacya 
później  o  tyle  uległa  zmianie,  że  census  z  jednej  koUegia- 
tury  Dąbrówki  w  r.  1476  przelano  na  dawną  koUegiaturę 
Stobnera,  która  wskutek  zmian  zaszłych  w  urządzeniach 
uniwersytetu  straciła  pierwotne  swoje  dochody^). 

Przybyła  także  w  tych  czasach  koUegiatura  mniejsza 
ołtarza  Corporis  Christi  w  kościele  św.  Andrzeja 
w  Olkuszu.  Ołtarz  taki  i  altaryę  fundował  i  wyposażył 
około  r.  1474  Stanisław  z  Kobylina  dr.  dekretów*);  na- 
stępnie w  r.  1487  spadkobiercy  obywatela  krakowskiego 

*)  Por.  Cod.  univ.  Grac.  III,  12  —  i  Ul,  118  (renovatio  fandar 
tionis  z  r.  1486). 

*)  Cod.  MtńY,  Crac.  III,  20. 
•)  Cod.  univ.  HI,  *7. 
*)  Ibid.  III,  89. 


56  KSIĘGA   ni. ROZDZIAŁ  H. 

Mikołaja  Wolnego  uposażyli  drugiego  altarystę  przy  tym 
ołtarzu  na  czynszu  16  marek  ^).  Patronat  nad  jedną  z  tych 
altaryi  przeszedł  z  biegiem  czasu  na  uniwersytet  i  połą- 
czoną z  nią  została  koUegiatura  mniejsza.  Rozporządzenie 
biskupa  krakowskiego  Jana  Konarskiego  z  r.  1506  wy- 
mienia koUegiata  związanego  z  ołtarzem  tituli  Corporis 
Ghristi  w  Olkuszu,  którego  pensya  zapewnioną  jest  na 
kopalniach  soli  w  Bochni'). 

W  roku  1490  kanonicy  św.  Ploryana  fundowali 
w  swoim  kościele  ołtarz  Corporis  Ghristi  i  wypo- 
sażyli go  czynszem  10  marek.  Altarysta  miał  być  człon- 
kiem kollegium  mniejszego  i  miewać  wykłady  w  koUe- 
gium  artystów.  Fundacya  ta  nie  zaraz  weszła  w  życie; 
niema  o  niej  wzmianki  w  wspomnianem  rozporządzeniu 
biskupa  krakowskiego;  później  jednak  w  spisie  koUe- 
giatur  mniejszych  spotykamy  tę  altaryę"). 

Profesor  teologii  Mikołaj  ze  Stawu  zmarły  w  r.  1490 
zarządził  swym  testamentem  erekcyę  ołtarza  w  kaplicy 
Św.  Tomasza  w  katedrze  krakowskiej.  Pierwszego  al- 
tarystę sam  naznaczył  w  ostatniej  swej  woli;  następnie 
jednak  mistrzowie  większego  kollegium  mieli  rozporzą- 
dzać tą  altaryą  i  nadawać  ją  magistrowi,  zobowiązanemu 
do  wykładów  w  uniwersytecie*).  Ta  koUegiatura  mniej- 
sza Św.  Tomasza  powstała  też  wkrótce  potem  i  istniała 
już  w  samych  początkach  szesnastego  wieku  ^). 

Nastąpiła  w  r.  1492  fundacya  koUegiatury  i  altaryi 
Św.  Donata  w  kościele  św.  Anny  w  Krakowie.  Doko- 
nali jej  egzekutorowie  testamentu  magistra  Macieja  z  Ko- 
bylina, który  w  r.  1491  był  po  raz  ostatni  i  dziewiąty  za- 


*)  Ibid.  III.  132. 

•)  Cod.  uniy.  Grac.  III,  289. 

•)  Por.  Cod.  univ.  Grac.  III,  156.  —  III.  238.  —  Muczkowski,  Li- 
ber Promot.  GXLVI  (spis  z  r.  1608). 

*)  God.  univ.  Grac.  III,  162. 

')  God.  uniy.  Grac.  (1506)  III.  239:  cuius  census  sunt  in  suppis 
Yieiiciensibus. 


UNIWliBSTTlET   W    DRUGIEJ    POŁOWllB   STUT.BCIA.  57 

razem  rektorem  uniwersytetu.  KoUegiat  miał  pobierać  14 
marek  rocznie  ^).  Wreszcie  w  r.  1502  egzekutorowie  osta- 
tniej woli  Andrzeja  Rudowskiego,  obywatela  kra- 
kowskiego, erygowali  ołtarz  Męki  Pańskiej  w  kościele 
Panny  Maryi,  do  którego  przywiązaną  została  również 
kollegiatura  mniejsza  wydziału  artystów'),  uposażona  14 
markami 

To  były  dobytki  epoki  w  zakresie  nowych  koUegia- 
tur.  Jeżeli  dodamy  do  tego  seniora  bursy  Jeruzalem,  o  któ- 
rym jeszcze  będzie  mowa,  to  obejmiemy  w  ten  sposób 
wszystkie  katedry,  które  na  długo  w  koUegium  artystów 
były  stanowiskami  jedynie  uposażonemi.  W  spisie  z  roku 
1603  nie  pojawia  się  nic  nowego;  wyraźnie  wiek  szesna- 
sty był  bardziej  opieszałym  i  mniej  ofiarnym  w  zapisach 
na  korzyść  uniwersytetu  i  żył  z  tego,  co  minione  czasy 
pod  tym  względem  stworzyty.  Wiek  piętnasty  zapewnił 
więc  warunki  i  zbudował  podstawy  dla  dalszych  rozwojów. 

Wysunęliśmy  te  fundacye  w  zakresie  artystów  na 
czoło,  bo  są  one  najliczniejsze  i  jako  uposażenia  dla  naj- 
niższego wydziału,  który  był  pomostem  dla  dalszych  po- 
stępów w  uniwersyteckiej  karyerze,  obchodziły  cały  uni- 
wersytet Fundacye  na  innych  wydziałach  wogóle  rza- 
dziej się  pojawiają,  a  uwzględnimy  je  na  swojem  miejscu. 
Są  zaś  dlatego  rzadszemi^  bo  w  wyższych  wydziałach  na- 
pływ nowych  sił  nauczycielskich  był  drobnym,  podczas 
gdy  wydziału  artystów  czepiało  się  dużo  młodych  magi- 
strów, którym  brakło  nieraz  środków,  aby  się  przepchać 
przez  życie,  a  w  razie  dalszych  ambicyi  przez  wydział 
ten  najniższy.  Zapisy  dla  artystów  były  też  o  tyle  ła- 
twiejsze, że  młodego  magistra  tego  wydziału  można  było 
przynęcić  i  zadowolić  mniejszą  zapłatą,  która  dla  człowieka 
starszego  byłaby  może  zbyt  skąpą.  Rozwój  więc  uniwersytetu 
znaczy  się  z  tych  wszystkich  powodów  najwięcej  na  tym 


»)  Cod.  univ.  in,  188  i  190. 
*)  Cod  aniv.  m»  20A. 


58  KSIĘGA   m. ROZDZIAŁ  n. 

najniższym  stopniu,  będącym  przecież  stopniem  wstępnym 
do  całego  nauczycielskiego  grona.  Do  mnożenia  katedr 
artystów  w  końcu  stulecia  przyczynił  się  wreszcie  potężny 
prąd  humanistyczny,  który  na  schyłku  tej  epoki,  jak  zo- 
baczymy później,  powiał  nad  uniwersytetem  krakowskim. 


Mówiliśmy,  że  już  w  połowie  wieku  wskutek  wzra- 
stających potrzeb  i  mnożenia  się  katedr  odczuto  potrzebę 
nowych  budynków  i  rozmieszczeń  dla  wykładów  artystów; 
wspomnieliśmy,  że  w  roku  1449  stworzono  t  z.  Collegium 
mniejsze,albo  Novum  Collegium  dla  pomieszkania  i  wy- 
kładów mniejszych  kolegów  na  wydziale  artystycznym. 
Ten  dom  drewniany,  znajdujący  się  na  tyłach  kollegium 
króla  Władysława,  zgorzał  jednak  niebawem  doszczętnie 
(post  breve  tempus  igne  penitus  fuit  oonsumpta  et  inci- 
nerata)*).  Ponieważ  w  konkluzyach  uniwersytetu  z  roku 
1454  to  novum  Collegium  wyraźnie  jest  jeszcze  nazwane, 
przeto  przypuścić  możemy,  że  pożar  ten  wydarzył  się  nieco 
później.  Słyszymy  o  ogniu  w  Krakowie  w  r.  1455.  Wy- 
buchł on  wtedy  w  blizkości  kościoła  Wszystkich  Świętych 
czyli  Dominikanów  i  zamienił  w  popioły  całą  dzielnicę 
ku  zamkowi,  pełno  domów  kanoników,  także  kollegium 
jurystów  i  medyków*).  Większy  jeszcze  pożar  nawiedził 
miasto  w  kwietniu  r.  1462.  Tym  razem  powstał  on  w  kla- 
sztorze Dominikanów  wskutek  nieopatrzności  kilku  braci, 
alchemią  się  trudniących,  i  rozpostarł  się  szeroko,  objął 
klasztor  św.  Franciszka,  pałac  biskupi,  ulice  Grodzką,  Bra- 
cką, Gołębią,  Piekarską  i  Żydowską.  Długosz  dodaje,  że 
prawie  połowa  miasta  wtedy  zniszczała  *);  by<5  więc  może  że 
i  nowe,  mniejsze  kollegium  stało  się  wtedy  pastwą  pło- 
mieni. Uniwersyteckie  źródło  nadmienia,  że  wskutek  zni- 


>)  Cod.  univ.  Crac.  III,  46. 
•)  Monum.  Pol.  II,  927. 
»)  Dlugosjz  Hist.  V,  342. 


UNIWERSYTET   W    DRUGIEJ    P(MiOWIE    STULECIA.  B9 

szczenią  domu  mniejszego  kollegium  » mniejsi  koUegiaci 
rozproszeni  po  różnych  miejscach  na  niekorzyść  uniwer- 
sytetu i  pracy  i  z  narażeniem  na  różne  zgorszenia  hospi- 
cyów  po  mieście  szukać  byli  zniewoleni;  wskutek  czego 
powstawały  rozliczne  swary  i  niesnaskia  *).  Na  razie,  tylko 
w  połowiczny  sposób  usiłowano  złemu  zaradzić.  Krótko 
przed  r.  1464  nabył  bowiem  uniwersytet  od  Spytka  i  Jana 
Holsztyńskich  dom  z  kamienia,  położony  na  ulicy  Fran- 
ciszkańskiej, czyli  dzisiejszej  Brackiej.  Dom  ten  później 
służył  jako  bursa  dla  Węgrów  *).  W  konkluzych  uniwer- 
sytetu z  r.  1464  nazwanym  jest  ten  dom:  Collegium  no- 
vum in  platea  S.  Francisci,  a  uniwersytet  postanawia  wtedy, 
jacy  lektorzy  w  nim  wykładać  mają.  Tutaj  więc  ma  się 
odbywać  wykład  czwartej  lub  innej  księgi  dekretaliów, 
byleby  ten  wykład  nie  przeszkadzał  innym  lekcyom  fa- 
kultetu kanonicznego;  tutaj  też  wykład  główny  (ordinaria 
medicinae)  z  medycyny  i  wykład  bakałarza  tego  fakul- 
tetu; tu  wreszcie  mają  in  artibus  uczyć  magistrzy,  którzy- 
by  nie  znaleźli  miejsca  i  godziny  w  kollegium  artystów. 
Prócz  tego  dom  ten  ma  służyć  dla  dysput  i  innych  uro- 
czystych aktów  uniwersytetu. 

W  ten  sposób  stworzono  więc  nowe  kollegium,  które 
miało  zastąpić  braki  istniejących,  służyć  częściowo  dla  ka- 
nonistów,  medyków,  a  przedewszystkiem  dla  artystów. 
Używano  go  dla  tych  celów  przez  czas  pewien,  później 
obróconym  on  został  na  użytek  i  pomieszczenie  bursy. 
Ale  zarządzenie  to  nie  usuwało  wielkich  niedostatków,  na 
które  się  uskarżano.  Dom  na  ulicy  Brackiej  dawał  miejsce 
dla  wykładów,  nie  dostarczał  jednak  pomieszkania  pomniej- 
szym koUegiatom  artystów.    W  związku  z  tem  stoi  nie- 


*)  Cod.  uniY.  Grac.  III,  4:6. 

*)  Por.  o  sprzedaży  Cod.  univ.  Crac.  II,  234.  —  W  Conclusio- 
nes  z  r.  1464,  w  tytulenazwany  on  jest  Bursa  Hungarorum,  ale  deno- 
minaoyatajest  późniejszą,  tu  przez  człowieka  dodaną,  który  w  księgę 
sprawioną  w  r.  1505  dawniejsze  konkluzye  wpisał.  —  Por.  Muczko* 
wski,  Mieszkania  uczniów  krak.  (1842)  str.  25. 


60  KsnioA  m.  —  sokdkiał  n. 

wątpliwie  konkluzja  z  r.  1470,  przyzwalająca,   aby  kol- 
legiaci  mniejsi  mogli  przemieszkiwać  w  domach    uniwer- 
sytetu, a  mianowicie  w  kollegium  kanonistów  albo  bursie 
zwanej  Diyitum.  W  r.  1468  rozbudowywało  się  kollegium 
króla   Wladyriawa.  W  lipcu  tegoi   roku,  jak  wspominają 
konkluzye  uniwersytetu,  postanowiono,   aby  w  budowie 
wznoszącej  się  urządzono  trzy  działy  czy  piętra,  jeden  dla 
wykładów,   dwa   drugie   dla   mieszkań-).  Kiedy  wreszcie 
tego  dzieła  dokonano,  postanowiono  pomyśleć  takie  i  o  kol- 
legach   mniejszych,  a  bursy  Diyitum  użyto  teraz   dla   za- 
radzenia najbardziej   dotkliwym  niedostatkom.    Stało   się 
to  za  rektoratu  Jakóba  ze  Szadka,  w  początku  roku  1476. 
Na  zebraniu  magistrów  imiwersytetu  powzięto  tedy 
uchwałę,  aby  dom  murowany,  leżący  na  tyłach  kollegium 
większego,  zwany  bursą   Diyitum,  przeznaczyć  na  pomie- 
szczenie   mniejszych    koUegiatów    z    wyjątkiem    seniora 
bursy  ubogich.  Uchwała  wylicza  ich  dziesięciu:  koUegiata 
Nowkowa,  Stobnera,  Marcina  Króla,  Katarzyny  Mężykowej, 
Mikołaja  z  Brześnicy,  Zaborowskiego,  altarystę  w  kościele 
Wszystkich  Świętych,  w  końcu  dwóch  świeżo  (1473)  upo- 
sażonych koUegiatów  Jana  Dąbrówki  *).  Wreszcie  więc  po 
tylu  zmiennych  kolejach   znaleźli  ci  koUegiaci  stały  przy- 
ti^ek   i   rozmieszczenie    na    tyłach    dzisiejszej    biblioteki, 
w  blizkości  bursy  Jeruzalem,  czyli  dzisiejszego  Collegium 
Novum. 

Dwa  te  koUegia  miały  odtąd  spełniać  zadania  i  obo- 
wiązki ciężące  na  wydziale  artystów.  W  większem  pano- 
wał wszechwładnie  Arystoteles;  tutaj  wtajemniczano  mło- 
dzież w  jego  nauki  mniej  lub  więcej  zrozumiane  i  wobec 
braku  dobrych  tekstów  mniej  lub  więcej  zrozumiałe,  w  za- 
wilsze  jeszcze  wywody  jego  średniowiecznych  komentato- 
rów. W  mniejszem  natomiast  kollegium  uczono  rzeczy  przy- 

*)  Gonclus.  aniv.  r.  1468:  placuit  universitati,  quod  in  muris 
quo8  noYiter  aedificat,  tria  interstitia  fierent,  scilicet  tres  ordines, 
unus  lectoriorum,  secundus  et  tertius  oamerarum. 

1  Cod.  univ.  Cr.  III,  46/7. 


tTNiwsBsmrr  w  druoibj  połowis  stuliboia.  61 

stępniejszych  i  dla  życia  więcej  przydatnych.  Kollegiaci  Sto- 
bnera  i  Marcina  Króla  wykładali  tu  matematykę  i  astrono- 
mię; przekonamy  się  później,  jakie  postępy  nauki  te  przy 
schyłku  piętnastego  wieku  zrobiły.  Inni  nauczyciele  zapra- 
wiali młodzież  w  łacinie  na  Pryscyanie  i  średniowiecznych 
podręcznikach,  a  przytem  mieli  zaznajamiać  uczniów  ze  sta- 
rożytnymi autorami.  Mamy  konkluzye  określające  te  le- 
ktury z  r.  1449  ^)  i  następnie  z  r.  1476.  Według  ustawy  z  r. 
1449  winien  koUegiat  Nowkona,  przeznaczony  dla  nauki  re- 
toryki, ćwiczyć  swoich  uczniów  na  Nova  Poetria  Ganifreda, 
na  Labiryncie  i  retorykach  TuUiusza.  W  rozporządzeniu 
z  r.  1476  nie  wspomniano  już  wyraźnie  Labiryntu,  do- 
dano za  to  Kwintyliana  de  oratoria  institutione.  Według 
ustawy  z  roku  1449  miał  koUegiat  Mężykowej  czytać  »in 
poesia  następnych  autorów  starożytnych:  Boecyusza,  Ala- 
nusa,  Waleryusza  Maximusa,  księgi  Wergilego,  Owidego, 
Horacyusza,  Terencyusza,  Stacyusza,  Marcyalisa,  TybuUa 
i  Propercego.  W  rozporządzeniu  z  r.  1476  nie  wymieniono 
już  wyraźnie  Boecyusza,  Alanusa,  Waleryusza,  Marcya- 
lisa, TybuUa  i  Propercego,  za  to  wspomniano  Plautusa 
komedye.  Rozporządzenie  z  roku  1476,  ogółem  wziąwszy, 
nie  wykazuje  żadnego  postępu,  żadnego  żywszego  tchnie- 
nia na  tem  polu.  Wyraźnie  uniwersytet  stał  przy  dawnych 
ustawach,  a  nawet  tego,  co  one  przepisywały,  w  zakresie 
poznawania  autorów  klasycznych  ściśle  nie  wykonywał. 
Trzymano  się  więc  tutaj  utartych  kolei;  walka  nowych 
prądów  ze  średniowieczyzną,  która  pod  koniec  wieku  wy- 
buchła, nie  doprowadziła  w  piętnastym  wieku  do  stano- 
wczego przełomu  i  przetworzenia  panującego  ustroju,  jak 
się  przekonamy  w  dalszym  ciągu. 


*)  Conclns.  domus  maioris. 


62  KSI^OA   IlT. ROZDZIAŁ   Ił. 


ra. 

W  koUegium  większem  obok  artystów  mieszkali  jak 
dawniej  teologowie.  Od  tego  najwyższego  fakultetu 
zaczniemy  teraz  przegląd  pracy  i  życia  w  obrębie  poje- 
dynczych wydziałów.  Liczba  teologów  w  tych  czasach  nie 
wzrosła;  w  r.  1477  występuje  ośmiu  kanoników  św.  Flo- 
ryana,  tak  samo  w  roku  1517  *).  Późniejsze  też  sta- 
tuta^  zarządzają,  »aby  na  przyszłość  było  dziecięciu  or- 
dinarii  lectores  w  teologii,  a  mianowicie  kanonik  kate- 
dralny, ośmiu  kanoników  św.  Floryana  i  Ordinarius.« 

Teologiczna  nauka  obracała  się  na  utartych  prze- 
szłością kolejach.  Żywsze  tętno  zapanowało  wśród  niej 
w  czasie  soborów,  kiedy  wielkie,  praktyczne  zagadnienia 
czasu  rozbudziły  dusze  i  namiętności.  Mówiliśmy  o  cza- 
sach posoborowych  i  ich  nastroju;  znać  w  nich  pewne 
znużenie  dotychczasową  walką  i  zapasami,  pewne  cofnię- 
cie się  w  zacisze  i  zamknięcie  w  obrębie  własnej  duszy, 
która  nie  nauką  lecz  życiem  chce  sięgnąć  po  prawdę 
i  wiekuistą  chwałę.  Głos  Kapistrana  więcej  tu  znaczył 
i  donioślejszem  rozbrzmiewał  echem,  jak  wywody  z  ka- 
tedr uniwersyteckich,  które  po  staremu  i  według  starych 
komentarzy  objaśniały  pismo  święte  i  sentencye  Lombarda. 
Na  nieuctwo  i  niedouczoność  kleru  częstokroć  też  utys- 
kiwano; Grzegorz  z  Sanoka  gniewał  się  na  brak  znajo- 
mości łaciny,  Jan  Ostroróg  ze  stanowczą  niechęcią  wy- 
dr wie  wał  brak  oświaty  u  współczesnych  księży.  » Czytał 
Alexandra  z  Gallii,  może  tylko  Donatusa  i  to  niedokładnie, 
a  wnet  zawdziawszy  sutannę  i  ogoliwszy  głowę,  prze- 
dzierzgnął się  w  księdza  i  cały  świat  chce  dla  swoich 
mrzonek  porywać«  ^).  Nie  według  stronniczego  Ostroroga, 


')  Cod.  univ.  Grac.  III,  67  i  IV,  57. 

•)  Archiwum  do  dziejów  literatury  II,  396. 

•)  Poniński,  Ostroroga  żywot  i  pismo  (1884)  str.  144, 


UNIWERSYTET   W   DRUOIfiJ   POŁOWIE   STULECIA.  63 

który  mówi  o  mrzonkach  i  duchownym  przypisuje  jedy- 
nie skłonność  do  lenistwa,  res  dulcis  et  amoena  ąuies, 
sądzić  będziemy  o  stanie  ówczesnego  wśród  kleru  wy- 
kształcenia. Ale  to  pewnem,  że  po  roku  1450  nastał  pe- 
wien zastój  w  teologicznej  pracy  mistrzów  krakowskich, 
że  w  następnych  latach  nie  było  tu  wybitnych  uczonych, 
wybitne  poruszających  problemy.  Ze  starszej  generacyi 
nauczali  jeszcze  dosyć  długo  Jan  Kanty,  Paweł  z  Pyczko- 
wic  i  Jan  Dąbrówka.  Pierwszy  umarł  w  r.  1473,  drugi 
ginie  i  umiera  po  roku  1467,  trzeci  rozstaje  się  z  tym 
światem  w  czasie  rektoratu,  w  samym  początku  r.  1472. 
Z  szeregu  innych  teologów,  działających  w  tych  czasach, 
wspomnimy  ^)  krótko  Jana  ze  Słupcy,  który  osięgnął  sto- 
pień magistra  w  Krakowie  w  r.  1433,  następnie  w  1439 
i  1450  piastował  dziekanat,  rektorem  był  w  roku  1452 
i  w  ważnym  dla  uniwersytetu  roku  1476.  Otrzymał  on 
po  Św.  Janie  Kantym  w  r.  1440  kantoryę  św.  Floryana, 
w  r.  1466  został  drugim  z  rzędu  plebanem  św.  Mikołaja 
z  poręki  uniwersytetu,  wreszcie  zapewne  po  Pawle  z  Za- 
tora  został  kaznodzieją  zamkowym  *).  Główne  też  jego  za- 
sługi leżą  w  zakresie  kaznodziejstwa.  Miał  on  dosyć  bo- 
gatą bibliotekę  z  tej  dziedziny,  którą  w  wielkiej  części 
zapisał  uniwersytetowi,  po  nim  samym  zostały  liczne 
kazania,  w  których  lubił  cytować  wiersze,  a  gromił  z  do- 
sadnością  współczesne  zepsucie  i  skłonność  do  zewnę- 
trznego przepychu,  mianowicie  w  strojach**).  Jan  ze  Słu- 
pcy umarł  zapewne  w  r.  1494  lub  krótko  potem;  w  roku 


*)  Wzmianka  należy  się  Jakóbowi  de  Lyssow,  który  był  pier- 
wszy raz  dziekanem  artystów  w  r.  1447,  ostatni  raz  w  r.  1466  jako 
dr.  dekretów,  licenoyat  teologii.  W  f.  1458  był  jeszcze  licencyatem 
in  decretis.  Prace  jego  z  tego  roku  w  ręk.  Jag.  298.  Umarł  w  roku 
1475  (Concl.  Univ.). 

1  Por.  Conclus.  Domus  Mai.  w  Cod.  Jag.  2230;  Cod.  univ.  II, 
248  i  Długosz  Lib.  Benef.  I,  192. 

^  Por.  rękopisy  Jag.  n.  189,  141&.  -^  O  jego  kazaniach  por. 
Bruckner  w  Bibliotece  Warsz.  1891  (luty)  str.  254. 


J 


64  tsiĘak  m.  —  ttozi>ziAŁ  n. 

1494  bowiem  wiele  ksiąg  na   mocy  jego  rozporządzenia 
dostało  się  do  biblioteki  Jagiellońskiej^). 

Znaczniejszą  osobistością,  jeżeli  nie  w  nauce,  to  w  uni- 
wersytecie był  Maciej  z  Kobylina.  Został  on  magistrem 
w  r.  1449  i  odtąd  aż  do  roku  1492  uniwersytetowi  służył, 
często  sprawując  jego  rządy;  bo  i  dziekanem  był  kilka- 
krotnie i  na  stanowisku  rektora  aż  dziewięć  razy  się  zna- 
lazł, pierwszy  raz  w  roku  1477,  ostatni  w  półroczu  zi- 
mowem  1491/2,  krótko  przed  swoim  zgonem.  Umari  bo- 
wiem w  r.  1492,  a  z  jego  księgozbioru  dostały  się  wtedy 
liczne  kodeksa  filozoficzne,  prawnicze,  a  nawet  medyczne 
do  biblioteki,  w  części  zaś  w  ręce  kolegów,  którzy  ich 
dozgonnie  mieli  używać');  kupował  je  lub  przez  swego 
notariusza  sporządzał  odpisy  •).  Krótko  przed  śmiercią,  w  r. 
1491  ustąpił  on  z  długo  zajmowanego  stanowiska  dzie- 
kana w  kościele  św.  Floryana.  Umarł  był  wtedy  Stanisław 
ze  Zawady*),  prof.  teologii,  dzierżący  Ł  z.  lectio  ordinaria. 
Maciej  z  Kobylina  wystosował  wtedy  do  uniwersytetu 
prośbę,  aby  jemu  powierzono  opróżnione  tą  śmiercią  sta- 
nowisko, » ponieważ  starość  i  słabość  nie  dozwala  mu  cho- 
dzić do  Św.  Floryana  i . . .  zadosyć  czynić  obowiązkom  ko- 
ścioła<  ^).  Prośba  była  też  skuteczną.  Stary  jednak  i  scho- 
rowany człowiek,  wybrany  następnie  rektorem,  umit^  je- 
szcze rozwinąć  w  ostatnim  roku  życia  znakomitą  energię 
wobec  nieporządków,  intolerabiles  insolentiae,  które  wtedy 
zakłócały  spokój  uniwersytetu.  Ponieważ  na  nowe  cho- 
roby nowych  potrzeba  lekarstw  —  quia  novismorbis  nova 


>)  Por.  ręk.  Jag.  1405,  1416,  1603. 

«)  Por.  Cod.  Jag.  361,  372,  649,  784,  1611,  1904,  2261,  3248. 

*)  Cod.  1363:  Moralia  b.  Gregorii...  scribi demandata  per suum 
notarium. 

*)  Objaśniał  on  głównie  stary  testament,  mianowicie  genezę 
według  Henryka  de  Hassia,  por.  Cod.  Jag.  1358.  Cod.  1429  stwier- 
dza jego  interes  dla  literatury  dotyczącej  genezy. 

*)  Conclus.  univ.  1491. 


trmwfiRSYTET  yf  DRUortój  po?.own?  sTrrisciA.  60 

antidota  sunt  adhibenda — jak  się  w  konkluzyi  wyrażono  ^), 
zakazano  wtedy  ponownie  stanowczo  noszenia  świeckich 
strojów,  broni,  nocnych  zbiegowisk  i  zagrożono  przestę- 
pcom surowemi  karami.  Pamięd  Macieja  z  Kobylina  w  uni- 
wersytecie utwierdziła  kollegiatura  ołtarza  św.  Donata, 
utworzona  ze  spadku  po  nim  przez  egzekutorów  jego  te- 
stamentu 

Młodszym  kolegą  wyżej  wspomnianych  był  Bernard 
z  Nissy,  noszący  pełne  nazwisko  Crotinphul  alias  Mikisch 
de  Nissa*).  Zapisał  się  on  na  uniwersytet  w  r.  1456,  ba- 
kałarzem został  po  dwóch  latach,  magistrem  w  r.  1462  •). 
Pochodzenie  jego  śląskie  wniosło  mu  kanonikat  wrocławski, 
cnoty  jego  i  nauka  zwróciły  nań  oczy  znaczących  osobi- 
stości. W  uniwersytecie  wprawdzie  nie  dostąpił  wielkich 
godności,  bo  tylko  raz  był  rektorem  w  półroczu  zimowem 
1489/90  i  w  ciągu  rektoratu,  2-go  lutego  1490  życie  zakoń- 
czył*). Ale  krótko  przed  zgonem  spotkało  go  inne  odzna- 
czenie. W  r.  1488  zapisał  się  w  poczet  uczniów  uniwer- 
sytetu krakowskiego  Janusius  Alexandri  ducis  de  Litwania, 
potomek  wielkiej  rodziny  Gasztoldów,  którzy  do  takiego 
doszli  znaczenia  na  Litwie,  że  Jan  Gasztold,  wojewoda 
wileński,  rządził  prawie  krajem  za  Kazimierza  Jagielloń- 
czyka. Dla  młodzieńca  z  wysokiego  rodu  trzeba  było  do- 
brać stosownego  opiekuna;  król  Kazimierz  polecił  to  za- 
danie Bernardowi  z  Nissy.  Wziął  tedy  mistrz  krakowski 
Jana  Gasztolda  pod  swoją  opiekę  i  do  swego  mieszkania  ^) 

*)  Conclus.  univ.  1492  (luty). 

>)  Cod.  Jag.  2330. 

•)  Por.  Cod.  Jag,  691.  W  r.  1464  występuje  jako  senior  bursae 
divitam  (Cod.  Jag.  462). 

^)  Por.  notatkę  na  rękopisie  teol.  legowanym  przez  niego  11- 
braryi  n.  1276.  Inny  jego  rękopis  (n.  615)  zawiera  różne  pisma  Cy- 
cerona i  traktat  Poggia. 

*)  Por.  ręk.  Liber  perceptorum  coli.  maioris:  1489  Bernardus 
de  Nissa...  pro  suo  prinoipe  commonitati  reponit  tres  maroas;  prin- 
ceps  in  Collegium  receptus  fuerat  Kollegiat  więc  płacił:  ratione  sui 
habitantis . 

Hiat.  Uniw.  T.  II.  5 


66  ItSlICOA   lit.  —  tlOZDŻIAŁ   It. 

W  większem  koUegium.  Stosunek  ten  jednak  długo  nie  trwa2 
wskutek  śmierci  przedwczesnej  Bernarda.  Po  jego  zgonie 
Jan   Głogowczyk  przejął  te   obowiązki   na  siebie. 

Z  temi  sprawami  łączy  się  ściśle  sprawa  wyższego 
znaczenia  i  nastroju,  na  której  tle  rysuje  się  postać  je- 
dnego z  najwybitniejszych  profesorów  krakowskich,  rfyn- 
nego  teologa  z  końca  wieku,  Jana  z  Oświęcimia, 
zwanego  Sacranus.  —  Na  uniwersytecie  krakowskim  ciężyła 
od  początku  wieku  kulturalna  misya  Polski  w  dziedzinach 
Wschodu.  Kazimierz  Wielki,  pierwszy  założyciel  uniwer- 
sytetu, zamyślał  ustanowić  równocześnie  kilka  biskupstw 
łacińskich  na  Wschodzie,  w  myśl  jego  postępował  Jagiełło. 
A  uniwersytet  miał  się  stać  ogniskiem  dla  promieni  świa- 
tła i  ciepła,  które  się  miały  szerzyć  po  dziewiczych  wschodu 
krainach.  Były  w  tej  misyi  dwa  zadania,  jedno  więcej 
świeckie,  kulturalne,  drugie  również  kulturalne,  ale  prze- 
ważnie religijne.  Uniwersytet  miał  przejąć  na  siebie  apo- 
stolstwo wiary  chrześcijańskiej,  które  dotychczas  wyko- 
nywali rycerze  krzyża  i  miecza  zarazem,  słać  wyznawców 
i  apostołów  na  Ruś  i  Litwę,  a  nie  tylko  walczyć  z  pogań- 
stwem, ale  także  z  Kościołem  wschodnim,  który  w  no- 
wych dziedzinach  Polski  od  dawna  się  usadowił  i  przeciw 
Rzymowi  działał  stanowczo  i  skutecznie.  Ciężkie  to  brze- 
mię, włożone  na  barki  instytucyi  naukowej;  tylko  też 
w  ograniczonej  mierze  mogła  ona  sprostać  zadaniom, 
a  szczegóły  i  owoce  tego  działania  uchylają  się  w  zna- 
cznej mierze  z  pod  oka  badacza  i  pióra  historyka. 

Od  początku  pewna  liczba  Litwinów  i  Rusinów  za- 
pisywała się  rok  rocznie  w  poczet  uczniów  uniwersytetu 
Jagiellońskiego,  ale  pokaźną  ona  nigdy  nie  była  w  pię- 
tnastym wieku.  Uderzają  przedewszystkiem  raz  w  raz 
pojawiające  się  nazwiska  przedstawicieli  wielkich  rodów 
wschodnich;  z  uniwersytetu  Jagiellońskiego  wynosili  oni 
zachodnią  chrześcijańską  kulturę  i  stawali  się  następnie 
na  Wschodzie  rozsadnikami  i  potężnymi  poplecznikami 
Jagiellonów   i  Jagiellońskiego  uniwersytetu.    W  r.    1442 


tJ?JTWER8rrET   w    1>RUGTKJ    POŁOWlB    i^TULKClA.  6*? 

zapisuje  si^  w  poczet  uczniów  Janusz  Hurko,  dux  Russiae, 
w  p.  1447  kniaź  Andrzej  Syetkonis  (sic!)  de  Russia,  w  r. 
1454  Alexander  syn  Alexandra,  książę  de  Russia;  wcze- 
śniej osięgnął  stopnie  w  uniwersytecie  Jagiellońskim  książę 
litewski  Herman  Gedrojć,  został  on  bakałarzem  w  roku 
1426,  magistrem  w  r.  1433,  a  ta  rodzina  stale  odtąd  przy- 
syłała n^odzieńców  do  Krakowa  na  wykształcenie;  baka- 
łarzami zostają  Wojciech  Gedrojć  w  r.  1464,  Michał,  za- 
liczony w  poczet  błogosławionych  w  roku  1465,  Gabryel 
w  r.  1475,  Jerzy  w  r.  1477.  Następnie  w  r.  1488  pojawia 
się  kniaź  Andrzej  Świrski  i  Janusz  Gasztold,  w  r.  1490 
znowu  Stanisław  Gedrojć,  w  r.  1502  dwóch  Sapiehów, 
wreszcie  w  dwa  lata  później  młody  kniaź  Paweł  Holszański. 
Szereg  tych  nazwisk  wyciągniętych  z  metryki  i  z  księgi 
promocyjnej  uniwersytetu,  mimo  swej  suchości  opowiada 
głośno  o  wpływach  cywilizacyjnych  uniwersytetu  na  li- 
tewskie i  ruskie  krainy. 

Kazimierz  Jagiellończyk  usilnie  o  to  się  starał,  aby 
w  podległych  mu  ziemiach  popierać  rzymski  katolicyzm 
i  krzewić  unię  z  Zachodem.  Sobór  florencki  zamierzył 
był  to  dzieło  przeprowadzić  w  pierwszej  wieku  połowie 
i  rzucił  wielkie  hasło,  podjęte  przez  Jagiellonów.  O  ha- 
słach jednak  raczej,  niż  o  owocach  mówić  tu  można.  Nie 
ulega  bowiem  wątpliwości,  że  mimo  ogłoszenia  unii  flo- 
renckiej znaczna  część  mieszkańców  metropolii  kijow- 
skiej w  drugiej  połowie  piętnastego  wieku  nie  wyzna- 
wała unii  ani  się  do  niej  przyznawała  i).  W  roku  1458 
podzielił  Pius  Il-gi  tę  metropolię  kijowską  na  dwa  od- 
łamy, na  moskiewską  i  litewską  lub  ściślejszą  kijowską 
metropolię.  Ostatnia  obejmowała  dyecezye  połocką,  brze- 
ską, smoleńską,  łucką,  włodzimierską,  chełmską,  przemy- 
ską, halicką  i  turowśką.  Kraje  więc  do  Polski  przynale- 
żne, odłączone  od  spójni  z  potężniejącą  Moskwą,  mogły 
teraz  samodzielniej  się  rozwijać  i  podatniejszy  dla  posiewu 


1)  Unia  Brzeska  przez  ks.  biskupa  Likowskiego,  Poznań  1896, 24;. 

5* 


68  KSIĘGA   III. nóż  .ZIAŁ   It. 

unii  grunt  przedstawiać.  Metropolici  kijowscy  rzeczywiście 
też  w  przeciwieństwie  do  moskiewskich  zachowali  odtąd  je- 
szcze przez  czas  dłuższy  tradycyę  unii  i  pewną  spójnię 
z  Rzymem;  ale  jednolitości  w  działaniu  nie  hyło,  Ruś 
przeważnie  pozostała  prawosławną,  a  wpływy  Wschodu 
coraz  bardziej  szerzyły  tu  zagony  i  krzewiły  niechęć  do 
Rzymu  ^). 

Król  Kazimierz  Jagiellończyk  zastał  więc  tu  ciężkie 
i  trudne  położenie  i  zadania.  Czego  nie  zdziałał  sobór, 
to  myślano  zdziałać  przez  misyę  i  klasztory.  Kazimierz 
tedy  zapraszając  Kapistrana  do  Polski  przedewszystkiem 
myślał  o  nawróceniu  Rusi  na  rzymską  wiarę;  bracia 
z  zakonu  Kapistrana,  t  z.  Bernardyni  stali  się  odtąd  gło- 
śnymi apostołami  katolicyzmu  na  Wschodzie.  W  roku 
1468  założyli  swój  klasztor  w  Wilnie  z  poparciem  zna- 
cznem  króla  Kazimierza,  który  odtąd  był  wiernym  orę- 
downikiem i  obrońcą  ich  zakonu:  defensor  magnificus  re- 
ligionis  nostrae  pauperculae,  jak  się  historyk  Jan  z  Ko- 
morowa wyraża*).  Nastąpiły  inne  fundacye  na  Litwie, 
jak  w  Tykocinie,  Połocku.  Marcin  Gasztold,  wojewoda 
trocki,  szczególnym  ich  był  opiekunem  i  dobrodziejem 
około  r.  1480;  jego  siostra  Alexandra  także  wybitną  ich 
otoczyła  troskliwością  i  w  zakonie  tercyarskim  dokonała 
żywota ').  Według  historyka  zakonu  żniwo  jego  było  obfi- 
tem;  liczy  on  nawróconych  na  tysiące*),  wymienia  misyo- 
narzy,  wśród  których  brat  Maryan  z  Jeziorka,  zmarły 
w  r.  1491,  »u  Litwinów  i  Rusinów  uchodził  za  apostoła 
Bożego«  *). 

Wielu  z   tych   zakonników   wyniosło  swe  wykształ- 
cenie z  uniwersytetu  Jagiellońskiego,  tak  n.  p.  wspomniany 


*)  Por.  Pelesz  Geschichte  der  Union,  Wien  1878  str.  *60  i  471 
i  nast. 

»)  Mon.  Pol.  V,  200.  —  Pop.  str.  262. 

•)  Ibid.  str.  224. 

«)  Ibid.  str.  224,  282. 

*)  Ibid.  str.  269. 


UNnnDRSYTiffr  w  dbuotrj  połowik  stulecia.  69 

Maryan,  który  według  historyka  zakonu  jako  bakalarz 
krakowski  przywdział  suknię  klasztorną;  Jan  Yitreatoris, 
minister  polskiej  prowincyi,  był  magistrem  artystów  Ja- 
giellońskiej wszechnicy*).  Nawet  na  katedrach  uniwersy- 
tetu rozbrzmiewały  ich  wykłady.  Jeden  z  nich  brat  Antoni 
z  Radomska  wynalazł  sztukę  pamięciową,  t.  z.  ars  memo- 
rativa  i  z  jej  pomocą  wygłaszał  przez  lat  szereg  swoje  ka- 
zania do  ludu;  tajemnice  jej  i  warunki  objaśniał  w  kla- 
sztorze przy  wielkim  udziale  publiczności,  a  uniwersytet 
skłonił  go  prócz  tego  około  r.  1476,  aby  ją  publicznie  wy- 
łożył w  kollegium  jurystów.  Był  on  według  historyka 
magistrem  artium  paryskim*).  Inny  Bernardyn  Stanisław 
Korzybski  osięgnął  bakalaryat  w  Krakowie  w  roku  1459, 
magistrem  artium  został  w  roku  1468.  Odtąd  działał 
w  uniwersytecie  przez  dłuższy  lat  szereg;  w  roku  1470 
wtajemnicza  on  młodego  ucznia  w  tajniki  artis  memo- 
ratiyae"),  w  roku  1483  piastuje  dziekanat  Jan  z  Komo- 
rowa zapisując  śmierć  jego  pod  rokiem  1491  nazywa  go 
mężem  excellentis  litteraturae  *).  Wreszcie  wspomnieć  już 
tu  nam  wypada  Jana  ze  Stobnicy,  wybitnego  skotystę 
owych  czasów,  który  jako  profesor  uniwersytetu  wstąpił 
do  zgromadzenia  Bernardynów — ex  professore  monachus 
minorum  —  według  brzmienia  współczesnej  zapiski  w  księ- 
dze promocyjnej^). 

Myśl,  która  kierowała  pracą  misyjną  Bernardynów, 
niańczyła  także  zawiązkom  krakowskiego  uniwersytetu, 
myśl  o  Litwie  i  Rusi  polecała  więc  zakon  mniejszych 
braci  życzliwości  mistrzów  wszechnicy.  W  końcu  wieku 
Litwa  i  troska  o  Litwę  zaczynają  w  uniwersytecie  kra- 
kowskim odgrywać  wybitniejszą  rolę.  W  roku  1488  i  1489 


*)  Ibid.  263.  Magistrem  został  w  r.  U76. 
")  Por.  Mon.  Pol.  V,  266  i  Opusculum  de  arte  memorativa  Ora- 
ooyiae  1504. 

*)  Acta  Rectoralia  840. 
*)  Mon.  Pol.  V,  261. 
»)  Lib.  Prom.  124. 


/U  KyiĘOA    in.  — ROZDZIAŁ    11. 

pojawia  się  wśród  mJodszych  nauczycieli  jako  extraaeus 
non  de  facultate  Andrzej  kniaź  Swirski  i  wykłada  Ary- 
stotelesa; obok  niego  w  półroczu  zimowem  1488/9  Adam 
z  Wilna  jako  extraneus  objaśnia  Horacyusza.  Obydwaj 
oni  razem,  w  roku  1488  złożyli  egzamin  magistrowski 
i  przelotnie  nauczali  w  Krakowie.  Pierwszy  bowiem  zo- 
stał kanonikiem  wileńskim,  drugi  notariuszem  wielkiego 
księcia  Alexandrai).  W  roku  1490  znowu  wśród  extranei 
zjawia  się  para  Litwinów.  Bernard  i  Jan  z  Wilna  wstą- 
pili na  uniwersytet  krakowski  w  roku  1485,  zostali  ma- 
gistrami w  roku  1489.  Pierwszy,  późniejszy  kanonik  wi- 
leński, zapowiada  w  roku  następnym  wykład  o  Horacyu- 
szu,  drugi  komentuje  Topiki  Arystotelesa.  Wśród  uczniów 
niejeden  Litwin  przysłuchiwał  się  niewątpliwie  wykła- 
dom ściślejszych  rodaków.  Bo  książę  Janusz  Gasztold 
od  roku  1488  przez  szereg  lat  przebywał  w  koUegium 
i  często  jako  świadek  występował  przy  sprawach  *),  a  na 
zimowe  półrocze  •  1490/1  zapisuje  się  w  poczet  uczniów 
wszechnicy  naraz  aż  siedmiu  scholarów  z  Wilna.  Przy- 
puścić się  godzi,  że  jakaś  wyższa  ręka  i  wyższe  natchnie- 
nia tem  kierowały,  że  sam  król  goręcej  się  teraz  zajął 
sprawami  Wschodu  i  dla  poparcia  swej  misyi  cywiliza- 
cyjnej i  religijnej  wpływał  na  ten  obfitszy  napływ  Litwi- 
nów do  krakowskiego  ogniska.  Po  myśli  też  króla,  cho- 
ciaż może  nie  z  jego  natchnienia  się  stało,  że  w  roku 
1491  ukazały  się  w  drukarni  krakowskiej  Fioła  pierwsze 
druki  cyrylickie,  mające  zaopatrzyć  cerkwie  ruskie  w  księgi 
kościelne  i  liturgiczne.  W  dwa  lata  potem  zjawiają  się 
podobne  druki  w  Cetynii  *).  Nie  wchodzimy  tu  w  pobudki, 


')  Muczkowski,  Liber  Promot.  100. 

«)  Acta  Rect  1252.  1264.  1268,  1260,  1261,  1286. 

')  Por.  o  tem  Estreicher.  Zainer  i  Świętopełk  Fioł  Warszawa 
1867  str.  43—46,  Golowatskij,  Swoipolt  Fioł  Wien  1876  (Akademie) 
str.  4  i  nast.  —  Starowolski  w  Hekatontas  twierdził,  że  Jan  z  Gło- 
gowy przekładał  psałterz  i  pismo  św.  na  język  ruski.  Twierdzenie 
to  nie  znajduje  w  znanych  źródłach  potwierdzenia. 


UNIWBRSYTRT    W    DRUGIEJ    POŁOWIE    STULECIA.  71 

któi^  fakt  ten  wywołały;  jedni  chcieliby  w  nim  upatry- 
wać myśl  wysoce  cywilizacyjną,  drudzy  obniżają  go  do 
poziomu  interesu  handlowego.  Krok  ten  w  każdym  razie 
dowodzi,  jak  żywy  interes  zwracał  się  w  owym  czasie 
na  Wschód,  jak  żywy  odgłos  sprawy  i  potrzeby  Wschodu 
znajdowały  w  Krakowie. 

Po  śmierci  Kazimierza  Jagiellończyka  w  r.  1492  na- 
stąpiło odłączenie  się  Litwy  pod  osobnym  rządem  króle- 
wieza  Alexandra  jako  wielkiego  księcia.  Epoka  to  była 
dla  Litwy  nieszczęśliwa;  pełno  zagadnień  czekało  na  roz- 
wiązanie, pełiio  konfliktów  na  złagodzenie,  a  osobistość 
księcia  wahającego  się  między  porywami  dla  unii  a  sym- 
patyami  dla  Wschodu,  postawionego  między  ambicyą  sa- 
modzielnych rządów  na  Litwie  a  niebezpieczeństwami 
grożącemi  od  Rosyi,  nie  miała  dosyć  energii  ani  siły,  aby 
wśród  rozterki  znaleść  dtogą  śmiałą  i  stanowczą.  Do  Ro- 
syi, która  coraz  częściej  zapuszczała  swe  zagony  w  dzie- 
dziny litewskich  książąt  i  całe  krainy  i  miasta  przeciągała 
na  swoją  stronę,  zamierzano  się  zbliżyć  przez  małżeństwo. 
W  r.  1493  powstał  już  plan  związku  księcia  Alexandra 
z  Heleną,  córką  Iwana  m,  księcia  rosyjskiego.  Układy  wy- 
pełniły rok  następny.  Niezwykłość  tego  małżeństwa  »mię- 
szanegoa,  poruszyła  umysły,  plany  te  donośnem  echem 
odbiły  się  w  Krakowie,  a  nawet  w  uniwersytecie.  Bardzo 
ciekawą  wiadomość  podaje  pod  tym  względem  Jan  z  Ko- 
morowa. Pisze  on,  że  z  powodu  tej  sprawy  » przyszło  mię- 
dzy prałatami  i  doktorami  z  jednej  strony  a  naszymi  bra- 
ćmi z  drugiej  do  rozprawy  nad  rebaptyzacyą  Greków, 
których  ryt  zachowywują  Rusini  i  nad  dopuszczeniem  ich 
do  świętych  obrządków  w  naszych  łacińskich  kościołach; 
świeccy  prałaci  i  doktorzy  twierdzili,  że  Grecy  przy  prze- 
chodzeniu na  ryt  nasz  powinni  być  chrzczeni  ponownie 
(rebaptisari)  i  że  dopiero  wtedy  do  sakramentów  w  na- 
szych kościołach  przystępowaćby  mogli,  podczas  gdy  nasi 
bracia,  a  przedewszystkiem  minister  prowincyi  ojciec  Jan 
(Yitreatoris)  przeciwnego  byli   zdania,   że  mianowicie  re- 


72  KSIĘGA    111.  ROZDZIAŁ    11. 

baptyzacya  jest  tu  niepotrzebną,  lecz  wystarcza  uznanie 
jednej  głowy  kościoła  czyli  papieża  i  obietnica,  że  mu  się 
będzie  posłusznym;  kto  to  uczynił,  temu  wolno  bez  wszel- 
kiej rebaptyzacyi,  do  której  nie  jest  zobowiązanym,  przy- 
stępować do  sakramentów  w  naszych  kościołach  i  taki 
za  prawdziwego  katolika  uchodzić  powinien « ^).  Naryso- 
wały się  tu  więc  przeciwieństwa  i  odmienne  zdania.  Za- 
kon, który  wykonywał  zadania  misyjne  na  Litwie,  był  za 
praktyką  łagodną  i  ugodną,  prałaci  i  doktorzy,  a  więc 
teologowie  krakowscy  stali  na  stanowisku  skrajnej  suro- 
wości, tak  jak  niegdyś  przy  innej  »redukcyi«,  w  sprawie 
Husytów  twarde  zaznaczyli  zasady.  Niebawem  miał  się 
przedstawiciel  tego  wydziału  znaleść  na  miejscu,  we  Wil- 
nie. Słynny  astronom  Wojciech  Brudzewski  przeszedł  był 
koło  roku  1492  z  fakultetu  artystów  do  teologicznego; 
a  w  lutym  roku  1494  za  rektoratu  Jana  Sacranus'a  udzielał 
uniwersytet  na  żądanie  kanclerza  swego  kardynała  Fry- 
deryka pozwolenia,  aby  tenże  Brudzewski  udał  się  na  Li- 
twę na  służbę  u  wielkiego  księcia  Alexandra  —  ad  ser- 
yiendum  lUustrissimo  principi  Magno  Duci  Lithuaniae  ^). 
Brudzewski  zastał  zapewne  na  dworze  wielko-książęcym 
dawnego  kolegę,  Adama  z  Wilna,  który  był  sekretarzem 
księcia  Alexandra '),  a  ze  stolicy  biskupiej  wileńskiej  witał 
go  także  wtedy  dawny  uczeń  i  magister  wszechnicy,  Woj- 
ciech Tabor,  który  zasiadał  w  latach  1490  — 1607  na  sto- 
licy wileńskiej;  został  on  bakałarzem  w  Krakowie  w  r. 
1469,  magistrem  razem  z  Brudzewskim  w  roku  1474 
W  późniejszych  latach  występuje  on  tutaj  z  tytułem  pro- 
boszcza grodzieńskiego,  a  następnie  trockiego.  W  Acta 
reotoralia  pojawia  się  jego  nazwisko  aż  do  roku  1476; 
pozywano  go  po  kilkakroć  w  rozmaitych  sprawach  przed 


')  Mon.  Pol.  V.  263. 
•)  Concl.  univ.  UdŁ 
•)  Liber  Prom,  100, 


UNIWRR8YTBT    W    DBUOIEJ    POŁOWIR   STirLKCTA.  73 

sąd  rektorski^).  Możliwem  jest  tedy,  że  sekretarz  Adam 
lub  biskup  Wojciech  zwrócili  uwagę  wielkiego  księcia  na 
słynnego  Brudzewskiego.  Jeżeli  biskup  Tabor,  który  byt 
za  praktyką  surową  wobec  Rusinów '),  chciał  w  trudnych 
chwilach  obecnych  pozyskać  sobie  uczonego  sprzymie- 
rzeńca, to  wybór  Brudzewskiego,  człowieka  zgodnego,  nie 
był  zapewne  z  jego  strony  zbyt  stosownym.  Możliwem 
jest,  że  *  go  wysłano  na  Litwę,  po  części  z  tą  misyą,  aby 
odwiódł  wielkiego  księcia  od  projektowanego  małżeństwa. 

Szczegółów  jego  pobytu  nie  znamy;  przypuszczamy 
tylko,  że  Brudzewski  napisał  wtedy  traktat  zapewne  teo- 
logiczny p.  t  Conciliator.  Czy  w  nim  stanął  na  twardem 
stanowisku  krakowskich  kolegów,  czy  też  może  odpowie- 
dnio do  swego  usposobienia  i  do  tytułu  pisemka  skłonił 
się  raczej  do  franciszkańskiej  nauki,  rozsądzić  dziś  niepo- 
dobna. Humanistyczne  skłonności  Brudzewskiego  raczej 
za  tem  drugiem  przemawiałyby  przypuszczeniem.  Jeżeli 
jego  misya  miała  także  ukryte  cele,  co  do  książęcego 
małżeństwa,  to  nie  udała  się  ona  całkowicie.  Uniwersy- 
tet stracił  przez  nią  Brudzewskiego  na  zawsze;  książę 
Alexander  nie  długo  też  zachował  go  przy  sobie,  bo  wielki 
uczony  krakowski  dokonał  na  sekretaryacie  w  Wilnie 
już  w  kwietniu  r.  1495  swego  żywota. 

Tymczasem  jeszcze  w  styczniu  r.  1495  przyszło  do 
ślubu  między  wielkim  księciem  a  ruską  Heleną.  Jeżeli 
marzono  o  tem,  że  w  ten  sposób  burze  grożące  Litwie 
od  Wschodu  ustąpią,  to  nadzieje  te  rozwiały  się  nieba- 
wem. Małżeństwo  to  owszem  stało  się  powodem,  że 
Iwan  ni-ci,  podejrzywający  swego  zięcia  o  chęć  nawróce- 
nia żony,  coraz  częściej  i  gwałtowniej  nacierał  na  podle- 
głe Litwie  ziemie.  Przyszło  do  wielkiego  naprężenia  sto- 
sunków, a  to  skłoniło  Alexandra,  że  w  tych  latach  usil- 
niej zaczął  przemyśliwać  o  unii  swych  poddanych  ze  Rzy- 


')  Acta  Rect  262,  d86»  888,  et  passim,  wreszcie  552. 
>)  Mon.  Pol  V,  264. 


74  JCOOIGA   III.  —  ROZDZIAŁ   II. 

mem,  o  wzmocnieniu  odpornoBci  ich  politycznej  i  peligg- 
nej  wobec  wschodniego  władcy.  W  r.  1498  mianował  on 
metropolitą  kijowskim  czyli  litewskim  Józefa  Sołtana,  który 
po  pewnej  chwiejności  w  początkach,  gorliwie  dla  sprawy 
unii  zaczął  pracować  *).  Wogóle  w  całej  Litwie  objawiały 
się  wtedy  pragnienia  unii  i  zespolenia  ze  Rzymem  •).  Podą- 
żyli tam  wkrótce  posłowie  od  nowego  metropolity  i  księcia 
Al6xandra,  Jan  Sapieha  sekretarz  książęcy  i  znany  huma- 
nista Erazm  Ciołek.  Chodziło  o  uznanie  Sołtana  przez 
Rzym  i  o  określenie  warunków,  pod  którymi  redukcya 
przechodzących  do  rzymskiego  Kościoła  dokonaną  być 
miała.  Alexander  VI-ty  postanowił  przed  wszelkim  krokiem 
zasięgnąć  wiadomości  na  miejscu;  zapytywał  się  on  w  kwie- 
tniu r.  1501  u  biskupa  wileńskiego  Tabora  i  u  wielkiego 
księcia  o  osobę  metropolity,  o  obrządki  greckie  i  zasięgał 
rady  co  do  możliwości  i  warunków  połączenia  Kościołów  *). 

Zdania  były  tu  ciągle  podzielone.  Niektórzy  byli  za 
wszelkiemi  ułatwieniami,  za  łagodnością  i  ustępstwami. 
Szerokie  pod  tym  względem  zasady  głosili  ciągle  Bernar- 
dyni; wtórowali  im  humaniści,  jak  Ciołek,  a  przedewszyst- 
kiem  ci  wśród  Rusinów,  którzy  gorąco  popierali  spraw^ę 
połączenia  z  Rzymem.  Sprawa  rebaptyzacyi  była  ważną; 
przed  ponownym  chrztem  sromano  się  przede  wszy  stkiem 
w  tych  kołach;  szczególnie  Sapieha  żądał  najszerszych 
koncesyi. 

Biskup  wileński  Wojciech  Tabor  nie  chciał  oczywi- 
ście iść  tak  daleko.  Świeżo  gościł  on  był  u  siebie  Jana 
z  Oświęcimia,  który  jako  poseł  króla  Jana  Olbrachta  do 
Wilna  przybył.  Skoro  go  teraz  wezwano  do  wygotowania 
memoryału  o  Rusinach  dla  papieża,  zwrócił  się  biskup  Ta- 
bor na  wiosnę  roku  1501  do  wspomnianego  Sacranus'a,  aby 
tenże  wwedług  pism  kanonistów  i  dzieł  teologów  określił, 


*)  Pelesz,  Geschichte  der  Union  I,  479. 

•)  Caro  Geschichte  Polens  V.  788. 

')  Pisma  z  kwietnia  i  maja  r.  1501  —u  Pelesza  1.  a  4Sk  i  486, 


UKlWliSRSYTET   W    DRUCrEJ    P«»ŁOWlK   STULKCTA.  75 

CO  O  ąbu8U8  rytu  ruskiego  i  błędach  Rusinów  sądzić 
należy.cc  Tak  więc  powstało  dziełko  Sacranus'a  p.  t  EIu- 
cidarius  errorum  ritus  Ruthenici*). 

Jan  z  Oświęcimia  znał  biskupa  wileńskiego  od  dawna, 
»śledził  jego  kroki  z  wielką  uwagą  od  pierwszej  młodo- 
ścią i  był  względem  niego  zobowiązanym  do  wdzięczności 
za  wyświadczone  dobrodziejstwa;  dlatego  też  podjął  się 
pracy,  »chociaż  przebywając  in  externo  solo  (zapewne  na 
Litwie)  bez  zapasu  książek  nie  mógł  materyi  tej  dokła- 
dnie opracować. «  Traktat  jego  składa  się  z  trzech  części. 
Pierwsza  przeważnie  jest  wyliczeniem  błędów  Kościoła 
greckiego,  w  drugiej  daje  Sacranus  historyczny  pogląd  na 
powstanie  rozdziału  Kościołów,  w  trzeciej  mówi  o  zna- 
czeniu i  istocie  sakramentów  w  greckim  Kościele.  Całe 
pismo  tchnie  nieufnością  do  Rusi  i  zamiarów  unii,  w  niej 
się  objawiających.  Autor  myśli  oczywiście  o  »redukcyi«, 
bo  w  tym  celu  zaczął  pisać,  ale  przyjęcie  tych  nowona- 
wróconych  utrudnia  twardymi  warunkami.  »Z  ostrożnością 
przyjmować  ich  należycc  Dowodzi,  żę  grecki  Kościół  nie 
ma  prawowitych  kapłanów,  że  przeto  ich  sakramenta 
a  więc  i  chrzest  nie  mają  pewnej  wartości.  Jest  więc  za 
rebaptyzacyą,  za  chrztem  ponownym  podjętym  na  przy- 
padek, gdyby  pierwszy  nie  był  miał  żadnego  znaczenia. 
Inne  ustępy  dotykają  już  wprost  księcia  Alexandra,  jego 
sympatyi  i  polityki  ruskiej.  Książęta,  którzy  w  swych  kra- 
jach Rusinów  odznaczają  zaszczytami,  ściągną  na  siebie 
rozliczne  niebezpieczeństwa  i  nieszczęścia.  Katolikowi  nie 
wolno  według  Sacranus*a  pojąć  schizmatyczki  za  żonę. 
Twierdzenie  to  zwracało  się  bezpośrednio  przeciw  mał- 
żeństwu wielkiego  księcia. 

Poruszono  więc  tu  przeciwieństwa  zasadnicze,  które 
po  dziś  dzień  rozdzielają  zachodni  Kościół  od  wschodniego. 


*)  Napisane  krótko  po  r.  1500,  a  przed  śmiercią  Olbrachta 
(17  czerwca  roku  1501),  a  więc  w  maju  r.  1501,  ponieważ  zapewne 
wywolanem  zostało  pismem  papieża  z  kwietnia  do  Wojciecha  Tabora, 


76  KSIĘGA    Ul.  —  ROZDZIAŁ   II. 

W  tych  sprawach  stoi  oczywiście  autor  na  twardym  grun- 
cie katolickiego  Kościoła,  stoi  silnie  i  stanowczo.  Ale  do- 
tknięto tu  także  innych  rzeczy,  w  których  należało  oka- 
zać więcej  giętkości  i  szerokości  —  dla  dobra  sprawy  i  Ko- 
ścioła. Tymczasem  i  w  tych  szczegółach  zajmuje  autor 
stanowisko  skrajne,  nieugięte,  odpychające.  Przypomnieć 
sobie  jednak  trzeba,  że  pisano  to  pod  wpływem  rozdra- 
żnienia na  propagandę  wiary  prawosławnej  na  Litwie, 
odpadnięcia  niektórych  książąt  litewsko-ruskich  do  Iwana, 
pod  wrażeniem  orężnych  zapasów  z  wielkim  księciem 
Iwanem  Ill-cim,  który  w  roku  1499  srogą  klęskę  zadał  li- 
tewskiemu wojsku,  a  ciągle  na  ziemie  litewskie  nastawał. 
Ale  prócz  tego  wypłynęło  to  ze  skrajnej  doktryny  zako- 
rzenionej w  kołach  teologów  krakowskich,  doktryny  nie- 
zupełnie sprawiedliwej.  Papież  Alexander  VI-ty  bullą  swoją 
z  sierpnia  r.  1501  usunął  szorstkości,  mające  odstraszyć 
od  upragnionej  redukcyi,  w  myśl  soboru  florenckiego  prze- 
mówił przeciwko  rebaptyzacyi,  poszedł  więc  za  głosem 
ugodniejszych  ludzi,  jak  Bernardynów  i  innych,  za  głosem 
Jana  Sapiehy  i  humanisty  Ciołka  *).  Ciołek,  który  od  roku 
1495  przebywał  u  boku  księcia  litewskiego  i  pełnił  obo- 
wiązki sekretarza,  uzyskał  u  papieża  rozmaite  łaski  dla 
Litwy,  przywiózł  między  innemi  do  Wilna  głowy  św. 
Kośmy  i  Damiana  i  rozmaite  relikwie*).  Sapieże  pozwolił 
papież  wybudować  kościół,  w  którymby  odbywały  się 
msze  według  rytu  greckiego,  w  którymby  jednak  także 
łacińscy  księża  celebrować  mogli  ^).  Ciołek  i  Sapieha 
wrócili  więc  zwycięzcami  ze  swej  misyi.  Że  im  się  nie 
uda  uzyskać  w  Rzymie  uznania  dla  małżeństwa  wielkiego 


*)  Szujski,  Odrodzenie  i  reformacya  w  Polsce  str.  61  i  137 
przypuszcza,  ie  myśl  zjednoczenia  schizmy  z  katolicyzmem  szcze- 
gólnie w  kolach  humanistów  znajdowana  poparcie,  ie  rozbudził  ją 
słynny  Kallimach.  Jest  to  tylko  przypuszczenie,  nie  pozbawione  pra- 
wdopodobieństwa. 

•)  Por.  St.JLukas,  Erazm  Ciołek  (1878)  str.  18/19. 

»)  Mon.  Pol.  V,  2e6. 


maWKRSYl^ET    AV   DRITGIRJ    POŁOWlU   STULieclA.  77 

księcia,  to  z  góry  przewidzieć  było  można.  Ale  i  tak  plon 
ich  pracy  był  obfitym.  Jakby  na  utwierdzenie  i  stwier- 
dzenie zachodnich  dążności  oddaje  Jan  Sapieha  w  r.  1502, 
już  naówczas  ^sekretarz  królewski  i  kanclerz  królowej 
Helenya,  dwóch  swoich  synów  Piotra  i  Pawła  na  uniwer- 
sytet Jagielloński. 

Jan  z  Oświęcimia  przegrał  więc  sprawę;  rozumiemy 
wiele  jego  obaw,  a  historya  stwierdziła,  że  były  słuszne, 
ale  z  drugiej  strony  zaprzeczyć  nie  może,  że  zbyt  gwał- 
townie wystąpił  i  szorstko,  że  żądanie  jego  dotyczące  re- 
baptyzacyi  było  draźniącem.  Cały  ten  traktat  jest  ważnym 
objawem  w  dziejach  walk  naszych  religijnych,  ale  utwo- 
rem ani  co  do  treści  ani  co  do  formy  nie  bardzo  udatnym. 
Stanisław  Orzechowski  piszący  w  r.  1544  swój  Baptismus 
Ruthenorum  powrócił  do  niego,  a  oddając  pochwały  au- 
torowi, twierdzi,  »że  nie  jest  bez  winy...  bo  jako  Ślązak 
i  obcy  człowiek  zbyt  twardo  Rusinów  sądził.«  Nie  był 
Jan  z  Oświęcimia  ani  obcym  ani  Ślązakiem;  przy  wtó- 
rzymy jednak  Orzechowskiemu,  kiedy  go  o  przesadną  po- 
mawia surowość. 


Zatrzymaliśmy  się  przydłużej  przy  tej  sprawie,  bo 
wypływiJa  ona  z  pierwotnego  uniwersytetu  posłannictwa 
i  przeznaczenia,  a  rozważyć  należało,  o  ile  mu  sprostał 
i  zadosyćuczynił.  Jan  z  Oświęcimia  jednak  nie  tylko  pod 
tym  względem  znaczącą  jest  osobistością.  Wpływem  swoim 
i  powagą  zaważył  on  wielokrotnie  nad  losem  uniwersy- 
tetu w  końcu  stulecia  i  na  przełomie  dwóch  wieków. 

Pochodził  on  z  Oświęcimia,  miasteczka  położonego 
na  pograniczu  Śląska,  które  w  ciągu  piętnastego  wieku 
już  dwóch  mistrzów  przysporzyło  uniwersytetowi,  Jana 
zwanego  Beber,  magistra  z  r.  1449  i  Jana  innego,  zapi- 
sanego w  poczet  uczniów  krakowskich  w  r.  1443.  Młod- 
szy od  nich,  trzeci  Jan  z  Oświęcimia,  zwany  Sacranus, 
najwięcej   rozsławił  wspomnianą  miejscowość.  Zapisał  się 


78  kSH^GA   tli. łlOZDŹIAŁ   It. 

on  na  ucznia  wszechnicy  w  r.  1459,  osięgnął  bakalaryat 
w  r.  1466,  magistrem  wreszcie  został  w  r.  1469.  Jeden  z  jego 
uczniów,  Stanisław  z  Łowicza,  wjrraźnie  jednak  poświad- 
cza, że  prócz  nauk  krakowskich  jeszcze  inni,  świetniejsi 
mistrzowie  wpłynęli  na  jego  wiek  młodzieńczy  i  wykształ- 
cenie. Nazywa  on  mianowicie  Jana  Sacranusa  godnym 
Franciszka  Filelfa  uczniem*).  Podeszły  w  leciech  Filelfo 
po  śmierci  ostatniego  ze  swych  potężnych  opiekunów 
Franciszka  Sforza  w  r.  1466,  znalazł  się  w  przykrem  ma- 
teryalnem  położeniu  i  nie  mając  stałego  oparcia,  spędził 
ostatnie  lata  życia  na  wędrówkach  i  żebraninie,  powtócił 
więc  do  obyczajów  swej  młodości.  Z  kolei  szukał  on'  sie- 
dziby stałej  i  zajęcia  w  Rzymie,  Bolonii,  Siennie  i  Pawli, 
aż  jako  starzec  83-letni  umarł  we  Florencyi  w  r.  1481. 
Na  te  ostatnie  więc  lata  przypadło  spotkanie  się  jego 
z  młodym  Janem  z  Oświęcimia.  Gdzie  to  nastąpiło,  nie- 
wiadomo. Przypuścić  się  godzi,  że  młody  Polak  korzystał 
z  jego  nauki  w  Rzymie,  gdzie  Filelfo  przepędził  lata  1474 
i  1475  *).  We  Włoszech  i  w  otoczeniu  tego  człowieka  na- 
brał on  był  tego  zamiłowania  do  humanizmu,  które  pó- 
źniej nigdy  go  już  nie  opuściło.  Sama  przemiana  nazwiska 
na  Sacranus  jest  wymownym  i  znaczącym  tego  wpływu 
dowodem. 

Około  roku  1476  powrócił  on  zapewne  do  kraju,  aby 
zacząć  wykłady  w  krajowej  wszechnicy.  W  r.  1480  jest 
prepozytem  koUegium  artystów  •).  W  latach  1487  —  1491 
spotykamy  jego  wykłady  w  Liber  dilłgentiarum  artystów; 
ma  lekcye  arystotelesowskie,  objaśnia  Cycerona  i  Hymny, 
zapewne  Prudencyusza.  Uczniowie  chwalili  go,  że  wpro- 
wadza, jak   nikt,  do  dokładnej  znajomości  Cycerona  'i  in- 


^)  Sacranus,  Modus  Epistolandi.  (wyd.  z  r.  1520). 
*)  Ks.  Dr.  FijaZek,  Studya  do  historyi  \miwersytetu  Jag.  36. 
*)  Concl.  univ.:  in  praepositura  Joannis  de  Oświęcim  iunioris, 
w  przeciwieństwie  do  Jana  Bebora,  dr.  dekretów,  starszego  mistrza. 


ttNlW«IlSYl»f  W    DRiroiltU    POŁOWIC    STltLKClA.  79 

nyoh  mówców*).  W  r.  1491  jest  po  raz  drugi  dziekanem 
wydziału  artystów;  odtąd  już  jako  bakałarz  formatus  teo- 
logii przechodzi  do  fakultetu  teologicznego.  Wkrótce  też  spo- 
tyka go  wybitne  odznaczenie.  Na  zimę  r.  1493/4  zostaje 
po  raz  pierwszy  rektorem  i  dzierży  tę  godność  przez  trzy 
półrocza  z  rzędu;  później  w  latach  1512/13  znowu  przez 
rok  cały  zajmuje  to  stanowisko. 

Jako  rektor  rozwijał  on  za  każdym  razem  ruchliwą 
działalność.  Kiedy  po  raz  pierwszy  przyszło  mu  sterować 
i  rządzić  uniwersytetem,  czasy  były  burzliwe,  uniwersytet 
świeżo  był  pogorzał  w  r.  1492,  a  i  wewnątrz  były  roz- 
maite palne  i  zapalne  zarzewia,  które  mogły  wybuchnąć 
płomieniem.  Walki  między  humanizmem  i  średniowieczy^ 
zną  zapełniły  ostatni  dziesiątek  piętnastego  wieku.  Jan 
Sacranus  zakosztował  był  na  Południu  słodyczy  i  upojenia 
nowych  kierunków;  ale  dalekim  był  on  od  skrajności  w  tym 
względzie.  Był  to  człowiek,  który-  na  przełomie  dwóch 
wieków  i  dwóch  światów  pośrednie  chcii^  zajmować  sta- 
nowisko, nie  chciał  zrywać  z  tradycyą,  ale  też  nie  chciał 
odrzucać  tego,  czem  nowa  epoka  darzyła  i  o  co  się  upo- 
minała. Swoją  pośredniością  przypomina  on  wielu  ludzi 
z  tej  epoki,  jak  sławnego  humanistę  niemieckiego  Jana 
Wimpheling*a.  Uprawia  Sacranus  elokwencyę  łacińską 
i  w  licznych  przemowach  utacza  cycerońskie  frazesy,  ale 
właśnie  w  tych  przemowach  odpiera  on  zapewne  skrajne 
zakusy  zbyt  radykalnych  humanistów;  bo  kiedy  w  mowie 
z. roku  1492  do  nowego  króla  Jana  Olbrachta  wspomina 
3»o  burzliwych  nieszczęściach  czasów,  wskutek  których 
staliśmy  się  niemal  pastwą  publicznącc,  kiedy  w  allokucyi 
do  kardynała  Fryderyka  z  roku  1493  ponawia  wzmiankę 
o  »ciężko  dotkniętym  uniwersytecie«  i  wzywa  kardynała 
do   strzeżenia  i  utrzymania    »teologicznego   i  prawie  już 


*)  Por.  Bruckner  w  Pracach  filoL  V,  38.  —  Z  jego  spuścizny 
dostały  się-  niewątpliwie  do  biblioteki  Jag.  Cod.  194:9  (z  pismami 
Cycerona)  i  cod.  19&5  (z  utworami  Prudeacyusza). 


j 


80  Mi^A  Itr.  —  notjy/JAŁ  tj. 

zepsowanego  ładu«c  (theologicalem  et  paene  iam  detrimen- 
tosum  ordinem)  uniwersytetu,  to  chyba  zawieruchy  przez 
młodych  humanistów  sprowadzone  miał  na  myśli  i:  tychże 
zawieruch  odparcie^).  Orator  ten  humanistyczny,  który 
według  świadectwa  Stanisława  z  Łowicza  )>wodzem  był 
muz  i  chorążym,  w  wierszu  przednim,  w  prozie  dosko- 
nałym«,  używał  więc  zapewne  nowoczesnej  broni  do  po- 
skromienia zbyt  nowoczesnych  prądów.  Uczniowie  go 
chwalili  za  wykłady  o  Cyceronie.  Aby  zadosyć  uczynić 
potrzebom  wieku,  który  lubować  się  zaczął  w  poprawno- 
ści i  dźwięczności  formy,  napisał  także  Sacranus,  jak  tylu 
innych.  Modus  epistolandi,  podręcznik  stylistyczny,  zawie- 
rający wskazówki  do  poprawnego  redagowania  listów. 
Ten  jego  modus  ma  bardzo  skromne  cele,  daje  elemen- 
tarne reguły  i  przepisy.  Chociaż  wiersz  mu  towarzyszący 
zapowiadał,  że  czytelnik  znajdzie  tu  przewodnika  »do  gór- 
nych Marka  Cycerona  przybytków«,  to  w  rzeczy  samej 
znaleść  tu  mogli  jedynie  pewien  pożytek  mniej  wykształ- 
ceni, minus  eruditi,  do  których  autor  się  na  czele  odzywa. 
Dziełko  to  wyszło  po  raz  pierwszy  w  druku  około  r.  1507; 
w  r.  1520  wydał  je  ponownie  Stanisław  z  Łowicza,  mistrz 
krakowski,  dodając  może  po  raz  pierwszy  wzory  listowe 
Sacranusa,  listy  fikcyjne  według  przepisów  retoryki  na- 
pisane *).  Wydawca  oddaje  Janowi  z  Oświęcimia  ogromne 
pochwały  i  zaznacza,  że  ten  retoryczny  jego  utwór  jest 
dziełem  młodości  wielkiego  uczonego  (primordia  lususąue 
iuveniles).  Wyraźnie  Sacranus  pofolgował  tem  dziełkiem 
nowym  prądom,  które  na  młodości  jego  wycisnęły  swe 
piętno.  Nie  dorównywa  ono  wartością  współczesnym  po- 
dobnym utworom;  Sacranus  składał  swe  hołdy  nowym 
Bogom  z  pewną  nieśmiałością,  która  :nu  podcinała  polot 
i  skrzydła. 

^)  Mowy  te  w  Studyach  do  hist.  uniw.  ks.  dr.  Fijałka. 

')  Znam  wydanie  bez  daty  (Jag.  bibl.),  w  którem  są  tylko  re- 
guły i  wydanie  z  r.  Id20  (Dzikowski  egzemplarz),  w  którem  po  re- 
gułach idzie  list  Stanisława  z  Łiowicza  i  wzory  listów. 


tJNlWłlRSYTET   W    DRUOIBJ    POŁOWllfi    STCTLBaA.  SI 

W  Życiu  współczesnem  i  życiu  uniwersyteckiem  zna- 
czenie jego  było  większem,  niż  na  polu  naukowem.  Kar- 
dynał Fryderyk  Jagiellończyk  odznaczał  go  szczególnem 
zaufaniem,  używał  go  za  pośrednika  między  sobą  a  uni- 
wersytetem ^),  za  życia  lub  ostatnią  swą  wolą  księgi  nie- 
które mu  przekazał  •).  Widzieliśmy  jak  żywy  udział  około 
r.  1500  wziął  on  w  sprawach  dotyczących  Litwy;  głos  jego 
ówczesny,  który  powyżej  objaśniliśmy,  był  nieco  szorstkim 
i  skrajnym,  odrzynał  tem  od  życzeń  i  zdania  humanistów. 
Rola  ta  publiczna  na  tem  się  nie  skończyła.  W  r.  1505 
występuje  znowu  na  Litwie,  w  otoczeniu  króla  Alexan- 
dra,  jako  spowiednik  królewski.  Kiedy  król  Alexander  na 
zjeździe  w  Brześciu  za  poduszczeniem  Michała  Glińskiego 
niektórych  panów  polskich  i  litewskich  ścigał  swym  gnie- 
wem, a  nawet  według  obiegających  pogłosek  chciał  wy- 
gubić, natenczas  oparł  się  temu  kanclerz  koronny  Jan  Łaski, 
a  poparł  go  w  tem  stanowczo  Jan  z  Oświęcimia').  Wy- 
raźnie zajmował  on  na  dworze  wybitne  stanowisko;  już 
za  Olbrachta  pojawia  się  on  z  tytułem:  regiae  Maiestatis 
Capellae  magister,  to  jest  piastuje  godność  pierwszego 
królewskiego  kapelana,  a  to  samo  stanowisko  dzierży  na- 
stępnie za  Alexandra,  który  go  obdarza  datkami  soli,  to 
znów  postawem  sukna  flandryjskiego  *).  Po  roku  1495  zo- 
stał plebanem  św.  Mikołaja,  jest  prócz  tego  kanonikiem 
krakowskim  i  włocławskim*).  Niektórzy  autorowie  zwią 
go  nadwornym  teologiem  królów  Olbrachta,  AIexandra 
i  Zygmunta  ®),  a  Stanisław  z  Łowicza  wyraża  się  o  nim 
z  nieograniczonym  podziwem;  nazywa  go  »najgorętszym 
orędownikiem  uniwersytetu,   mężem   w  sprawach   publi- 


»)  Conclus.  univ.  1498. 
»)  Cod.  bibl.  Jag.  1836. 

^  Miechowita,  Gron.  Pol.  (1521)  CCCLXIIII.  Narbutt,  Dzieje  na- 
rodu litewskiego  8,  445. 

*)  Por.  Pawiński,  Liber  Quitantiarum  (1897)  str.  120,   148,  161. 
»)  Por.  Cod.  univ.  III,  202  i  Conclus.  univ.  1498. 
«)  Wiszniewski,  Hist.  lit.  V,  21. 

Hi«t,  Uaiw.  T.  U.  6 


8Ś  tEBUtOA    Itl. KOZDZrAŁ   tł. 

OBiiyoh  szczególnie  biegłym,  dFogim  dlatega  królc^m  pol- 
ricim,  którym  na  dwarze  i  poza  dworem  towarzyszy! 
i  8ln[iył.«  To  jego  społeczne  i  polityczne  SFtanowieko  przy- 
czyniło się  też  nie  mało  do  jego  rozgłosu;  pul>licziia;  działal- 
ność i  długa  służba  była  główną  jego  zasługą.  Umari 
w  Krakowie  w  r.  1527. 


Jan  z  Oświęcimia  Sacranus  był  więc  powagą  teolo- 
giczną u  schyłku  piętnastego  wieku;  miał  on  tę  niewąt- 
pliwą wyższość  wśród  swoich  kolegów,  iż  współmyślał 
i  współczuł  ze  współczesnymi,  że  problem  aktualny  i  wa- 
żny, dzielący  dwa  kościoły  chrześcijańskie  zajął  jego  umysł 
i  pióro.  Bo  wogóle  po  ruchliwem  życiu  pierwszej  połowy 
wieku,  która  teologów  krakowskich  wyprowadziła  do  szer- 
mierki w  sprawach  obchodzących  świat  cały,  podczas  wiel- 
kiej scysyi  między  papiestwem  a  soborami,  nastała  w  dru- 
giej połowie  wieku  stagnacya,  nie  znać  walki  i  sporów, 
które  świadczą  o  życiu  i  żywotności.  Na  Zachodzie  rozłam 
między  starszymi  kierunkami  Tomistów  i  Skotystów,  a  t  z. 
kierunkiem  nowszym  Okkamistów  dzielił  teologów  i  teo- 
logiczne fakultety  na  dwa  obozy.  To  przeciwieństwo  mię- 
dzy antiqui  i  moderni  nie  leżało  już  teraz  właściwie 
w  spornej  nauce  o  t  z.  universalia;  obydwa  obozy  ró- 
żniły się  raczej  zakresem  swego  nauczania.  Antiąui  byli 
to  ci  scholastycy,  którzy  co  do  treści  i  formy  trzymali  się 
tomistycznej  i  skotystycznej  literatury;  ze  względu  na 
swoich  przewodników  zajmowali  się  oni  także  realnemi 
dyscyplinami,  metafizyką,  etyką,  fizyką  i  cenili  przedewszyst- 
kiem  te  części  logiki,  które  stanowiły  pomost  do  poznania 
jestestw  realnych.  Przeciwnie  moderni  uprawiali  głównie 
teologiczne  problemy,  które  się  odnosiły  do  nazw  pojęć 
i  do  własności  budowy  zdania.  W  oderwaniu  zupełnem 
od  rzeczy  zajmowali  się  oni  wszelkiemi  subtelnościami 
sądu  i  syllogizmów,  tak  że  przeciwna  party  a  zwała  ich 
jednostronnymi  sofistami,  zaniedbywającymi  realne  dyscy- 


tmiWBRSYTBT    W    DRUOnJSJ    POtOWiK    8TULBCIA.  83 

pliny.  Wśród  pierwszych  popłacała  tąk  zwana  płuloąophia 
realia,  poruszająca  tajniki  życia  i  świata,  drudzy  zaskle- 
piali się  w  gimnastyce  myśli,  w  igraszce  terminów,  w  t  z. 
philosophia  sermocinalis  ^).  W  Heidelbergu  uczono  w  pię- 
tnastym wieku  teologii  według  via  antiqua  lub  moderna, 
obydwa  kierunki  uprawiano  obok  siebie,  a  promocye  odby- 
wały się  według  obydwu  odcieni  naukowych;  w  Bazylei 
wyłoniły  się  nawet  z  tego  sporu  dwa  fakultety  teologiczne 
z  dwoma  dziekanami.  Obydwa  te  kierunki  były  dosyć  ja- 
łowe; zaprzątano  umysły  logicznymi  i  metafizycznymi  pro- 
blemami, które  z  religią  mało  mis^  związku  i  dla  ducha 
mało  istotnego  przynosiły  pokarmu.  Scholastyka  nurzała 
się  i  płużyła  sobie  po  staremu  w  gimnastyce  słów  i  myśli, 
przygniatała  myśl  formułkami,  która  ani  głębszych  drą- 
żyć kolei  już  nie  umiała  ani  do  śmielszych  polotów  już  nie 
była  zdolną. 

W  Krakowie  o  tych  waśniach  dzielących  teologów 
dosyć  jest  głucho.  Via  moderna,  czyli  Okkamiści  nie  zdo- 
byli tu  nigdy  wielkiego  znaczenia  ani  wpływu;  mówiliśmy 
poprzednio,  że  rękopisy  Burydana  w  bibliotece  Jagielloń- 
skiej poświadczają  pewną  znajomość  lub  zajęcie  się  okka- 
mizmem.  Metafizyka  tej  nauki  nie  zdobyła  tu  jednak  sobie 
adeptów.  Co  najwięcej  w  zakresie  logiki,  która  z  wszyst- 
kich działów  filozofii  najwięcej  wybujała  na  uniwersyte- 
tach, na  niekorzyść  innych  części,  a  nawet  z  krzywdą 
teologii,  znać  pewne  wpływy  Okkama.  O  wielkim  ruchu, 
który  w  zakresie  dyalektyki  w  końcu  stulecia  u  nas,  jak 
i  gdzieindziej  zapanował,  później  jeszcze  mówić  będziemy. 
Tu  zaznaczamy,  że  Michał  z  Wrocławia,  mistrz  krakow- 
ski owych  czasów,  w  swojem  Introductorium  dialecticae 
(z  r.  1504)  idzie  za  powagami  t.  z.  moderni  czyli  termi- 
nistów,  że  zmarły  w  r.  1507  mistrz  krakowskiej  wszech- 
nicy Jan  z  Głogowy,  wielki  na  polu  filozofii  eklektyk,  ko- 


*)  Por.  o  tem  Prantl,  Gecohichte  der  Logik  IV  (1870)  str.  148, 
187,  188,  IdS. 


84  KBiĘaA  in.  —  rozdział  u. 

mentarze  swe  do  Arystotelesa  opierał  na  Albercie  Wiel- 
kim, Św.  Tomaszu,  ale  prócz  tego  czerpał  z  najsubtelniej- 
szego Okkamisty  Pawła  Nicolettus  Yenetus^).  Charakte- 
rystycznem  też  jest,  że  jeden  z  najzagorzalszych  Skotys- 
tów  krakowskich,  Jan  ze  Stobnicy,  namówił  mistrza  Mi- 
kołaja z  Gielczewa  do  objaśnienia  dzieła  Marsilius'a  de 
Inghen,  stanowczego  Okkamisty,  o  passiones  terminorum  *). 
Wyraźnie  w  zakresie  dyalektyki,  a  tę  głównie  uprawiali 
filozofowie  i  teologowie  krakowscy,  przeciwieństwa  się 
zatarły  i  odium  metaphysicum  ustępowało  pola  eklekty- 
cyzmowi. 

Wogóle  jednak  panowała  tu  via  antiqua,  tomizm, 
a  więcej  jeszcze  skotyzm.  Na  podstawie  tych  nauk  obja- 
śniano Arystotelesa  i  zagłębiano  się  i  gubiono  w  najza- 
wilszych  problemach  myśli  średniowiecznej,  dążącej  do 
rozkładania  wszystkiego  i  siebie  samej. 

Z  Tomistów  zasługuje  na  uwagę  Jakób  z  Gosty- 
nina. Został  on  bakałarzem  w  roku  1473,  magistrem 
w  roku  1477.  Na  kartach  Libri  diligentiarum  fakul- 
tetu artystów  pojawia  się  w  latach  1487  do  1498;  wy- 
kłada często  Arystotelesa,  prócz  tego  Alberta  Wielkiego 
naukę  o  początku  duszy.  Niekiedy  jednak  zbacza  na  pole 
autorów  i  poetów;  traktat  Bazylego  Wielkiego  o  czytaniu 
poetów,  który  objaśniał  w  r.  1488,  służył  mu  zapewne  za 
przewodnika  i  drogowskaz  przy  tych  zajęciach;  Horacyu- 
sza,  Wergiliusza,  Statius'a  wykładał  on  scholarom  kra- 
kowskim w  latach  1488  —  9,  kiedy  humanizm  silniej  na- 
cierał na  średniowieczną  wszechnicę.  W  r.  1507  wychodzi 
wreszcie  dziełko  pod  tytułem  Theoremata  seu  propositio- 
nes  auctoris  causarum  David  Judaei  cum  adnotationibus. 
»Rabin  Dawid...  spisał  księgę  de  determinatione  causa- 
rum  primarum    z  jakiegoś   listu   Arystotelesa,   który   ten 


')  Por.  Pranti,  Geschichte  der  Logik  IV,  264  i  291. 
')  Ezpositio  Magistri  Nicolai  de  Gyelczeph  in  passione   termi- 
norum Marsilii,  Crac.  1507. 


UNIWERSYTET   W   DRUGIEJ    P' "ŁOWIĘ   STULECIA.  85 

filozof  O  początku  świata  był  napisał,  do  tego  przydał 
wiele...  z  filozofów  arabskich « ^).  Jakób  z  Gostynina  obja- 
śniał w  r.  1491  to  dzieło  Dawida  we  wykładzie,  mającym 
za  przedmiot:  de  causis  seu  metaphysicam  speculativam. 
Z  wykładu  wygotował  dziełko,  które  wyszło  po  jego 
śmierci,  w  roku  1507.  Zawierało  ono  objaśnienia  wy- 
wodów Dawida  ))ad  intentionem  venerabilis  domini  Al- 
berti.«  Oczytanie  w  autorach  starożytnych  sprawiło,  że 
Jakób  z  Gostynina  władał  poprawną  i  jasną  łaciną;  w  sa- 
mym komentarzu  przebija  podziw  dla  Alberta  Wielkiego 
i  dla  Św.  Tomasza  »któremu  wszystko,  czegokolwiek  umysł 
ludzki  jest  zdolnym,  zdawało  się  by<5  wiadomem.« 

Daleko  większym  jednak  rozgłosem  i  znaczeniem 
cieszyła  się  w  murach  wszechnicy  Jagiellońskiej  nauka 
Skotusa  pod  koniec  piętnastego  stulecia.  Skotyzm  wogóle 
w  tej  epoce  znajdował  gorliwych  wyznawców  i  krzewi- 
cieli; Antoni  Sirectus  rozwijał  jego  naukę  około  r.  1470, 
Petrus  Tartaretus,  działający  między  rokiem  1480  a  1490 
odnowił  i  utwierdził  cały  system  skotyzmu  i  był  w  tej 
epoce  najznakomitszym  tej  filozofii  przedstawicielem.  Szcze- 
gólnie paryski  uniwersytet  był  jej  przystanią  i  warownią; 
w  r.  1473  zobowiązano  tu  nawet  wszystkich  nauczycieli 
do  nauczania  zasad  realizmu  i  skotyzmu  i  statut  ten  trwał 
aż  do  roku  1481.  Z  Paryża  przyszedł  też  człowiek  i  po- 
wiew, który  na  niwie  krakowskiej  naukę  skotyzmu  ukrze- 
pił  i  zatwierdził. 

Był  tym  człowiekiem  Michał  z  Bystrzykowa. 
Choćbyśmy  jego  nauki  i  filozofii  nie  oceniali  zbyt  wysoko, 
to  przyznać  będziemy  musieli,  że  wpływ  jego  sięgnął  da- 
leko i  głęboko,  że  wystąpienie  jego  sprawiło,  iż  skotyzm 
w  uniwersytecie  krakowskim  zapuścił  na  długi  lat  szereg 
silne  i  żywotne  korzenie. 

Michał  z  Bystrzykowa  odbył  swe  studya  w  uniwer- 
sytecie paryskim.    Osiągnąwszy  tam  stopień  magistra  po- 


>)  Wiszniewski,  Hist.  lit.  III.  208. 


86  KSIĘGA    lir.  ROZDZIAŁ    U. 

wrócił  do  kraju  i,  aby  byd  przyjętym  w  poczet  mistrzów 
uniwersytetu  krakowskiego,  a  więc  niejako  dla  nostryfika- 
cyi  stopnia  zamiejscowego,  poddał  się  w  r.  1485  egzami- 
nowi pro  loco,  przy  którym  przez  ciąg  półtora  dnia  30-tu 
mistrzów  z  nim  dysputowało  o  pewnej  kwestyi  zawiłej 
z  zakresu  filozofii  Skotusa.  Zapiska  uniwersytecka  podaje 
nam  treść  tej  kwestyi^)  i  dodaje,  że  następnie  udał  się 
Michał  z  Bystrzykowa  ponownie  do  Paryża,  aby  tam  osie- 
gnąc  teologiczny  doktorat  Po  dostąpieniu  tego  odznacze- 
nia, znowu  w  Krakowie  przed  mistrzami  teologii  egza- 
minowi się  poddał.  Kiedy  ta  ponowna  podróż  paryska 
nastąpiła,  dokładnie  nie  wiemy.  Prawdopodobnie  dopiero 
po  r.  1504;  wtedy  bowiem  po  raz  ostatni  pojawia  się  w  Li- 
ber diligentiarum  wśród  artystów.  W  r.  1507  po  dłuż- 
szej przerwie  znajdujemy  go  w  Acta  Rectoralia  z  tytu- 
łem doktora  teologii. 

Tytuły  paryskie  były  wtedy  w  wielkiej  cenie  i  w  wy- 
bitnem  poszanowaniu.  Najniższy  stopień  uzyskany  w  Pa- 
ryżu nadawał  prawo  do  beneficyów  we  wszystkich  kra- 
jach; kto  zaś  otrzymał  magisterium  teologii  w  stolicy 
i  ognisku  teologicznej  nauki,  ten  mógł  marzyć  o  najwyż- 
szych dostojeństwach  kościelnych.  Dlatego  też  scholarzy 
obcy  chętnie  się  popisywali  ze  swoimi  tytułami  w  Pa- 
ryżu zdobytymi  *),  a  z  nazwiskiem  Michała  z  Bystrzykowa 
epitet  paryski  tak  się  spoił,  że  wyrugował  prawie  ozna- 
czenie miejsca  rodzinnego. 

Michał  Paryski  zaczął  tedy  w  r.  1485  swoją  działal- 
ność w  Krakowie,  aby  Sarmatom  przynieść  światło  do 
zrozumienia  tajemnic  Skotusa,  nad  któremi  i  w  Paryżu 
nieraz  daremnie  łamano  sobie  głowy.  Przez  wszystkie 
lata  następne  aż  do  r.  1504  ponawiają  się  jego  wykłady 
we    fakultecie    artystów;    objaśnia    on    z   kolei    wszystkie 


*)  Por.  Wisloóki.  Liber  Dilig.  365. 

•)  Denifle,   Chartularium   univ.   Paris.    Tom  II,  Seot  I,  Intro- 
ductio. 


UNIWERSYTET   W   DRUGIEJ    POLOWIE   STULECIA.  87 

paiiye  filozofii  Aiystotelesa,  traktaty  logiczna  Piotra  Hisz- 
pana, dwa  razy  (1492  i  1502)  ogłasza  wykłady  z  zakresu 
Cycerona,  w  r.  1504  lekcyę  filozoficzno-gramatyczną:  foiv 
malitates  ad  mentem  Scoti  grammaticales.  Ad  mentem 
Sooti,  według  nauki  mistrza,  czczonego  i  wyłącznie  uzna- 
wanego w  Paryżu  odbywały  się  te  wszystkie  wykłady  ^). 
W  r.  1495  i  1501  był  Michał  dziekanem  filozofów.  Jego 
powaga  nie  ochroniła  go  od  pewnych  burzliwych  wystę- 
pów, od  sporu  z  rektorem  w  r.  1500,  którego  następnie 
przepraszać  musiał  publicznie  za  słowa,  jakich  ncalore 
et  passione  ductus  iraoundiaea  był  użył').  Przekonamy 
się  jeszcze  później,  że  Michał  z  Bystrzykowa  hyl  człowie- 
kiem niespokojnego  usposobienia.  W  latach  po  r.  1500 
gotował  się  on  zapewne  do  egzaminu  najwyższego  w  teo- 
logii i  udał  się  do  Paryża  po  r.  1504  Wróciwszy  stamtąd 
długo  jeszcze  w  uniwersytecie  był  czynnym  jako  najwy- 
bitniejszy jego  teolog.  Rektorat  piastował  w  łatach  1518 
i  1514  przez  dwa  półrocza;  w  kilka  łat  potem,  w  r.  1520 
umarł  zostawiając  gorących  wielbicieli  i  wiernych  uczniów. 
Jest  to  najczynniejszy  scholastyk  uniwersytetu,  przy- 
najmniej najgorętszy  tej  filozofii  średniowiecznej  krzewi- 
ciel i  wyznawca.  Jego  uczeń  Jan  ze  Stobnicy  uważ^  go 
i  ogłaszał  za  tego,  który  tajemnice  skotyzmu  pierwszy 
w  Polsce  objawił  i  utwierdził.  » Wyznać  mi  bowiem  na- 
leży— powiada*) — że  Ty  niegdyś,  kiedy  z  paryskiego  stu- 
dyum  powróciłeś,  nie  tylko  tytuł,  lecz  i  wielką  naukę 
stamtąd  przynosząc,  doktrynę  Skotusa  pierwszy  u  nas  roz- 
krzewiłeś,  którą  my  teraz  Twoi  uczniowie  wśród  pracy 
iiprawiamy.a  Wydał  Michał  Paryżanin  obszerny  komen- 
tarz do  traktatów  głównego  nauczyciela  logiki  w  średnich 


^)  Traotatas  in  scripta  philog(^hica  Scoti  mamy  w  Ood.  Jag. 
2061.  Zanotowano  na  końcu:  Telos  liOO,  eząuditus  sub  mgr.  Paru- 
siense,  estiyali. 

^  Acta  Rectoralia  n.  1876. 

*)  De  praedicationibus  abstractorum. 


88  K8TĘOA    ni. ROZDZIAŁ   H. 

wiekach,  Piotra  Hiszpana*);  tutaj  rozprawił  się  zasadniczo 
z  nominalistami,  stwierdził  naukę  realizmu.  Jan  ze  Sto- 
bnicy  ogłosił  prócz  tego  komentarze  mistrza  swego  do 
Arystotelesa,  Quaestiones  veteris  ac  novae  logicae  ad  in- 
tentionem  dr.  Scoti ').  Podobno  Michał  z  Bystrzykowa,  nie 
ograniczając  się  na  wywodach  dyalektycznych,  spróbował 
prócz  tego  sił  swoich  na  polu  exegezy  biblijnej  *). 

Jego  uczeń  Jan  zeStobnicy  przyczynił  się  zna- 
cznie do  jego  sławy.  Został  on  magistrem  w  roku  1498, 
należy  więc  już  do  następnej  epoki.  Stojąc  na  wyłomie 
między  dwoma  światami,  ucierał  się  on  w  całym  pism 
szeregu  za  powagą  Skotusa  i  swego  mistrza.  Działa  więc 
i  pisze  ad  mentem  Scoti;  wydaje  nawet  gramatyczne 
dzieło  tegoż  de  modis  significandi,  chociaż  przyznaje  hu- 
manistom słuszność,  »którzy  biegłości  w  języku  nabywają 
z  częstego  odczytywania  ksiąg  poetów,  mówców,  history- 
ków, cc  Mimo  napaści  humanistów,  a  może  i  tomistów  umie 
on  sobie  jednaó  umysły  słuchaczów,  sławi  swych  uczniów 
za  ich  pilność  i  gorliwość.  W  wydaniu  skotystycznego 
Parvulus  philosophiae  z  r.  1507  oddaje  pochwały  młodemu 
ks.  Pawłowi  Holszańskiemu,  rozmiłowanemu  w  tych  stu- 
dyach,  »które  w  tych  czasach  ludzie  wysoko  urodzeni  za 
niegodne  siebie  uważają.a  Zresztą  i  w  tem  jest  typowym 
profesorem,  że  wiecznie  się  uskarża  na  swych  przeciwni- 
ków, że  nigdy  czasu  nie  ma,  a  mówi  ciągle  o  swych  nad- 
miernych zajęciach,  które  mu  na  literacką  pracę  zbyt  rzadko 
pozwalają.  Z  katedry  wstąpił  on  do  klasztoru  braci  mniej- 
szych, ex  professore  monachus  minorum,  jak  się  zapiska 
w  Liber  Promotionum  (r.  1498)  wyraża,  i  w  zakonie    ży- 


*)  QaaestioDes  in  tractatas  panronim  logicalium  Petri  Hispani, 
Crac.  1B07. 

*)  Crac.  Haller.  1508.  —  Również  logiką  Arystotelesa  zajął  się 
Michał  z  Bystrzykowa  w  dziełku:  Quaestiones  in  libros  analitioorum 
et  elenchorum  Aristotelis...  ad  inientionem  Scoti.  Crac.  1504. 

*)  Wiszniewski,  Hist  Lit  V,  19  bez  podania  źródła  mówi :  Mi- 
chał Parisiensis  pisał  komentarze  na  księgę  Huth. 


tTNIWKRSYTlCT   W   D1ŁT76TBJ    POŁOWU   STUŁBCIA.  89 

cia  pracowitego  dokonał  w  pierwszej  połowie  szesnastego 
wieku  1).  Ostatni  to  mistrz  prawdziwie  z  ducha  średnio- 
wiecznego poczęty  i  ducha  tego  krzewiciel;  umiera  z  ha- 
słami przeszłości  i  sztandarem  przegrywającej  sprawy. 

Nauka  teologii  z  pewnością  potrzebowała  natenczas 
stanowczego  odświeżenia  i  reformy  w  Krakowie.  Na  Za- 
chodzie wyczekiwano  tego  często  od  Tomizmu  i  zajęcia 
się  Św.  Tomaszem  2).  Tymczasem  w  Krakowie  Scotusijego 
nauka  znalazła  w  końcu  piętnastego  wieku  gorliwych 
wyznawców  i  apostołów.  Szkodliwie  to  oddziałało  na  pó- 
źniejsze rozwoje;  podręczniki  scotisantes  utwierdziły 
się  na  długo  w  używaniu  i  hamowały  wszelkie  postępy 
nauki  i  myślL  Jana  ze  Stobnicy  Parvulus  philosophiae  jest 
przedmiotem  wykładu  w  r.  1516  i  1520,  grammatica  spe- 
kulatywna  Skotusa,  wydana  przez  Stobnickiego  pojawia  się 
przez  lat  szereg  w  spisie  wykładów  aż  do  r.  1541  i  opiera 
się  naciskowi  i  przyganom  humanistów. 

Na  komentarzach  do  komentarzy  zużywało  więc  swe 
siły  teologiczne  studyum  w  końcu  średnich  wieków,  na  gu- 
bieniu się  w  formułkach,  które  ujmowały  myśl  w  utarte 
koleje  i  poza  nie  wyjść  nie  pozwalały.  Poważniejsze  umy- 
sły nawoływały  wobec  tego  do  zajęcia  się  pismem  świę- 
tem, do  odświeżenia  kostniejącej  nauki  w  źródłach  obja- 
wienia i  religii.  Opat  Trithemius,  urodzony  w  roku  1462, 
i  inni  wskazywali  na  pismo  święte  jako  środek  odmładza- 
jący. W  Krakowie  biskup  Piotr  Tomicki,  zasiadłszy  w  r. 
1524  na  stolicy  krakowskiej,  umysły  w  tym  kierunku  pod- 
niecał; żywił,  jak  Hozyusz  w  biografii  opowiada,  nauczy- 
cieli hebrajskiego,  greckiego  i  łacińskiego  języka;  płacił 
z  własnych  środków  ))Leonarda  Dawida,  hebrajskiego 
języka  szczególnie  świadomego,  dawno  na  wiarę  chrze- 
ścijańską nawróconegOtt ;  zatrzymywał  wreszcie  Jana 
Campensis  (van  den  Campen),  profesora   hebrajskiego  ję- 


')  Wiszniewski  Hist.  lit.  8,  201. 

*)  Janssen,  Geschichte  des  deutschen  Yolkes  I  (15  Aufl.),  109. 


90  KsnjoA  ni.  —  rozdział  n. 

zyka  w  Lavaniiim,  który  w  r.  1634  do  Polski  ba  kródd 
czas  przybyi.  W  r.  1536  spotyka/my  w  Liber  dHigentiaruin 
po  raz  pierwszy  zapowiedź  wyktadu  mistrza  Waleryana 
z  Krakowa  według  gramatyki  hebrajskiej  Gampensis^). 
Tomicki  na  tern  polu,  jak  w  tylu  innych  dziedzinach, 
gasił  światła,  które  były  gromnicami  umierających  wieków 
i  zapalał  nowe,  które  miały  się  stać  jutrzenką  i  świtem. 


IV. 

Przechodzimy  do  wydziału  dekretystów.  Mówiliśmy 
już,  ie  fakultet  ten  w  pierwszych  dziesiątkach  lat  pe 
śmierci  Jagiełły  nie  utrzymał  się  na  wysokości  pierwotnej, 
że  około  połowy  wieku  skarżono  się  na  pewien  upadek 
i  zaniedbanie  w  nauczaniu  kanonów.  KoUegium  jurystów 
na  Grodzkiej  nawiedził  w  r.  1455  pożar ').  O  skutkach  tej 
klęski  głucho  jednak  dosyć  w  naszych  źródłach.  Może  nie 
była  ona  tak  wielką  i  prędko  szkodę  powetowano.  W  Gon- 
clusiones  uniwersytetu  czytamy  pod  r.  1464,  kiedy  bursę 
węgierską  na  Brackiej  ulicy  przeznaczono  na  niektóre  wy- 
kłady, że  w  tym  budynku  ma  być  wykładaną  czwarta 
księga  dekretałów  lub  inna  w  pewnych  dniach  bliżej  ozna- 
czonych. Tę  czwartą  księgę  dekretałów,  obejmującą  prawo 
małżeńskie,  uważano  za  mniej  ważną;  profesor,  objaśnia- 
jący dekretały,  nie  wciągał  jej  najczęściej  w  zakres  swych 
zwykłych  wykładów.  Objaśniał  ją  za  to  w  porach  roku, 
przeznaczonych  na  mniej  ważne  przedmioty,  często  kto 
inny,  nie  profesor  zwyczajny,  lecz  bakałarz"). 


^)  Por.  Morawski,  Z  dziejów  odrodzenia  w  Polsoe  (Przegląd 
Polski  1884).  Odbitka  str.  18. 

•)  Mon.  Polon.  II.  927. 

*)  N.  p.  w  Lipsku  w  przepisach  co  do  bakalaryatu  powie- 
dsiano  ie  kandydat  powinien  międsy  innemi  był  słuchać:  ąuartam 
deoretalium  semel  integre  ab  aliquo  bacoalarioram  iaris.  Por.  Stin- 
Ising,  Ulrich  Zasias  S8S. 


TnnWBRSYTBT    W    DRUGIEJ    POŁOWrB    8TULKCIA.  91 

Mówiliśmy  już  o  uposażeniu  tego  wydziału.  Do  da- 
wnych katedr  przybyt^ają  w  drugiej  połowie  wieku  nowe. 
W  r.  1465  potwierdza  luskup  Jan  Lutek  z  Brzezia  ere- 
kcyę  ołtarza  św.  Tomasza  na  zamku  i  połączoną  z  alta- 
ryą  profesurę  kanonistyczną  novorum  iurium.  Fundacya 
ta  wypłynęła  z  testamentu  słynnego  dekretysty  i  biskupa 
krakowskiego  Tomasza  ze  Strzempina,  zmarłego  w  roku 
1460.  Altafryści  dwaj  tego  ołtarza  mieli  pobierać  po  20 
grzywien,  a  każdy  z  nich  (ąuilibet  eorum)  wykładać 
in  altero  iurium  w  dniach  oznaczonych,  a  mianowicie 
w  wilie  Sanctorum,  w  soboty  i  dnie,  które  uniwersytet 
jako  swoje  uroczystości  obchodzi*).  Nowe  prawa,  czyli 
t  z.  Liber  sextus  i  Klementyny  objaśniał  dotychcizas  pro- 
fesor dzierżący  probostwo  w  Lubófzycy.  Teraz  więc  przy- 
byli nowi  przedstawiciele  tego  przedmiotu. 

Drugi  nabytek  wśród  kanónistycznych  kollegiatur 
stoi  w  związku  z  wielką  fundacya  Długosza,  założeniem 
t  z.  bursy  Długoszowej  dla  kanonistów,  dokonanem  w  r. 
1480.  O  bursie  mówić  będziemy  później.  Tutaj  nadmie- 
niamy, że  dla  seniora  tej  bursy  znalazło  się  niebawem 
uposażenie  i  kollegiatura.  Znany  nam  dekretysta  Jakób 
ze  Szadka,  zmarły  w  r.  1487,  stał  się  pod  tym  względem 
dobrodziejem  uniwersytetu.  W  r.  1491  egzekutor  jego  te- 
stamentu Mikołaj  z  Koprzywnicy  wyposażył  ołtarz  Św. 
Jana  w  katedrze  zwany  antę  portam  Latinam;  altary- 
sta  miał  z  czasem  pobierać  16  grzywien,  być  seniorem 
bursy  Długosza  i  wykładać  kanony.  Jako  senior  będzie 
on  w  swojej  bursie  dwa  razy  tygodniowo  urządzać 
dysputę,  prócz  tego  w  dniach  statutami  określonych, 
przeznaczonych  dla  drugorzędnych  przedmiotów  prawni- 
czych, objaśniać  w  kollegium  czwartą  księgę  dekre- 
tałów*).    Przybyły  więc  do  dotychczasowych  katedr  tego 


^)  Codex  univ.  Grac.  II,  841. 

•)  Cod.  univ.  Grac.  III,  174.  Por.  Condut.  univ.  n.  p.  pod  ro- 
kiem 1499. 


92  K«T^A    m. ROZDZIAŁ   TT. 

wydziału  nowe  kollegiatury;  wykładano  po  dawnemu 
księgę  dekretów,  dekretaly,  nova  iura,  czwarta  księga  de- 
kretalów  uprawianą  bywała  osobno  przez  oddzielnego 
docenta,  nova  iura  liczyły  kilku  przedstawicieli.  Obok  da- 
wnych profesorów,  czyli  kanonika  zamkowego,  Ordinarius, 
Magdalenisticus,  Luborzycianus,  zasiedli  nowi,  uposażeni 
przez  Tomasza  ze  Strzempina  i  Jakóba  ze  Szadka. 

Ilu  ich  było  wszystkich,  nie  śmielibyśmy  określić,  bo 
pożar  archiwum  kollegium  jurystów  pozbawił  nas  dokła- 
dnych pod  tym  względem  informacyi.  Konkluzye  uniwer- 
sytetu z  r.  1499  wyliczają  dziewięciu  magistrów,  którzy 
zapewne  wykładali  w  kollegium  prawniczem.  Wykłady 
te  jednak  nie  odbywały  się  regularnie.  Dekretyści  bowiem, 
jak  to  już  wspomnieliśmy,  byli  politykami  i  dyplomatami 
ówczesnymi,  państwo  i  jego  interesa  odrywały  ich  ciągle 
od  naukowych  zajęć  i  obowiązków.  To  co  się  działo  za  Ja- 
giełły i  w  epoce  soborów,  powtarzało  się  ciągle  za  Kazi- 
mierza Jagiellończyka;  wspomnieliśmy  misye  i  występy 
polityczne  dekretystów  krakowskich,  wśród  których  szcze- 
gólną ruchliwością  i  działalnością  odznaczał  się  Jakób 
z  Szadka.  Szkoła  cierpiała  na  tem  stanowczo;  wykłady 
wypadały  albo  powierzano  je  zastępcom  czyli  substytu- 
tom. Objaw  to  był  jednak  powszechny  i  wszędzie  się 
powtarzający;  w  kolońskim  uniwersytecie  wykładali  w  r. 
1495  wszyscy  koUegiaci  jurystycznego  wydziału  z  wy- 
jątkiem jednego  przez  zastępców  ^).  Wszelkie  też  usi- 
łowania krakowskiego  uniwersytetu,  aby  wydział  kano- 
nistów  uchronić  od  upadku,  były  w  wielkiej  części  pró- 
żnemi.  W  r.  1519  przyznano  otwarcie,  że  braki  są  wielkie, 
że  gorliwość  w  studyum  i  u  nauczycieli  i  u  uczniów  się 
zmniejsza...  studium  iuris  pontificii...  in  lectoribus  et  au- 
ditoribus  collabi'). 

Niektórych  dekretystów  tej  epoki  wspominaliśmy  już 


*)  Kaufmann,  Geschichte  der  d.  UniyersitStten  II,  210. 
»)  Cod.  univ.  Crac.  IV,  3*6. 


UMIWSRSYTBT    W    DRUGIEJ    P02X)WIE    STULECIA.  9$ 

powyżej;  Mikołaj  z  Kalisza  był  w  latach  1463  i  1464  po 
raz  drugi  i  trzeci  rektorem.  Jest  to  jeden  z  tych  profe- 
sorów, który  dla  innych  zajęć  co  chwilę  porzucał  kate- 
drę; jeździł  w  misyach  politycznych,  jako  kanonik  kra- 
kowski był  około  roku  1457  vicarius  in  spiritualibus  bis- 
kupa^). Mikołaj  Spiczymira  lub  Spiczmer,  niegdyś  uczeń 
Pawła  z  Worczyna,  który  go  wprowadził  w  tajniki  filo- 
zofii arystotelesowskiej  i  scholastycznej  *),  żyje  jeszcze 
w  r.  1468*).  —  Młodszym  od  nich  był  Arnulf  z  Mirzyńca. 
W  r.  1441  otrzymał  on  stopień  bakałarza  w  Krakowie, 
w  r.  1442  studyował  tu  prawo  kanoniczne,  wreszcie  w  r. 
1458  jest  lector  ordinarius  tego  przedmiotu  *).  Powaga  jego 
sprawiła,  że  po  kilkakroć  piastował  urząd  rektora,  czwarty 
raz  i  ostatni  w  r.  1480.  Miał  on  różne  kościelne  godno- 
ści 5);  a  o  pewnym  dobrobycie  świadczą  jego  wille  i  po- 
wóz (currus)  wspomniane  w  Aktach  Rektorskich*).  Po 
długim  żywocie  umarł  zapewne  w  r.  1491.  Wspomnimy 
wreszcie  na  ostatniem  miejscu  Andrzeja  Górę  z  Mikoła- 
jowa, który  w  r.  1474  został  magistrem  artystów  w  Kra; 
kowie  i  wkrótce  potem  objął  rektorat  w  szkole  Panny 
Maryi,  przy  której  zamieszkał^).  Anglik  Leonard  Coxus 
w  dziełku  De  laudibus  academiae  Cracoviensis  jego  na 
czele  prawników  wymienia;  rektorat  jego  z  r.  1614/5 
był  obiitym  w  rozmaite  doniosłe  zarządzenia.  A  do  tytu- 
łów jeg^o  chwały  zaliczyć  można  i  to,  że  był  nauczycielem 
słynnego  arcybiskupa  gnieźnieńskiego  Jana  Łaskiego,  który 

')  Cod.  univ.  II.  185. 

■)  Por.  Cod.  Jag.  n.  2073.  —  Paweł  z  Worczyna  działający 
w  trzecim  dziesiątku  wieku  (Cod.  univ.  I,  157)  miał  w  swej  biblio- 
tece Burydana  (Cod.  Jag.  659)  i  Marsyliusza  (Cod.  711),  rozczytywał 
się  więc  w  Okkamistach. 

■)  Cod.  univ.  II,  269. 

*)  Lib.  prom.  4S  i  Cod.  Jag.  345.  Prócz  tego  Monum.  medii 
aevi  VII,  581.  (Crac.  1882). 

»)  Cod.  Jag.  1249. 

*)  Acta  Rectoralia  n.  1183. 

T  Ibid.  789  (a.  1479)  i  n.  3312. 


ft4  ICcniGA    Tłt. 11022>2IAŁ   It. 

mu  pomnik  w  katodrae  krąkowakiej  z  wd^iępzno^oi  wj- 
8towi<!  kazał  ^).  Ze  statutu  Łaskiego  spadają  więc  pońre- 
dnio  okruchy  chwały  i  zasługi  na  tego,  który  wielkiego 
arcybiskupa  za  młodu  w  prawie  ćwiczył  i  do  służby  za- 
prawiał publicznej.  Szujski  nazwał  raz  Andrzeja  Górę  hu- 
manistą*); nie  wiemy,  na  czem  Szujski  oparł  to  określe- 
nie, ale  to  wiemy,  że  w  czasach  Góry  rozgrywała  się  już 
stanowcza  walka  między  średniowieczyzną  a  nowymi  prą- 
dami, nie  tylko  na  wydziale  artystów,  lecz  także  i  w  bar- 
dziej pokojowej  dziedzinie  prawa. 

Mówiliśmy  już  poprzednio,  że  prawo  rzymskie  w  śre- 
dniowiecznych uniwersytetach  Północy  albo  od  razu  wy- 
łączonem  zostało  z  zakresu  wykładów,  albo  z  biegiem 
czasu  wskutek  braku  odpowiednich  nauczycieli  marniało. 
Wydziały  prawne  były  dlatego  w  przeważnej  części  wy- 
działami kanonistycznymi;  legiści  rzymscy  pojawiali  się 
rzadko  i  nie  dochodzili  do  znaczenia.  Brak  potrzeby  pra- 
ktycznej i  zastosowania  wpływał  na  to  zaniedbanie;  a  z  dru- 
giej strony  przyczyniał  się  do  tego  przeważny  wpływ  Ko- 
ścioła, który  szerzenie  i  wprowadzanie  prawa  rzymskiego 
potępiał,  uważał  za  zbyteczne,  a  wypierania  miejsco- 
wych praw  ziemskich  za  szkodliwe.  Wobec  Kościoła  znaj- 
dowało jednak  prawo  rzymskie  potężnych  opiekunów  u  ksią- 
żąt Władcy  tego  świata  spodziewali  się  po  nauce  i  za- 
stosowaniu prawa  rzymskiego  wzmocnienia  swojej  władzy, 
popierali  je  przedstawiciele  nowych  kierunków,  miłośnicy 
starożytności,  którzy  obok  literatury  chcieli  wskrzesić  pra- 
wo, a  nawet  obyczaje  starożytnego  świata.  Usiłowania 
książąt  w  tym  kierunku  snują  się  przez  całe  średnie 
wieki;  po  Hohenstaufach  Karol  IV-ty  proteguje  romani- 
stów,  na  uniwersytet  praski  powoływa  legistę  z  Bolonii.  Bo 
we  Włoszech  nauka  ta  pozostała  zawsze  żywą,  była  głó- 


^)  Zeissberg,  Joh.  Łaski  und  sein  Testament  (Wien  1874)  14B; 
Korytkowski,  Arcybiskupi  gnieźnieńscy  II,  583. 

*)  Opowiadanie  i  rozstreąsania  psiela)  t,  IV,  61, 


tJNlVn&R8TTl&T   W   ]>RtTał«J    POŁOWIIfi   ftTULlBClA.  96 

wn^  daiedziną,  Imjną  i  kwitaąof  w  aiektórych  uniweoijr- 
tertach,  jak  w  Bolonii;  tutaj  zapoznawali  się  z  nią  północni 
łndzie  i  stąd  przenosili  ją  włoscy  uczeni  na  Północ.  Dopiero 
jednak  w  dru^ej  połowie  piętnastego  wieku  zaczyna  się 
pod  tym  względem  ruch  znaczniejszy  w  uniwersytetach 
Północy.  Książęta  i  humaniści  łączą  się  teraz,  aby  prze- 
prowadzić i  wprowadzić  to,  co  popierało  jednych  zamiary 
państwowe,  odpowiadało  uczuciom  i  instynktom  drugich. 
Uniwersytety  w  Erfurcie,  w  Rostock^u,  Gryfii  jui  około 
połowy  wieku  i  wkrótce  potem  poczyniły  w  tym  kierunku 
stanowcze  kroki;  inne  słynniejsze  uniwersytety  dopiero 
pod  koniec  wieku  poszły  za  prądem  i  prawo  rzymskie 
jako  stały  przedmiot  nauczania  wprowadziły  do  swoich 
murów.  W  Wiedniu  w  ostatniem  dziesiątku  stulecia  po- 
wstaje stała  katedra  tej  nauki,  a  pierwszymi  nauczycielami 
są  Włosi,  Fryburg  przeprowadza  to  samo  w  r.  1490,  Ba- 
zyleja  w  roku  1494,  Heidelberg  w  r.  1498^).  Wyraźnie 
w  ostatnich  dziesiątkach  wieku  nacisk  się  powiększył, 
a  nowe  prawo  zaczęło  zwycięsko  wkraczać  w  dziedziny, 
w  których  dotychczas  dekretyści  prawie  wyłącznie  pano- 
wali Dopuszczenie  jurystów  rzymskich  do  sądów,  w  któ- 
rych teraz  wydawali  prawomocne  wyroki,  przygotowy- 
wało równocześnie  starożytnego  prawa  recepcyę*). 

W  Polsce  niegdyś  Kazimierz  Wielki  prawa  tego  naukę 
w  założonej  przez  siebie  wszechnicy  szczególnie  utwier- 
dzić i  uprzywilejować  zamierzył;  prawdopodobnem  jest 
jednak,  że  zamiar  pozostał  zamiarem,  czemś  przedwcze- 
snem,  jak  tyle  myśli  tego  monarchy  wyprzedzających  wiek 
i  warunki  epoki.  W  dokumencie  erekcyjnym  Jagiełły  z  r. 
1400  jest  wprawdzie  mowa  o  Leges  obok  Ganones,  ale 
w  dalszym  rozwoju  uniwersytetu  zupełnie  głucho  o  legi- 
stach.  Myśl  królewska  pozostała  znowu  tylko  na  papierze; 


'j  Por.  Stiatzing,  Ulrich  Zasius  325  i  nast,  Janssen,  Geschichte 
des  deutschen  Yolkes  I  (15  Aufl.),  501.  (szczeg.  509). 
•)  Jan«?son  1.  c.  511. 


d6  ltJ9I1SOA.  nt.  ttOZl>ZtAŁ   tl. 

brak  doktorów  obojga  prawa,  romanistów  sprawił,  że 
w  życie  wejść  i  życia  wywołać  nie  mogła.  Nawet  o  pró- 
bach dążących  do  tego  celu  w  obrębie  uniwersytetu  przez 
długi  czas  nie  słyszymy;  za  to  poza  uniwersytetem  z  pe- 
wnością niejeden  statysta  przemyśli  wał  o  tym  środku  dla 
wzmocnienia  i  utwierdzenia  władzy  i  rządu.  Wymowny 
wyraz  znalazły  te  myśli  i  marzenia  w  memoryale  Ostro- 
roga,  który  sławił  prawo  rzymskie,  jego  logiczność  i  siłę, 
jak  inni  uczeni  równocześnie  sławili  ten  )>spisany  rozum...« 
ratio  scripta  rzymskich  prawodawców. 

Z  murów  więc  uniwersytetu  nie  dochodzą  nas  przez 
cały  prawie  ciąg  wieku  żadne  odgłosy,  któreby  objawiały 
pokrewne  dążenia,  dowodziły  świadomości,  że  stan  do- 
tychczasowy wymaga  przekształcenia  i  reformy.  Dopiero 
pod  sam  koniec  wieku  spotykamy  ślad  tego  niewyraźny, 
w  początkach  następnego  stulecia  bardziej  znaczące 
objawy.  Pierwszy  znachodzimy  w  dziełku  medyka  kra- 
kowskiego Jana  Ber'a,  zwanego  Ursinus.  Doktor  ten  me- 
dycyny, z  którym  się  później  spotkamy,  należał  do  obozu 
humanistów  i  złożył  hołd  nowym  prądom  w  swoim 
Modus  epistolandi.  Wśród  licznych  listów  i  mów,  umie- 
szczonych w  ostatnich  dwóch  dziesiątkach  piętnastego  stu- 
lecia, znajdujemy  tam  na  końcu  przemowę  bez  daty,  wy- 
głoszoną rzekomo  na  wstępie  do  wykładów  instytucyi  Ju- 
styniana: Joh.  Ursini  medicinae  doctoris  ac  legum  licen- 
tiati  oratio  habita  in  principio  iustitutionum  Justiniani  im- 
peratoris.  Możnaby  więc  przypuścić,  że  Jan  Ursinus  stu- 
dyował  kiedyś  prócz  medycyny  prawo  rzymskie  i  nawet 
licencyę  prawa  na  którym  z  włoskich  uniwersytetów  uzy- 
skał. Mówca  powiada,  że  szpetnemby  było,  gdyby  studya, 
» które  w  długich  podróżach,  z  wielkim  nakładem...  w  sła- 
wetnych włoskich  uniwersytetach  nabył«,  zamierzał  ukryć 
przed  swymi  rodakami.  Dlatego  więc  zwrócił  sie  znowu 
»do  studyów  prawa  cesarskiego,  które  od  dwunastu  lat 
był  zaniedbałcc,  i  postanawia  publicznie  je  objaśniać.  Mamy 
tu  do  czynienia  z  przemową   bez  daty,  ze  zbiorem  mów 


mnWKBSTTBT    w   DRUGISJ    POŁOWDB   OTUŁBOIA.  97 

i  listów,  które  obok  raeczjrwistych  utworów  prawdopodo- 
bnie obejmuje  utwory  często  fikcyjne.  Dlatego  określenie 
wszelkie  czasu  i  doniosłości  tej  mowy  jest  niemożliwem. 
Ale  choćby  ona  była  czysto  literackim,  zmyślonym  utwo- 
rem, to  stwierdza  jednak  budzenie  się  nowej  potrzeby 
i  prądów,  które  niebawem  na  wierzch  się  wybiły  i  w  ciało 
się  przyoblekły. 

W  początku  samym  szesnastego  stulecia  przybył  do 
Krakowa  Włoch,  sprowadzony  w  r.  1497  do  Wiednia  z  Pa- 
dwy dla  nauczania  prawa  rzymskiego.  Jest  nim  Joannea 
Silyius  Sycylijczyk,  który  odtąd  w  Krakowie  przez  szereg 
lat  miał  zabawić.  W  r.  1506  możemy  już  stwierdzić  jego 
pobyt  w  Polsce;  uczył  on  tu  politiores  litterae,  i  j.  szerzył 
znajomość  autorów  i  humanistyczną  kulturę,  a  prócz  tego 
krzewił  niewątpliwie  znajomość  prawa  rzymskiego;  pane- 
girysta  uniwersytetu,  Anglik  Leonard  Coxe  powiada  w  r. 
1518:  inassueto  disciplinarum  abstrusiorum  fomento  suum 
identidem  animuni  pascebat  Te  abstrusiores  litterae,  mniej 
dostępne  nauki,  to  zapewne  studyum  rzymskiego  prawa  ^). 

Dalsze  dzieje  tego  rozwoju  przypadają  już  na  następne 
stulecie.  Zaznaczamy,  że  obcy  przybysze  z  Południa  w  pier- 
wszym rzędzie  przyczyniają  się  do  postępu  i  ruchu  na 
tem  polu.  W  r.  1510  zapisuje  się  do  metryki  krakowskiej 
Oarcias,  Hiszpan,  doktor  praw  obojga,  profesor  prawa  z  Bo- 
lonii, wezwany  do  Krakowa,  aby  kanonicznego  prawa  tu 
uczył  Pokrewne  zadania  przypadły  wkrótce  potem  innemu 
Włochowi.  Z  przybyciem  królowej  Bony  Sforza  w  r.  1518 
rozmaici  południowcy  zawitali  do  Krakowa,  między  in- 
nymi jej  kanclerz  Ludwik  Masati  de  Aliphia.  Zapisuje  on 
się  do  metryki  uniwersyteckiej,  a  równocześnie  król  i  kró- 
lowa proszą,  aby  uniwersytet  pozwolił  mu  na  pewien  czas 


^)  Por.  Leonardus  Coxii8,  De  laudibus  celeberr.  Academiae 
GracoY.  1518.  —  Morawski,  Z  dziejów  odrodzenia  w  Polsce  1884  (Pi  ae- 
gląd  Polski);  tenże  Beitr&ge  zur  Geschichte  des  Humanismus  in 
Polen,  Wien  1889  (SiŁzongsberichte,  philos.-hist  Classe  Bd.  98). 

HM.  Unłw.  T.  n.  7 


d^8  KSIĘGA   III.  ROZDZIAŁ   n. 

zamieszkać  w  kollegium  jurystów.  Uniwersytet  sią  zgadza 
'pod  tym  warunkiem,  aby  objaśniał  scholarom  »librum 
institutionum«  *).  Leonard  Coxe  sławi  go  też  w  wspomnia- 
hem  dzieiku,  że  »chociaż  dworowi  jako  sekretarz  królo- 
wej Bony  jest  oddanym,  codziennie  jednak  tutaj  zagadki 
prawa  rozwiązuje.a  Wielki  biskup  krakowski  i  humanista 
Piotr  Tomicki  postanawia  wreszcie  ustalić  to,  ćo  dotych- 
czas dorywczo  się  robiło.  W  r.  1533  zajętym  on  jest  wy- 
szHikaniem  Włocha,  któryby  katedrę  prawa  rzymskiego 
objął *).  Myśli  o  jakimś  Hieronimie,  może  o  Balbim,  który 
t^  r.  1493  przybył  do  Wiednia  i  odtąd  po  różnych  miej- 
scach Półrtócy  przebywał.  Równocześnie  w  roku  1533, 
w  marcu  eryguje  Tomicki  nową  kollegiaturę  w  uniwer- 
sytecie krakowskim  dla  instytucyi  cesarza  Justyniana*). 
W  następnym  roku  pisze  do  Stanisława  Rzeczycy:  »Po- 
WółaliŚmy  z  Padwy  doktora  praw«,  który  ma  w  Krako- 
wie nauczać  prawa  rzymskiego;  zarazem  się  stara  u  sto- 
licy apostolskiej  o  indult,  pozwalający,  aby  klerycy  inogli 
tych  wykładów  słuchać*).  Takie  indulta  w  ciągu  piętna- 
stego wieku  osięgają  także  i  inne  uniwersytety*).  Ruch 
więc  sSr  końcu  piętnastego  stulecia  poczęty  ujął  Tomicki 
W  swe  dłonie  i  energicznem  uwieńczył  działaniem. 

*)  Concl.  aniv.  1518.  Uniwersytet  przystał  na  oddanie  mieszkar- 
nia  ale  niechętnie  i  na  przeciąg  czterech  miesięcy.  W  grudniu  t  r. 
zwrócono  się  z  dworu  do  uniwersytetu  o  przedłużenie  tego  pozwo- 
lenia; wskutek  tego  przystał  na  to  uniwersytet  z  terminem  do  Zie- 
lonych Świąt  r.  1519. 

^)  Acta  Tbmiciana  1533,  list  do  Zebrzydowskiego.  Ms. 

»)  Cod.  univ.  Crao.  IV,  117. 

^)  Ms.  Czartor.  273,443:  Advocavimus  ex  gymnasio  Patavino 
doctorem  legum,  quem  in  studio  Crao.  impensis  nostris  fovere  et  te- 
nerę  volumus,  ut  Institutiones  Justiniani  primurii,  deinde  leges  pro- 
fiteatur.  Quia  vero.  ut  scitis,  pauci  apud  nos  sunt  scholares,  qui  non 
sint  clerici  et  sacris  initiati,  rogamus  vos  impetretis  Maj.  R.  et  nostro 
nomine  indultum  apostolicum  per  breve,  ut  omnibus  etiain  clericis 
et  in  sacris  ordinibus  constitutis  instituta  Justiniani  et  leges  audire 
liceat  Conf.  ibid.  460. 

*)  Śtintzing,  Zasius  86. 


UNIWRRSYTBT  W   DRUOIBJ    POŁOWIB   8TUŁB0IA.  DO 

Jeżeli  fakultet  prawniczy,  w  średnich  wiekach  tak 
-j§eiślid  z  teologicznym  związany,  miał  pod  wpływem  i  tchnie- 
Biem  tyoh  innowacyi  stracić  swój  ściśle  duchowny  cha- 
rakter, to  odduchownienie  jego  w  tych  samych  czasadi 
innym  prócz  tego  zaznaczyło  się  objawem.  Z  roku  1505 
mamy  pierwszy  przypadek  w  Krakowie  żonatego  profe- 
-sera  prawa  kanonicznego.  Był  nim  Mikołaj  z  Koprzywni- 
cy^); ożeniwszy  się  zwrócił  się  on  do  papieża  z  prośbą 
o  dyspensę  i  indult,  któryby  go  zabezpieczył  od  utratgr 
kollegiatury  i  mieszkania  z  nią  połączonego.  Papież  Ju- 
łiuBZ  Il-gi  pismem  z  6-go  sierpnia  r.  1506,  uwzględniając 
jego  w  uniwersytecie  zasługi,  nadał  mu  indult  zupełny, 
ewoliiił  od  wszelkich  cenzur,  któreby  za  sobą  pociągnąć 
mogło  dzierżenie  zajmowanego  dotąd  stanowiska,  pozwolił 
wreszoie  na  dalsze  nauczanie  i  zatrzymanie  dotychczaso- 
wego mieszkania'). 

Tak  więc  w  sferze  nauki  i  w  sferze  życia  znaczył^ 
'flię  w  łych  latach  zapowiedzi  i  przesłanki  nowych  cza- 
sów i  nowego  ducha. 


Braliów  wydziału  medyków,  szczególnie  pod 
względem  rozmieszczenia,  nie  usunięto  i  w  bieżącym  okre- 
sie. HlówiliSmy  już  o  dawniejszem  położeniu.  Dom  prze- 
znaczony dla  lekarzy  na  ulicy  Grodzkiej  był  zupełnie  nie- 


*)  Znamy  dwóch  profesorów  tego  nazwiska,  starszego  i  jego 
siostrzeńca,  który  w  r.  1491  jest  bakalarzem  dekretów  (Cod.  untv. 
:III,  181).  Ta 'Chodzi  oczywiśoie  o  młodszego,  który  został  magistrem 
w  r.  1488.  Dopisano  przy  jego  nazwisku  w  Liber  Promot.'(100)deor. 
dr.  et  leotor  ordinarius,  uxorem  duxit,  demum  oanooious  Oraco- 
•Ylensis. 

^  Por. 'Ood. 'unłv.  III,  230.  Mowa  ta  o  doma  lab  aliis  habita- 
tionibtts  modioum  feeparata.c  Jako  lector  ordinarius  najmował  onaa- 
(pewne-dom:pr9y  koli^um  jurystów,  w  r.  1451  przez  Bigota  uni- 
wersytetowi nadaay. 


100  EtSĘąA  m. BOZDOAŁ  TL 

odpowiednim.  Kiedy  w  roku  1450  polecono  Bernardowi 
Hesse,  aby  wykładał  w  koUegium  artystów  ^X  zezwolił  uni- 
wersytet zarazem  na  wynajęcie  prywatnego  mieszkania, 
dostarczając  zasiłku  na  opłatę  czynszu.  Wspomnieliśmy,  ii 
w  r.  1455  wybuchł  poiar^  który  zajął  ulicę  Orodzką  i  zni- 
szczył tam  kollegium  prawnicze  i  kollegium  sąsiednie  le- 
karzy. Co  się  później  stało,  nie  bardzo  wiadomem;  na 
miejscu  dawnego  kollegium  medyków  stal  jakiś  budynek 
i  później,  bo  w  r.  1495  wspomnianą  jest  wyraźnie  domua 
medicorum  vicina  CoIIegio  domus  canonistarum  *).  Zape- 
wne wynajmowano  go  na  mieszkanie  osobom  do  uniwer- 
sytetu należącym  i  innym"),  prócz  tego  może  studenci 
znajdowali  tu  schronienie.  O  pomieszczeniu  osobnem  szkoły 
medyków  myślano  znów,  jak  się  zdaje,  w  r.  1476,  za  re- 
ktoratu Jana  ze  Słupcy.  Wtedy  przecież  Collegium  minus 
otrzymało  gmach  odrębny,  w  dawnej  bursie  ł>ogatych; 
równocześnie  chciano  na  separatum  Collegium  pro  medi- 
cis  przeznaczyć  dom,  gdzie  później  było  Gontubemium 
philosophorum.  Ale  źródło,  z  którego  tę  wiadomość  czer- 
piemy, dodaje,  że  i  tego  nowego  kollegium  nie  zamieszkali 
lekarze,  lecz  woleli  po  prywatnych  tułać  się  mieszka- 
niach ^). 

Działo  się  więc  ostatecznie  tak,  że  wykłady  lekar- 
skie odbywały  się  w  kollegium  większem,  a  lektorzy  mie- 
szkali osobno,  w  domach  uniwersyteckich  lub  innych. 
Przedewszystkiem  od  końca  wieku  znajdowali  oni  często 
pomieszczenie  w  domku  na  ulicy  Brackiej,  obok  bursy 
węgierskiej  położonym.    Wybudował  go  zapewne  medyk 


')  Por.  T.  I,  str.  231  i  236.  Błędnie  tam  wydrukowano  r.  145S 
samiast  1460. 

*)  Conclus.  univ.  a.  1495. 

*)  Ibid.  r.  1492  zaleca  uniwersytet  profesorowi  medycyny  Ja- 
nowi z  Reguł,  aby  wypuszczał  dom  pewnym  mieszkańcom.  Nie- 
wątpliwie chodzi  tu  o  dawne  kollegium  na  Grodzkiej  ulicy. 

*)  Czerpię  to  z  Radymińskiego,  Cod.  bibl.  Jag.  285  (dopisek  do 
wiersza  o  Janie  ze  Słupcy)  i  Cod.  bibl.  226  (r.  1476). 


w   DBUOIBJ   POŁOWn   OTULBCIA.  101 

Jerzy  z  Drohobycza.  Przynajmniej  czytamy  w  uniwersy- 
teckich konkluzyach,  ii  w  roku  1488  wspomniany  lekarz 
wnióri  prośbę  do  uniwersytetu,  aby  mu  oddano  pusty 
kawał  gruntu  między  bursą  węgierską  a  domem  Clethnar'a; 
zamierzał  on  tam  wybudować  mieszkanie  dla  siebie  z  tym 
warunkiem,  ie  budowa  po  jego  śmierci  przejdzie  na  wła- 
sność uniwersytetu.  W  r.  1494  Jerzy  z  Drohobycza  nie 
był  już  przy  życiu  ^).  A  w  następnych  czasach  spotykamy 
dosyć  często  w  aktach  wszechnicy  wspomnienia  domku 
(domuncula)  sąsiadującego  z  bursą  węgierską,  który  uni- 
wersytet puszcza  w  dzierżawę').  W  r.  1511  obejmuje  go 
po  dekretyście  Janie  z  Kościana  medyk  Jan  z  Ostrze-, 
fizowa*);  w  r.  1527  i  1529  ma  go  w  arendzie  od  uniwer- 
sytetu także  lekarz  Mikołaj  Sokolnicki  %  który  krótko  przed- 
tem odbył  w  Krakowie  z  dwoma  innymi  pierwszą  pro- 
mocyę  lekarską.  Medyk  Jan  de  Regulis  przemieszkiwał 
jednak  w  innem  miejscu;  długoletni  ten  ordinarius  me- 
dyczny w  uniwersytecie  miał  dom  na  ulicy  św.  Anny, 
w  którym  znajdowali  przytułek  także  studenci^). 

Niema  więc  w  tym  wydziale  tej  organizacyi,  która 
jest  znamienną  dla  uniwersytetów  średniowiecznych,  nie- 
ma kollegialnego  życia  i  ustroju,  a  brak  ten  i  wyjątek  tern 
się  tłómaczy,  że  wobec  małej  liczby  nauczycieli  nie  było 
tu  kogo  zespalać  i  skupiać. 

Mówiliśmy  już  o  niewielkiej  liczbie  lekarzy  w  śre- 
dnich wiekach  w  całej  Europie.    Podobne  stosunki  pano- 


wi Acta  Reet  n.  1663. 

*)  Por.  mianowioie  Conclus.  aniy.  s  r.  1635. 

")  Condus.  univ.  (1611).  Por.  Acta  Reot  2281. 

«)  Acta  Rect.  2915  i  2976. 

•)  Acta  Rectoralia  1248  (r.  1489),  1674  (1494):  studens  moraos 
in  demo  de  Regulis  in  platea  s.  Annae.  —  Prócz  tego  znaohodzą  się 
w  Aktach  rektorskich  wzmianki  o  studentach  mieszkających  in  demo 
medicorum  (n.  1671  z  r.  1494).  Albo  to  stare  koUegium  na  Grodzkie|f 
albo  dom  zwany  tei  bursa  medicorum,  wspomniany  w  r.  1494  (1784). 
O  uiin  jeszcze  później  będzie  mowa 


102  KSIĘGA   ra. ROZDZIAŁ   H. 

wały  w  Polsce.  Kiedy  legat  papieski  Hieronim  z  Krety, 
bawiący  w  r.  1463  na  Północy,  zachorował,  zamiensał  on 
do  Krakowa  się  udać  ^ponieważ  gdzieindziej  w  kraju 
me  można  znaleść  ani  lekarza  ani  lekarstwae  ^).  Lecz 
i  w  Krakowie  nie  roiło  się  bynajmniej  od  adeptów  Esku- 
lapa. Ludzkość  leczyła  się  przeważnie  u  znachorów  i  bal- 
wierzy; medyk  służył  dla  cięższych  wypadków  i  zamo- 
żniejszych ludzi.  Sama  organizacya  óredniowiecznycK  uni- 
wersytetów wyraźnie  stan  taki  potwierdza.  W  Heidel- 
ł>ergu,  już  jak  wspomnieliśmy,  przez  pierwsze  sto  lat  istnie- 
nia uniwersytetu  było  tylko  jedno  stanowisko  wyposażone 
dla  nauczyciela  medycyny.  Nie  inaczej  działo  się  w  Kra- 
kowie. Przez  cały  ciąg  piętnastego  wieku  znajdujemy  tu 
tylko  jedną  katedrę,  wyposażoną  na  dziesięcinach,  wyno- 
szących 20  grzywien,  a  dopiero  w  roku  1505  przybywa 
druga  katedra  tego  przedmiotu.  Rozmaite  uniwersytety 
w  różny  sposób  sobie  radziły,  aby  nikłości  tego  wydziału 
w  jakikolwiek  sposób  zapobiedz.  W  Wiedniu  każdy  do- 
ktor przez  wydział  promowowany  wchodzi)  do  fakultetu 
i  musiał  się  zobowiązać,  że  przez  rok  będzie  wykładał. 
Nawet  zaprzestawszy  wykładów,  miał  on  jednak  prawo 
do  udziału  w  naradach  wydziału.  Kolońskie  statuty  zezwa* 
Wy  na  to,  aby  dziekana  medycyny  wybierano  wśród  le- 
karzy nie  wykładających,  non  regentes*).  W  Krakowie 
żądano,  aby  lekarze  przybywający  z  obczyzny  ze  stopniami 
medycznymi  inkorporowali  się  w  uniwersytecie  krakow- 
skim i  tu  poddali  się  pewnemu  egzaminowi  »pro  loco«,  od 
którego  zależała  nostryfikacya  ich  tytułu.  W  r.  1492  za- 
padła znamienna  dla  tych  stosunków  uchwała,  W  kon- 
kluzyach  uniwersytetu  czytamy  pod  tą  datą  co  następuje: 
» Doktorzy  medycyny  już  liczniejsi  i  inkorporowaai  do  uni- 
wersytetu uskarżali  się  częstokroć  na  dekanat  tego  wy- 
działu, że  przez  jednego  ciągle  jest  dzierżony,  a  nie  obchodzi 


')  Caro,  Gesohiohte  Polens  V,  198. 

^  Kaufmann,  Oeschichte  der  deutadien  UBiv«r8itttHi  n,i(MVlL 


UNIWER8TTST   W    DBUOIEJ   ?OŁOWIlB   fiTUŁRGIA.  1Q3 

kolei  według  modły  innych  fakultetów;  postano w^ono  przeto, 
ie  dekanat  lyydziatu  n^edycznego  odtąd  z  kolei  innjch 
doktorów  medycyny  ma  obchodzić  według  porządku,  w  ja- 
kim do  uniwersytetu  inkorporowanymi  zostali  i  wedtu]g: 
zwyczaju  kanonicznego  i  teologicznego,  fakultetu,  bea^ 
względu  na  to,  że  ci  doktorzy  nie  są  czypnynąi  profeso- 
rami (actu  legentes),  aby  §tąd  był  ściślejszy  dozór  uącl 
ejstranei  passim  in  civitate  practicantes  (nad  wszystkim- 
lekarzami  praktykującymi  w  Krakowie),^  Jest  to  więc  po- 
dobne zarządzenie,  jak  w  Kolonii,  zasilające  wydział  le- 
karzami praktycznymi,  którzy  nie  byli  profesorami.  W  Kra- 
kowie żądał  uniwersytet,  aby  wszyscy  lekarze  działająca 
w  mieście  poprzednio  odbyli  akt  inkorporacyi;  w  przeci- 
wnym razie  opierał  się  ich  praktyce.  Rozciągnięto  nawet 
na  kraj  cały  ten  warunek,  przez  uniwersytet  stawiany; 
każdy  lekarz  w  Polsce  miał  się  poddać  zatwierdzeniu  przez 
uniwersytet  krakowski,  pro  loco  respondere  ^).  Stosunki 
więc  ukształtowały  się  podobnie  jak  w  Bazylei.  Tam  fa- 
cultas  medica  składała  się  z  wszystkich  doktorów  miasta. 
Kto  chciał  w  tem  mieście  praktykować,  musiał  o  stopień 
lub  uznanie  stopnia  w  tamtejszym  uniwersytecie  się  po- 
starać. Późniejszy  autor  Starowolski  wyraża  się  tak  o  fa- 
kultecie medycznym  krakowskim,  jak  gdyby  wszyscy  me- 
dycy miejscy  doń  należeli  2). 

Mogło  to  zasilać  obrady,  mogło  ułątW^^^^  wyborj, 
lecz  jakże  było  z  wykładami?  Czyż  jedei^  profesor,  dla 
którego  żołd  był  z  góry  obmyślany,  jedyny  salariatus  opę- 
dzał wszystkie  potrzeby  uniwersytetu  i  ucznjów?  Tak  nie- 


*)  Acta  Rect.  p.  r.  1610:  iaxta  privilegia  Crao.  aoad.  nemo  de- 
bet exercere  praxim  medicam  Cracoviae  et  per  totam  Poipniam  aisj 
prius  respondeat  pro  loco  in  acądemia  CracovieDsi. 

')  Starowolski,  Laudatio  academiae  Cracov.:  Reliqui  medic. 
doctores,  qui  publice  nihil  praelogunt  et  tamen  loca  inter  profes- 
sores  promemerunt . . .  Nullo  penitus  ab  uniYersitate  onere  obstrin- 
guntur,  nisi  quod  in  candidatorum  examine  operam  suam  ocnferunt 
et  publicis  actibus  intersunt  (p.  18,  14). 


104  K81IBOA   in. BOZDZIAŁ   II. 

wątpliwie  nie  było  już  dla  tej  przyczyny,  że  tego  jedy- 
nego lektora  ordinarius  często  praktyka  odwoływała  od 
uniwersyteckich  obowiązków.  Potrzebował  on  więc  za- 
stępców. W  Kolonii  czasem  bakałarze  medycyny  spełniali 
obowiązki  profesorów;  w  Krakowie  w  r.  1464  przy  tym- 
czasowej organizacyi  wykładów  w  późniejszej  bursie  wę- 
gierskiej zarządzono  między  innemi,  że  tam  ma  być  wy- 
kładaną: ordinaria  medicinae  et  per  baccalarium  eiusdem 
facultatis,  wspomniano  więc  tu  bakałarza  nauczającego 
we  wydziale  medycznym  ^).  W  aktach  uniwersytetu  prze- 
suwają się  przed  naszemi  oczyma  dość  liczne  nazwiska 
lekarzy;  jedni  z  nich  wykładali  medycynę  bez  salarium, 
jako  prywatni  docenci,  bo  praktyka  zapewniała  im  skąd- 
inąd dochody,  inni  wykładali  inne  przedmioty,  które  ła- 
twiej pozwalały  zdobyć  uposażone  stanowisko,  inni  wre- 
szcie pojawiają  się  w  aktach  przy  naradach,  chociaż  rze- 
czywistymi profesorami  nie  byli. 

Chromał  więc  ten  wydział  przez  cały  ciąg  piętna- 
stego wieku.  Walczył  on  z  ciągłą  paucitas  i  defectus  nau- 
czycieli, z  częstymi  wyjazdami  profesorów,  które  przery- 
wały tok  wykładów,  z  brakiem  sił,  które  we  Włoszech 
wykształcić  i  z  Włoch  sprowadzić  trzeba  było.  Bo  Wło- 
chy były  wtedy  głównem  medycyny  ogniskiem,  szczegól- 
nie uniwersytety  w  Pawii,  Padwie,  Bolonii  i  Sienie.  W  sa- 
mym Krakowie  pierwsze  promocye  na  doktorów  medy- 
cyny odbyły  się  dopiero  w  r.  1527.  —  A  mimo  liczebnej 
nikłości  strzedz  przyszło  temu  wydziałowi  z  urzędu  go- 
dności tej  nauki,  którą  wielu  niepowołanych  obniżało,  po- 
spolitowało  i  hańbiło. 

Zaporą  więc  przeciw  takim  nadużyciom  miało  być  to,  że 
każdy  lekarz  przybywający  ze  studyów  zagranicznych  zobo- 
wiązanym był  w  uniwersytecie  krakowskim  wykazać  swą 
wiedzę  i  prawność  swych  tytułów.  Skarżono  się  jednak 
na  to,  że  ludzie  przebywający  na  studyach  w  Italii  w  kró- 


^)  Ck>nola8.  aniy.  li&Ł, 


UHIWER8T*nrr   w   DBUOIBJ   POCjOWIB   8TUŁB0IA.  105 

tkim  tam  czasie  z  naukami  się  uwijali;  zamiast  poświęcić 
przepisanych  pięć  lat  na  studya  lekarskie,  czasem  w  trzech 
miesiącach  uporali  się  z  pracą  i  potem  chcieli  w  kraju 
mądrość  swą  lekko  nabytą  aplikować^).  W  roku  1513 
nazwał  bakałarz  Mikołaj  z  Tuliszkowa  doktora  Jana  z  Ostrze- 
szowa »psem  i  oszustem  bezczelnymi  dodając,  że  »z  Włoch 
osłem  powróciła*).  Uniwersytet  naznaczał  kary  przeciw 
takim  nieuznanym  przez  siebie  lekarzom,  a  kary  te  byty 
cięższe,  jeżeli  winowajca  był  żydem  —  perfidus  Judaeus. 
Bo  żydów  odsądzały  pojęcia  i  ustawy  średniowieczne  od 
prawa  leczenia  chrześcijan.  W  paryskim  uniwersytecie  już 
w  r.  1271  wydano  zakaz,  »aby  żaden  żyd  na  żadnej  oso- 
bie chrześcijańskiego  wyznania  chirurgii  lub  medycyny 
wykonywać  nie  śmiała  »).  W  Krakowie  podobne  były  uprze- 
dzenia i  ustawy;  w  praktyce  jednak  inaczej  się  działo,  bo 
już  w  r.  1491  spotykamy  dr.  Jakóba  żyda,  w  r.  1494  żyda, 
nazwanego  doctor  antiquus,  w  r.  1526  Eliasza  żydowskiego 
okulistę  *).  Żydzi  bowiem  od  dawna  do  medycyny  się  gar- 
nęli i  od  dawna  odznaczyli  się  na  tem  polu.  Wyuczali  się 
jej  we  własnych  szkołach  i  w  uniwersytetach,  a  mimo 
niechęci  chrześcijańskiego  społeczeństwa,  cieszyli  się  wzię- 
ciem u  książąt,  nawet  u  papieży.  Juliusz  Il-gi  i  Ill-ci,  Leon 
X-ty,  Klemens  VII  i  Paweł  Ill-ci  używali  żydów,  jako  le- 
karzy domowych*). 

Równocześnie  walczono  przeciw  szalbierzom  wszel- 
kiego rodzaju,  leczącym  bezprawnie  i  durzącym  ludzkość, 
ludziom  nie  naukowym,  znachorom  »empiricam  medici- 
nam  exercentes(cjak  brzmiało  współczesne  określenie.  Przy 
braku  lekarzy  rzemiosło  tych  niepowołanych  zbawców 
cierpiącej  ludzkości  musiało  silnie  wybujać,  a  wszelkie  uni- 


*)  Gondus.  aniv.  1511. 

*)  Gondus.  univ.  1513. 

*)  Denifle,  Chartularium  univ.  Par.  I,  str.  488. 

«)  Acta  reotor.  n.  1469,  1655,  2865. 

*)  Haeser,  Lehrbuch  der  Geschichte  der  Medicin  (1858)  I,  362. 


106  K9iąaA  nj.  —  rozdział  u. 

weFfiytetów  piorunowania  częstem  powtarzaniem  si^  sti^ier- 
dzają  tylko  piorunów  tych  bezsilność. 

Empiryczną  taką  medycynę  uprawiał  najstawniejss^j 
z  ówczesnych  szalbierzy,  Baliński,  człowiek  z  Baliną 
pod  Olkuszem  pochodzący,  który  swemi  radami  i  działal- 
nością wielu  odurzył  i  zabił,  a  sam  dużo  zagrabił  pienią- 
dzy,  aż  wreszcie  władze  zwróciły  nań  baczniejszą  u\;i^ągQ' 
Udawał  on  Greka  i  medyka,  a  nie  był  z  urodzenia  i  po- 
wołania ani  jednym  ani  drugim;  praktykował  na  Węgrzech 
».wielu  zabijając — plures  occidensa,  jak  się  Miechowita 
wyraża,  potem  doszedł  do  rozgłosu  w  Polsce,  gdzie  liczm 
chorzy  zbiegali  się  do  niego,  aby  w  jego  radjąch.,  cza- 
rach i  zamówieniach  szukać  pomocy.  Do  Krakowa  ni€^^ 
ośmielał  się  zajrzeć,  ale  Krakowianie  szukali  go  i  nawie- 
dzali skwapliwie.  Że  od  bogatszych  po  sto  dukatów  zą 
radę  pobierał,  setnikiem  go  nazywano.  Udało  mu  się  na- 
wet dotrzeć  do  chorego  króla  Alexandra,  którego  śmier4 
zapewne  przyspieszył  gwałtownymi  medykamentami,  łi^- 
^niami  i  trunkiem.  Zamykano  go  z  kolei  na  Litwie 
i  w  końcu  w  Krakowie,  lecz  zawsze  umiał  się  wyswobodzić^ 
aby  choć  potajemnie  praktyki  swoje  podejmować.  Wre- 
szcie znikł  bez  wieści,  ale  z  pieniędzmi^).  Propheta  ten, 
jak  go  i^azywano,  jest  najciekawszym  oka:^em  całej  tej 
warstwy  ludzi;  w  początku  szesnastego  wieku  ^robitosię 
około  niego  rozgłośnie,  bo  umiał  na  umysły  działać  i  prze- 
wyższył talentem  szalbierstwa  wszystkich  swoich,  licznych 
nąó wczas  rywali  •). 

W  drugiej  połowie  stulecia,  kiedy  równocześnie  z  pier- 
wszymi posiewami  humanizmu  wzmagały  się  wśród  lu- 
dności przywiązanie  do  życia  i  obawą  chorób,  dla  szal- 
bierzy czy  balwierzy  mędrkowatych  otwierało  się  wdzię- 
czne  i  coraz  szei-sze   pole  działania.    W  epoce,  w  której 

>)  Maciej  z  Miechowa  w  4-tej  ks.  ChroDica  Polonorum. 

*)  Czacki»  O  prawach  litewskich  II,  40  twierdzi,  że  Baliński 
wydal  rzecz  De  praestaDtia  medicinae.  I  tu  m\9l  opowiadać  baonie 
o  60-letnioh  kobietach  rodzących. 


UNIWERSYTET   W   DBUGIRJ    POŁOWJB  STULECIA.  IW 

serca  żywiej  zadrgały  dla  wszystkich  marno^i  tego  iwiata^ 
które  bywają  jego  pięknościami,  rozbudzała  się  namiętnośó 
iycia,  wyraźna  skłonność  do  wszystkiego  i  wszystkich, 
którzy  to  życie  od  cierpienia  i  utrapienia  wyzwolić  obie- 
cywali. Ten  kult  dla  medyków  i  medycyny  wyraźnie  aię 
zaznacza  u  pierwszego,  wybitnego  humanisty  polskiego, 
Grzegorza  z  Sanoka.  Kallimach  opo\x  iada  o  nim  (Vita,  roz- 
dział 8),  »że  medycynę  nad  wszelkie  nauki  przenosił  i  jakby 
drugą  naturę  uwielbiała,  że,  gdyby  nie  stan  duchowny, 
byłby  się  jej  oddał  wyłącznie.  A  cześó  ta  dla  medycyny 
wzrastała  przez  wiek  cały  pod  wpływem  licznych  klęsk 
i  morów,  które  wtedy  trapiły  i  nawiedzały  ludzkość.  Ro- 
czniki piętnastego  wieku  zapełnione  są  wiadomościami  o  za- 
kaźnych chorobach,  pustoszących  co  chwila  całe  miasta 
i  kraje,  roczniki  uniwersytetów  ówczesnych  zaznaczają  aż 
nazbyt  często,  że  dla  zarazy  ^propter  pestem«  ustawały 
wykłady,  wskutek  czego  rzesza  nauczycieli  i  uczniów  roz« 
pierzchała  się  na  wsze  strony.  W  drugiej  połowie  piętna^ 
stego  stulecia  i  w  szesnastym  wieku  następowały  po  sobie 
raz  w  raz  straszne  epidemie  w  blizkich  i  groźnych  odstę- 
pach, a  ludzkość  żyła  pod  obuchem  tej  zmory  i  grozy 
w  ciągłym  niepokoju^).  W  Polsce  obfity  szereg  morów 
znaczą  ówczesne  roczniki;  dla  Krakowa  szczególnie  cię- 
żkiemi  były  lata  1482,  1496  i  1497  <).  Pod  pierwszą  datą 
dopisano  w  Liber  promotionum:  pestis  generalis  magna 
CracoYiae,  prócz  tego  w  spisie  wykładów  krakowskich  co 
chwilę  powracają  podobne  zapiski. 

Wreszcie  w  końcu  samym  epoki  poja^^ił^  się  i  za- 
gęściła w  Europie  choroba,  która  się  stała  t)iczęin  bq- 
żym  na  ludzkość,  istnem  Mane  Thecel  Phąres  zawisłem 
nad   stołami  odrodzenia,  na   których    rozłożono  wszelkie 


^)  Thorbecke,  Geschiohte  der  Uniy.  Heidelberg  (prsypitek  do 
8tp.  41).  Toepke,  Matrikel  der  Uniy.  Heidelberg  I,  XLI. 

>)  Por.  o  tych  chorobach  Wiszniewski  Hist  lit  |V,  1^6;  Q%^ 
siorowski.  Zbiór  wiadomości  do  hist  sztuki  lek.  I,  78. 


108  KSIĘGA   m.  ROZDZIAŁ   n. 

fltodyoze  przeszłości  i  wszelkie  życia  przynęty.  Mówię  o  tak 
zwanym  morbus  gallicus,  czyli  dworskiej  chorobie.  Ostar 
tnie  trzy  dziesiątki  piętnastego  stulecia  zaznaczyły  się 
rozgoszczeniem  się  tej  strasznej  choroby  w  Europie;  na 
Północy  zaczęła  się  ona  szerzyć  od  r.  1495.  Kraków  padł 
bardzo  wcześnie  jej  ofiarą,  jeżeli  pewną  jest  wiadomość 
Miechowity  w  historyach,  że  już  w  r.  1493  kobieta  po- 
wracająca z  Rzymu  tutaj  ją  zawlokła').  Plaga  ta  nieba- 
wem zaczęła  zabierać  liczne  ofiary  wśród  społeczeństwa, 
szczególnie  między  ludźmi  dworskimi  i  rozwiązłymi'); 
przeleciała  ona  jak  przesłań  ni  k  śmierci  nad  całą  epoką 
humanizmu  na  Północy,  szerząc  cierpienia  i  spustoszenie. 
Zaprawdę  więc  lekarze  ówcześni  mieli  z  czem  wal- 
czyć. O  ile  zadaniom  swoim  sprostali,  szczegółowo  wyka- 
zać nie  można.  W  piętnastym  wieku  cała  medycyna  przy- 
tłoczoną jeszcze  była  tradycyą  przeszłości,  nieśmiało  pory- 
wała się  na  niedostatki  najwięcej  dotkliwe,  brak  obser^ 
wacyi  i  znajomości  ciała  ludzkiego.  Dopiero  następny  wiek 
sprowadził  tu  przełom  i  postęp  stanowczy.  Anatomia  w  pię- 
tnastym wieku  była  mało  znaną  i  uprawianą  na  Północy; 
to  też  chirurgia  uchodziła  za  coś  podrzędnego,  za  zajęcie^ 
którem  łaziebnicy  i  balwierze  parać  się  mogli.  Chirurdzy 
nie  byli  w  poszanowaniu,  należeli  niemal  z  balwierzami 
i  łaziebnikami  do  jednej  kategoryi^).  Ci  zaś  służyli  radą 
na  wszystko;  a  chociaż  uniwersytet  urzędowo  prześlado- 
wał empirici,  to  w  rzeczywistości  cieszyli  się   oni  wiel- 


bi Por.  Haeser  Lehrb.  der  Oeschichte  der  Medicin  (2-gie  wyd.) 
II,  828,  226.  Wiszniewski  Hist.  lit.  IV,  185.  Scriptores  r.  Polon.  II,  la 

•)  Mon.  Pol.  V,  275. 

*)  Por.  Haeser,  Grundriss  der  Geschichte  der  Medicin  (1884) 
«tr.  147.  Ciekawem  dosyć  jest  dziełko  Henryka  von  Pfolspeundt, 
krsyiaka,  który  bral  udział  w  wojnie  trzynastoletniej  między  Polską 
i  Zakonem  i  ogłosił  na  podstawie  swych  doświadczeń  w  r.  1460 
dzieło  Bundth-Ertzney  czyli  o  leczeniu  ran.  Dziełko  to,  nie  znamio- 
nujące postępu  w  anatomii  ogłosił  Haeser  w  Berlinie  w  r.  1868. 


UKiWBBSTTBr  W  oRUOisj  FOŁOwiB  flTinuaoiA.  109 

kiem  wzięciem  między  rzeszą  uniwersytecką  ^)  i  poza  temi 
kołami. 

Przypatrzmy  się  teraz  głównym  osobistościom,  które 
w  dziedzinie  medycyny  odznaczyły  się  w  tej  epoce  na 
uniwersytecie  krakowskim.  Mówiliśmy  już  poprzednio  o  Ber- 
nardzie Hesse,  który  w  połowie  wieku  był  lektorem  me- 
dycyny w  uniwersytecie;  umiera  on  w  r.  1465,  a  altary- 
fltą  Św.  Bartłomieja  na  zamku  zostaje  po  nim  Wojciech 
z  Opatowa,  który  był  dziekanem  medycznym  w  r.  1459. 
Obok  niego  pojawia  się  w  aktach  uniwersyteckich  prze- 
lotnie w  r.  1459  lekarz  Piotr  Buthko').  W  tych  latach 
medycyna  wyraźnie  w  uniwersytecie  znaczniejsze  sobie 
zdobyła  stanowisko.  W  r.  1464  zostaje  rektorem  na  zi- 
mowe półrocze  lekarz  Piotr  Gaszowice  de  Lodmie- 
rza  i  piastuje  rektorat  także  w  lecie  roku  1465,  po  nim 
dzierży  to  stanowisko  przez  rok  cały  inny  medyk  An- 
drzej Grzymała.  Poznaliśmy  tego  ostatniego  już  po- 
przednio, śledziliśmy  jego  pierwsze  kroki  i  skuteczną  dzia- 
łalność w  uniwersytecie.  Z  biegiem  czasu  posuwał  on  się 
na  wyższe  fakultety,  osiągnął  doktorat  kanonistyczny  i  ba- 
kalaryat  teologiczny*).  Kiedy  uniwersytet  zamierzał  mu 
nadać  w  r.  1462  jako  pierwszemu  prebendarzowi  probo- 
stwo Św.  Mikołaja,  polecono  go  papieżowi  dla  jego  nauki, 
charakteru  i  zasług  znakomitych.  Za  jego  przyczynieniem 
się  probostwo  to  przeszło  w  posiadanie  wszechnicy^). 
Wkrótce  po  rektoracie  umarł  on,  jeszcze  w  r.  1466,  przed- 
wcześnie, yalida  pestilencia  yigente^). 

Nie  mniej  wybitnym  uniwersytetu  członkiem  był 
wspomniany   Piotr  Gaszowice  z   Loómierza  albo    Ludzi- 


')  Do  barbitonsores  i  ich  praktyki  por.  Acta  Reotoralia,  indeks 
Wislockiogo  str.  877  i  1046. 

•)  Por.  Conclus.  univ.  r.  1469,  1465. 
'i  Por.  Cod.  univ.  II,  254. 
*)  Liber  Prom.  p.  50. 
»)  Cod.  bibL  Jag.  369. 


110  KSIĘGA   III. KOZDZIAŁ   U. 

mierzą,  pod  Nowytn  Targiem.  Odznaczył  się  on  jako  uczony, 
a  szlacheckie  jego  pochodzenie  ułatwiło  mu  wstęp  do 
dworu  i  na  publiczną  arenę  ^).  Zajmował  się  dużo  astro- 
nomią i  napisał  traktat  z  tego  zakresu^);  bo  astrologia 
Btanowiła  ogniwo  pośredniczące  i  pomost  między  medy- 
cyną średniowieczną,  a  matematycznemi  naukami.  Piotr 
Gaszowiec  pierwszy  po  Marcinie  Królu  wykonywał  znów 
samodzielne  obserwacye  astronomiczne  w  Krakowie "). 
W  r.  1470  znajdujemy  go  po  raz  trzeci  na  stanowisku 
rektora;  był  on  już  wtedy  lekarzem  królewskim,  physicus 
regius  i  rajcą  (consul)  miasta  Krakowa.  Jako  przewo- 
dnik uniwersytetu  a  dygnitarz  miejski  przemawiał  często 
l¥  latach  1470—1472  w  imieniu  wszechnicy  i  miasta, wi- 
tał i  żegnał  wybitne  osobistości,  a  płody  jego  krasomów- 
cze zachowały  się  aż  do  naszych  czasów  ^).  Kiedy  w  roku 
1471  Władysław  syn  najstarszy  Kazimierza  Jagiellończyka, 
na  czepki  tron  powołany,  podążył  do  Pragi,  do  licznego 
orszaku  młodego  księcia,  w  którym  znajdował  się  także 
historyk  Długosz,  powołano  również  Jana  Gaszowca^. 
Wkrótce  potem,  w  roku  1474  nie  należał  on  już  do  ży- 
jacy  eh  •). 

Pod  rokiem  1472  znajdujemy  w  konkluzyach  uni- 
wersytetu ciekawą  dla  medycyny  zapiskę.  Chociaż  medy- 
ków w  Krakowie  było  nie  wielu,  chociaż  najwyższego 
stopnia  wydział  ten  przez  cały  wiek  piętnasty  nie  nada- 
wał, to  jednak  wychodziła  z  uniwersytetu  ciągle  pewna 
liczba  ludzi,  kióray  niższe  stopnie  bakałarzy  i  licencyatdAr 


*)  Por.  Liber  Benef.  Długosza  I,  266. 

^  Jego  kodeksy  astron.  wśród  Cod.  bibL  Jag.  657,  808,  830, 
830,  Jego  traktat  n.  2703. 

')  Birkentnajer,  Marcin  Bylica  str.  19. 

«)  Cod.  bibl.  Jag.  126.  For.  Caro,  Geschiohte  Polens  V,  828, 
a  8£0zególnie  Zeissberg,  Poln.  Gesohichtssohreibung  238. 

•)  Długosz  Hist  V,  655. 

^  Acta  Rectoralia  n.  333.  MiaZ  czterech  synów,  którzy  zapi- 
aani  są  w  roku  Jego  rektoratu  (1470)  na  czele  wszystkioh  scholarów. 


UNIWEBSYTirr   w   BKUGIBJ   FOŁOWIS   STULECIA.  111 

ftfedycyny  osiągnęli.  Otóż  w  r.  1472  zwróciło  się  trzjeoh 
Jicencyatów  medycyny  do  uniwersytetu  z  prośbą,  aby  tetiie 
^bacząc  na  ich  długoletnie  zajęcia  w  uniwersytecie... 
i  z  uwzględnieniem  ich  promocyi  na  licencyatów  medycynya 
zapewnił  im  miejsca  już  osiągnięte  w  szeregu  medyków, 
zabezpieczył  ich  od  tego,  aby  doktorom  z  innych  uniwer- 
sytetów, którzy  się  w  Krakowie  inkorporowali,  nie  dawano 
pTZ€id  nimi  pierwszeństwa.  Bo  wyższo  miejsce  w  szeregu 
dóktoró'^  inkorporowanych  otwierało  pewniejsze  widoki 
Wl  zdobycie  stanowiska  jakiegokolwiek  uposażonego.  Uni- 
wersytet przychylił  się  do  tego  podania.  Licencyatami 
tymi  byli  'Stanisław  z  Pleszewa,  Jan  Weis  z  Poznania 
i  Jakób  1  Boxic.  Pierwszy  jest  nam  mniej  znanym,  był 
Oh  dziekanem  artystów  w  r.  1462  i  1468,  już  jako  licen- 
<^kt  tnedycyny;  umarł  zapewne  w  roku  1473*).  Dwaj 
dt^zy  za  to  s^  osobistościami,  które  na  różnych  polach 
zaznaczyły  si^  stanowczo. 

Jan  W e  1 8  był  jednym  z  licznych  Poznańczyków, 
Ittóhsy  śię  'przyczynili  do  podniesienia  naszej  kultury 
w  tjrch  czasach,  do  tiświetnienia  uniwersytetu*).  W  r. 
1^8  %lb  dziekanatu  Andrzeja  Grzymały  osięgnął  on  wraz 
z  J^kóbem  z  Boicie  bakalaryat  in  artibus,  w  roku  1462/3 
wkrótce  po  Jakóbie  posunął  się  na  magistra.  W  pó- 
źniejszych latach  działał  we  wydziale  artystycznym  i  do- 
'pieró  w  roku  1472  pojawia  się  jako  licencyat  medycyny. 
8d^j6  ślę,  Że  za  granicę  nie  pojechał  i  nigdy  nie  osięgnął 
tft^dycznegó  doktoratu  %  W  r.  1488  zwalnia  go  uniwer- 
sytet od  obowiązków  królewskiej  kollegiatury.  Dzieriył 
on  więc  ją  jeszcze  w  tym  roku,  innemi  słowy  należał  do 


*)  Acta  Rectoralia  n.  277  (r.  U73). 

^  MuodLÓWdki  —  De  Pauli  Paulirini  Vigtnti  attium  libro  (1835) 
«tp.  11. 

*)  Miechowita  w  kronice  pod  r.  1498  nasyWtai  go  wspominając 
«g6li  W^a  lib^ncyalem  medycyny.  Wzmianka  w  Acta  llectoralia 
n.  1113  (r.  1487):  dr.  med.  Joh.  de  Posnatiia  ohyb^  do  kogo  itinego 
się  odnosi. 


112  KSOBOA  m. BOZDSUł.  u, 

wydziału  artystów  i  do  wykładów  Arystotelesowskich  był 
zobowiązanym.  Teraz  ma  obmyślić  zastępstwo  —  ponere 
magistrum  pro  ipso  laborantem  ^).  Już  przedtem  dzielić  on 
musiał  czas  swój  między  zajęcia  uniwersyteckie  a  inne 
równie  zaszczytne  obowiązki.  Nauka  bowiem  jego  i  cha- 
rakter  otworzyły  mu  podwoje  dworu  królewskiego  i  wpro- 
wadziły na  ważne  stanowisko  nauczyciela  synów  królew- 
skich.  Czy  już  obok  Długosza  nauczał,  czy  dopiero  po  te- 
goż śmierci  w  roku  1480  został  Długosza  następcą,  nie 
umiemy  określić ').  Biblioteka  Jagiellońska  zawdzięcza  mu 
kilka  rękopisów  medycznych  i  innych').  Miasto  Kraków 
jeszcze  donioślejszą  winno  mu  fundacyę.  Był  on  tu  pro- 
boszczem Św.  Szczepana,  Jako  człowiek  biegły  w  medycy- 
nie postanowił  on  dla  zdrowotności  publicznej  założyć 
cimiterium  extra  urbem,  poskupywał  na  przedmieściu 
Piasek  grunta  i  przeznaczył  je  na  cmentarz.  To  miało 
kres  położyć  zgubnym  dla  mieszkańców  cmentarzyskom 
przy  kościołach  w  obrębie  miasta  się  znajdującym*). 
Sam  dobrodziej  rozstał  się  z  tym  światem  w  roku  1498. 
W  testamencie  swym  z  tegoż  roku  ^)  powierzył  on  opiekę 
nad  swemi  rozporządzeniami  królowi,  książętom  Frydery- 
kowi i  Zygmuntowi.  A  więc  zobowiązał  do  tego  swych 
uczniów,  jak  się  wyraża,  w  nagrodę  »pro  suo  yetusto  et 
fideli  servitio.« 

Jakób,  syn  Piotra  de  Boxioze  zapisał  się  na  uni- 
wersytet krakowski  w  r.  1456.  O  jego  studyach  wspomi- 
naliśmy powyżej.    Z   poprzednikiem   to  go  łączy,  że  zna- 


*)  ConcL  nniv.  r.  1488. 

')  Bliechowita  L  o.  nazywa  go  krótko:  praeceptor  et  łnform^ 
tor  filiorum  regis  Casimiri. 

*)  Antidotaria  n.  777,  799.  Podobnym  jest  cod.  827.  Z  }ego  spu- 
ścizny dostaje  się  do  biblioteki  Cod.  257,  sławna  ksi^^  Pawła  de 
Praga,  również  CasBiodon]s*a  listy  n.  666. 

*)  Por.  Miechowita  L  c,  Oettinger  Rys  dawnyeh  dziejów  Wyds. 
lek.  96,  Rocznik  krakowski  (1898)  str.  15. 

*)  Archiw.  uniw.  dokam.  n.  11686. 


UNIWKRSYTET   W   DRUOIIEJ    POŁO  WIS   8TUŁBCIA.  113 

czenie  jego  polega  więcej  na  działalności  pozauniwersy- 
teckiej,  niż  na  pracach  w  obrębie  wszechnicy.  Jako  mistrz 
na  wydziale  artystycznym  był  on  tegoż  wydziału  dzieka- 
nem w  latach  1469  i  1473.  Równocześnie  kształcił  się 
w  medycynie;  zachowała  się  po  dziś  dzień  mowa  wypo- 
^edziana  przez  Jana  Gaszowca  przy  jego  promocyi  na 
bakałarza  medycyny^),  licencyatem  tegoż  przedmiotu  był 
w  r.  1472.  Nie  zamyślał  on  jednak  na  tym  ograniczyć  się 
stopniu.  W  r.  1474  jest  Jakób  z  Boxic  już  bakałarzem  św. 
teologii  i  kanonikiem  św.  Floryana  i  jako  taki  dostaje 
urlop  na  podróż  do  Rzymu  i  Jeruzalem  z  tym  warunkiem, 
że  w  powrocie  postara  się  o  stopień  doktorski  we  Wło- 
szech (in  reyentu  suo  Italiae  recipiet  insignia  doctoralia 
in  medicinis)  *).  W  podróż  tę  wybrał  się  on  w  r.  1475. 
W  r.  1477  pojawia  się  znów  w  uniwersytecie  krakow- 
skim już  jako  doktor  nauki  lekarskiej,  lecz  prosi  nieba- 
wem w  r.  1479  o  licencyę  na  czas  dłuższy*).  Wyraźnie 
nowe  obowiązki  odwoływały  go  z  Krakowa;  w  r.  1480 
występujeonbowiem  w  Wielkopolsce  jako  oficyał  i  wikary 
in  spiritualibus  gnieźnieńskiego  arcybiskupa.  Równocześnie 
uprasza  uniwersytet,  aby  mu  tenże  nadał  in  titulum  et 
professionem  kancelaryę  poznańską  i  jej  dochody*).  Po- 
tem znika  on  z  przed  naszych  oczu  w  Krakowie,  za  to 
wśród  kapituły  gnieźnieńskiej  wybitne  zajmuje  stanowi- 
sko^. Musiał  to  być  człowiek  wyższego  wykształcenia, 
przystępny  dla  prądów  i  powiewów  nowej  kultury  odro- 
dzenia. Wyraźnie  to  poświadcza  bliższy  i  przyjazny  jego 
z  Kallimachem  stosunek.    Kallimach  opowiada  nam  mia* 


*)  Cod.  Jag.  126. 

*)  Condns.  univ.  1474. 

")  Por.  Conclus.  domus  maioris  r.  1477,  Conclus.  uniy.  r.  1479. 

*)  Wszystko  wyjęte  z  Conolnsiones  iiDiversitatis.  Por.  takie 
Ulanowskiego  Acta  iudio.  eccles.  str.  276,  278,  304.  Na  str.  278  (z  r. 
1480,  z  kwietnia)  nazwany  on  jest  s.  theologiae  professor,  decreto- 
mm  doctor. 

•)  Por.  Korytkowski,  Arcyb.  gnieźn.  II,  473,  478. 

HIgt.  Unlw.  T.  n.  8 


114;  KSI^aA   ni. ROZDZIAŁ    u. 

nowicie,  jak  w  ogrodzie  Jana  Miryki  w  Krakowie  czytał 
z  Jakóbem  z  Boxic  i  Mikołajem  Mergus  z  Nissy,  »dwoma 
uczonymi  i  wymownymi  ludźmi«  historyę  wenecką  Sa- 
bellicu8'a,  jak  z  lektury  tej  rozwinęła  się  rozmowa  o  sto- 
sunkach Wschodu  *).  W  wierszach  swoich  sławił  Kalli- 
mach  Jakóba,  jego  uczty  skromne,  lecz  okraszone  dowci- 
pem i  przyjemnemi  rozmowami. 

Me  taa  delectenŁ  parce  ientacala  sampta| 

In  qnibns  est  poris  gratia  mixta  iocis. 

Pobyt  we  Włoszech  i  kultura  tam  nabyta  zaleciły  go  za- 
pewne Kallimachowi;  a  z  resztą  niejeden  to  medyk,  który 
wtedy  przeszedł  do  stronnictwa  ruchu  i  stał  się  tego  ru- 
diu  chorążym. 

Większą  jednak  w  obrębie  samego  uniwersytetu  ode- 
grał rolę  inny  lekarz,  Jan  de  Regulis,  Mazur  i  szla- 
chcic pochodzący  z  Reguł  pod  Warszawą,  zwany  takie 
haeres  de  Komorniki,  a  pieczętujący  się  herbem  Stary  Koń. 
Odbył  on  egzamin  na  magistra  w  Krakowie  w  r.  1468, 
wkrótce  potem  udał  się  na  studya  do  Włoch;  W  roku 
1475  jest  już  graduowuiym  lekarzem,  a  uniwersytet  po- 
stanawia go  zciągnąó  z  Południa  do  kraju,  jak  niegdyś 
upominał  się  o  powrót  Marcina  Króla.  Na  zgromadz^atu 
imiwersytetu  odbytem  7-go  stycznia  r.  1475  naznaczono 
Jana  de  Regulis  na  stanowisko  lektora  ordinarius  in  me- 
dioinis  i  wskutek  tego  polecono  rektorowi  przesłać  di!^  Bo- 
lonii odpowiednie  ptsmo,  nawotywująee  elekta  do  powrotu, 
objęcia  domu  i  płacy;  zarazem  Jakób  z  Bcmc,  udający  się 
na  południe,  miał  w  imieniu  uniwersytetu  powtórzyć  to 
wezwanie*).  Czy  Jan  de  Regulis  natychmiast  powrócił, 
nie   wiemy.    To  jednak  wiemy,  że  jest  w  Krakowie  w  r. 


^)  KaUlmadia:  De  his  ąaae  a  Yenetis  tentata  sunt,  Persis  ac 
Tartaris  contra  Turoos  moYendis.  —  Rozmowa  ta  odbyła  się  może 
około  r.  1487.  Por.  Zeissberg,  Poln.  Geschichtaschreibong  389. 

*)  Conclua.  iiniv.  1476. 


UNIWBBSTTET   W   DBUGIBJ   POŁOWU    STULECIA.  115 

1478  i  piastuje  tu  dziekanat  medyczny^).  Ale  powody 
4o  skargi  i  troski  mimo  tego  nie  ustały.  W  roku  1480 
radzi  znowu  uniwersytet  de  defectu  lectoris  medicinae, 
^ali  się  na  długotrwałą  (diutina)  absentia  Jana  de  Regulis, 
wzywa  go  do  przybycia  i  udaje  się  nawet  w  tym  celu 
do  króla  Kazimierza  z  prośbą  o  łaskawe  pośrednictwo. 
Jan  de  Regulis  był  wprawdzie  w  kraju,  lecz  służba  le- 
karska odwoływała  go  co  chwila  od  katedry.  W  kilka- 
naście lat  później  podobna  ponawia  się  skarga;  w  r.  1496 
naradza  się  uniwersytet  nad  pensyą  wspomnianego  profe- 
sora, wstrzymaną  od  trzech  kwartałów,  żali  się  na  jego  długą 
nieobecność  (dudum  absens),  postanawia  pieniądze  wy- 
płacać lektorowi,  » który  teraz  czyta  w  jego  miejscu«,  a  za- 
razem napisać  do  króla  i  kardynała  Fryderyka,  aby  się 
przyczynili  do  jego  powrotu  *).  To,  że  Jan  de  Regulis  był 
<;onsul  Gracoviensis,  rajcą  miasta  Krakowa,  następnie  bur- 
mistrzem, także  niewątpliwie  spowodowało  opieszałość 
w  obowiązkach.  Wadliwość  ^ówna  leżała  jednak  w  in- 
Btytucyi,  która  tylko  jedną  katedrą  chciała  zadosyćuczynić 
wymogom  i  potrzebom  całej  lekarskiej  nauki.  Przedsta- 
wiciel jej  oddalał  się  co  chwila  i  przerywał  tok  zajęć 
i  pracy;  a  że  przy  tem  był  ciągle  dziekanem  wydziału, 
•cierpiały  na  tem  także  administracyjne  obowiązki  W  roku 
1492  lekarze  iakorporowani  w  uniwersytecie  wystąpili 
dlatego  ze  skargą  na  wadliwość  dekanatu,  » który  cią- 
gle przez  jednego  jest  sprawowanym,  a  nie  obchodzi  ko- 
^i4«  (qui  ab  uno  continue  administratur  et  non  per  yices 
distribttitur).  Wtedy  postanowiono,  aby  dziekanat  dla  wszyst- 
l^icłi  inoorporati  był  przystępnym,  chociażby  nie  wykła- 


')  Acta  rectoralia  n.  654. 

^  Wszystko  według  Conclus.  uniT.  r.  1480,  14©8.  —  Jan  de 
AegaliB  cieszył  się  wielkiem  wiięełem  wśród  panów  polskich;  Jan 
Sapieha,  wejew.  podlaski,  darewal  mu  ogród  przed  bramą  Mikołaj- 
ską >dono  et  gratuito  ez  mera  sualiberaMtate.c  Por.  Majer:  Wiado- 
mości z  życia  profesorów  wyds.  lek.  w  uniw.  Jfig.  (1808)  str.  19. 

8» 


116  KSiąiGA   m. ROZDZIAŁ   n. 

dali  w  uniwersytecie  (non  obstante  quod   iidem  doctore* 
actu  legentes  non  essent)^). 

W  skardze  tej  była  mowa  o  lekarzach  już  licznych 
w  Krakowie.  Rzeczywiście  w  końcu  wieku  przesuwają 
się  przed  naszemi  oczyma  rozmaici  przedstawiciele  tej 
nauki,  którzy  ściślejszy  lub  luźniejszy  zadzierzgnęli  węzeł 
z  uniwersytetem,  ograniczyli  się  na  inkorporacyi,  lub  może 
wykładami  prócz  tego  utwierdzili  tę  spójnią.  Było  między 
nimi  dosyć  dużo  cudzoziemców.  I  tak  Blasius  z  Witten- 
bergi  pojawia  się  w  r.  1487  w  Krakowie  z  tytułem  do- 
ktora medycyny*),  poddaje  się  jednak  responsyi  i  inkor- 
poracyi dopiero  w  r.  1498,  przyczem  wyprawił  sutą  ucztę 
(coUationem  notabilem  disposuit).  Czy  tenże  po  wpisaniu 
na  listę  uznanych  przez  uniwersytet  doktorów  (locum  in 
ordine  recepit)*)  rozwinął  jaką  działalność  w  uniwersy- 
tecie, nie  wiemy.  —  Jana,  syna  Hieronima  z  Bazylei,  spoty- 
kamy w  roku  1476  w  Gnieźnie,  gdzie  przed  świadkami 
robi  ciekawy  kontrakt  o  przywrócenie  wzroku  szlachciance 
Annie  Modliszewskiej.  W  razie  udania  się  kuracyi  otrzy- 
małby 12  florenów,  w  razie  zawodu  zobowiązanym  jest 
zwrócić  zaliczkę^).  Następnie  w  roku  1488  inkorporuje 
się  on  w  uniwersytecie  krakowskim  i  pojawia  się  jeszcze 
w  roku  1494  jako  świadek  w  uniwersyteckim  sądzie^. 
W  tym  samym  roku,  w  którym  się  inkorporował  Jan  z  Ba- 
zylei, przemawiał  w  uniwersytecie  krakowskim  pro  loco 
Inter  doctores  adipiscendo  inny  lekarz,  rodem  z  Krakowa, 
Jan  Ursinus.  Mówiliśmy  już  o  nim  poprzednio  i  jeszcze 
później  mówić  nam  przyjdzie.  Oracya  jego  wypowiedziana 
przy  tej  okazyi  15-go  grudnia  r.  1488  jest  bardzo  ciekawa 
jako  manifest  postępu  i  wytwór  humanistyczny  z  zakresu 


*)  Gonclus.  univ.  1492. 

^  Acta  Rector.  1105.  —  Może  to  ten  sam,  który  w  r.  1471  zo- 
stał bakalarzem,  w  r.  1480  magistrem  artystów  w  Krakowie. 
■)  Condus.  univ.  1498. 
*)  Aota  iudicii  eccles.  (Ulanowski)  str.  276. 
^)  Aota  Rector.  1644. 


UNIWERSYTET   W   DRUGIEJ   POZiOWIB   STULECIA.  117 

medycyny*).  Młody  lekarz,  który  w  Padwie  odebrał  swe 
wykształcenie,  kruszy  w  tej  mowie  kopię  za  godność, 
chwałę  lekarskiej  naukL  Mówi  o  jej  początkach  i  rozwoju, 
o  jej  pożytku,  wreszcie  zwraca  się  do  słuchaczy  —  a  byli 
przy  tem  obecnymi  najcelniejsi  mężowie  z  Krakowa  —  aby 
zachęcić  do  gorliwych  studyów  i  życzliwego  pielęgnowa- 
nia lekarskiej  nauki. 

Rozróżnia  on  między  medici  rationales  i  empirici. 
Pierwsi  chcą  dotrzeć  do  ostatnich  przyczyn  choroby,  uwa- 
iają  krajanie  trupów  za  rzecz  konieczną,  drudzy  ograni- 
czają się  na  doświadczeniu,  praktyce  a  raczej  na  nieuctwie. 
Dziwi  się,  jak  człowiek,  który  nie  widział  dyssekcyi  ciała, 
który  przytem  nie  zna  filozofii,  ani  literatury  łacińskiej, 
ośmiela  się  wykonywać  szlachetną  sztukę  lekarza.  Chwali 
następnie  mistrzów  tej  nauki  od  Galena  począwszy  i  się- 
gając w  tym  przeglądzie  najnowszych  czasów,  sławi 
swoich  nauczycieli  Piotra  Rocobonella  i  Franciszka  Bencio, 
syna  Hugona,  słynnego  niegdyś  w  Padwie  profesora.  Żali 
sią  w  końcu  na  brak  hojności  miast  i  ludzi  względem 
medycyny.  Stąd  pochodzi,  »że  tak  mało  wybitnych  tego 
wydziału  profesorów  znaleść  można  w  tych  czasach.«  Inne 
poszanowanie  dla  nauki  i  wykształcenia  ma  Wenecya, 
z  wszystkich  miast  locupletissima,  nobilissima,  optima. 
W  Wenecyi  był  mówca  niedawno,  a  wspomnienia  z  tego 
miasta  złożyły  się  na  hołd  gorący  w  jego  przemowie.  Jest 
ona  nadzwyczaj  znamienną  dla  chwili,  w  której  wypo- 
wiedzianą została.  Obydwie  główne  przyczyny,  które  się 
złożyły  na  odrodzenie  nauki  lekarskiej  w  końcu  wieku 
i  w  następnem  stuleciu,  t  j.  pogłębione  studyum  klasy- 
cznych autorów  i  zaostrzenie  umysłów  i  oczu  dla  sa- 
modzielnych obserwacyi*)  znalazły  w  niej  wymowny 
oddźwięk  i  wyraz.  Jan  Ursinus,  który  wyszedł  z  nie- 
mieckiego   krakowskiego    mieszczaństwa,   w   ówczesnym 


')  Jo.  Ursini,  Modus  epistolandi,  Crac.  1522. 
*)  Haeser,  Geschichte  der  Medicin  I,  378. 


118  KSIĘGA    DI.  ROeDZIAŁ   II. 

ruchu  umysłów  kroczył  więc  śmiało  naprzód  i  rzucał  ha- 
sła ożywcze. 

Szesnasty  wiek  rozpoczyna  się  rektoratem  medycznym^ 
Ostatni  raz  był  lekarz  rektorem  w  r.  1470,  mianowicie 
Piotr  Gaszowiec.  W  roku  1600  osięga  tę  godność  po  raz 
pierwszy  Jan  de  Regulis  i  odtąd  idą  z  kolei  bardzo  czę- 
ste rektoraty  lekarzy,  powtarzające  się  w  latach  1501, 1502, 
1505,  1507,  1508,  1510,  1511,  1512.  Już  ten  sam  objaw 
wyraźnie  poświadcza  i  dobitnie,  że  medycyna  rosła  wtedy 
w  uniwersytecie  na  znaczeniu  i  powadze,  że  jakieś  now^e- 
życie  zaczęło  się  krzewić  w  tym  wydziale  dotychczas  za- 
niedbanym. Zwracam  na  to  uwagę,  że  jeszcze  w  ostatnim 
dziesiątku  piętnastego  wieku  zwoływano  na  obrady  i  sądy 
tylko  trzech  dziekanów  z  wyłączeniem  medycznego*). 
Trzeba  więc  było  gorliwych  starań,  a  przede wszystkiem  dziel- 
nych ludzi,  aby  to  położenie  odmienić,  aby  ten  wydziiJ 
upośledzony  wydźwignąć  z  upadku  i  poniżenia.  Czasy^ 
w  których  medycyna  w  całym  świecie  zaczęła  się  odra- 
dzać i  podnosić,  dopominały  się  o  to,  a  w  Polsce  znalazt^ 
się  człowiek,  pełen  nauki,  zapału  i  gorliwości,  stworzony 
na  to,  aby  szerzyć  wokoło  życie  i  tchnąć  życie  w  to,  co 
ukrzepienia  potrzebowało.  Maciej  z  Miechowa  należy 
do  najznakomitszych  postaci  tej  epoki,  do  najwybitniej- 
szych osobistości  naukowych,  jakie  wydała  nasza  kultura^ 
a  przy  tem  do  najszlachetniejszych  dusz,  jakie  zaważyły 
na  rozwoju  uniwersytetu  i  narodu.  Lekarz  z  zawodu  upra- 
wiał on  obok  tego  inną  naukę,  tę  która  ma  być  życia 
mistrzynią  i  drogi  życia  prostować,  historyę;  jako  na- 
stępca Długosza,  którego  w  r.  1480  odprowadził  do  grobu^ 
wielce  się  na  tem  polu  zasłużył.  A  słowom  mówionym 


>)  Dzieje  się  to  według  Acta  Rectoralia  il-go  sierpnia  1490^ 
18-go  lutego  1492,  19-go  lutego  1495.  Na  ostatniem  miejscu  czytamy: 
conyocatis  decanis  trium  facultatum,  theologiae,  oanonioae  et  artisti* 
oae,  ad  ąuos  finaliter  pertinet  omnes  differentias . . .  determinare 
(Wislocki  n.  1758). 


UNrWSRSYTKT   W   DRUGIBJ    FOŁOWIB   STUŁBCUA.  119 

i  pisanym  towarzyszyły  czyny,  nie  mniej  doniosłe  i  chwa- 
lebne. 

Urodzony  w  r.  1457  z  ubogich  dosyć  rodziców  za- 
pisał się  on  na  uniwersytet  krakowski  w  r.  1473,  został 
tu  bakałarzem  w  r.  1476,  magistrem  na  wydziale  arty- 
stów w  r.  1479.  Wkrótce  potem  udał  się  za  granicę,  aby 
się  w  sztuce  lekarskiej  wykształcić.  Był  w  Pradze,  Pa- 
dwie i  Florencyi,  w  r.  1485  znajdował  się  w  Mirandoli. 
Gdzie  otrzymał  stopnie  doktorskie,  dokładnie  nie  wiemy; 
zapewne  jednak  z  Padwy  przywiózł  tytuł  doktora  *).  W  r. 
1485  poiawia  się  on  w  Krakowie  i  odtąd  z  wyjątkiem 
r.  1499,  w  którym  podążył  na  jubileusz  do  Rzymu,  w  kraju 
przebywał  i  pracował. 

W  Liber  diligentiarum  uniwersytetu  nazwanym  on 
po  raz  pierwszy  w  roku  1500  i  występuje  tu  z  wy- 
kładami medycyny  aż  do  roku  1505.  Czy  czytał  kiedy 
we  fakultecie  artystów,  nie  umiemy  powiedzieć,  również 
czy  działalność  jego  nauczycielska  na  tych  ograniczyła  się 
latach.  Znaczenie  jego  i  zdolności  administracyjne  zale- 
cały go  na  stanowisko  kierownika  uniwersytetu;  był  też 
rektorem  w  roku  1501,  1505,  1507,  1511,  1512  i  wreszcie 
w  latach  1518/19  przez  trzy  półrocza  z  rzędu.  W  tych 
ośmiu  latach  zaprowadzał  on  wszędzie  ład  i  nowe  życie, 
akta  z  tych  czasów  znaczą  się  doniosłemi  uchwałami  i  od- 
różniają się  szczególną  sumiennością  w  układzie.  Wyra- 
źnie Miechowicie  starczyło  czasu,  aby  wchodzić  w  szcze- 
góły, od  których  porządku  ogólna  strojność  i  dostrojenie 
zależy.  On  przeprowadza  uchwałę  (1507/8)  przeciw  zbyt 
częstym  odrywaniem  profesorów  od  lekcyi  przez  pogrzeby, 
nabożeństwa  żałobne  i  inne  uroczyste  występy,  on  w  r. 
1512  znosi  na  pewien  czas  uczty  przy  promocyach,  aby 
pieniądze  na  to  wydawane  obracano  raczej  na  korzyść  uni- 
wersytetu. W  r.  1505  stwarza  wreszcie  nową  katedrę  me- 
dycyny .  w  uniwersytecie.    Rozmyśliwano  już  o  tem  w  r. 


')  O  jego  podróżach  por.  Bostel,  Zakaz  Miechowity  (1884)  str.  6» 


120  KSIĘGA   UL ROZDZIAŁ    II. 

1494,  pierwsze  w  tym  względzie  kroki  poczynił  Miecho- 
wita w  r.  1503,  ale  dopiero  w  dwa  lata  później  fundacya 
w  całej  pełni  przyszła  do  skutku^).  Miała  z  niej  być  ko- 
rzyść zarówno  dla  uniwersytetu  jak  dla  miasta.  Miasto 
wzięło  wtedy  od  Miechowity  600  flor.  na  wyderkaf  i  zo- 
bowiązało się  wypłacać  20  grzywien  dla  nowego  koUe- 
giata,  któryby  dotychczasowego,  jedynego  medyka,  upo- 
sażonego w  uniwersytecie,  popierał  i  wspomagał.  Rajcy 
miasta  mają  tego  kollegiata  wybierać  i  instytuować,  ma 
on  obowiązki  swe  sumiennie  spełniać  i  służyć  radą 
wszystkim,  którzyby  się  do  niego  udawali  W  razie  nie- 
odpowiedniości  może  go  miasto  ze  stanowiska  usunąć.  Mi- 
łosierna dusza  fundatora  przebija  we  warunku,  że  tenże 
medyk  ma  tygodniowo  jednego  ubogiego  chorego  przyjąć 
i  zająć  się  darmo  jego  leczeniem. 

Był  to  nabytek  ważny  dla  uniwersytetu;  od  roku  1603 
w  spisie  wykładów  pojawiają  się  prawie  regularnie  dwa 
wykłady  medyczne,  co  dotychczas  tylko  wyjątkowo  i  przy- 
padkowo się  zdarzało.  Według  późniejszej  uchwały  jeden 
z  kollegiatów  miał  uczyć  teoretycznej,  drugi  praktycznej 
medycyny. 

A  obok  tego  rozwija  Miechowita  i  na  innych  polach 
gorliwą  działalność,  buduje  i  restauruje  szkoły  miejskie 
w  Krakowie,  szkoły  św.  Anny,  św.  Szczepana,  św.  Flo- 
ryana.  Wszystkich  Świętych,  w  rodzinnem  mieście  Mie- 
chowie, mnoży  usiłowania  około  budowy  i  utrzymania 
szpitali  ^.  Pieniędzy,  zarobionych  pracą  i  praktyką,  starczy 
mu  na  wszystko;  jest  on  ojcem  sierot  i  ubogich.  Wzięcie 
jego  rosło  z  dniem  każdym;  w  r.  1515  występuje  on  z  ty- 
tułem protomedyka  w  konkluzyach  uniwersytetu.  W  osta- 
tnich latach  życia  zajmował  się  budową  libraryi  i  zegara 

»)  Mon.  med,  aevi  T.  VII  (Cod.  oiv.  Grac.)  str.  716.  719,  760. 
Cod.  aniv.  Crao.  III  str.  231. 

•)  Por.  Lib.  prom.  79  i  86.  Conclus.  Umv.  1643:  propriis  im- 
pensis  eandem  scholam  (st.  Annae)  erexit  Por.  prócz  tego  Archiwum 
uniy.  D.  9160  i  12,278. 


UNIWERSYTET   W    DRUGIEJ    POŁOWIE    STULECIA.  121 

koUegium  większego,  nie  szczędził  datków  na  to  przed- 
sięwzięcie; prócz  tego  w  r.  1522  pomnożył  wyposażenie 
katedry  astrologicznej  Marcina  Króla,  do  czego  później 
jeszcze  powrócimy. 

Kiedy  w  rok  potem  ostatnia  jego  wybiła  godzina,  że- 
gnano go  z  powszechnym  żalem,  ubodzy  opłakiwali  w  nim 
ojca,  miasto  doświadczonego  i  gorliwego  lekarza,  uniwer- 
sytet swego  dobroczyńcę  —  universitatis  Cracoyiensis  co- 
lumna  — ,  wszyscy  wreszcie  wyborowego  człowieka.  Po- 
chowano go  na  Wawelu  pod  kaplicą  Szafrańców  w  obe- 
<5ności  czterech  biskupów  Konarskiego,  Tomickiego,  Krzy- 
ckiego  i  Jana  Amicinus'a  biskupa  laodycejskiego,  przy 
udziale  wielu  dostojników.  Mikołaj  z  Wieliczki,  doktór  me- 
dycyny wykształcony  jego  kosztem  w  Bolonii,  ułożył  dlań 
napis  grobowy,  dziś  nie  istniejący^).  Schodził  z  nim  do 
grobu  wielki  nauczyciel,  ostatni  może  wielki  uczony  uni- 
wersytetu w  tej  wczesnej  dobie  jego  istnienia.  Testament 
jego  zachowany  po  dziś  dzień  *)  jest  wymownem  odbiciem 
ładu,  który  wszędzie  wprowadzał  i  którego  wszędzie  prze- 
strzegał. Idą  tu  po  sobie  we  wzorowym  porządku  ostatnie 
jego  rozporządzenia,  najdokładniej  wyłuszczone,  następuje 
przegląd  bogatego  księgozbioru,  obejmującego  różne  dzie- 
•dziny  nauki.  Na  wszystkiem  znać  tę  rękę,  która  w  czynie 
i  w  życiu  tak  była  strojną  i  twórczą. 

Nie  tu  miejsce  rozbierać  obszernie  jego  pisma.  W  za- 
kresie medycyny  ogłosił  kilka  krótszych  rozpraw,  a  mia- 
nowicie Contra  saevam  pestem  regimen  (Crac.  Haller  1508), 
Tzecz  dającą  przepisy  ostrożności  przeciwko  morowi  i  De 
sanguinis  missione,  także  w  r.  1508.  Większą  jest  praca 
p.  t.  Conservatio  sanitatis,  wydana  po  raz  pierwszy  w  r. 
1512,  gdzie  czytamy  ciekawe  uwagi  hygieniczne,  doty- 
czące   mieszkania   i    pożywienia®).    Ważniejszemi  jednak 


*)  Por.  Lib.  prom.  80. 
*)  Arch.  univ.  12.  612. 

*)  Por.  o  tych  dzieTkach,   Gąsiorowski  Zbiór   wiadomości  etc 
J.  179. 


122  KSIĘGA    in. ROZDZIAŁ   II. 

były  jego  dzieła  historyczne,  Descriptio  Sarmatianim  (1521)^ 
rzecz  geograficzna  i  etnograficzna  obejmująca  szerokie 
dziedziny  od  Wisły  aż  do  morza  Kaspijskiego');  a  prze- 
dewszystkiem  kronika  Miechowity  napisana  »dla  podnie- 
cenia umysłów  młodzieńców^,  przedstawiająca  obraz  dzie- 
jów Polski  od  początków  aż  do  roku  1506.  Pierwsze  to 
dzieło  historyczne  polskie,  które  druk  rozpowszechnił  (1519^ 
i  1521),  a  mimo  że  zawiera  dużo  błędów  i  śmiałych  spe- 
kulacyi,  uchodzić  jednak  musi  za  owoc  sumiennej  i  po- 
ważnej pracy  ^). 

Z  innych  lekarzy,  którzy  w  tych  początkach  szesna- 
stego wieku  działali  w  uniwersytecie  i  poparli  dążenia 
reformatorskie  Miechowity,  kilku  jeszcze  wspomnieć  wy- 
pada. Wojciech  ze  Szamotuł,  zwany  Krypa,  został 
bakałarzem  w  roku  1485,  magistrem  artystów  w  r.  1488; 
wśród  nauczycieli  swych  ze  szczególną  później  wdzię- 
cznością wspominał  Stanisława  Biela  z  Nowego  Miasta. 
Następnie  przez  szereg  lat  wykładał  na  wydziale  filozo- 
ficznym, przeważnie  arystotelesowskie  lekcy e;  około  prze- 
łomu dwóch  wieków  został  medykiem.  W  Liber  promo- 
tionum  nazwany  on  jest  lekarzem  królowej  polskiej  Elż- 
biety, zmarłej  w  r.  1505,  z  tytułem  doktora  med.  poja- 
wia się  w  tymże  roku  w  aktach  uniwersytetu.  Śmierć  je- 
dnak przedwcześnie  przerwała  nić  jego  żywota.  Testa- 
ment sporządził  w  r.  1502,  obdarzając  zapisami  uniwer- 
sytet i  przyjaciół  i  umarł  wkrótce  potem  w  roku  1507'). 
Zgon  ten  wywołał  żal  serdeczny,  a  wiersze  poetów  rozbrzmie- 
wające nad  jego    grobem  poświadczają  jego  znaczenie^) 


»)  Por.  Wiszniewski,  Hist.  lit.  VII.  627. 

*)  Miechowita  napisał  prócz  tego  dodatki  do  żywotów  bisku- 
pów krakowskich  Długosza.  Wiszniewski  Hist.  lit.  VIII,  160. 

■)  Por.  Cod.  univ.  IV,  9.  Oettinger  Rys  dawnych  dziejów  wy- 
działu  lek.  str.  78. 

*)  Wiersz  Pawła  z  Krosna  (Jezienicki,  Archiwum  do  dziejów 
Uteratury  IX,  279)  i  nieznanie  autora  w  zbiorze  poezyi  Krzyckiego- 
(wyd.  Morawski  p.  186). 


UNIWSBSYTBT   W   DRUGIEJ   POŁOWIB   8TUŁBCIA.  123 

Adam  de  Bockyn.  zapewne  z  Bochenia  pod  Ło- 
wiczem, zwany  takie  z  Łowicza,  wybitniejszą  w  uniwer- 
sytecie odegrał  rolę;  w  latach  1610/1611,  kiedy  medycyna 
wyraźnie  rosła  w  znaczeniu,  piastował  on  przez  rok  cały 
urząd  rektora  i  wielu  znaczącemi  uchwałami  upamiętnił 
swoje  urzędowanie.  Wpisał  się  on  był  na  uniwersytet 
krakowski  w  roku  1486;  w  roku  1488  został  bakałarzem, 
w  roku  14d2  magistrem  artystów  i  zaczął  wykładać.  Nie- 
bawem jednak  udał  się  za  granicę  dla  studyów  lekar- 
riLich.  Po  powrocie  do  kraju  podda)  się  responsyi,  t  j. 
akto^  egzaminu  i  uznania  swego  stopnia  w  uniwersy- 
tecie Jagiellońskim,  a  obchód  ten  odbył  się  z  niebywałą 
i  na  długo  pamiętną  uroczystością.  Król  Jan  Olbracht  za- 
szczycił go  bowiem  wraz  z  bratem  Alexandrem  swoją 
obecnością  ^},  ponieważ  Adam  z  Łowicza  był  już  wtedy 
medykiem  królewskim.  Na  dworze  króla  Alexandra  zaj- 
mował on  to  samo  stanowisko;  w  r.  1604  nadał  mu  tenże 
za  jego  biegłość  w  sztuce  i  zasługi  dom  na  ulicy  świę- 
tej Anny  *).  Później  jeszcze  król  Zygmunt  również  go  za- 
szczycał przyjaźnią  i  ufnością,  dopuszczał  do  rozmów 
i  stołu,  jak  to  sam  Adam  z  wdzięcznością  wymownie  po- 
świadcza ^). 

Żył  on  w  przyjaźni  z  filozofem  Janem  ze  Stobnicy, 
który  z  wdzięczności  za  doznane  dobrodziejstwa  poświę- 
cił mu  jedno  ze  swoich  dziełek  (Leon.  Aretini  in  morałem 
disciplinam  introductio  z  r.  1611);  Adam  de  Bochyn  w  od- 


>)  Wislocki,  Liber  dilig.  str.  867. 

*)  Mon.  medii  aevi  T.  VII  str.  642.  —  Inne  akty  łaskawości 
Alezandra  dla  niego  u  Pawińskiego  Liber  Quitantiarum  Alex.  regis 
(1897)  p.  136  i  U9. 

*)  W  księdze  Dialogus  de  quattuor  statuum . . .  contentione.  — 
Ccacki  na  egsemplarzu  tego  dziełka  (Ossolińskich)  dopisał,  ie  ten 
Adam  de  Bochyn  był  lekarzem  królowej  Heleny,  która  go  usunęła,, 
aby  w  jego  miejsce  przyjąć  na  dwór  dwóch  niskich  lekarzy.  De 
hoo  Adamo  —  dodaje  Czacki  —  pater  Helenae  oonąuestus  est  in  epi- 
stoła ad  Sigitmundum  Primum. 


124  KSIĘGA   Ul. ROZDZIAŁ    D. 

powiedzi  na  pochwały  przemawiał  doń  żartobliwie:  kochaj 
mnie  bez  miary,  a  chwal  mnie  z  miarą;  sam  też  poświę- 
cił mu  pismo  swoje  z  roku  1515  pod  tytułem:  iudicium 
de  scientiis^),  które  niestety  dzisiaj  już  nie  jest  znanem. 
Powiadamy:  niestety,  bo  inne  pismo  tegoż  Adama  zao- 
strza ciekawość  względem  jego  osoby,  dowodzi  dobitnie^ 
ie  lekarz  ten  oryginalnym  był  pisarzem,  hołdującym  no- 
wym prądom  i  rozbudzonym  na  przełomie  dwóch  wie- 
ków kierunkom  duchowym.  Wydał  on  w  roku  1507  dya- 
log,  w  którym  cztery  stany,  małżeński,  kapłański,  bez- 
ienny  i  zakonny  spierają  się  o  wyższość  i  dostojeństwo  *). 
Dziełko  swe  poddał  autor  pod  sąd  literacki  Macieja  Drze- 
wickiego, biskupa  przemyskiego,  wielkiego  opiekuna  hu- 
manistów, zwracając  się  doń  pismem  datowanem  z  Trok 
w  roku  1507;  poświęcił  zaś  je  królowi  polskiemu  Zygmun- 
towi. Powiada  tu,  że  »Muzom  ofiary  składać  zacząłoc,  że 
chwile  wolne  od  lekarskich  zajęć  na  tę  lżejszą  literaturę 
obraca.  Znać  w  tym  dyalogu  wpływ  platońskiej  filozofii; 
dobitnie  znaczy  się  prócz  tego  poczucie  nowych  prądów, 
<5hoćby  w  twierdzeniu,  że  »teraz  nowe  wyłoniły  się  sztuki, 
które  umysły  wykwintniejszymi  i  bardziej  wymownymi 
czynią.«  Wśród  sporów  między  żonatym  a  księdzem 
uderza  ton  śmiały,  z  jakim  pierwszy  duchownym  błędy 
ich  i  nawet  faryzeizm  wyrzuca.  Bogowie  Olimpu  słuchają 
ich  rozpraw  i  ostatecznie  Merkury  wydaje  wyrok,  przy- 
znający stanowi  małżeńskiemu  palmę  pierwszeństwa. 

Ruch,  który  się  wszczął  przy  schyłku  piętnastego 
wieku  na  polu  medycyny,  rozwinął  się  bujniej  w  nastę- 
pnym wieku,  za  panowania  Zygmunta  Starego.  Lekarzy 
na  dworze  królewskim  zaroiło  się  dużo,  swoich  i  obcych; 


^)  Majer:  Wiadomości  z  życia  profesorów  wydziału  lekar- 
skiego str.  5. 

*)  Adami  Poloni  Dyalogus  de  quattuor  stataum  ob  asseąuen- 
^am  immortalitatem  contentione. 


UNIWBRSTTIBT   W   DRUOIBJ    POŁOWIE   8TUŁBGIA.  12S 

wspomnimy  Wojciecha  z  Poznania,  zwanego  Basa,  An- 
drzeja de  Yalentiis  z  Modeny,  słynnego  anatoma  żyda 
Amatusa,  rodem  Portugalczyka,  wreszcie  Jana  Benedicti 
Solpha  z  Luzacyi.  Ten  ostatni  dziełami  swojemi  rozli- 
cznemi,  mianowicie  o  chorobie  francuskiej,  o  sudor  an- 
glicus  przedewszystkiem  się  odznaczył^). 

Równocześnie  w  uniwersytecie  w  roku  1525  i  1526 
powzięto  rozmaite  uchwały  dotyczące  reformacyi  wydziału 
medycznego,  a  w  roku  1527  nastąpiła  pierwsza  uroczy- 
sta promocya  trzech  medyków  w  Krakowie;  wreszcie 
w  dziewięć  lat  potem  pojawił  się  cały  zbiór  ustaw  dla 
wydziału  lekarskiego*).  To  było  ostatecznym  wynikiem 
i  uwieńczeniem  ruchu,  który  od  dawna  na  tem  polu  się 
wzmags^. 

Nie  będziemy  tych  ustaw  rozbierać;  naszem  zada- 
niem było  przypatrzeć  się  ludziom,  którzy  grunt  przygo- 
towywali dla  zmiany  i  odrodzenia  stosunków.  Każdego 
uderzyć  musi  ten  objaw,  że  wśród  lekarzy  krakowskich 
krzewiła  się  żywo  nowa  kultura  odrodzenia,  że  wielu 
z  nich  stawało  się  przodownikami  w  ruchu  i  postępie 
umyrfów.  Tak  samo  i  gdzieindziej  dostarczała  medycyna 
sił  i  osobistości  obozowi,  który  pod  nowemi  walczył  ha- 
ikami. Lekarze  szukali  nauki  przeważnie  za  granicą,  wielu 
przynosiło  stamtąd  posiew  i  zarzewia  postępu;  prócz  tego 
liczni  obcy  przybysze  uprawiali  tę  sztukę  w  Krako- 
wie. Wymieniliśmy  już  kilku;  wspomnimy  tutaj  w  końcu 
medyka  włoskiego  Constanzo  Claretti  de*  Cancellieri,  ro- 
dem z  Pistoi,  który  w  Bolonii  w  r.  1505  został  dokto- 
rem medycyny,  a  był  litteris  et  graecis  et  latinis  eru- 
ditissimus.    Zaraz    potem   pojawia   się   on   w  Polsce,  za- 


^)  Por.  o  tych  lekarzach  Gąsiorowski,  Zbiór  wiadomości  do 
historyi  sztuki  lekarskiej  w  Polsce  1,  188,  Majer  1.  c;  do  Jana  Be-^ 
nedicti  Haeser  Lehrbuch  der  Gesch.  der  Medicin  (2)  II,  215. 

*)  Por.  Majer,  Kilka  wiadomości  z  dziejów  wydziału  lekar*^ 
skiego  w  uniw.  krak.,  Kraków  1839. 


126  KSIĘGA    ni.  BOZDZIAŁ   DL 

pisuje  się  do  metryki  uniwersytetu  i  rozwija  w  Krakowie 
propagandę  światła  odrodzenia. 

A  tak  wszelkiemi  korytami  płynęły  na  Północ  myśli 
i  żywioły,  które  miały  uderzyć  na  twierdze  średniowie- 
cznej umysłowośoi,  jakiemi  były  północne  uniwersytety 
a  wśród  innych  uniwersytet  krakowski. 


ROZDZIAŁ  IH. 

Na  przełomie  dwóch  wieków. 

Humanizm  I  uniwersytet. 


I. 

Stanowisko  Polski  za  Kazimieraa  Jagiellończyka.  —  Polityka  wobeo 

Czech  i  Węgier.  —  Polska  pierwszem  mocarstwem  na  Wschodzie.  — 

Dwór   królewski.  —  Długosz   i  wychowanie  królewiczów.  —  Drugim 

nauczycielem  Kallimach.  —  Owoce  tego  wychowania. 


W  drugiej  połowie  piętnastego  wieku  zdobywa  Pol- 
ska znaczenie  pierwszorzędnego  na  Wschodzie  mocarstwa. 
Polityka  zakreśla  sobie  w  tym  czasie  dalekie  i  górne  za- 
miary i  cele,  a  ze  znaczeniem  politycznem  rośnie  równo- 
cześnie znaczenie  kulturalne.  Kraków  przy  schyłku  wieku 
staje  się  wielką  przystanią  duchowego  ruchti,  wielkiem 
ogniskiem  myśłi  dla  Zachodu  i  Wschodu,  zajmuje  stano- 
wisko, jakie  przed  wiekiem  dzierżyła  Praga  i  jej  prastary 
uniwersytet  Tak  jak  Praga  w  końcu  czternastego  stulecia 
ściągała  na  Wschód  licznych  przybyszów  z  Południa  i  Za- 
chodu, którzy  tu  przynosih  i  krzewili  nowe  prądy  i  myśli, 
tak  w  sto  lat  później  Kraków  zestrzela  w  swych  murach 
bujne  żjcie  epoki,  wszystkie  jej  prądy  i  drgania.  Na  uli- 
cach miasta  kłócą  się  ze  sobą  różne  języki  i  różne  światy; 
wykwintny  wychowaniec  Południa,  kwiat  ówczesnej  kul- 
tury, staje  obok  syna  Północy,  któremu  po  świcie  od  razu 


j 


128  KSIĘaA   III.  ROZDZIAŁ   lU. 

pełne  blasków  słońce  w  oczy  zagląda;  mieszczanin  nie- 
miecki idzie  o  lepsze  z  rodowitymi  Polski  synami  w  po- 
ścigu i  pogoni  za  nowemi  zdobyczami  kultury  i  myśli 
ludzkiej. 

Długie  panowanie  Kazimierza  Jagiellończyka  wynio- 
sło Polskę  do  rzędu  wielkich  potęg  Europy.  We  wszyst- 
kich zawikłaniach  politycznych  ówczesnych  bierze  on  udział 
bardziej  lub  mniej  wydatny,  o  łaski  i  życzliwość  wiel- 
kiego króla  Wschodu  ubiegają  się  mocarze,  zarówno  ce- 
sarstwo jak  papiestwo.  A  Kazimierz  Jagiellończyk  niestru- 
dzonym jest  w  usiłowaniach,  aby  to  stanowisko  utrzymać 
i  wzmacniać,  aby  licznemu  potomstwu  swojemu  zapewnić 
świetne  położenie  i  tą  świetnością  opromienić  Polskę  i  Ja- 
giellońską rodzinę.  »Evehendis  ad  regna  filiis  studiosissi- 
mus«,  w  wynoszeniu  na  trony  synów  bardzo  gorliwym 
nazywa  go  historyk  Wapowski^),  a  w  tych  zabiegach 
wtóruje  mu  »córka  i  matka  królówcc,  żona  jego  Elżbieta 
Austryjaczka;  podsyca  wreszcie  tę  ambicyę  książę  ducho- 
wy, którego  losy  z  Południa  na  daleką  zagnały  Północ, 
sławny  humanista  Kallimach. 

Jeżeli  pierwsza  połowa  rządów  Kazimierza  Jagiel- 
lończyka zaprzątniętą  jest  sprawą  Zakonu  i  zajęciem  Prus, 
to  druga  jest  walką  o  trony  sąsiednich  krajów,  Czech 
i  Węgier.  Kiedy  w  r.  1457  umarł  Władysław  Pogrobo- 
wiec,  władca  tych  królestw,  wystąpił  Kazimierz  jako  mał- 
żonek siostry  jego  Elżbiety  z  uroszczeniami  Jagiellonów  do 
następstwa  dla  syna  swego  pierworodnego  Władysława. 
Na  razie  jednak  prawa  te  nie  weszły  w  życie.  Na  czele 
obydwu  królestw  osieroconych  stają  ludzie  nowi,  wybrani 
z  łona  i  woli  narodu;  Węgrzy  oddają  berło  Maciejowi  Kor- 
winowi Hunyadyemu,  Czesi  utrakwiście  Jerzemu  z  Pod- 
jebradu.  Nastąpiła  pełna  zmienności  gra  dyplomatyczna 
na  Wschodzie;  Polska,  cesarstwo  i  papiestwo  mieszają  się 
do  zawikłań  węgiersko-czeskich,  powstają  coraz  nowe  so- 


*)  Scriptores  r.  PoL  II,  13. 


HUMANIZM   1    UNIWBRSYTBT.  129 

fusze,  a  wielkie  europejskie  zamiary  i  plany  plączą  się  tu 
z  osobistemi  ambicyami  i  ustępują  najczęściej  z  pola  przed 
temi  ostatniemi.  Papieże  marzą  ciągle  o  ogólnej  krucyacie 
antytureckiej,  ślą  dlatego  nuncyuszów  na  Wschód,  aby 
raz  króla  polskiego,  to  znów  Macieja  Korwina  pasować 
na  wodza  wielkiej  i  upragnionej  wyprawy;  przytem  hu- 
sytyzm  Podjebrada  budzi  w  Rzymie  niechęć  dla  jego  rzą- 
dów. Habsburgowie  i  Jagielloni  są  rywalami  w  uroszcze- 
niach  do  spadku  po  nowowybranych  królach.  Maciej 
Korwinus  góruje  wśród  zapaśników  genialnością  i  powo- 
dzeniem, a  że  Polska  wydaje  mu  się  przeciwnikiem  naj- 
niebezpieczniejszym, staje  się  on  wrogiem  najzaciętszym 
Jagiellońskiej  polityki  i  planów,  łączy  się  z  wszystkimi 
nieprzyjaciółmi  Polski,  aby  zwalczać  jej  zamiary  i  przy- 
sparzać jej  trudności.  Nie  naszem  zadaniem  przedstawiać 
koleje  tych  wszystkich  walk,  sporów  i  zabiegów.  Ostate- 
cznie spokojna  i  do  jednego  celu  zmierzająca  polityka 
Kazimierza  Jagiellończyka  osięga  to,  co  zamierzała.  W  r. 
1471  po  śmierci  Podjebrada  zostaje  najstarszy  syn  króla  pol- 
skiego Władysław  królem  czeskim;  wyprawa  młodego 
Kazimierza  po  koronę  węgierską  w  tym  samym  roku  koń- 
czy się  jednak  zupełnem  niepowodzeniem.  Dopiero  w  r- 
1490  umiera  Maciej  Korwinus.  Wtedy  Jan  Olbracht  wy- 
stępuje z  prawami  do  korony  węgierskiej;  przychodzi  w  sku- 
tek tego  do  walki  między  dwoma  braćmi,  w  której  Wła- 
dysław czeski  zwycięża.  W  jednem  ręku  dzierży  on  od- 
tąd ster  i  rządy  obydwu  królestw,  które  przez  długi  lat 
szereg  były  zarzewiem  walk  i  pożądań  na  Wschodzie 
Europy. 

Jagiellonowie  dochodzą  na  tej  drodze  do  ogromnego 
znaczenia,  Polska  staje  się  potężnem  mocarstwem,  którego- 
wpływy  sięgają  szeroko  i  daleko  poza  właściwe  granice 
państwowe.  Górnolotne  zamiary  Zbigniewa  Oleśnickiego^ 
które  kiedyś  Eneasz  Silvius  piętnował  jako  politykę  nad 
stan  i  jako  wypływ  zgubnej  i  przedwczesnej  dumy,  zna- 
lazły urzeczywistnienie  przy  końcu  wieku.  A  temi  powo- 

Htot.  Uaiw.  T.  n.  9 


IBO  KSIĘGA    111,  ROZDZIAŁ    III. 

dzeniami  polskiego  oręża  i  Jagiellońskiej  polityki  tlómaczy 
się  stanowisko  ówczesne  Polski,  powszechnie  poważane; 
na  Wschodzie  była  pierwszem  mocarstwem,  a  była  na 
drodze,  aby  stać  się  kierującą  i  skupiającą  wśród  słowiań- 
szczyzny potęgą,  »Gemein8chaft  des  Gezunges«,  pokre- 
wność  mowy  wymieniano  z  naciskiem  przy  podnoszeniu 
praw  Jagiellonów  do  czeskiej  korony. 

Z  dworu  Kazimierza  Jagiellończyka  wychodzą  naj- 
donioślejsze hasła  polityki  na  całym  Wschodzie.  Na  czele 
stał  ten  król  opromieniony  majestatem  potęgi,  dobroci 
i  karnie  a  troskliwie  wychowanego  licznego  potomstwa, 
obok  niego  Elżbieta  Austryjaczka,  wychowana  niegdyś 
pod  wpływem  Eneasza  Silvius'a,  niewiasta  zespalająca 
w  jednej  osobie  według  wyrażenia  humanistów  królew- 
skie pochodzenie,  królewskie  stanowisko  i  królewskie  dla 
swych  synów  zamiary.  Wychowanie  dzieci  dostało  się 
w  ręce  ludzi,  którzy  czy  szlachetnością,  czy  rozumem,  wy- 
różniali się  wśród  otoczenia.  Z  jednej  strony  pracował  tu 
Długosz,  który  w  r.  1467  został  mistrzem  i  dyrektorem 
synów  królewskich.  Miał  on  ich  zagrzewać  do  miłości  oj- 
czyzny i  przeszłości,  z  przeszłości,  którą  znał  jak  nikt, 
wyciągać  dla  nich  doświadczenie,  nauki  i  wskazówki,  a  za- 
razem zaprawiać  ich  do  cnoty;  świecić  im  wreszcie  przy- 
kładem głębokiej  uczciwości  i  słowem  i  czynem  uszlache- 
tniać młode  dusze  królewiczów.  Długosz  aż  do  swojej 
śmierci  w  roku  1480  oddawał  się  tym  zajęciom,  przery- 
wanym dosyć  często  misyami  polityoznemi  i  naukową 
pracą.  Gała  pogodność  i  rdzenna  poczciwość  jego  osobi- 
stości odbiła  się  szczególnie  na  duszy  drugiego  królewi- 
cza Kazimierza,  który  już  w  r.  1484  pożegnał  się  z  tym 
światem,  aby  sięgnąć  po  nadziemską  aureolę. 

Młodszy  brat  jego,  kardynał  Fryderyk,  zwykł  był  ma- 
wiać, że  rzadszymi  są  dobrzy  książęta,  niż  wykształceni. 
To  wykształcenie  według  nowszego  pokroju,  literaturę  po 
nowożytnemu  pojętą  z  wysunięciem  poetów  na  plan  pier- 
wszy wnosił  do  komnaty  młodych  królewiczów  inny  nau- 


HUMANIZM   I   UNIWERSYTET.  131 

czyciel,  Filip  Kallimach  Buonaccorsi,  który  od  roku  1471 
na  dwór  polski  zawitał.  Przywoził  on  z  sobą  jeszcze  coś 
więcej  prócz  głębokiej  kultury,  politykę,  zaprawioną  na 
wzorach  włoskich,  pełną  przebiegłości  i  sztuki,  i  zamierzał 
w  jej  tajniki  wprowadzaó  Jagiellońskich  królewiczów.  Dłu- 
gosz spotykał  się  więc  na  pokojach  królewskich  z  tym  przed- 
stawicielem zagranicznej  kultury,  która  na  gruncie  pol- 
skim słabo  dotąd  się  zaznaczyła.  Spoglądały  tu  sobie  oko 
w  oko  dwa  światy  i  dwie  cywilizacye,  jedna  domorosła, 
nasycona  znajomością  i  doświadczeniem  wieków,  druga 
rozmiłowana  w  najnowszych  nabytkach  epoki,  w  tera- 
źniejszości i  świtach  nowych  czasów.  Wobec  wiary  ży- 
wej Długosza  stawał  człowiek,  który  przed  gniewem  pa-' 
pieża  Rzym  opuścił,  nie  uznawał  w  polityce  żadnych 
powag  ani  świętości,  lecz  ze  sceptycznym  uśmiechem 
brał  wszystko  pod  skalpel  zimnej  rozwagi  i  obrachunku. 
Jeden  nauczyciel  przemawiał  z  wysokości  minionych  wie- 
ków do  swoich  uczniów,  drugi  z  piedestału  postępu  i  za- 
granicy, która  wyprzedziła  w  kulturze  Północ  zaledwie 
budzącą  się  do  nowego  życia. 

Musiało  tu  przychodzić  do  starć  i  konfliktów.  W  Dłu- 
goszu musiały  się  budzić  obawy,  czy  jego  spólnik  w  wy- 
chowaniu rozdaje  między  młodzieńców  dojrzałe  owoce 
i  czy  ich  umysły  dojrzały  dla  pochłonięcia  nauk  niezna- 
nych. W  historyi  swojej  raz  tylko  i  to  jakby  przypad- 
kiem wspomina  Długosz  Kallimacha  ^);  zgodność  jego  za- 
pewne sprawiła,  że  w  życiu  nie  przyszło  do  poważniej- 
szych rozstrojów,  do  rozłamu.  Kallimach  nie  szczędził 
pochwał  w  swych  wierszach  starszemu  towarzyszowi 
pracy;  równał  go  z  Orfeuszem,  który  nie  głazy,  ale  ludzi 
porusza.  A  polski  dziejopis  zamawiał  u  włoskiego  humanisty 
w  zamian  nagrobny  napis  dla  młodszego  Jana  Długosza. 
I  obydwaj  ci  ludzie  pracowali  czas  dłuższy  obok  siebie 
nad  ukształtowaniem  polityki  polskiej  i  dusz  powierzonych 


*)  Hist  V,  664. 


132  KSIĘGA    IIL  BOZDZIAŁ   IH. 

sobie  wychowańców.  Jako  trzeciego  mistrza  wymieniają 
współcześni  medyka  Jana  Weisa,  który  jednak  wobec  prze- 
ważnych tych  osobistości  podrzędne  zajmowad  musiał  sta- 
nowisko. 

Książęta')) dobrzy «  i  iitterati,  wykształceni  mieli  wyjść 
z  tej  szkoły^).  Władysław  najprędzej  uchylił  się  z  pod 
wpływu  mistrzów,  skoro  go  powołano  na  szeroką  i  za- 
szczytną życia  arenę.  Wyniósł  on  z  domu  rodzicielskiego 
dobroó  Jagiellońską,  która  żadnej  prośbie  odmówić  nie 
umiała,  tak  że  go  powszechnie  kral  dobre  lub  rex  bene 
nazywano.  Drugiego  Kazimierza  już  wspomnieliśmy.  Trzeci 
Jan  Olbracht  budził  szczególniejsze  nadzieje  mistrzów,  mia- 
nowicie w  obozie  humanistów.  Przyswajał  on  sobie  z  ła- 
twością nauki,  miał  umysł  rzutki  i  ciekawy.  Przedstawi- 
ciele nowego  kierunku  widzieli  w  nim,  kiedy  na  tron 
wstąpił,  prawdziwego  księcia  po  swojej  myśli.  Niestety 
zdolnościom  nie  dorównała  tęgość  woli  ani  charakteru. 
Młodszy  Alexander  różnił  się  pod  względem  umysłu  zna- 
cznie od  brata,  nie  miał  jego  bystrości;  a  ruskie  dążności 
i  sympatye  oddaliły  go  w  następstwie  od  tchnień  i  na- 
tchnień zachodniej  cywilizacyi.  Najmłodsi  wreszcie  bracia 
Zygmunt  i  Fryderyk,  urodzeni  w  latach  1467  i  1468  przez 
krótki  czas  tylko  zaznali  opieki  Długosza;  o  Fryderyku 
humaniści  wyrażają  się  z  podziwem,  na  który  nie  konie- 
cznie zasługiwał.  Bo  w  tę  naturę  namiętną,  nieokiełznaną 
nowoczesne  wychowanie  rzuciło  dużo  fermentów,  na  któ- 
rych złagodzenie  i  poskromienie  nie  starczyła  ani  wola 
ani  wysokie  stanowisko  kościelne.  Umarł  on  zużyty  w  r. 
1503,  a  umarł  młodo  jak  bracia  Kazimierz,  Olbracht  i  Ale- 
xander.  I  ten  wśród  braci,  który  miał  początki  najmniej 
świetne,  prawie  upośledzone,  Zygmunt,  zajaśniał  później 
jako  najtęższy  książę  z  tej  całej  rodziny,  sterował  krajem 


^)  Zaprawiano  ich  w  retoryce,  jak  świadczą  mowy  wypowie- 
dziane przez  królewiczów  przy  rozmaitych  uroczystościach.  God. 
epist.  I,  2,  838. 


HUMAinZM   I    UNIWBRSTTBT.  133 

przez  lat  szereg,  odznaczając  się  równowagą  i  zdrowiem, 
moralnem  i  fizycznem.  W  Olbrachcie  tymczasem,  Ale- 
xandrze  i  Fryderyku  znad  jakiś  brak  dostrojenia  sił  du- 
szy i  ciała;  posiewy  rzucone  na  ziemie  nie  dośd  przy- 
gotowane wyrastały  następnie  w  rośliny  spaczone  i  nie- 
zdrowe. Tak  często  odrodzenie  doprowadzało  wewnętrzne 
życie  człowieka  do  zbyt  wielkiej,  przedwczesnej  bujności, 
od  której  gięły  się  wiotkie  dusze  i  ciała  nawet  niszczały. 


II. 

Filip  Baonaccorsi,  zwany  Kallimachem.  —  Wędrówki  jego  północne 
i  przyjazd  do  Polski.  —  Florentczycy  w  Krakowie,  Thedaldi'owie.  — 
Pierwsze  czasy  pobytu  Kallimacha  w  Polsce,  opieka  Grzegorza  z  Sa- 
noka. —  Po  śmierci  Pawła  II-go  odzyskał  Kallimaoh  swobodę  i  zna- 
lazł się  w  Krakowie.  —  Zostaje  nauczycielem  królewiczów.  —  Jeg^ 
i  Polski  antyturecka  polityka  w  tej  epoce.  —  Jan  Olbracht  ulubiony 
Kallimacha  uczeń.—  Przeciwnicy  Kallimacha.  —  Występuje  on  w  obro- 
nie żydów.  —  Znaczenie  jego  społeczne  i  charakter.  —  Stosunki  oso- 
biste i  przyjaźnie.  —  Piotr  z  Bnina,  jego  charakter  i  umysł.  —  Maciej 
Drzewicki,  najwierniejszy  Kallimacha  uczeń.  —  Życie  towarzyskie 
tego  koła.  —  Mirica,  Jakób  z  Boxio.  —  Znaczenie  kulturalne  Kallimacha. 


Przyjazd  Kallimacha  do  Polski  był  dla  kraju  wy- 
padkiem bardzo  znaczącym,  dla  dworu  zdarzeniem  pra- 
wdziwie najobfitszem  w  następstwa.  Filip  Buonaccorsi,  uro- 
dzony w  San  Oimignano  w  r.  1438  *),  dostał  się  za  młodu 
w  koło  ruchliwych  humanistów  rzymskich,  skupiających 
się  za  Pawła  II-go  około  Pomponie  Leto  i  w  akademii, 
której  członkowie  nosili  starorzymskie  lub  greckie  nazwi- 
ska, oddawali  się  mrzonkom  wskrzeszenia  pogańskiego 
świata  i  republikańskiego  ustroju.  Chrześcijaństwo  spoty- 
kało  się   w  tych   kołach   ze  sceptycznym  uśmiechem  lub 

^)  Hr.  Sierakowski  przywiózł  mi  zapiskę  z  Biblioteoa  Gommu- 
nale  w  S.  Oimignano  '(Lettere  C):  D.  Galimacus  pierj  de  Bona- 
oursis  naque  11  di  Magio  1488. 


134  KSIĘGA    III. ROZDZIAŁ    IH. 

wzgardą,  Platońska  filozofia  znajdowała  za  to  gorliwych 
czcicieli  i  wyznawców. 

Z  takiego  otoczenia  wyrwał  los  Kallimacha  w  roku 
1468  i  zaniósł  na  odległą  Północ.  Nie  będziemy  tutaj  wcho- 
dzili w  szczegóły  jego  życia  i  peregrynacyi  ^).  Uciekł  on 
przed  gniewem  papieża  Pawła  II-go  z  początku  na  Wschód- 
przebywał  na  Chios,  Cyprze,  wreszcie  w  Konstantynopolu. 
Zobaczył  więc  z  blizka  upiora,  który  straszył  Zachód  i  chrze- 
ścijaństwo i  na  którego  zwalczenie  wysilała  się  niemal 
przez  życie  całe  jego  dyplomatyczna  sztuka.  Potem  zwró- 
cił się  do  Polski,  dokąd  przybył  zapewne  w  r.  1469.  Co 
go  popchnęło  w  te  strony,  nie  wiadomo.  Ale  przypuścić 
się  godzi,  że  wzrastająca  młoda  potęga  Wschodu  przywa- 
biła go  swoim  czarem,  że  pod  opieką  dzielnego  króla  Pół- 
nocy rachował  na  bezpieczeństwo  przed  ramieniem  pa- 
pieskiem.  Wpłynęły  wreszcie  na  jego  postanowienia  za- 
pewne także  rodzinne  względy. 

Florencya  miała  dawne  stosunki  handlowe  z  Polską; 
od  końca  czternastego  wieku  importowała  ona  tu  sukna, 
które  rywalizowały  z  sławnymi  flandryjskimi  wyrobami. 
Kupcy  florenccy  zakładali  w  Krakowie  sklepy  i  kantory, 
szukali  majątku,  którego  w  Polsce  —  Polonia  aurifodina 
adyenarum  —  z  łatwością  dorobić  się  było  można.  Między 
przybyszami  znaleźli  się  w  drugiej  połowie  piętnastego 
wieku  członkowie  rodziny  Thedaldfch,  z  którą  Kallimach 
blizko  był  spokrewniony.  Jeden  z  nich  Jan  Thedaldi  wr. 
1488  zawiadował  kopalniami  Wieliczki,  drugi  Ainolfo  dłuż- 
szy czas  przebywał  i  działał  w  Polsce  jako  kupiec  i  żu- 
pnik królewski,  i  umarł  w  przybranej  ojczyźnie  *).  Z  tym 
Ainolfem  miał  tedy  Kallimach  ścisłe  i  zażyłe  stosunki.  Może 


')  Por.  o  tern  Zeissberg,  Poln.  Geschichtsschreibung  349,  tenże^ 
Kleinere  Geschichtsquellen  Polens,  Wien  1877. 

*)  Por.  Fournier,  Les  Florentins  en  Pologne  (1894)  str.  217. 
Por.  co  do  Ainolfa  —  Pawiński,  Liber  Quitantiarain  regis  Casimiri^ 
(1897),  gĆEie  ciągle  powtarzają  się  zapiski,  przekazujące  wypłaty 
pieniędzy  ze  strony  króla  na  Ainolfa. 


HUKANIZM    I    UNIWKRSYTBT.  135 

byd,  że  Ainolfo  go  ściągnął  do  Polski,  obiecując  mu  bo- 
gactwo i  łatwe  zyski.  Bo  to  pewnem,  że  Kallimach  pró- 
bował w  Polsce  szczęścia  na  falach  handlowych — fluctus 
negotiationis, — które  go  jednak  zawiodło;  skarżył  się  on 
później,  że  zabrał  się  z  namowy  innych  do  rzeczy,  na 
której  się  nie  rozumie  i  naraził  przez  to  swój  i  cudzy  ma- 
jątek na  straty*). 

Czuł  się  on  za  to  powołanym  do  innych,  wyższych 
i  szlachetniejszych  zadań.  Pierwsze  jednak  lata  w  Polsce 
przyniosły  mu  dużo  goryczy.  W  r.  1470  legat  Pawła  II-go 
zażądał  wydalenia  rzymskiego  banity,  a  sejm  polski  przy- 
chylał się  do  tego  żądania.  Szczęściem  było  to  dla  Kalli- 
macha,  że  znalazł  przystań  bezpieczną  i  schronienie  w  Polsce 
u  arcybiskupa  lwowskiego  Grzegorza  z  Sanoka,  który  go 
otoczył  skrzydłami  opiekuńczemi  i  powietrzem  odpowie- 
dniem  dla  humanisty.  U  Grzegorza  z  Sanoka  przeczekał 
on  tedy  burzę  i  niebezpieczeństwo.  Sławił  go  też  później 
w  swych  wierszach  jako  »ojca  wszelkich  wykwintności« 
pater  omnium  leporum,  poświęcił  mu  osobną  biografię. 
Dygnitarz  duchowny  posuwał  tak  dalece  humanistyczną 
wyrozumiałość,  że  protegował  hymen  włoskiego  przyby- 
sza ze  Swiętochną,  panią  jego  serca  i  muzą,  która  natchnęła 
tyle  Kallimacha  utworów. 

Kiedy  Paweł  Il-gi  w  lipcu  r.  1471  zamknął  oczy,  za- 
świtały lepsze  dla  Kallimacha  czasy.  Francesco  delia  Ro- 
vere,  który  jako  Syxtus  IV-ty  wstąpił  teraz  na  stolicę  apo- 
stolską, odnowił  wielkie  tradycye  Mikołaja  V-go,  a  goto- 
wał drogi  dla  JuUusza  II-go  i  Leona  X-go.  Odrodzenie 
nauk  i  sztuk  było  jego  ideałem,  z  hojnością  nieograniczoną 
łożył  on  pieniądze  i  pracę,  aby  w  Rzymie  stworzyć  głó- 
wne ognisko  literatury  i  sztuki.  Jeżeli  w  Rzymie  samym 
humaniści  doszli  do  znaczenia,  jeżeli  ludzie,  co  z  łaski 
papieskiej  wypadli,  na  dwór  powracali,  a  akademia  prze- 
śladowana za  Pawła  II   niebawem  odżyła,  to  ta  »incredi- 


*)  Zeissberg,  Kleinere  Geschichtsquellen  Polens  67/68. 


136  KsniOA  in.  —  rozdział  in. 

bilis  quaedam  libertasa,  o  której  prawił  z  uniesieniem  Fi- 
lelfo  ^\  dosięgła  nawet  Tuskoscyty,  jak  się  Kallimacłi  na- 
zywał, północnego  fuoruscito,  pozwoliła  mu  na  ruchy  i  dzia- 
łanie swobodne. 

Opuścił  on  więc  niebawem  swe  zaciszne  schronisko. 
W  r.  1472  jest  już  w  Krakowie  i  zapisuje  się  do  metryki 
uniwersyteckiej.  Dlaczego  to  uczynił?  Może  myślał,  że  przez 
metrykę  dostanie  się  na  katedrę,  że  obywatelstwo  uniwer- 
syteckie ułatwi  mu  te  zamiary,  a  może  szukał  w  tem  oby- 
watelstwie oparcia  dla  siebie,  zabezpieczenia  przed  wro- 
giem i  niebezpieczeństwami  Życie  średniowieczne  niosło 
to  z  sobą,  że  człowiek  wchodzió  musiał  do  jakiegoś 
związku  i  korporacyi,  aby  zapewnić  sobie  prawidłową 
egzystencyę. 

Jeżeli  Kallimach  o  nauczycielstwie  marzył,  to  nieba- 
wem przypadło  mu  zadanie  zaszczytne  w  udziale,  aby  sy- 
nów królewskich  wtajemniczać  w  piękności  literatury  ła- 
cińskiej. Około  r.  1472  stał  się  on  wspólnikiem  i  towarzy- 
szem pracy  Długosza.  Stanowisko  jego  odtąd  było  zape- 
wnione, a  znaczenie  rosło  stopniowo  w  najrozmaitszych 
kierunkach.  Na  dworze  poznano  się  wkrótce  na  dy- 
plomatycznych zdolnościach  obcego  przybysza.  Sprawy 
Wschodu  górowały  wtedy  nad  wszystkiemi  zawikłaniami. 
Kallimach,  który  znał  Turcyę  z  dawniejszych  podróży,  mógł 
tu  służyć  niejedną  wskazówką  i  radą,  a  narodowość  jego 
i  miejsce  pobytu  wytknęły  drogę  jego  politycznym  zamia- 
rom. Postanowił  on  pracować  nad  związkiem  antyture- 
ckim,  w  którymby  Polska  z  Wenecyą  się  połączyły  do 
wspólnego  działania.  Przemyśliwał  więc  o  niebezpieczeń- 
stwie tureckiem,  jak  o  tem  przemyśliwali  papieże.  Ale  je- 
żeli papieże  ciągle  zagrzewali  Polskę  do  świętej  walki, 
to  Kallimach  wstrzymywał  od  przedsięwzięć  na  własną 
rękę,  działał  tu  przeciw  planom  papieskim  i  twierdził,  że 


*)  Pastor,  Geschichte  der  Pftpste  II  (1889)  stp.  673. 


HUMANIZM    I    UNIWERSTTHT.  137 

nie  Polska  chrześcijaństwo  lecz  chrześcijaństwo  Polskę 
osłaniać  powinno;  a  tylko  związek  potęg  chrześcijańskich 
mógł  według  niego  stawić  czoło  wspólnemu  wrogowi. 
Do  tego  związku  nakłaniali  także  papieże,  ale  żądali  przy 
tern  ofiar  z  własnych,  miejscowych  interesów,  żądali  zgody 
w  imię  wyższych  celów  z  poświęceniem  osobistych,  dy- 
nastycznych spraw  niższego  rzędu.  Tymczasem  na  Pół- 
nocy antagonizm  Jagiellonów  i  Macieja  Korwinusa  na  Wę- 
grzech zgody  tej  nie  dopuszczał.  A  Kallimach,  podsycający 
i  snujący  ambitne  plany  swego  opiekuna  i  wychowańców, 
nie  przyczyniał  się  do  złagodzenia  istniejących  przeci- 
wieństw. Myśl  o  zajęciu  Wołoszczyzny  uśmiechała  się 
krzyżowcom  według  pokroju  Kallimacha,  bo  z  jednej  strony 
stworzyłaby  ona  rzeczywiście  przedmurze  przeciw  Tur- 
kom, a  z  drugiej  strony  wzmocniłaby  pozycyę  Polski  prze- 
<5iw  Korwinowi.  Wreszcie  wzgląd  na  licznych  królewiczów 
pchał  także  w  tym  kierunku;  zdobycie  Wołoch  przyspo- 
rzyłoby nowe  księstwo  dla  wyposażenia  jednego  z  ksią- 
żąt królewskich.  Takie  więc  poważne  lub  uboczne  względy 
paraliżowały  myśl  krucyaty  polskiej  przeciwko  Turcyi;  je- 
żeli mowy  antytureckie  były  od  zajęcia  Konstantynopola 
ulubionym  tematem  humanistów  i  stały  się  od  czasów 
Poggia,  Filelfa  a  mianowicie  Eneasza  Silyiusa  koniem  od 
parady,  na  którym  wyprawiano  krasomówcze  turnieje,  to 
tureckie  rady  Kallimacha,  który  wyszukiwał  coraz  nowe 
sposoby,  aby  Turka  zwalczać,  nie  idąc  na  Turka,  a  za- 
miast krzyżowców  chciał  pchnąć  na  półksiężyc  Tatarów 
i  Persów,  zamiast  krucyaty  dyplomacyę,  nie  mogły  wzbu- 
•dzić  szczególnie  rycerskich  porywów  ani  czynów*). 

Kallimach  sławił  swoją  przybraną  ojczyznę  jako  rze- 
czywiste przedmurze  chrześcijaństwa;  ale  jeżeli  króla  pol- 
skiego przedstawiał  jako  najstosowniejsze  narzędzie  w  woj- 


V  Głoszenie  krucyaty  w  Krakowie  w  tej  epoce  kończyło  się 
zazwyczaj  napadem  na  żydów,  zarówno  w  r.  1464  (Długosz  histY, 
387)  jak  i  w  r.  1500  (Mon.  Pol.  V.  285). 


138  KSIĘGA    III. ROZDZIAŁ    III. 

nie  z  niewiernymi,  to  czynił  on  to  mianowicie  z  wzglę- 
dów ubocznych,  w  tym  celu,  aby  papieża  od  popierania 
największego  wroga  Polaków  Korwinusa  odciągnąć,  aby 
Polsce  rozwiązać  ręce  do  działania  na  Wschodzie,  którem 
nie  tylko  zdobycze  krzyża  rozszerzyć,  ale  i  bardziej  świe* 
ckie  interesa,  mianowicie  w  Mołdawii,  przeprowadzić  za- 
mierzano. Działano  tu  w  myśl  króla  Kazimierza,  który 
w  r.  1489  do  papieża  Innocentego  VIII-go,  nawoływują- 
cego  do  krucyaty,  pisał  bez  ogródek:  godzi  się,  aby  każdy 
przedewszystkiem  własnych  spraw  pilnował,  zanim  do  cu- 
dzych się  wmiesza^). 

Występy  więc  Polski  w  sprawie  anty  tureckiej  były 
niestanowcze,  połowiczne.  Stanowczą  za  to  była  polityka  dy- 
nastyczna Jagiellonów,  dążąca  do  rozprzestrzenienia  swych 
wpływów  i  potęgi  na  Wschodzie.  Kallimach  podsycał  te 
ambicye  i  podniecał  je  w  młodym  królewiczu,  w  którym 
upatrzył  sobie  najstosowniejszego  wykonawcę  swych  myśli, 
ideał  humanistycznego  principe.  Jan  Olbracht  był  uczniem 
jego  ukochanym;  zdolności  i  zamiłowania  sprawiły,  że 
nauki  Kallimacha  przyjmowały  się  u  niego  najłatwiej,  był 
on  »litteraturae  non  vulgaris«,  chętnie  czytał  książki,  mia- 
nowicie historyczne,  chętnie  się  przysłuchiwał  dysputom 
uczonym.  Po  łacinie  mówił  jak  retor,  również  po  niemie- 
cku, rwał  się  do  wszystkiego,  co  wzbogacało  jego  umysł  *). 
Miał  on  coś  szerokiej  przedsiębiorczości  —  vastus  animus  — 
swego  stryja  Warneńczyka,  umysł  porywający  się  na  wiel- 
kie przedsięwzięcia,  przytem  humanistyczną  żądzę  roz- 
głosu i  sławy  nieśmiertelnej').  Wyrodziło  się  to  w  części 
pod  tchnieniem  i  wpływem  włoskiego  humanisty  i  dawała 
temu  wdzięczne  pole  do  przeprowadzenia  swych  myśli 
ogólnych  i  osobistszych  zamysłów.  Po  roku  1490,  po  śmierci 
Korwina,  pchał  on  swego  wychowańca  na  tron  węgierski,. 


')  Cod.  epistoł  I.  2,  29 1. 

')  Por.  Wapowski  i  Miechowita  w  Scriptores  r.  pol.  II,  4tŁ  i  267.. 

*)  Wapowski  1.  o.  19. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  139 

później  na  wyprawę  mołdawską;  obydwa  plany  spełzły 
na  niczem^  a  drugi  już  po  śmierci  Kallimacha  sprowadził 
sromotną  klęskę. 

Te  rady  i  inne  rady,  mu  przypisywane,  dążące  do 
wzmocnienia  królewskiej  władzy  w  Polsce,  rozbudzały 
liczne  przeciw  niemu  nienawiści.  Niecierpiano  go  wśród 
krzyżaków,  bo  przemyśliwał  o  przeniesieniu  Zakonu  na 
Wschód;  historyk  Zakonu  nazywa  go  ^szatańskim  zdrajcącc. 
Nie  lubiano  go  także  na  Węgrzech.  U  Tubero^na  występuje 
on  jako  homo  flagitiosus,  człowiek  występny*).  A  i  w  Polsce 
wrogów  nie  brakło;  szemrano  przeciw  jego  potężnym 
wpływom,  przeciw  knowaniom  zmierzającym  do  tyranii 
królewskiej,  a  niezadowolenie  wybuchło  otwarcie  po  śmierci 
Kazimierza,  tak  dalece,  że  KaUimach  usunął  się  zupełnie 
z  Polski.  Prawda,  że  powrócił  niebawem,  aby  na  dworze 
miłującego  go  młodego  króla  Olbrachta  spędzió  ostatnie 
lata  jako  urzędowy  magister  epistolarum  a  nieurzędowy 
wszechpotężny  doradca  i  kierownik  polityki. 

W  sławnej  mowie,  wypowiedzianej  w  r.  1490  przed 
Innocentym  Ylll-ym  w  Rzymie,  mówi  on  obszernie  o  oso- 
bistościach dworu  polskiego,  sławi  króla  Kazimierza,  kró- 
lowę Elżbietę,  z  królewiczów  Olbrachta  i  Fryderyka.  Sto- 
sunek ten  z  Fryderykiem  później  się  zepsuł.  Pod  sam 
koniec  wieku  wybuchł  ruch  antyżydowski  w  Krakowie* 
Nie  znamy  jego  przebiegu,  lecz  czytamy  u  Miechowity,  że 
powodem  był  pożar  miasta,  który  dużą  częśó  Krakowa 
w  r.  1494  zniszczył.  Winę  zwalono  na  żydów.  W  r.  1495 
wytoczono  im  proces,  w  którym  o  nieznane  chodziło  prze- 
stępstwa. Wzburzone  mieszczaństwo  krakowskie  nie  znaj- 
dowało przystępu  do  króla,  żydzi  chełpili  się,  że  mają  po- 
tężnego patronus.  Kardynał  Fryderyk  pisał  wtedy  do  króla 
z  wyrzutami  »że  upór  i  wstawienie  się  za  żydami  jednega 
obcego  człowieka  więcej  znaczyć  niż  głos  mieszczan  kra- 


')  Zeissberg,  Poln.  Gesohichtsschreibung  372  —  i  Script.  r.  poL 
II,  316. 


140  KSIĘGA   ra.  ROZDZIAŁ    III. 

kowskich.  Tym  orędownikiem  żydów  był  niewątpliwie 
Kallimach  *),  a  to  przyrzuca  nowy  i  ciekawy  rys  do  cha- 
rakterystyki włoskiego  humanisty,  wznoszącego  się  nad 
lokalne  nienawiści  i  rasowe  niechęci.  —  Skutkiem  tych  nie- 
pokojów było  przeniesienie  żydów  krakowskich  z  zacho- 
dniej części  miasta,  którą  do  tego  czasu  zajmowali,  na 
Kazimierz. 

Mówiliśmy  dotychczas  o  życiu  Kallimacha  na  dwo- 
rze, o  jego  wpływach  na  książąt  i  na  politykę  bieżącą. 
Obok  tego  leży  ważniejsza  i  nie  mniej  doniosła  strona 
jego  towarzyskiej,  społecznej  działalności.  Dużo  obcych 
i  dostojnych  przybyszów  napływało  w  końcu  piętnastego 
wieku  do  Polski,  ale  żaden  z  nich  nie  mógł  się  równać 
z  Kallimachem.  Żaden  tak  wcześnie  tu  nie  przybył,  tak 
długo  nie  pozostał,  tak  dalece  nie  zaważył  na  nowem  oto- 
<;zeniu.  A  Kallimachowi  trudniej  przychodziło  z  tern  oto- 
czeniem się  oswoió,  bo  przerastał  je  o  wiele  kulturą  i  wy- 
kształceniem. Dlatego  księcia  duchowego,  który  obcował 
i  zamieniał  myśli  z  całą  arystokracyą  duchową  swego 
wieku,  trudniej  było  niż  dla  kogokolwiek  znaleść  w  no- 
wem otoczeniu  punkta  styczne  i  atmosferę  do  życia  po- 
trzebną. Korespondował  on  przecie  z  Wawrzyńcem  Me- 
dici  ii  Magnifico,  z  Marsyliusem  Ficinusem,  miłośnikiem 
Platona,  który  Kallimacha  bratem  w  Platonie  nazywa, 
^  wszechwiedzącym  Picus  de  Mirandola,  z  głośnym  po- 
etą Angelo  Poliziano,  ze  słynnym  wreszcie  malarzem  Gio- 
vanni  Bellini^).  I  człowiekowi  o  takich  stosunkach  i  ta- 
kiem  położeniu  przyszło  na  Północy  wśród  Scytów  pędzić 
żywot   odmienny,    w    atmosferze    tak  różnej   od  nastroju 


^)  Szujski  słusznie  to  przypuszcza.  Por.  Reformacya  i  odro- 
dzenie (Dzieła,  Serya  II.  T.  VIII)  str.  121.  —  Tak  samo  później  hu- 
manista Reuchlin  przemawia  za  żydami. 

*)  O  tym  ostatnim  mówi  (De  his  quae  a  Yenetis  tentatasunt): 
non  tam  pictor  emendatissimus . . .  quam  peritus  christianae  phOo- 
sophiae. 


HUMANIZM    I    UN1WER8YTST.  141 

rzymskiej  akademii.  Gruby,  zsiadły,  sen  lubiący  człowiek, 
wprzągł  się  czy  został  wprzągnięty  na  Północy  do  cię- 
żkiej dosyć  pracy,  do  wychowywania  książąt  i  rad  i  akcyi 
politycznych;  to  też  tęsknił  niekiedy  poważnie  czy  po- 
zornie, dla  decorum  humanistycznego,  do  bonae  artes  i  utra- 
conego otium,  do  dawnego  raju  we  Włoszech,  z  którego 
go  wprawdzie  wygnano,  lecz  do  którego  wrócić  mógł  ka- 
żdego czasu.  On,  który  lubił  nadewszystko  dyskutować 
i  to  dyskutować  i>non  theologice  sed  naturalitera,  jak  się 
wyraża  raz  w  piśmie  do  Ficinusa  *),  spotkał  tu  społeczeń- 
stwo wynurzające  się  zaledwie  ze  średniowiecza,  uczonych 
pogrążonych  jeszcze  w  scholastycznej  metody  zakrętach 
i  zawiłościach.  Na  swoje  prawowierne  otoczenie  spoglądał 
on  niekiedy  z  uśmiechem  litującej  się  wyższości;  banita 
papieski  zachował  jakąś  niechęć  przeciw  Rzymowi,  nai- 
grawał  się  z  pobożnej  uległości  Polaków,  »którzy  mnie- 
mają, że  papież  jest  czemś  świętszem,  wznioślejszem  nad 
wszelki  ludzki  majestat«;  on,  który  widział  kuryę  z  bliz- 
ka,  wiedział  przecież,  że  to  człowiek,  podlegający  słabo- 
ściom, jak  inni  śmiertelni.  Pobrzmiewa  tu  ta  sama  nuta,, 
którą  słyszymy  z  ust  Grzegorza  z  Heimburga,  następnie 
dobitnie  z  ust  Lutra. 

Lecz  mimo  tych  wszystkich  uszczypliwych  uwag  i  po- 
glądów pozostaje  on  w  Polsce  do  śmierci.  Przytrzymywa 
go  stanowisko  zaszczytne  na  dworze,  więzi  życie  wygo- 
dne, opływanie  w  dostatki,  które  tu  zebrać  się  udało, 
a  które  obraca  w  części  na  wykwintne  urządzenie  swego 
mieszkania.  Na  pomniku  Dominikańskim  siedzi  on  w  swo- 
jej pracowni,  wśród  ksiąg  i  wykwintnych  sprzętów,  z  twa- 
rzą błogiego  zadowolenia,  że  posiadł  ziemię  i  sól  tejże 
ziemi.  Obraz  ten  przypomina  Fausta;  na  półce  stoi  coś 
na  kształt  fioli,  po  którą  on  jednak  nie  sięgnie,  bo  mimo 
kwiatów  humanistycznych   o  tęsknocie  za  krajem  rodzin- 


'}  Zeissberg,  Kleinere  Gescliichtsquellen  59. 


J 


^l2  KSII5GA    III.  —    ROZDZIAŁ    III. 

nym,  pogodzony  on  jednak  z  życiem  i  jego  kwiatamL 
Polska  dała  mu  dawniej  Świętochnę  i  inne  Swiętochny 
rywalki,  dała  mu  mamonę,  chociaż  Kallimach  zapewnia, 
że  miał  inscitia  rei  domesticae  administrandae,  że  nie 
umiał  zarządzać  swem  mieniem  *).  Jest  to  arystokratyczna 
poza  humanisty,  który  lubi  doczesne  cząstki,  lecz  za 
»najlepszą  cząstką«  i  za  sapientum  templa  serena  tęsknić 
musi  dla  honoru  cechu. 

Godzili  go  wreszcie  z  położeniem  niektórzy  ludzie, 
w  których  znalazł  oddźwięk  dla  swoich  upodobań  i  po- 
glądów. Mówiliśmy  już  o  przyjaźni  Grzegorza  z  Sanoka, 
który  przybywającego  do  Polski  Kallimacha  osłonił  swoją 
opieką.  Umarł  on  w  r.  1477.  Tymczasem  Kallimach  zna- 
lazł był  już  w  Polsce  potężnych  opiekunów  w  synowcu 
kardynała  Zbigniewie  Oleśnickim,  późniejszym  arcybisku- 
pie gnieźnieńskim,  i  w  Janie  Rytwiańskim,  członku  tej 
potężnej  magnackiej  rodziny.  Cieplejszym  był  stosunek,  za- 
wiązany z  Piotrem  Bnińskim;  wytworzyła  się  tu  przy- 
jaźń przypominająca  pożycie  z  Grzegorzem  ze  Sanoka. 
Piotr  z  Bnina  był  biskupem  przemyskim,  następnie  od 
roku  1483  do  zgonu  w  r.  1493  biskupem  kujawskim.  Byt 
to  człowiek  » znakomity  nauką,  znakomitszy  pobożnością 
i  dobrocią  dla  ludzi<c  >).  Kallimach  przywiązał  się  do  niego 
serdecznie,  cenił  wysoko  jego  rozum,  wypoczywał  w  jego 
domu  po  trudach  i  umęczeniach  życia  publicznego.  We- 
dług listu  dedykacyjnego  do  Lorenzo  Medici,  poświęcają- 
<5ego  zbiór  poezyi  wielkiemu  Florentczykowi,  twierdził  Kal- 
limach, że  dwóch  ludzi  fortuna  zepsuć  nie  potrafiła,  Lo- 
renza i  Piotra  z  Bnina.  Dodawał,  że  miłość  dla  tego  męża 
uwięziła  jego  serce  na  Północy.  Piotr  z  Bnina  wpły- 
wał też  przeważnie    na  działalność  literacką  Kallimacha. 


')  Zeissberg  1.  o.  67.  —  Król  nie  szczędził  dlań  zapłaty.  W  Li- 
ber Quitantiarum  regis  Gasimiri  znajdujemy  str.  77  (r.  1465)  i  119 
^1486)  przekazy  pieniężne  na  futro  dla  Kallimacha. 

>)  Monum.  Pol.  IV.  29. 


HUMANIZM    1    UNl^YERSYTBT.  143 

W  przedmowie  do  historyi  króla  Władysława  Warneń- 
<;zyka  tak  się  Kallimach  odzywa  do  króla  Kazimierza:  »Pan 
Bóg  biskupa  włocławskiego,  Piotra  z  Bnin  a,  zesłał  twemu 
królestwu,  aby  na  polu  religijnem  był  tu  wzór  starożytnej 
<inoty  i  prawdziwego  arcykapłana  Bożego,  a  zarazem  dla- 
tego, abyś  Ty  miał  w  rzeczach  świeckich  doradcę,  obda- 
rzonego roztropnością,  wiernością,  stałością  i  powagą  wy- 
próbowaną.«  Następnie  opowiada,  jak  Piotr  z  Bnina  kie- 
dyś z  królewiczem  Kazimierzem  rozmawiał  o  klęsce  war- 
neńskiej  i  jak  obydwaj  do  Kallimacha  się  zwrócili  z  prośbą 
o  spisanie  dziejów  Warneńczyka.  Kallimach  nie  zapo- 
minał nigdy  o  dostojnym  swoim  przyjacielu.  W  końcu 
swej  mowy,  wypowiedzianej  w  roku  1490  przed  papie- 
żem Innocentym  VIII-ym,  wyraźnie  poleca  Piotra  z  Bnina 
na  godność  kardynalską.  Najciekawsze  zaś  o  nim  opo- 
wiada szczegóły  Maciej  Drzewicki  we  wstępie  do  rzeczy 
Kallimachowej  o  stosunkach  Wenecyi  z  Turcyą:  De  his' 
quae  a  Yenetis  tentata  sunt...  contra  Turcos.  Król  Jan  Ol- 
bracht posłał  Drzewickiego  w  r.  1492  do  Piotra  z  Bnina, 
aby  męża  tego  doświadczonego  zapytać  o  radę  co  do  tu- 
reckiej sprawy.  Poseł  królewski  zastał  biskupa  wśród  czy- 
tania historyi  Wincentego  Kadłubka.  Przypadkowa  ta  oko- 
liczność sprowadziła  rozmowę  na  historyografię  i  natchnęła 
Piotra  z  Bnina  do  bardzo  surowych,  lecz  trafnych  uwag 
o  Wincentym.  Powaga  średnich  wieków,  historyk  czczony 
dla  treści  i  formy  jeszcze  po  połowie  wieku  przez  Jana 
Dąbrówkę  i  innych,  nie  znalazł  łaski  u  wykwintnego  zna- 
wcy i  wyznawcy  nowożytnej  kultury.  »Nie  więzi  on  uwagi, 
nie  podnieca  myśli  czytelnika  i  jest  bezkrwistyma,  a  przy- 
czyną tego  jest  to,  że  udziału  w  życiu  publicznem  nie 
brał,  że  na  niem  się  nie  zna  i  dlatego  ani  ludzi  ani  fa- 
któw zrozumieć  nie  może.  »Do  poznania  i  ocenienia... 
spraw  publicznych...  nie  dochodzi  się  między  scholasty- 
kami, ani  według  przepisów  filozofii,  lecz  przez  udział 
w  życiu  publicznem.cc  Ostatecznym  więc  wnioskiem  jest, 
że  Kallimach  jedynie   podołaćby   mógł   takiemu  zadaniu, 


j 


144  KSIĘGA    III. ROZDZIAŁ    HI. 

on  »który  jest  pisarzem  wprawnym  i  w  życiu  publicznem 
doświadczonym  człowiekiem.^ 

Piotr  z  Bnina  kruszy  więc  tu  powagi,  które  dotych- 
czas uwielbiano,  dla  nowych  bóstw  i  haseł  nie  szczędzi 
kadzidła  i  zachęty.  Zauważono  słusznie,  że  w  ci^ej  tej 
rozprawie  pominięto  głuchem  milczeniem  kogoś,  który 
przecie  nie  zasługiwał  na  takie  lekceważenie,  zmarłego 
niedawno  wielkiego  historyka  średniowiecznej  PolskL  Albo 
Piotr  z  Bnina  nie  znał  dokładnie  Długoszowego  dzieła, 
albo  go  nie  uznawał;  w  wykwintnem  kole  humanistów 
według  zakroju  Kallimacha  nie  zdobywano  się  na  słowa 
pochwały  dla  tej  ogromnej  pracy,  choć  sam  Kallimach  nie 
omieszkał  w  razie  potrzeby  z  niej  korzystać.  Sąd  jednak 
Piotra  z  Bnina  o  Kadłubku  jest  znamiennym  i  pełnym 
trafnych  spostrzeżeń. — Umarł  znakomity  ten  biskup  w  r. 
1493,  a  najwierniejszy  przyjaciel  (amicus  concordissimus) 
Kallimach  zajął  się  wystawieniem  pięknego  pomnika  w  ka- 
tedrze włocławskiej,  na  którym  błyszczy  napis  włoskiego 
humanisty. 

Młodszym  członkiem  tego  koła,  a  zarazem  najulubień- 
szym  uczniem  Kallimacha  był  Maciej  Drzewicki  W  tej 
bujnej  epoce,  obfitującej  w  ludzi  i  indywidualności,  należy 
on  do  najciekawszych  postaci.  O  studyach  jego  nie  mamy 
dokładniejszych  wiadomości;  to  pewna,  że  uległ  stano- 
wczemu i  przeważnemu  wpływowi  Kallimacha.  On  go 
wychował  i  wykształcił.  Drzewicki  żywił  dla  niego  cześć 
jak  dla  rodzica^);  przez  niego  też  zapewne  dostał  się  na 
dwór  Kazimierza  Jagiellończyka.  Humanistyczny  królewicz 
Jan  Olbracht  szczególną  odznaczał  go  łaskawością,  zrobtf 
swoim  głównym  sekretarzem,  a  jako  król,  krótko  przed 
śmiercią,  posunął  go  na  godność  podkanclerską.  To  było 
pierwszym  zadatkiem  świetnej  karyery,  którą  Drzewicki 
na  stolicy  gnieźnieńskiej  zakończył.    Powodzeniom  publi- 


')  Por.  List  Drzewickiego  do  Antoniego  Maurocenus  na   csele 
De  his  quae  a  Yenetis  tentata  sunt . . . 


tiuMANiż&t  I  tmiw^RSYtfit.  145 

cznym  wtórowały  pochwały  humanistów,  którzy  dla  ulu- 
bionego ucznia  słynnego  Kallimacha  osobny  żywili  podziw. 
Stosunek  ścisły  między  tymi  dwoma  ludźmi  zaznacza  się 
dobitnie  w  tym  szczególe,  że  Drzewicki,  który  wogóle 
twórczość  Kallimacha  śledził  z  niesłabnącym  interesem, 
zabrał  się  około  r.  1490  do  ułożenia  zbioru  utworów  poe- 
tycznych swego  mistrza,  a  zbiór  cały  pismem  dedykacyj- 
nem  do  słynnego  Lorenzo  ii  Magnifico  opatrzył.  Namówił 
Drzewickiego  do  tej  pracy  inny  przybysz,  który  zjawił  się 
na  Północy,  aby  z  interesem  humanistycznym  badać  kraje 
i  ludzi.  Nazywał  się  on  Bernardino  Galio  (Jadrensis)  i  po- 
chodził z  Dalmacyi.  Wstąpiwszy  na  dwór  Fryderyka  Ja- 
giellończyka znalazł  się  ten  Dalmatyniec  wśród  żywego 
ruchu  umysłów  i  sam  ten  ruch  podniecał.  Podziw  jego 
dla  Kallimacha  sięgnął  za  grób,  bo  wierszowany  napis 
jego  pióra  zdobił  niegdyś  część  pomnika  Kallimacha  w  Kra- 
kowie, która  zniknęła  niestety  bez  śladu.  Bernardino  Galio 
doszedł  później  do  wybitnego  znaczenia  w  kapitule  kra- 
kowskiej, za  biskupa  Jana  Konarskiego  był  jej  kustoszem, 
w  r.  1513  występuje  jako  oficyał  biskupi  *).  Namowie  więc 
tego  Włocha  i  pracy  Drzewickiego  zawdzięczamy  zbiór 
Kallimachowych  poezyi,  w  których  znachodzimy  najwięcej 
rysów  osobistych  dla  poznania  postaci  sławnego  huma- 
nisty. 

Na  pogrzebie  Kallimacha  szedł  Maciej  Drzewicki  za- 
raz za  trumną,  przedstawiając  niejako  rodzinę  duchową 
nieboszczyka.  Wyrósł  on  w  tej  atmosferze  humanistycznej, 
a  chociaż  później  wielkich  dostąpił  zaszczytów,  to  czasy 
Olbrachta  wydawały  mu  się  zawsze  jako  wiek  życia  złoty, 
a  śmierć  tego  króla  zachodem  dnia,  pełnego  światła  i  wróżb 
promienistych. 

»)  Por.  o  nim  Cod.  umv.  Grac.  III,  237;  — IV,  7;  Collectanea 
ex  arohivo  Coli.  histor.  VI,  78/9.  —  Conclusiones  univ.  p.  r.  1613.  — 
W  Liber  Prom.  pod  r.  1609  (str.  148)  zostaje  bakalarzem  Bernardi- 
nos  de  Jadra;  dopisek  opiewa:  Venetiis  uxorem  duxit.  To  pewnie 
jakiś  krewniak  kanonika  krak. 

ł|i«i.  Uniw   T.  IX.  10 


J 


14r6  KSIĘGA    łll.  —  noZt>ZTAŁ   Ut. 

W  Piotrze  z  Bnina  i  Macieju  Drzewickim  znalazł 
i  uznawał  Kallimach  duchy  godne  siebie,  wymiany  myśli 
i  uczuć.  On,  który  kiedyś  dysputo  wał  w  akademii  rzym- 
skiej, potem  na  dworze  Grzegorza  z  Sanoka,  zaprawiał 
i  zachęcał  swych  północnych  towarzyszów  i  przyjaciół  do 
))gier  rozmownych*,  których  przykład  dobitny  znaleźliśmy 
w  ustach  Piotra  z  Bnina.  Kallimach  był  budzicielem  tych 
rozmów  i  myśli,  on  skupiał  obok  siebie  ludzi  w  Krako- 
wie i  rozbudzał  tutaj  życie  towarzyskie  w  szlachetniej- 
szem  jego  zrozumieniu.  Zasiada  raz  w  ogrodzie  Jana  Mi- 
riki  wespół  z  Mikołajem  Mergus*em  i  Jakóbem  z  Boxic 
i  czyta  historyę  Wenecyi  Sabellicus  a  ').  Przedstawia  nam 
więc  kilka  nazwisk  ludzi,  z  którymi  rad  obcował.  O  Mikołaju 
Mergus  i  Jakóbie  z  Boxic  powiada,  że  trudnoby  rozstrzy- 
gnąć, któryby  z  nich  wybitniejszym  był  w  nauce  i  wy- 
mowie. Jakóba  tego  już  poznaliśmy  poprzednio  jako  le- 
karza i  dygnitarza  kościelnego.  Inne  nazwiska  wyglądają 
na  przezwiska  humanistyczne.  Jan  Mirica,  właściciel  ogrodu, 
był  zapewne  zamożnym  mieszczaninem  krakowskim,  może 
pochodzenia  saskiego.  Przyjmował  on  i  ugaszczał  chętnie 
w  swoim  domu,  nie  żałował  przy  ucztach  wina  węgier- 
skiego; Celtes  chciał  u  niego  sarmackich  wyuczyć  się  oby- 
czajów 

Sarmaticos . . .  potando  discere  mores, 

ale  przytomności  jego  nie  wyszło  to  na  dobre  *).  Innym  razem 
spotykamy  Jana  Mirikę  wraz  z  Maciejem  Drzewickim,  który 
przedewszystkiem  towarzystwo  uczonego  Niemca  lubił, 
rozum  jego  i  obyczajność  podziwiał,  w  izbie  jadalnej  Piotra 


*)  Początek:  De  his  ąuae  a  Yenetis  tentata  sunt... 

*)  Celtes,  Odae  I,  21.  —  Mirica  wygląda  na  nieprawdziwe  na- 
zwisko. Dziwnem  jednak  się  wydaje,  że  Kallimach  egzekutorem  te- 
stamentu mianował  Jakóba  Mirica,  bo. w  dokumencie  fingowaue  na- 
zwisko nie  byto  na  swem  miejscu.  Ten  Jakób  miał  być  notaryuszem 
i  kanclerzem  rajców  krakowskich.  Ponieważ  my  ten  testament 
znamy  tylko  ze  źródeł  ubocznych,  przypuszczam,  że  imię  Jakób  jest 
bl(^dnem  zamiast  Jan. 


HUMANIZM    I    tJKTWlCRSYTBt.  l47 

Z  Bnina,  biskupa  włocławskiego.  Kallimach  pojawia  się 
ostatni  w  tym  kole  przyjaciół  i  zastaje  ich  wśród  ksiąg; 
zajęci  mianowicie  traktatem  Leona  Tuscus^a  o  snach  i  ich 
znaczeniu.  Stąd  wywiązuje  się  rozmowa,  w  której  głó- 
wnie Mirica  zdanie  swoje  o  śnie  i  snach  wypowiada  i). 

To  są  przypadkowe  ślady  wielkich  i  wszechstronnych 
wpływów,  które  poza  polityką,  na  polu  kultury  wywierał 
Kallimach  na  swoje  przybrane  otoczenie.  Jego  nazwisko  poja- 
wiało się  odtąd  w  późniejszym  ruchu  umysłów  i  w  później- 
szej literaturze  jak  sztandar  i  hasło,  najznakomitsi  huma- 
niści, którzy  w  końcu  wieku  w  Krakowie  działali,  składali 
mu  hołdy,  korzyli  się  przed  jego  majestatem.  Celtes  pisał 
na  niego  wiersz  pochwalny,  Jan  Aesticampianus  w  swoim 
modus  epistolandi  częstokroć  go  wspomina  z  pełną  czcią 
i  z  podziwem,  z  jego  natchnienia  wypłynął  humanisty- 
czny traktat  De  institutione  regii  pueri  włożony  w  usta 
królowej  Elżbiety.  Traktat  ten*)  jest  cały  przesiąknięty 
nieograniczoną  czcią  dla  Kallimacha  i  Olbrachta.  Podobnie 
jak  Dionysius  miał  za  doradcę  Platona,  którego  tu  na- 
zwano (str.  107)  philosophorum  numen  venerabile,  tak  król 
polski  Kazimierz  znalazł  poparcie  i  radę  w  Kallimachu. 
Gorące  słowa  podziwu  dla  Olbrachta,  który  »ludzkością 
i  dwornością  (humanitate)  wszystkich  królów  przewyż- 
szała, uprawniałyby  prawie  do  przypuszczenia,  że  autorem 
tego  pisma  był  Maciej  Drzewicki. 

Pobyt  więc  Kallimacha  w  Polsce  rozciągający  się  na 
cały  lat  szereg,  bo  całą  ćwierć  wieku  (1470  — 1496),  za- 
znaczył się  w  rozmaitych  dziedzinach  historyi  i  kultury 
bardzo  dobitnie.  Poeta  też  współczesny,  Cantalicius  ^),  da- 


^)  Por.  Zeissberg,  Kleinere  Geschichtsquellen   82:   Gallimachi 
Praefaoio  in  somniarium  Leonis  Tusci. 

')  Por.  Zeissberg,  Kleinere  Geschichtsquellen  94,  Morawski,  Bei- 
trSlge  zur  Geschichte  des   Humanismus  in  Polen  (Wien  1889)  str.  3. 

•)  Zeissberg,  Kleinere  Geschichtsąuellen  78. 

10* 


14d  KBtĄak    Ilt. ttOŻDŻlAŁ   lit. 

j%c   wyraz   humanistycznemu  swemu   podziwowi  śpiewał 
o  jego  zasługach 

Te  duce...  fit  barbara  terra  latina. 


III. 

Kraków,  jego  mieszkańcy  i  kultura.  —  Podróże  Polaków  i  Krako- 
wian. —  Mistrz  uniwersytetu  Michał  z  Wielunia.  —  Wynalazek  druku 
i  drukarnie  w  Krakowie. 


Kallimach  przebywał  i  działał  przeważnie  w  Krako- 
wie; miasto  to  w  biegu  piętnastego  wieku  podnosiło  się 
ciągle,  stawało  się  rzeczywistem  ogniskiem  cywilizacyi 
i  nauki,  a  bogate  jego  mieszczaństwo  przodowało  innym 
warstwom  swą  dwornością  i  wykształceniem.  W  roku 
1400,  kiedy  zakładano  uniwersytet,  świetność  Krakowa 
była  dopiero  w  zawiązkach.  Jednak  już  w  roku  1410  na- 
zywa zapiska  miejska  Kraków  najdostojniejszem  miastem 
w  kraju:  ...stat  Gracow  dy  undir  den  stetin  seynis  reychis 
ist  ersamlich  an  guttin  worte,  feyerlich  am  lobe  und  in 
czeytlichin  guttirn  obirtretinde  ^).  Niemiecki  język  notatki 
stwierdza  już  sam  przez  się  charakter  niemiecki,  który  dla 
Krakowa  w  czternastym  i  w  piętnastym  wieku  był  zna- 
miennym. Wyższy  patrycyat  i  nawet  rękodzielnicy  prze- 
ważnie z  niemieckich  rekrutowali  się  rodzin,  napływają- 
cych przedewszystkiem  ze  sąsiedniego  Śląska,  a  niekiedy 
z  dalszych  krain,  Szwajcaryi,  z  Norymbergi,  Strassburga 
i  z  nad  Renu.  Kraków  wywierał  taką  siłę  przyciągającą; 
urok  jego  czarował  nie  tylko  tubylców  lecz  i  obcych  przy- 
byszów (cuius  soli  dulcedinem  non  solum  patriae  huius 
homines,  sed  etiam  exteri  aspirant^).  A  odtąd  idą  te  po- 
chwały Krakowa  jednym  szeregiem  aż  do  opisu  entuzya- 


^)  Cousularia  Grac.  III  p.  379. 

*)  Tak  pisze  Długosz  w  r.  1447,  Cod.  epist.  1,  2,  30. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  14-9 

stycznegro  Hartmanna  SchedeFa  w  końcu  wieku,  do  hymnów 
sławiących  miasto  obcych  humanistów.  Mieszczaństwo  to 
krakowskie  rośnie  coraz  bardziej  na  znaczeniu  i  powa- 
dze. W  piętnastym  wieku  zdarzało  się  nieraz,  że  mieszczki 
krakowskie  oddawały  swą  rękę  i  mienie  dostojnym  ksią- 
żętom; nieznana  córka  Sta  wrota,  pochodząca  z  nizkiego 
rodu,  zostaje  żoną  księcia  mazowieckiego  Konrada  Ru- 
dego, Barbara  Rockemberg  księżną  na  Raciborzu^).  Wie- 
rzynki  czyli  Wirsingi  doszli  już  do  wielkiego  znacze- 
nia w  wieku  czternastym,  w  piętnastym  wybijają  się  Mor- 
stinowie  bogactwem  i  stanowiskiem,  po  nich  Bonerzy 
z  Alzacyi;  bo  Alzacya  dostarcza  Krakowowi  w  tej  epoce 
licznych  emigrantów*).  Wytworzyła  się  tu  przystań  kul- 
tury dla  całego  Wschodu,  przystań  na  modłę  i  zakrój  No- 
rymbergi.  »Nie  było  może  miasta  w  końcu  XV-go  i  na 
początku  XVI-go  stulecia,  któreby  miało  więcej  stron  wspól- 
nych z  Norymbergą  niż  Kraków.  W  Krakowie  i  Norym- 
berdze kwitły  zarówno  nauki  humanistyczne,  jak  mate- 
matyczne, co  tworzyło  w  obu  miastach  z  wielu  względów 
pokrewną  atmosferę  i  ciągnęło  pod  Wawel  zarówno  żą- 
dnych wiedzy,  jak  poszukujących  na  dalekim  Wschodzie 
zysku  Norymberczykówa »).  A  obok  rodów  niemieckich 
wzrasta  w  piętnastym  wieku  w  znaczenie  rodzina  wę- 
gierska Turzonów.  Jan  Turzo  z  Lewoczy  na  Spiżu  otrzy- 
mawszy w  r.  1464  prawo  miejskie,  zakłada  w  Krakowie 
dom  górniczo-kupiecki,  który  później  z  Puggerami  ścisłe 
nawiązuje  stosunki.  Wielki  to  finansista  i  założyciel  potę- 
żnej rodziny,  jak  zapiska  średniowieczna  opiewa:  ditissi- 
mus  homo  fuit,  in  regno  Poloniae  et  Ungariae  potentissi- 
mus.  Z  synów  jego  zostaje  w  końcu  wieku  Jan  biskupem 


^)  Por.  Długosz  V,  188  i  Rocznik  krakowski  (Krzyżanowski, 
Morsztynowie)  1898  sir.  838. 

')  Por.  Morawski,  Z  dziejów  odrodzenia  w  Polsce  1884  str.  4. 
(Odbitka  z  Przeglądu  polskiego). 

*)  Por.  Maryan  Sokołowski,  Hans  Sues  von  Kulmbach,  Kra- 
ków 1883  str.  61. 


J 


150  KSIĘGA    in.  ROZDZIAŁ    III. 

wrocławskim,  Stanisław   biskupem  ołomunieckim,  trzech 
innych   siedzi  na  Węgrzech   na  magnackich  fortunach  ^). 

Już  te  szczegóły  rzucają  wymowne  światło  na  po- 
tęgę tego  krakowskiego  mieszczaństwa.  A  ze  znaczeniem 
finansowem  szła  ręka  w  rękę  wysoka  kultura  umysłowa. 
KaUimach  i  Celtes  wczasują  na  ucztach  w  domach  kra- 
kowskich mieszczan,  u  których  potrawy  nie  wypierają 
na  drugi  plan  rozmowy  i  strawy  umysłowej.  Zasobnoś<5 
tu  i  wykwintność  jest  taka,  że  w  r.  1495  osobne  rozpo- 
rządzenie zwraca  się  przeciw  przepychowi,  przeciw  zaba- 
wom i  gronostajom  mieszczek  krakowskich  *).  Pomnikami 
jednak  najwymowniejszymi  tego  dobrobytu  i  tej  kultury 
pozostaną  po  wszystkie  czasy  sławny  Codex  Picturatus 
Baltazara  Behema  i  nieśmiertelne  przede wszystkiem  dzieła 
Wita  Stwosza.  W  r.  1477  postanawiają  mieszczanie  kra- 
kowscy wznieść  ołtarz  na  cześć  Panny  Maryi  w  głównym 
kościele  na  rynku;  dzieło  to  odtąd  postępuje  powoli  przez 
lat  szereg  z  ofiar  i  datków  mieszkańców,  którzy  je  sta- 
wiają na  chwałę  Boga,  swoją  i  miasta.  Zrozumimy  wobec 
tego  wszystkiego  pochwalne  słowa  Hartmanna  SchedeFa, 
zapisującego  w  swej  kronice  świata  pod  r.  1492,  że  oby- 
watele Krakowa  odznaczają  się  rozumem,  obyczajnością 
i  ludzkością  dla  obcych,  że  w  mieście  tern  znaleść  można 
wszystko,  czego  tylko  natura  ludzka  pożąda. 

Mówiliśmy  o  silnym  napływie  obcych  do  Krakowa, 
immigracyi,  która  odświeżała  krew  i  myśl  miasta.  Ró- 
wnocześnie znaczyły  się  coraz  częściej  podróże  Polaków 
i  Krakowian  po  dalekim  świecie.  Rozszerzały  one  skute- 
cznie widnokręgi  ludzi,  którzy  wracając  do  kraju  przy- 
wozili ze  sobą  całe  zasoby  nowych  myśli  i  pojęć.  Mi- 
chał z  Wrocławia,    profesor  uniwersytetu  Jagiellońskiego, 

*)  Por.  Lepszy,  Turzonowie  w  Polsce  Kraków  1890  i  Wotke: 
Der  Olmutzer  Bischof  Stanislaus  Thurzo  w  Zeitsohrift  des  Yereines 
ftir  Geschichte  M&hrens  III  J.  i  Heft  (1899)  str.  338. 

')  Bucher:  Die  alten  Zunft-  und  YerkehrsordDungen  der  Stadt 
Krakau  1889  sir.  XXVI  i  28. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  151 

układający  w  końcu  wieku  kalendarz-  i  prognostyki, 
przepowiadał  w  nich  losy  i  koleje  mieszkańców  w  przy- 
szłości. Przepowiednie  były  bardzo  łatwe  i  sprawdzały 
się  zapewne  corocznie.  W  iudicium  z  roku  1494  za- 
powiada on,  że  »ci,  którzy  przyjmowali  depozyty,  dopu- 
szczą się  8przeniewierzenia«,  że  »żydzi  w  początku  roku 
będą  przebiegli  i  sprytni«,  co  im  się  zapewne  i  w  innych 
porach  kalendarza  zdarzało,  że  wreszcie  dz  chrześcija- 
nami będą  żyć  w  niezgodzie«  *).  Otóż  ten  sam  prorok 
opierając  się  na  doświadczeniu  dawniejszem  stawiał  mię- 
dzy innemi  prognostyk  na  przyszłość:  Peregrinabunt  Po- 
loni. I  ta  wróżba  niewątpliwie  się  spełniła,  bo  ruchliwość 
podróżna  przybiera  w  drugiej  połowie  piętnastego  wieku 
ogromne  rozmiary.  Jeżdżono  do  Niemiec  dla  handlu,  po- 
bożność lub  naukowe  ciekawości  pędziły  jednak  raczej 
na  Wschód  lub  na  Południe.  Każdy  taki  niemal  pielgrzym 
powracał  potem  z  bogatą  zdobyczą  intellektualną  do  oj- 
czyzny*). Powracano  niekiedy  i  z  czem  innem.  Bo  cho- 
ciaż rzekomym  celem  podróży  były  religijne  lub  naukowe 
pobudki,  to  pod  pozorem  pielgrzymki  —  sub  titulo  religio- 
sae  peregrinationis  —  ukrywały  się  często  ziemskie  ambi- 
cye  i  interesa.  Jeżdżono  n.  p.  do  Rzymu,  aby  tam  uzyskać 
stopień  akademicki;  papieże  kreowali  doktorów,  których 
następnie  bardzo  niechętnie  uznawały  północne  wszech- 
nice. Walka  z  tymi  doctores  bullati  wybuchała  od  czasu 
do  czasu  we  wszystkich  uniwersytetach;  w  Krakowie  pi- 
smo kardynała  Fryderyka  z  r.  1498  przesłane  uniwersy- 
tetowi potępia  podróże  w  tym  celu  przedsiębrane  i  zwy- 
czaj, który  uniwersytetowi  zaszkodzić,  niezgodę  w  nim 
zaszczepić,  powagę  szkoły  obniżyć  może*).  Inni  znów  po- 
lowali w  Rzymie  na  beneficya  kościelne;  to  byli  tak  zwani 

*)  Judicium  Cracoviense  Mag.  Michaelis  de  Wratislayia  con- 
gestum  in  praeclaro  studio  Cracov.  a.  1494. 

•)  Por.  Georg  Liebe:  Die  Wallfahrten  des  Mittelalters  w  Neue 
Jahrb.  fur  das  klass.  Alterthum  (1898)  I/II  Bdes.  II  Heft. 

*)  Gonclusiones  univ.  1498. 


152  KSIĘGA    III. ROZDZIAŁ    III. 

Kortezanie  albo  Romipetae,  dobijający  się  w  stolicy  papieży 
o  prowizye  i  nominacye.  Tych  Kortezanów  obawiano  się 
przedewszystkiem.  Przy  nadawaniu  urlopów  w  uniwer- 
sytecie zastrzegano  dlatego  osobno,  aby  jadący  do  Rzymu 
nie  starał  się  o  jaką  promocyę  i  nie  działał  na  szkodę 
jakiego  członka  uniwersytetu  *).  Urlopy  te  albo  licencye 
w  ostatnich  dwóch  dziesiątkach  piętnastego  wieku  pona- 
wiają się  w  obrębie  uniwersytetu  ustawicznie  i  świadczą 
o  silnym  prądzie,  który  pchał  za  granicę  3>ad  yidendum 
partes  exterasa  jak  się  wówczas  wyrażano.  Kto  wie,  z  ja- 
kiemi  trudnościami  walczył  średniowieczny  podróżnik,  ile 
niebezpieczeństw  mu  zagrażało  ze  strony  ludzi  i  niewcza- 
sów,  ten  innem  okiem  spoglądać  będzie  na  ówczesne 
w  daleki  świat  wycieczki,  które  bądź  co  bądź  świadczyły 
o  pewnej  przedsiębiorczości.  Scholarzy  średniowieczni  zdą- 
żający do  odległych  uniwersytetów  wpadali  częstokroć 
w  ręce  napastników,  którzy  ich  ograbiali  z  mienia  i  książek  '). 
Zatrzymamy  się  przy  jednym  z  tych  pielgrzymów. 
W  r.  1484  dostaje  Michał  z  Wielunia  pozwolenie  na  piel- 
grzymkę do  ziemi  świętej.  Człowiek  ten  uchodził  za  jedną 
z  chwał  uniwersytetu,  za  luminarza  umysłowego,  śmierć 
na  obczyźnie  przerwała  jednak  przedwcześnie  pasmo  jego 
żywota.  Został  on  magistrem  w  Krakowie  w  roku  1474 
i  był  dziekanem  artystów  w  r.  1481,  już  jako  bakałarz 
dekretów.  Potem  słyszymy  o  urlopie  udzielonym  mu 
w  lutym  r.  1484  Pielgrzymkę  do  ziemi  świętej  zasępił 
mu  jednak  cały  szereg  klęsk,  które  ostatecznie  o  śmierć 
go  przyprawiły.  Turcy  bowiem,  którzy  w  r.  1484  zdobyli 
na  Mołdawie  dwie  ważne  twierdze  nadmorskie,  strzegące 
ujść  Dunaju  i  Dniestru,  Kilię  i  Białogród,  pojmali  Michała 
z  Wielunia  w  tem  ostatniem  mieście.  Wykupywano  go 
następnie  dwa  czy  trzy  razy  z  niewoli^);  wreszcie  umarł 

*)  Conclusiones  univ.  r.  1504. 

*)  Por.  Charles  H.  Haskins:  Life  of  inedieval  stadents   w  The 
american  histor.  review,  January  18d8  str.  216. 

•)  Por.  Liber  Promotionom  75,  Miechowita  IV  o.  73, 


BlTMANrZM    I    UNIWBR8TTET.  153 

on  W  powrocie  na  wyspie  Rodus  wskutek  zupełnego  wy- 
cieńczenia. Nastąpiło  to  zapewne  w  roku  1487*).  Wielki 
mistrz  rycerzy  św.  Jana  na  Rodus  zajął  się  sam  jego  pogrze- 
bem i  oddał  mu  należne  honory.  Dotkliwą  była  ta  strata 
dla  uniwersytetu,  bo  według  pochwał  Jana  Ursinus*a  i  Mie- 
chowity nieboszczyk  był  człowiekiem  niezwykle  znakomi- 
tym; Miechowita  twierdził,  że  był  we  wszelkiej  nauce  bie- 
głym, a  co  w  tej  epoce  należało  do  rzadkości,  posiadł 
gruntownie  język  hebrajski;  Ursinus  boski  jego  umysł 
wysławia  i  przemawia  do  Sacranus^a  w  te  słowa:  » stra- 
ciliście człowieka,  któremu  równego  nie  macie  w  waszej 
wszechnicy «;  tenże  sam  zwie  Michała  z  Wielunia  znako- 
mitym filozofem,  najwybitniejszym  badaczem    przyrody'). 

Wzmógł  się  tedy  w  Krakowie  naówczas  ten  ruch 
podróżny,  który  należy  do  wybitnych  znamion  bujnej  od- 
rodzenia epoki  i  wytworzył  całą  warstwę  błąkających  się 
od  miasta  do  miasta  apostołów  nowej  kultury.  W  począ- 
tku następnego  wieku  absencye  profesorów  krakowskich 
przybrały  takie  rozmiary,  że  zagrażało  to  dotkliwie  po- 
rządkowi nauki.  Mandaty  królewskie  przywoływały  dla- 
tego co  chwilę  nieobecnych  na  miejsce,  zakazywały  wy- 
ręczać się  substytutami^).  A  fale  tego  ruchu  podróżnego 
znaczącego  się  w  całej  Europie  przynosiły  w  zamian  coraz 
nowe  osobistości  z  obczyzny  na  rynek  krakowski. 

Inny  jeszcze,  równie  potężny  czynnik  zaczął  wtedy  je- 
szcze skuteczniej  oddziaływać  na  ożywienie  i  uruchomienie 
myśli  ludzkiej.  Nowo  wynaleziona  sztuka  drukarska  uskrzy- 
dliła słowo  ludzkie  stanowczo  i  szerokie  przed  niem  otwo- 
rzyła szlaki.  Niektórzy  humaniści,  rozmiłowani  w  swoich 


*)  Datę  tę  czerpiemy  z  listu  Jana  Ursinusa  w  jego  modus 
epistolandi  do  Sacranus*a.  Liber  Promot.  ma  notatkę  błędną,  data 
pojmania  Michała  z  Wielunia  (1482)  jest  tam  zupełnie  niemoiliwą. 

*)  Wiszniewski,  Historya  lit.  III,  831:  wspomina  Filipiki  Cyce- 
rona z  biblioteki  Załuskich,  przepisane  przez  Michała  z  Wielunia 
w  r.  1482. 

•)  Por.  Cod.  univ.  IV,  326,  334,  342,  348. 


1 54  KSIĘGA    III. ROZDZIAŁ   IH. 

ozdobnych  rękopisach,  przyjęli  demokratyzujący  wynalazek 
z  pogardą  i  uprzedzeniem,  inni,  jak  Celtes,  nie  mieli  dla 
niej  dosy<5  słów  uznania.  Wymiana  nowych  myśli  i  sze- 
rzenie się  nowych  kierunków  szły  odtąd  w  szybszem 
tempie,  starożytni  autorzy  w  przystępnej  tej  formie  znaj- 
dowali liczniejszych  czytelników  i  podziw  w  szerszych 
kołach.  Nie  będziemy  tu  mówili  o  dziejach  sztuki  drukar- 
skiej w  Krakowie.  Po  wątpliwych  próbach  Gunthera  Zai- 
nera,  który  miał  drukować  w  Krakowie  około  roku  1475, 
po  ruskich  drukach  Sweybolda  Fioła  pojawiających  się 
od  r.  1491,  zaczyna  w  ostatnim  dziesiątku  wieku  dzia- 
łać przedewszystkiem  Jan  Haller;  on  jest  głównym  na- 
kładcą i  drukarzem  krakowskim  w  czasach  odrodzenia; 
od  roku  1500  wychodzą  z  jego  oficyny  coraz  nowe  dzieła, 
a  znaczenie  jego  przeważne  utrzymuje  się  w  pierwszej 
ćwierci  szesnastego  wieku  mimo  drukarń  Hochfedera,  Un- 
glera,  Yietora.  Jest  on  bowiem  urzędowym  jakoby  druka- 
rzem uniwersytetu,  po  trochu  nawet  mecenasem  uczonych. 
Jan  z  Głogowa  nazywa  go  w  swych  Posteriora  analetica  z  r. 
1499  virorum  doctorum  fautor  excelentissimus,  w  Intro- 
ductorium . . .  in  tractatum  sphaerae  z  r.  1506  twierdzi,  że 
do  wydania  nakłonił  go  znowu  Haller  ))virorum  doctorum 
et  generaliter  spiritualium  personarum  fautor  excełlentis- 
simus.«  Hallera  nigdy  nie  brakło,  kiedy  chodziło  o  jakie- 
kolwiek przedsięwzięcie  księgarsko-kulturalne,  n.  p.  o  spro- 
wadzenie ksiąg  greckich  do  Krakowa;  był  to  człowiek 
z  wysoka  pojmujący  swoje  zadanie  i  posłannictwo^).  Ró- 
wnocześnie też  druki,  które  po  roku  1460  zaczęły  się  coraz 
gęściej  pojawiać  w  Niemczech  i  po  świecie,  napływały  do 
Krakowa  i  rzucały  tysiączne  posiewy  i  zarodki  nowych 
myśli  na  niwę  średniowiecza. 


»)  Por.  Pierre  de  Nolhac,  Les  Correspondants  d'  Aide  Manuce 
Horaa  1888  n.  60. 


HUMANIZM    I    IINIWBIWYTRT.  155 


IV. 

Ostatnie  błyski  średniowiecznej  nauki.  —  Bujnośó  scholastyoznej  dya- 
lektyki  w  Krakowie  na  przełomie  dwóch  wieków.  —  Jan  Glogo- 
wita.  —  Jego  życie  i  dzieła.  —  Michał  z  Wrocławia.  —  Michał  z  By- 
strzykowa.  —  Ocena  ich  naukowej  działalności.  —  Towarzyszy  jej 
uprawa  i  rozkwit  mnemoniki.  —  Bernardyni  krakowscy.  —  Tomasz 
Murner  i  jego  ars  memorativa. 


Jakie  te  fermenty  wywołały  życie  w  uniwersytecie 
krakowskim,  przedstawić  nam  niebawem  wypadnie.  Bo 
fałszywe  jest  tycłi  miemanie,  którzy  twierdzą,  że  aż  do 
szesnastego  wieku  twierdze  średniowieczyzny  odpierały 
stanowczo  nowego  ducha.  Zanim  jednak  do  przedstawie- 
nia tych  walk  przystąpimy,  zatrzymać  się  należy  przy 
ostatnich  blaskach  scholastyki,  która  na  przełomie  dwóch 
wieków  wybuja  obficie  i  wyśpiewuje  niejako  śpiew  swój 
łabędzi.  Jakby  w  przeczuciu,  że  prace  i  myśli  ubie- 
głych czasów  ustąpią  niebawem  z  pola,  przystąpiono 
w  końcu  wieku  do  inwentaryzacyi  dotychczasowej  nauki, 
do  spisywania  podręczników,  które  tę  naukę  w  przystę- 
pnej miały  podać  formie.  Nastąpił  jakiś  spóźniony  na  tem 
polu  ruch,  znaczący  się  całą  liczbą  dzieł  i  dziełek;  piszą 
się  komentarze  do  Arystotelesa,  a  częściej  komentarze  do 
jego  komentatorów.  Servum  pecus  niesamodzielnych  ba- 
daczy występuje  w  szranki,  a  ta  niesamodzielność  obja- 
wia się  między  innemi  w  zacieraniu  się  przeciwieństw, 
w  eklektycyzmie,  który  bywa  zawsze  znamieniem  i  wła- 
ściwością epok  nietwórczych  *)• 

Najznakomitszym  przedstawicielem  tego  obozu  i  kie- 

')  Por.  Prantl:  Geschichte  der  Logik  IV,  173:  Neben  den  ver- 
einzelten  Regiingen  der  Renaissance  war  das  XV-te  Jahrhundert 
durchaus  von  eincr  Nachbluthe  der  Scholastik  occupirt,  wel- 
che  ganz  besonders  gegen  Ende  desselben  massenhaft  auftrat  und 
sodann  noch  in  das  erste  Drittel  des  XVI-tes  Jahrhunderts  hinilber 
ein  z&hes  Leben  fortfiihrte. 


156  K8Ti;0A    III. ROZDZIAŁ    III. 

runku  był  człowiek  uniwersalnej  nauki,  filozof,   astronom 
i  gramatyk,  typowy  encyklopedysta  średniowiecznego  uni- 
wersytetu, Jan  z  Głogowa.  Pojawia  się  on  jako  magi- 
ster w  uniwersytecie   w  r.  1470,  w  r.  1476  jest  prepozy- 
tem   mniejszego    koUegium    (Cod.   Jag.   3870),  dziekanem 
artystów  w  r.  1478;  aż  do  śmierci  w  roku  1507  możemy 
następnie  na  różnych  polach  śledzić  jego  działalność  nad- 
zwyczaj ruchliwą.  Jakim  się  cieszył  rozgłosem,  poznajemy 
z  źródła  węgierskiego,  które  go  nazywa   maximus  8agax 
vir  in  omni  scientia  ^),  później,  długo  po  jego  śmierci,  An- 
glik Leonard  Coxe  w  dziełku  de  laudibus  academiae  Cra- 
coviensis  (1518)  wyróżnia  go  wśród  dyalektyków  krakow- 
skich i  największe  mu  oddaje  pochwały*).    W  życiu  we- 
wnętrznem  uniwersytetu  wielką  on  odgrywał   rolę.    Spo- 
tykamy go  co  chwilę  przed  sądami  rektorskimi,  bo  dużo 
pieniędzy  pożyczał  drugim,  często  ręczył  za   innych;  ota- 
cza on  szczególną  opieką  studentów  niemieckich  i  węgier- 
skich. Pierwsze  tłómaczy  się  jego  pochodzeniem  niemiec- 
kiem,  drugie  tem,  że  ściślejszy  go  łączył  stosunek  z  bursą 
węgierską,  która   przez  dłuższy  czas  była  ogniskiem  wę- 
gierskiego i   niemieckiego   żywiołu.     Dom    Melsztyńskich, 
w  którym  ona  się  znajdowała,  wziął  on  w  pacht  od  uni- 
wersytetu w  r.  1483  na  lat  trzy,  w  r.  1486  na  rok  jeden  '), 
a  w  r.  1499  znowu  na  trzy  lata*).  Oprócz  tego  słyszymy 
w  r.  1488  o  bursie   świeżo    wystawionej    przez    magistra 
Głogowitę  *)  (bursa  noviter  exstructa  per  mgr.  Glogovitam). 
Odnosi  się  to  do  domu  drewnianego  na  tyłach  koUegium 
większego,  przeznaczonego  dla  Niemców*).  Myśli  on  więc 

*)  Scriptores  rerum  polon.  II,  340. 

')  Glogoyianus . . .  brevitati  facilitatem,  facilitati  sermonis  la- 
tini  castitatem,  castitati  sententiarum  gratiam  et  succum  adiecit 

*)  Conclusiones  universitatis. 

*)  Acta  Rectoralia  ed.  Wislocki  n.  1855. 

»)  Acta  Rect.  n.  1187. 

")  Muczkowski,  Mieszkania . . .  uczniów  krak.  Kraków  1842, 
str.  39:  Domus  lignea  fundata  per  M.  Joh.  GlogOYiensem  pro  Ger- 
manis  dicta  bursa  nova. 


HUMANIZM   I    UNFWlStŁSYl^fir.  157 

ciągle  o  swych  ściślejszych  rodakach,  ma  dla  nich  za- 
równo serce  otwarte  jak  i  kieszeń. 

Z  katedry  objaśniał  przeważnie  Arystotelesa,  wykła- 
dał jednak  prócz  tego  Donatusa,  Gallusa,  uczył  więc  ła- 
cińskiego języka;  dla  dalej  posuniętych  i  wprawniejszych 
czyta  epistoły  Franciszka  Niger.  Prócz  tego  znachodzimy 
astronomiczne  wykłady,  jak  w  r.  1506,  w  którym  objaśniał 
Sphaera.  W  r.  1484  jest  on  juź  członkiem  większego  kol- 
legium,  w  r.  1490  po  śmierci  Bernarda  z  Nissy  obejmuje 
na  czas  pewien  nadzór  nad  wychowaniem  Jana  Gasztolda, 
wreszcie  w  r.  1499  występuje  jako  kanonik  św.  Floryana. 

Przy  tem  działalność  jego  naukowa  i  literacka  jest 
nadzwyczaj  obfitą  i  różnorodną.  Głownem  niemal  polem 
jego  pracy  jest  dyalektyka.  Jan  Głogowczyk  objaśnia  w  li- 
cznych dziełkach  logikę  Arystotelesa,  a  raczej  przerabia 
komentarze  Jana  Yersor,  aby  je  zrobić  bardziej  przystę- 
pnymi. Ten  Jan  Yersor  był  filozofem  scholastycznym  i  dzia- 
łał w  Kolonii  w  drugiej  połowie  piętnastego  wieku.  Na- 
pisał on  dużo  komentarzy  do  Arystotelesa,  w  których 
trzymał  się  ściśle  nauki  i  powagi  św.  Tomasza.  Prócz 
tego  objaśniał  logikę  Piotra  Hiszpana  i  gramatykę  Dona- 
tusa. W  tym  samym  tedy  kierunku  idą  prace  Głogowczyka. 
Wydaje  on  w  r.  1499  w  Lipsku  Liber  posteriorum  ana- 
leticorum,  t  j.  komentarz  do  tej  części  Arystotelesa,  a  w  tym 
samym  roku  kończy  swoje  Exercitium  nove  Logice,  w  któ- 
rem  objaśnia  Analytica  priora  i  Sophistarum  Elenchi.  Znowu 
tu  komentarze  Yersor  a  służą  za  podstawę;  Głogowczyk 
stara  się  uczynić  je  łatwiejszymi  »pro  iuniorum  exercita- 
tione.a  »Do  objaśnienia  Arystotelesowskiegotextu  zamierza 
on  użyć  Alberta  Wielkiego,  św.  Tomasza  i  Aegidius'a, 
a  z  drugiej  strony  Pawła  z  Wenecyi;  stwierdzając  tem, 
że  dla  niego  spór  namiętny  między  Tomistami  i  Moderni 
jest  już  obojętnym,  daje  on  nam  spokojny,  rozumny  ko- 
mentarza 1)  logiki.  Do  tych  dwóch  dzieł  obejmujących  główne 


')  ł^rantl,  Goschichte  der  Logik  (1870)  IV,  291. 1'or.  tamie  str.  244. 


158  KSIĘGA    III.  ROZt>ZlAŁ    Itl. 

zasady  Arystotelesowskiej  logiki  przydał  potem  Jan  z  Gło- 
gowa bardziej  szczegółowe  prace.  Exercitium  super  omnes 
tractatus  paryorum  logicalium  Petri  Hispani,  komentarz 
do  słynnego  w  średnich  wiekach  dzieła  Piotra  Hiszpana 
z  XIII-go  wieku,  przedstawiającego  naukę  o  syllogismach, 
wydał  w  r.  1500;  prócz  tego  znowu  »dla  nauki  młodszych* 
objaśnił  dziełko  Jana  Yersora:  ąuaestiones  librorum  de 
anima  w  r.  1501 1).  A  więc  Arystoteles  jest  tu  osią  i  pod- 
stawą dyalektyki;  objaśniają  go  powagi  uznane  dawniej- 
sze, przybywają  nowsze  komentarze  Yersora,  a  dalej  roz- 
maite subtelności  wzięte  z  tak  zwanych  ModernL  Jan 
z  Głogowa,  jako  prawdziwy  synkretysta,  czerpie  z  różnych 
źródeł  i  różnych  szkół  swoje  wywody*).  Opracował  on 
w  ten  sposób  całe  niemal  Organon  Arystotelesa,  Ł  j.  pisma 
dyalektyczne,  traktujące  o  metodzie,  która  jest  narzędziem 
czyli  organem  badania. 

Z  dyalektyką  łączyła  się  w  średnich  wiekach  ściśle 
nauka  o  języku  czyli  gramatyka,  która  w  owych  czasach 
nosiła  zawsze  na  sobie  wybitnie  filozoficzne  piętno  i  nad- 
używała logiki  do  objaśnień  zjawisk  językowych.  Gło- 
gowczyk  wydał  składnię  łacińską  w  r.  1500 ');  podaje  ona 
Secunda  Pars   t  z.  Alexandri  doctrinale,  które  mimo  na- 


^)  Por.  o  tern  dziele  Wiszniewski,  Hist.  lit.  III,  266  i  nast 
•)  Prócz  tego  wydal  Glogowozyk:  Argumentam  in  libram 
Porphirii  ysagogicum  in  kathegorias  Aristotelis,  także  p.  t.  Exerci- 
tium  yeteris  artis.  (1604).  Porphyrios,  neoplatonik  z  III-go  wieku  ob- 
jaśniał pisma  Arystotelesa.  Glogowczyk  zamierzył  w  tern  dziele  znowu 
Yersora  komentarz  »in  leviorem  modumresolvere.«  Od  Alberta  Wiel- 
kiego połączono  z  kategoryami  Arystotelesa  dzieło  Gilberti  Porretani 
Sex  principia,  które  Głogowczyk  takie  tutaj  objaśnia.  W  roku  1502 
wydaZ:  Aegidii  Romani . . .  in  libros  Aristotelis  interpretatio.  Aegidius 
Romanus,  uczeń  św.  Tomasza  z  drugiej  polowy  trzynastego  w^ieku, 
komentował  jak  mistrz  jego  Arystotelesa.  W  rękopisach  wreszcie 
mamy  Głogowczyka  komentarz  do  fizyki  Arystotelesa  z  r.  1499/1500 
(Cod.  Jag.  2089),  do  metafizyki  z  r.  1501  (Cod.  Jag.  2090  i  2458). 

')  Bauoh  w  Silcsiaca  Breslau  1898  wspomina  wydanie  z  roku 
1504  (str.  159),  Wiszniewski  Hiat.  lit.  8,  302  zna  wydanie  z   r.   1500, 


HUMANIZM    1    ltN?WEtt8YTET.  l59 

paści  i  zaczepek  ze  strony  humanistów  długo  jeszcze  po- 
zostało w  użyciu.  Wydawca  sławi  we  wstępie  Alexandra, 
»o  którym  wielu  ludzi  mniema,  że  na  lekceważenie  i  po- 
miatanie zasluguje.tt  Prócz  tego  opatrzył  on  komentarzem 
t  z.  Donatus  minor  de  octo  partibus  orationis,  a  duże  to 
dosyć  dziełko  wyszło  w  Krakowie  w  r.  1503. 

Sagax  vir  in  omni  scientia,  jak  go  współczesne  źró- 
dło nazywa,  był  więc  rzeczywiście  typem  wszechstronno- 
ści średniowiecznej  a  wzorem  niemieckiej  pracowitości. 
Pominąć  tu  nam  na  razie  trzeba  inną  stronę  jego  nauko- 
wej działalności,  pisma  jego  z  zakresu  matematyki  i  astro- 
nomii. I  na  tem  polu  należał  on  do  wybitniejszych  uczo- 
nych krakowskiego  uniwersytetu.  Dlatego  też  sławili  go 
współcześni,  a  jego  rozgłos  przyciągał  w  wielkiej  części 
obcych  uczniów  do  krakowskiej  wszechnicy;  humaniści 
nawet  jak  Laurentius  Corvinus  i  inni  nie  szczędzili  mu 
w  swych  wierszach  uznania  i  pochwały. 

Obok  niego  inny  Ślązak,  także  matematyk  i  astro- 
nom, Michał  z  Wrocławia,  podobną  i  równie  prawie 
wszechstronną  odznaczał  się  działalnością.  Jest  on  mło- 
dszym od  Jana  z  Głogowa;  magisterium  osięga  w  Kra- 
kowie w  r.  1488.  Następnie  działa  na  fakultecie  artystów, 
wykłada  przedewszystkiem  Arystotelesa,  Alberta  Wiel- 
kiego, prócz  tego  objaśnia  gramatykę  Gallusa,  Cycerona 
retoryki  i  listy  Franciszka  Niger;  wreszcie  ogłasza  także 
astronomiczne  wykłady  i  matematyczne.  Dziekanem  arty- 
stów był  w  latach  1499  i  1505;  po  roku  1512  giną  jego 
lekcye  w  spisie  wykładów  artystów,  bo  przeszedł  wtedy 
na  teologię.  Umarł  on  w  podeszłym  wieku,  w  r.  1534,  zo- 
stawiając potomnym  wzór  pracowitości  i  cnoty,  exemplar 
Christianae  ac  sacerdotalis  yitae  ^). 

Nie  będziemy  na  razie  oceniać  jego  zasług  astrono- 
micznych. Odznaczył  się  on  poza  tem  jako  dyalektyk 
i  teolog.  W  zakresie  teologii  najważniejszym  był  jego  ko- 


^)  Por.  Cod.  Archivura  univ.  Nr.  69,  p.  ib. 


160  itflt^A  in.  —  ttozDźiAŁ  m. 

mentarz  do  sentencyi  Lombarda,  wydany  w  roku  1521: 
Epitoma  conclusionum  theologicalium  pro  introductione 
in  quattuor  libros  sententiarum  ^).  Zajmował  się  także  po- 
ezyą  i  muzyką  kościelną,  wydał  Expositio  hymnonim  (1516) 
i  Prosarum  elucidatio  poświęcone  Tomickiemu  (1530  po- 
nowne wyd.)*).  Dla  logiki  stwarza  on  podręcznik  pełen 
subtelności  t  z.  moderni  czyli  terministów ').  W  jego  in- 
troductorium  dyalectice,  quod  congestum  logicum  appel- 
latur,  z  r.  1504  znajdujemy  dokładny  obraz  tej  przesadnej 
i  męczącej  gimnastyki  myśli,  do  której  zaprawiała  i  któ- 
rej dosięgła  scholastyczna  filozofia.  We  wstępie  do  dru- 
giego wydania  z  roku  1509  przemawia  autor  z  wielkiem 
uznaniem  do  Hallera,  nadmieniając,  że  wczasy  poprzedniego 
roku,  kiedy  uciekając  przed  zarazą  z  Krakowa  schronił 
się  w  zacisze,  pozwoliły  mu  dzieło  uzupełnić.  Między  kra- 
kowskimi dyalektykami  wyróżnia  się  więc  Michał  z  Wro- 
cławia swym  terminizmem,  który  wypłynął  z  nauki  Okkama, 
podczas  gdy  Jan  z  Głogowa  opierał  się  głównie  na  To- 
miście  Janie  Yersor*).  Nauka  o  termini,  czyli  wyrazach  i  ich 
własnościach  była  u  Okkama  i  jego  następców  jądrem 
niejako  logiki;  logika  ta  jeszcze  w  końcu  wieku  piętna- 
stego się  rozwijała,  ale  zarazem  gubiła  się  w  sofizmach 
i  subtelnościach,  które  ściągnęły  na  nią  zarzut  sofisteryi. 
Trzecim  wreszcie   przedstawicielem  tego  scholastycznego 


')  Por.  Cod.  Jag.  3238,  8234,  3235,  3236.  —  Jego  quaestiones 
theologicae  w  Cod.  Jag.  2205,  objaśnienia  św.  Tomasza  2217,  2218.  2237. 

*)  Jego  explanatio  super  psalmos,  autograf  skończony  w  roku 
1512  w  Cod.  Jag.  3201.  —  Wiszniewski  wspomina  Hist.  lit.  VI,  423: 
Commentarium  in  ecclesiae  Romanae  cantilenas. 

»)  Prantl,  Geschichte  der  Logik  IV,  264. 

*)  Michał  z  Wrocławia  wydał  prócz  tego  Bpitoma  figurarum 
in  libros  phisicorum  et  de  anima  Aristotelis  (może  z  r.  1503  lub  1504. 
Por.  Wiszniewski  Hist.  lit.  III,  206).  Bauch  Silesiaca  str.  177  odnosi 
to  dzi^o  do  lat  późniejszych.  W  Cod.  Jag.  716  (autograf,  skoń- 
czony w  r.  1495)  jest  jego  Explanatio  super  Aristotelis  libros  prio- 
rum.  Jest  to  wykład  miany  w  uniwersytecie  w  roku  1494  (Por.  liber 
diligentiarum). 


HUMANIZM    1    UNIWERSYTET.  161 

tryumwiratu  był  słynny  Michał  z  Bystrzykowa,  naj- 
wybitniejszy Skotysta  krakowski;  mówiliśmy  już  wyżej 
o  jego  działaniu  i  uczniu,  wiernym  mistrzowi  i  jego  nauce. 
Jan  ze  Stobnicy  w  początku  szesnastego  wieku  krzewił 
zasady  dyalektyki  Skotusa  w  Krakowie  i  przyczynił  się 
niemało  do  tego,  że  długo  jeszcze  metoda  ta  zabarwiała 
nauczanie  uniwersytetu;  przeżyła  ona  nawet  hasła  i  po- 
gardę humanistów,  którzy  myśl  ludzką  na  inne  tory  i  w  inne 
koleje  popchnąć  usiłowali. 

W  trzynastym  wieku  zamierzył  był  słynny  Hiszpan 
Raimundus  LuUus  zorganizować  krucyatę  filozoficzną  i  po- 
kojową przeciw  niewiernym.  Za  pomocą  swej  Ars  magna 
chciał  on  prawdę  szerzyć  i  do  prawdy  nawracać,  formuł- 
kami, w  których  wszechpotęgę  wierzył,  walczyć  z  tymi, 
których  dotąd  mieczem  ścigano.  W  świetle  podobnej  kru- 
cyaty  przedstawia  nam  się  nieomal  działalność  krakow- 
skich scholastyków;  i  oni  z  formułkami  subtelnemi  stoją 
na  szańcach  twierdzy,  którą  wróg  otacza,  i  oni  wyostrzaj*^ 
i  szlifują  na  wszelki  sposób  broń  swoją  duchową,  aby 
sprostała  nowym  i  coraz  groźniejszym  zamachom.  Jest  to 
strzała  Parta  zanikającej  epoki,  strzała  przedzgonna,  o  któ- 
rej mówi  grecki  poeta: 

Ka{  Tic  a7uodvi^<TXCi)v  D^yraT"  dbcovTiaaT<ł). 

Kraków  wskutek  tej  działalności  zasłynął  w  tej  epoce 
jako  jedno  z  ognisk  filozofii,  mianowicie  dyalektycznej 
a  następstwa  tego  ruchu  odbijały  się  długo  jeszcze  na 
uniwersyteckiej  nauce.  W  początkach  szesnastego  wieku, 
szczególnie  w  drugim  dziesiątku  stulecia  wykłady  d  e  y  i  a 
Scoti  mnożą  się  na  kartach  Liber  diligentiarum  i  poja- 
wiają się  sporadycznie  jeszcze  i  później.  Było  to  ostatnie 
wezbranie,  silne  i  stanowcze,  scholastycy zmu.  Współcześni 
nie  umieli  go  należycie  określić  ani  ocenić;  Jana  z  Gło- 
gowa opiewali  nawet  humaniści;  w  Michale  z  Wrocła- 
wia sławili  głównego  swego  nauczyciela  i  mistrza  Rudolf 

Hiit.  Unlw.  T.  II.  11 


162  KSIĘGA   in. ROZDZIAŁ   ICL 

Agricola  młodszy  i  Walenty  Eck  *).  Ale  Konrad  Celtes  upa- 
trywał już  niewątpliwie  w  Janie  z  Głogowa  wroga  swego 
najzaciętszego,  a  w  późniejszych  czasach  uchodził  tenże 
za  synonim  zastoju  i  barbarzyństwa  w  nauce.  Tak  ó  nim 
mówił  Marycki  w  swem  dziele  o  szkołach  (eicienda  bar- 
baries  cum  suis  authoribus  Scoto,  Yersore,  Glogovita), 
w  podobny  sposób  piętnował  go  później  Orzechowski. 

Raimundus  Lullus  biedził  się  kiedyś  nad  środkami, 
którymi  zawiłe  formułki  jego  nauki  wpoidby  się  udało 
najłatwiej  i  utrwalić  w  mózgach  słuchaczy.  Otóż  w  Kra- 
kowie obok  tej  spóźnionej  bujności  scholastyki  zakwitła 
równocześnie  jeszcze  inna  sztuka  właściwa  średnim  wiekom, 
którą  tu  wspomnieć  wypada  t.  j.  sztuka  pamięciowa  czyli 
mnemonika.  Wobec  subtelności  ówczesnej  dyalektyki, 
wobec  niezliczonych  jej  formułek  i  przepisów,  prawdziwie 
było  potrzeba  jakiegoś  wsparcia  i  pomocy  dla  ludzkiej  pa- 
mięci, zwłaszcza  że  druki  rzadkie  i  nieprzystępne  dla 
ogółu  nie  mogły  dostatecznie  rozpowszechniać  wiedzy 
wśród  ludzi.  Nie  był  to  wiek  książkowy;  żądania  stawiane 
pamięci  ludzkiej  były  dlatego  dużo  większe  niż  dzisiaj. 
Mnemonika  więc  zamierzała  przyjść  jej  w  pomoc  i  uła- 
twić zadanie.  Uprawiano  tę  sztukę  powszechnie,  a  mię- 
dzy innemi  z  zamiłowaniem  w  klasztorze  Bernardynów 
krakowskim,  wynajdywano  tu  coraz  nowe  sposoby,  aby 
myśl  ludzką  wzmocnić  i  ukrzepić.  Wspominaliśmy,  że 
w  tym  przebywał  zakonie  Antoni  Radomski,  którego 
uniwersytet  skłonił,  aby  tajniki  swej  sztuki  w  uniwersy- 
tecie wyłożył.  —  Hic  artem  memoratiyam  in  uniyersitate 
Cracoviensi  multiplicavit — powiada  o  nim  historyk  za- 
konu, Jan  z  Komorowa').  Dziełko  jego  z  tego  zakresu 
wyszło  w  Krakowie  w  r.  1504.  Tą  samą  parał  się  nauką 
profesor  uniwersytetu,  a  następnie  Bernardyn  Stanisław 


^)  Por.  Gustaw  Bauch,   Rudolphus   Agricola  Junior,   Bresiau 
189«  str.  7  i  11. 

•)  Mon.  Pol.  hist.  V.  256. 


HUMANIZM  I  uNiwmuiTTirr.  163 

Korzybski.  Wreszcie  odznaczył  się  szczególną  pomysłowo- 
ścią na  tern  polu  cudzoziemiec,  z  daleka  do  Krakowa  przy- 
były, również  członek  zakonu  mniejszego  św.  Franciszka, 
sławny  satyryk  niemiecki  Tomasz  Murner  ze  Strass- 
burga.  Pojawił  się  on  w  Krakowie  w  r.  1499  i  wpisał  się 
między  uczniów  uniwersytetu.  Poprzednio  zwiedził  już 
uniwersytet  fryburgski  i  paryski,  był  już  mistrzem  nauk 
wyzwolonych  i  pisarzem  dosyd  znanym.  Teraz  w  Krakowie 
osięgnął  stopień  bakałarza  św.  teologii.  Po  pewnym  od- 
stępie czasu,  poświęconym  na  dalsze  podróże,  naukę  i  nau- 
czanie, powrócił  on  znowu  do  Krakowa  około  roku  1506 
i  wystąpił  tu  jako  nauczyciel.  Za  przedmiot  obrał  sobie 
logikę  według  słynnego  dzieła  średniowiecznego:  Parva  lo- 
gicalia  Piotra  Hiszpana.  Murner  wziął  je  za  podstawę  wy- 
kładu, chociaż  mu  zarzucał  trzy  braki,  barbarzyński  język, 
tekst  błędny  i  brak  obrazowości,  któraby  mogła  naukę 
oderwaną  ożywić  i  uchronić  od  nudy*).  Już  za  młodu 
przemyśliwał  on  dlatego  nad  mnemoniką;  zwykł  był  ma- 
wiać, że  należy  dostarczyć  scholarom  przyzwoitych  roz- 
rywek, aby  nauki  sobie  nie  obrzydzili.  Ponieważ  gra 
w  karty,  szachy  i  kostki  rozszerzoną  była  między  mło- 
dzieżą, a  wykorzenienie  »tego  potwora«  nie  było  łatwem, 
zamierzył  tedy  Murner  grę  uszlachetnić,  zrobić  z  niej  na- 
rzędzie w  służbie  wyższych  naukowych  celów  i  użył  kart, 
aby  z  ich  pomocą  nauczać  logiki,  prozodyi  i  prawa.  Na 
każdej  karcie  był  obrazek,  który  odpowiadał  obrazkom, 
jakimi  Murner  zaopatrzył  pojedyncze  rozdziały  logiki  Piotra 
Hiszpana;  liczby  na  kartach  przypominały  znów  paragrafy 
owego  podręcznika.  I  tak  wśród  gry  miał  teraz  młodzie- 
niec biorący  jedną  z  kart  w  rękę,  zarazem  wypowiadać 
ustępy  nauki  logicznej,  do  której  się  ona  odnosiła.  Karty 
miały  być  rodzajem  egzaminatorów,  przyjemnych  dla  scho- 
larów i  ułatwiających  im  przykre  mozoły. 

Jest  to  jedno  z  tych  dziwactw  tej  bogatej  w  dziwa- 


ki Schmidt:  Histoire  litteraire  de  V  Alsace  II,  222  i  267. 

11* 


164  KSIĘGA   ra. —  ROZDZIAŁ   m. 

ctwa  epoki,  które  znajdowało  jednak  podziw  i  zastosowa- 
nie. Wyśmiał  je  Rabelais,  którego  bohater  Gargantua,  po- 
chłaniając całą  naukę  średniowieczną,  uczy  się  arytmetyki 
na  grze  w  karty  i  kostki,  aby  ją  połknąć  bez  udręczenia. 
W  kołach  poważnych  uczonych  budziły  jednak  te  sztuki 
Murnera  niechęć  i  podejrzenia.  Już  w  r.  1502  oskarżali 
go  uczeni  strassburscy,  że  dopuścił  się  obrazy  majestatu, 
ucząc  na  kartach  świętych  konstytucyi  cesarskich;  w  Kra- 
kowie podobne  nauczanie  logiki,  królowej  nauk,  także 
wzburzyło  umysły.  Przyszło  nawet  do  śledztwa  i  badania 
sprawy.  Bo  skoro  posłyszano  o  kartach  i  dowiedziano  się, 
iż  ludzie  twardego  pojęcia  i  nieuki  z  pomocą  tej  sztuki 
w  przeciągu  miesiąca  wielkiej  w  logice  biegłości  dali 
dowody,  »padło  na  księdza  Murnera  podejrzenie,  czyli  on 
czasem  zamiast  prawideł  logiki,  magii  nie  uczył;  uczniów 
swoich  związał  on  był  przysięgą,  ażeby  tego  sposobu  nau- 
czania logiki  do  dwóch  lat  nikomu  żyjącemu  nie  odkryIi.« 
Zawezwano  więc  Murnera  przed  sąd  uniwersytecki;  skoro 
on  jednak  przedłożył  i  wyłożył  swą  sztukę,  wprawiło  to 
sędziów  w  taki  podziw  dla  jego  boskiego  geniuszu,  że 
go  uroczyście  przyjęto  do  uniwersytetu  z  płacą  24  złotych 
węgierskich.  Tak  opowiada  wielki  dyalektyk  krakowski 
Jan  z  Głogowa  w  świadectwie,  wystawionem  Mumerowi 
a  uznającem  jego  prawowierność.  Szczęśliwy  wynalazca 
nie  krył  też  dalej  tajemnicy  i  wydał  u  Hallera  w  początku 
r.  1607  swoje  Cartiludium  logicae  seu  logica  poetica  vel 
memorativa. 

Murner  propagował  więc  z  powodzeniem  w  Krako- 
wie sztukę,  którą  jego  bracia  zakonni  w  inny  sposób  ró- 
wnież od  dawna  uprawiali  w  tem  mieście.  Druk,  który  się 
stał  główną  bronią  i  narzędziem  odrodzenia,  usuwał  tym- 
czasem zwycięsko  mnemoniki  średniowieczne  i  spełniał 
po  części  ich  rolę.  Ale  i  pamięci  przestano  stawiać  tak 
wysokie  żądania;  podczas  gdy  średnie  wieki  mniej  dbały 
o  postęp  nauki,  lecz  o  zapanowanie  nad  tem,  co  przeszłość 
przekazała,  teraz  śmielsze  umysły  poczęły  się  zwracać  do 


HUMANIZM   I   UNIWEB6TTET.  165 

napomnianych  lub  nieznanych  dziedzin,  do  których  nie 
pamięć,  lecz  inne  władze  człowieka  mogły  dostarczyć  klu- 
cza i  wstęp  otworzyć.  Nie  Mnemozyna,  lecz  jej  dorodne 
<5Óry,  dziewicze  Muzy  miały  przewodzić  w  dalszym  ruchu 
i  rozwoju. 


Budzenie  się  humanizmu  w  uniwersytecie  w  ostatniej  ćwierci  wieku.. — 
Siła  atrakcyjna  Krakowa  w  tych  czasach.  —  Frekwencya  uniwer- 
sytetu. —  Znakomitsi  uczniowie:  Laurentius  Gorvinus.  —  Przyjazd 
Konrada  Celtesa,  z  którym  się  pojawia  humanizm  wędrowny  i  wo- 
jujący.—  Charakterystyka  przedstawicieli  tego  kierunku,  ich  zasad 
i  zamiarów.  —  Celtes  i  jego  poplecznicy  w  Krakowie.  —  Przeciwnicy.  — 
Stosunek  jego  do  uniwersytetu.  —  Działalność  poza  uniwersytetem.  — 
Sodalitas  Yistulana  i  grono  bliższe  jego  znajomych.  —  Zabawy  ów- 
czesne. —  Romans  Celtesa  krakowski.  —  Wykłady  w  bursie  węgier- 
skiej. —  Jego  odjazd  i  powody  oddalenia  się  z  Krakowa. 


Mówiliśmy,  jak  te  Muzy  powoli  i  w  rozmaitych  od- 
stępach czasu  i  w  rozmaitych  miejscach  starały  się  zdo- 
być Północ  i  wywalczyć  sobie  cześć  i  poszanowanie.  Ale 
aby  osięgnąć  zwycięstwo,  trzeba  było  przełamać  główną 
przeszkodę,  wziąść  główną  twierdzę  średniowiecznego  du- 
cha, a  tą  był  uniwersytet  Jagielloński.  Wspominaliśmy 
o  rozmaitych  objawach  i  drganiach  nowego  ducha  w  ciągu 
wieku;  uniwersytetu  albo  one  wcale  nie  dosięgały,  albo 
były  w  jego  murach  przemijającymi  objawami.  Grzegorz 
z  Sanoka  mimo  swego  wykładu  o  Bukolikach,  trwałego 
iu  wpływu  nie  wywarł,  Zbigniew  Oleśnicki  pomimo  wy- 
kwintnych listów  i  wymiany  myśli  z  Eneaszem  Silyiusem 
szanował  jednak  i  poważał  ustrój  dotychczasowy  naj- 
wyższej szkoły  narodu.  Sporadyczne  śmielsze  zapędy 
nie  mogły  wiele  przemienić;  wybiegały  niekiedy  poza 
ramy  przekazanego  trądy cyą  ustroju,  ale  ram  tych  nie  roz- 
bijały. Przy  fundacyi  kollegium  mniejszego  w  r.  1476  nie 


166  K8IĘOA    m. ROZDZIAŁ   IH. 

znaleźliśmy  żadnych  prawie  śladów  nowego  ruchu  i  po- 
lotu umy6d:ów.  W  r.  1480  za  rektoratu  Jana  z  Oświęcimia 
(Beber*a)  radzono  w  uniwersytecie  nad  usunięciem  nie- 
dostatków na  wydziale  artystów^).  Wyznaczono  wtedy 
komisyę  mającą  się  zastanawiać  »super  reformatione  de- 
fectuum  in  facultate  artiumcc;  weszli  do  niej  sam  rektor 
Jan  Beber  z  Oświęcimia,  Stanisław  z  Brześnicy,  Maciej 
z  Kobylina,  Bernard  z  Nissy  i  inni;  Michał  z  Wielunia, 
słynny  później  pielgrzym  i  pełen  nadziei  uczony,  należał 
także  do  jej  składu.  Ale  nie  słyszymy  o  żadnych  zasadni- 
czych przemianach,  na  które  było  jeszcze  za  wcześnie. 
Unormowano  wybory  dziekana;  zresztą  nie  zdobyto  się 
na  żadną  ważniejszą  reformę. 

Dawne  więc  porządki  na  długo  miały  jeszcze  pozo- 
stać w  uniwersytecie,  a  śmielsze  myśli  i  śmielsi  ludzie  mu- 
sieli dlatego  rewolucyjnie  torować  sobie  drogę,  aby  przy- 
gotować ewolucyę;  wbrew  instytucyi  i  mimo  instytucyi 
trzeba  im  było  kroczyć  naprzód  i  postępować.  Dla  nich 
i  dla  tego  ruchu  wyższe  fakultety  nie  dawały  miejsca  ani 
przystępu;  fakultet  natomiast  artystów,  który  byt  progiem 
uniwersytetu,  przez  który  młode  siły  wstępowały  w  ka- 
ryerę,  wielkim  przedsionkiem  wyższych  nauk,  w  którym 
obok  stanowisk  określonych  znajdowało  się  pomieszcze- 
nie dla  ludzi  spodziewających  się  stanowiska,  lub  wielce 
w  rzeczy  czy  wiele  w  słowach  obiecujących,  był  tą 
areną  dla  młodzieży  i  młodych  kierunków,  gdzie  się  mu- 
siały począć  i  rozegrać  walki  między  dawnym  i  starym 
światem,  gdzie  humanizm  krzewić  się  zaczął  i  rozwinął 
skrzydła  do  lotu. 

Ustrój  uniwersytetu  uważał  ten  wydział  za  przygo- 
towanie do  wyższych  nauk;  dyalektyka  tu  uprawiana 
i  ćwiczenia  na  Arystotelesie  miały  uzbroić  myśl  ludzką 
i  zaprawić  do  dalszych  postępów.  Tutaj  uczono  także 
gramatyki  i  czytano  nawet  w  średnich  wiekach  pewnych 


Gonclus.  uniY.  (1480). 


HUMANIZM    I   UNIWERSYTET.  167 

autorów.  Należało  tylko  w  te  nauki  tchnąć  nowego  du- 
cha, otworzyć  własne  oczy  i  drugich  na  piękność  ję- 
zyka i  pisarzy,  a  nawet  w  obrębie  panującego  porządku 
można  było  rzucić  niejedno  zarzewie  ożywcze;  przecież 
wykłady  Grzegorza  z  Sanoka  o  Bukolikach  poruszyły 
niegdyś  umysły. 

A  przy  tem  pozostawały  inne  jeszcze  pola  działania. 
Młody  magister  mógł  poza  wykładami  w  uniwersytecie, 
którego  ustrój  krępował  go  często  co  do  wyboru  przed- 
miotu i  co  do  sposobu  wykładu,  tysiącznymi  sposobami 
działać  na  uczniów,  skupiać  ich  wokoło  siebie,  czy  to  we 
własnem  mieszkaniu,  czy  to  w  bursie,  przygotowywać  ich 
do  egzaminów,  a  przy  tem  wykwiczać  poza  granice  tra- 
dycyjnej i  wymaganej  wiedzy,  zbaczać  z  wytkniętej  drogi 
na  szlaki,  które  wiodły  w  przyszłości  i  postępu  podwoje. 
Pierwsze  takie  drgnienie  humanizmu  znajdujemy  wśród 
północnych  uniwersytetów  może  w  Heidelbergu;  w  roku 
1456  wystąpił  tutaj  Piotr  Luder  z  nowemi  hasłami  i  świa- 
domością nowych  zamiarów  i  walki;  działanie  jego  przy- 
pada na  czasy,  w  których  w  Krakowie  młody  mistrz  Grzy- 
mała rozwijał  pokrewną,  choć  mniej  śmiałą  działalność. 
Bo  Piotr  Luder  wypisał  otwarcie  na  swoim  sztandarze, 
że  misyą  jego  jest  przywrócić  zdziczałej  łacinie  piękność 
utraconą,  że  studia  politiora,  czyli  czytanie  poetów  i  ora- 
torów starożytnych  jedynym  do  tego  jest  środkiem  ^).  Jest 
to  objaw  przedwczesny,  nad  którym  zwycięskie  fale  śre- 
dniowiecza zamknęły  się  niebawem,  pochłaniając  staroży- 
tną Anadyomene  w  swych  nurtach.  W  Wiedniu  podo- 
bne drgnienia  humanizmu  łączą  się  z  nazwiskami  ma- 
tematyków i  astronomów.  Georg  Peuerbach  wykładał 
tu  w  latach  1454  i  1460  o  Wergiliusza  Eneidzie,  w  roku 
1456    objaśniał    satyry    Juvenalisa,   krótko  potem  pieśni 


*)  Paulsen,  Geschichte  des  gelehrten  Unterrichts  (2)  75. 


168  KSIĘOA    m.  ROZDZIAŁ   III. 

Horacyusza.  Jego  uczeń  Jan  Regiomontanus  wziął  w  r. 
1461  Bukoliki  Wergiliusza ')  za  przedmiot  wykładu. 

Były  to  zapowiedzi,  omylne  prawie  świty  dnia,  który 
dopiero  w  końcu  stulecia  pełniejszem  zajaśnieć  miał  świa- 
tłem. U  schyłku  bowiem  stulecia,  w  ostatnich  dwóch  jego 
dziesiątkach,  ruch  humanistyczny  zaznaczy)  się  silniej, 
a  obok  Wiednia  wyróżnił  się  wtedy  Kraków  na  całej  Pół- 
nocy szczególnie  bujnem  życiem  i  przyspieszonem  tętnem 
nowych  prądów. 

W  Krakowie  w  koUegium  mniejszem  koUegiat  Now- 
kona  uprawiał  retorykę  według  Cycerona  i  Kwintyliana, 
koUegiat  Mężykowej  objaśniał  autorów  starożytnych;  na 
dwóch  innych  magistrów  z  fundacyi  Mikołaja  z  Brześnicy 
i  Zaborowskiego  ciężył  obowiązek  uczenia  gramatyki  Tak 
było  już  w  piętnastym  wieku.  Przy  końcu  piętnastego 
wieku  zajmował  koUegiaturę  in  poesi  Stani6d:aw  Biel  z  No- 
wego Miasta  pod  Przemyślem,  który  z  niej  jednak  w  r. 
1489  zrezygnował  na  korzyść  Jakóba  z  Gostynina.  Jakób 
znów  ustąpił  wtedy  z  zajmowanej  przez  siebie  koUegia- 
tury  in  oratoria  na  korzyść  Pawła  z  Zakliczewa  *).  Od 
roku,  w  którym  się  zaczyna  Liber  diligentiarum  fakultetu 
artystycznego,  t  j.  od  roku  1487,  spotykamy  też  dosyć 
często  wykłady  z  zakresu  autorów  klasycznych.  Biel  obja- 
śnia w  roku  1487  Bukoliki,  w  latach  1488  i  1489  Eneidę 
i  Metamorfozy,  Jakób  z  Gostynina  w  r.  1488  Statius^a  i  ody 
Horacyusza,  w  r.  1489  Bukoliki.  Autorów  tych  wykładano 
niewątpliwie  przez  cały  wiek  piętnasty,  ale  nie  były  to 
lekcye  obowiązkowe  dla  uczniów,  a  od  mistrza  zależało, 
czy  tchnął  w  swój  wykład  świeży  interes  i  uwydatnił 
piękności  starego  pisarza,  czy  też  idąc  starą  metodą  szukał 
w  nim  allegoryi,  i  znajdował  podkład  dla  swoich  schola- 
stycznych  wywodów.  Prócz  tego  błyskają  przelotnie  w  spi- 
sach  wykładów   z  tych   lat   inne    lekcye    klasyczne;    Sta- 


*)  Aschbach,  Geschiohte  der  Wiener  Universitftt,  353. 
^  Acta  Rect.  n.  1381  —  2. 


HUMANIZM    I    UNIWBRSYTRT.  169 

nislaw  Selig  z  Krakowa,  o  którym  później  mówić  będziemy, 
medyk  i  astronom,  wykłada  w  latach  1488  — 1492  rozma- 
itych autorów,  nawet  rzadszych,  Juyenalisa,  Lukanusa, 
komedye  Terencyusza,  a  dalej  bardziej  znanych  Owidyu- 
sza,  Wergiliusza  i  Waleryusza  Maximu8.  Czasem  pojawi 
się  wśród  nauczycieli  na  chwilę  nazwisko  później  dosyć 
głośne  w  historyi;  Jan  Turzo  z  Krakowa  zostaje  magi- 
strem w  r.  1487,  a  w  następnym  jako  extraneus  wydziału 
artystycznego  objaśnia  Owidyusza.  Późniejszy  rektor  uni- 
wersytetu z  r.  1498  i  biskup  wrocławski,  wielki  mecenas 
humanizmu,  w  progu  swej  świetnej  karyery  odezwał  się 
z  katedry  uniwersytetu  krakowskiego,  spłacając  dług  za 
wykształcenie,  które  w  nim  kiedyś  odebrał. 

Według  uczniów,  których  Kraków  wtedy  wydawał, 
możemy  sądzić  o  poziomie  ówczesnej  nauki  w  uniwersy- 
tecie i  według  siły  atrakcyjnej,  którą  szkoła  Jagielloń- 
ska w  kraju  i  zagranicą  wywierała.  W  ostatnich  dwóch 
dziesiątkach  wieku  siła  ta  wzrosła  niepomiernie;  przycią- 
gały tutaj  czasem  stara  dyalektyka,  częściej  studia  poli- 
tiora,  a  obok  tego,  jak  później  zobaczymy,  astronomia. 
Większe  frekwencye  zaczynają  się  w  uniwersytecie  około 
roku  1470  i  z  pewnemi  oscyllacyami  trwają  stale  aż  do 
końca  wieku,  po  kilku  gorszych  latach  od  r.  1483  napływ 
się  wzmaga,  po  roku  1494  znowu  na  pewien  czas  się  zniża, 
ostatnie  wreszcie  lata  stulecia,  a  mianowicie  rok  1499 
i  1500  wykazują  wielkie  liczby  scholarów  ^).  W  ostatnim 
lat  dziesiątku  przeciętnie  300  scholarów  zapisywało  się 
co  roku  w  poczet  uczniów  uniwersytetu.  Pochodzili  oni 
z  polskich  krajów,  prócz  tego  Śląsk  i  Węgry  przysyłały 
znaczne  ich  poczty,  a  obok  tego  błyskały  co  chwila  na- 
zwiska z  odległych,  zachodnich  części  Niemiec  i  ze  Szwaj- 
caryi.  Z  Krakowa  wynieśli  wówczas  swe  wykształcenie 
niektórzy  ludzie,  którzy  następnie  za  granicą  Polski  w  dzie- 


*)  1498  jest  zapisanych  uczniów  340,  1499:  441,  1600:  506. 


170  KSIłjGA    III.  ROZDZIAŁ   III. 

jach  odrodzenia  wielką  odegrali  rolę.  Zatrzymamy  się  przy 
wpisie  roku  1484 

W  letniem  półroczu  tegoż  roku  zapisuje  się  do  ma- 
trykuły  scholarów  krakowskich,  Laurentius  Bartholo- 
mei  de  Novo  foro,  to  jest  Laurentius  Rabę  albo  Cor- 
vinus  z  Neumarkt  pod  Wrocławiem;  z  nim  razem  zo- 
staje scholarem  krakowskim  inny  Ślązak  Zygmunt  z  Wro- 
cławia, zwany  wśród  humanistów  Fusilius.  Życie  miało 
ich  odtąd  związać  na  dłuższy  czasu  przeciąg.  W  r.  1486 
zostaje  Corvinus  wraz  ze  swym  towarzyszem  śląskim  ba- 
kałarzem; obok  nich  osięga  w  tym  samym  czasie  najniż- 
szy stopień  artystów  Augustinus  de  Olomuncz,  przyjaciel 
Celtesa,  sekretarz  Władysława  II-go,  króla  czeskiego,  który 
później  znacznie  się  przyczynił  do  rozszerzenia  humani- 
zmu na  Morawach  *).  W  zimie  r.  1488/89  dostąpił  Corvi- 
nus,  znowu  wraz  z  Fusilius'em,  stopnia  magistra.  Jako  ex- 
traneus  zaczyna  on  niebawem  tu  nauczać  i  pozostaje 
w  Krakowie  do  roku  1494  *).  Prócz  Wergiliusza  Bukolik, 
które  objaśniał  w  r.  1490,  wykłada  on  tu  zupełnie  średnio- 
wieczne przedmioty,  Arystotelesowską  filozofię,  logikę  Pio- 
tra Hiszpana,  Boecyusza.  Sed  aliud  saepius  exercitavit  (co 
innego  częściej  nauczał),  brzmi  jednak  dopisek  przy  ozna- 
czeniu jego  wykładu  De  anima  z  r.  1493.  Chociaż  więc 
pod  wpływem  tradycyi  i  otoczenia  mistrzów  scholasty- 
cznych  zapowiadał  wykłady,  tradycyą  uświęcone,  wyła- 
mywał on  się  przecie  niekiedy  z  tej  kolei  i  więzów  i  mimo 
zapowiedzi  przerabiał  ze  scholarami  przedmioty,  które  wię- 
cej odpowiadały  zobopólnemu  upodobaniu.  Jego  działal- 
ność literacka  objawia  nam  te  skłonności.  Już  w  Krakowie 
napisał  swą  Cosmographia  dla  studentów,  obejmującą  geo- 
grafię fizyczno-matematyczną  i  praktyczną  czyli  opisow^ą  '). 
W  Krakowie  także   powstała  jego    Carminum    structura, 

')  Por.  o  nim  Wotke:  Aug.  Olomucensis  w  Zeitschrift  des  Ver- 
eins  fiir  die  Geschichte  Mfthrens  1898,  I. 
•)  Acta  Rectoralia  1666  —  1667. 
•)  Por.  Bauch,  Zeitschrift  fur  die  Geschichte  Schlesiens  17, 287. 


HUMANIZM   I   UNIWERSYTET.  171 

podręcznik  sztuki  wierszowania,  przeplatany  utworami 
Corvinus'a;  księga  ta,  wydana  dopiero  w  r.  1496,  poświę- 
coną jest  scholarom  krakowskim,  podobnie  jak  Hortulua 
elegantiarum,  wydany  w  roku  1502,  zwraca  się  do  tychże 
scholarów.  Na  przeciwstawianiu  złej  i  dobrej  łaciny  chce 
tutaj  autor  zachęcić  młodzież  do  uprawy  cycerońskiego 
stylu  i  studyum.  Corvinus  opuścił  wprawdzie  w  r.  1494 
Kraków,  aby  pójść  do  Świdnicy,  a  następnie  do  Wrocła- 
li^ia,  gdzie  jako  nauczyciel  i  notaryusz  miejski  rzucił  sta- 
nowcze posiewy  humanizmu.  Ale  myśl  jego  zwracała  się 
ciągle  do  krakowskiej  akademii,  do  której  przemawia: 

Alma  meam  rude pectas  mater  alebas, 

do  miasta  Krakowa,  które  wy6d:awia  w  safickiej  odzie  za  to,  że 

hic  sibi  palchmm  Joye  nata  sedem 

Pallas  elegii 
ale  i  za  to,  że 

Edacat  pulchras  Venas  hic  puellas 

Łi  Jovis  snmmi  ihalamos  itnras 

Poma  quae  solae  teneant  Atlantis 

Aorea  dignae. 

Corvinus,  który  w  połowie  życia  opuścił  Kraków,  tęsknił 
więc  zawsze  mimo  odmiennych  zajęć,  mimo  rozterki  re- 
ligijnej, w  której  jako  apostoł  reformacyi  we  Wrocławiu 
wielką  odegrał  rolę,  do  swej  macierzy  duchowej. 

Ale  Corvinus,  dusza  pokojowa,  nie  był  człowiekiem 
po  temu,  aby  całemu  dawnemu  ustrojowi  uniwersytetu 
otwarcie  rzucić  rękawicę,  aby  wprowadzić  niepokój  i  ruch 
w  umysły  tamtejszych  magistrów.  Tego  dokonał  inny  czło- 
wiek, który  i  na  Korwinie  wywarł  wpływ  stanowczy,  nie- 
miecki humanista  Konrad  Celtes.  Zjechał  on  w  tych 
czasach  do  Krakowa,  dokąd  go  ściągnęła  sława  uniwer- 
sytetu i  rozgłos  uprawianych  w  nim  nauk.  Nęciła  go  za- 
pewne osoba  Kallimacha,  który  światło  Południa  rozniecał 
na  Północy,  pędziła  nigdy  nieznużona  żądza,  aby  obce 
kraje  i  obcych  ludzi  poznawać  i  badać.  Dwaj  wielcy  hu- 
maniści  tych    czasów   mieli   się    spotkać  na  krakowskim 


j 


172  KSIĘOA    III. ROZDZIAŁ    III. 

gruncie;  jeden,  Wioch,  miał  szersze  widnokręgi  i  głębszą 
kulturę,  lecz  mniej  przedsiębiorczości  i  zmysłu  propagandy 
od  niemieckiego  przybysza.  Jeżeli  tamten  sterował  poli- 
tyką, to  ten  chciał  objąć  ster  myśli  i  w  Krakowie  wytwo- 
rzyć potężne  ognisko  dla  nowego  i  zarazem  niemieckiego 
<iucha. 

Humanizm  wojujący  i  wędrujący  przedstawił  się  uni- 
wersytetowi  krakowskiemu  w  osobie  Celtesa. 

Przedewszystkiem  zapytać  się  nam  trzeba,  cóż  hu- 
manizm tego  zakroju  i  pokroju  głosił  i  przynosił,  czego 
on  żądał  od  starego  średniowiecznego  uniwersytetu.  Młody 
humanista,  któremu  nowe  światło  Południa  i  starożytno- 
ści rozgrzało  i  zajęło  duszę,  wchodził  w  mury  średnio- 
wieczne z  nowem  hasłem,  na  sztandarze  swym  wypisa- 
nem,  które  nie  rozbrzmiewało  tu  dotychczas,  wchodził  tu 
ze  znakiem  piękności,  aby  pod  tym  znakiem  walczyć. 
W  dziedziny  starożytności  wkraczało  tylko  z  rzadka  śre- 
<łniowieczne  nauczanie;  teraz  ta  dziedzina  wyłaniała  się 
z  pomroku,  a  coraz  nowi  pisarze  z  pyłów  wygrzebani  przy- 
rzucali jej  blasku  i  ponęty.  Łacina  w  uniwersytecie  śre- 
dniowiecznym była  językiem  wyłącznym  i  panującym,  ale 
był  to  język  skażony,  barbarzyński;  teraz  na  wzorach  kla- 
sycznych chciano  ją  odrodzić,  wyszlachetnić.  Jeżeli  dotych- 
czas uczono  języka  na  Alexandrze  i  modi  significandi  Sco- 
tus'a  i  innych,  to  teraz  pisano  i  zachwalano  nowe  pod- 
ręczniki, które  filozoficznych  modystów,  wpajających  w  umy- 
sły barbarzyński  sposób  wysławiania  się,  miały  wyprzeć 
i  usunąć.  Sarkano  na  wyłączną  przewagę  i  powagę  Arys- 
totelesa; natrząsano  się  z  nieudolnych  i  złych  przekładów, 
w  których  czytano  jego  dzieła.  Miłość  Platona  zaczęła  kieł- 
kować w  duszach  i  porywać  umysły.  Kiedy  dotychczas 
myśl  ludzka  nurzała  się  w  dyalektyce,  robiła  tą  bronią 
aż  do  znużenia  ludzi  i  wyjałowienia  treści,  młodzi  szer- 
mierze nowych  prądów  zrywali  z  tą  »sofistyką.«  A  na 
polu  językowem  nie  zamyślali  poprzestać  na  samych  ćwi- 
czeniach gramatycznych,  lecz  sięgnąć  poza  środek  do  celu, 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  17^ 

do  starożytnych  autorów.  Wobec  starych  ludzi,  zwanych 
pogardliwie  sofistami,  stanęli  ludzie,  którzy  się  zwali  poe- 
tami  dlatego,  że  się  zajmowali  poetami  i  oratorami  sta- 
rożytności i  wielkie  wzory  klasyczne  odtwarzać  postano- 
wili w  wiązanej  i  niewiązanej  mowie.  Wobec  cechu  uczo- 
nych, związanego  tradycyą  i  ujętego  w  pewne,  stałe  po- 
rządki przekazane  przez  przeszłość,  wystąpili  ci  ))poeci«y 
prawdziwi  luzacy  w  życiu  i  walce,  aby  rozluźnić  i  prze- 
łamać skostniały  ustrój  dotychczasowego  uniwersytetu. 

Przychodził  taki  poeta  czasem  bez  stopnia  akademi- 
ckiego, który  sobie  lekceważył,  i  chciał  mimo  tego  dojść 
do  głosu  z  katedry,  w  przeświadczeniu  o  swojej  wyższo- 
ści, które  jednego  poetę  stawiało  nad  dziesięciu  zestarza- 
łych »sofistów«^);  potem  smagał  on  w  wykładach  swoich 
tych  viri  obscuri,  rozpanoszonych  w  średniowiecznej  szkole. 
Czasem  znów  pozyskał  wprawdzie  stopień  akademicki- 
lecz  nie  dbał  o  uświęcone  zwyczajem  porządki,  urządza^ 
lekcye  po  bursach  lub  kollegiach  w  godzinach,  przezna- 
czonych na  przedmioty,  do  egzaminów  potrzebne;  obo- 
wiązki zresztą  swoje  wykonywał  dowolnie  i  bez  żadnego 
ciągu,  zapowiadał  nieraz  co  innego,  a  co  innego  wykła- 
dał, opuszczał  lekcye,  wprowadzał  zamęt  do  ładu,  który 
uważał  za  duszną  i  bezduszną  spuściznę  przeszłości.  Nie- 
jeden ze  starszych  mistrzów  zapewne  nie  wiedział,  czy 
to  apostołowie  nowego  porządku,  czy  misyonarze  nieładu.. 
Przychodziło  też  do  starć  i  konfliktów  poważnych.  Młody 
przybysz  potrzebował  lektoryum,  w  któremby  mógł  wy- 
głaszać swoje  nauki.  Cuspinianus,  humanista  wiedeński, 
prosił  tak  w  r.  1494  fakultet,  ))ut  assignaretur  sibi  lecto- 
rium,  quia  vellet  in  poesi  aliąua  pulchra  legere«  *).  Jeżeli 


^)  Unus  poeta  valet  decem  magistros  —  mówU  Aesticampianus 
w  Lipsku  według  Epistolae  obscur.  virorum  vol.  I,  Nr.  17.  (Paulsen^ 
Geschichte  des  gelehrten  Unterrichts  I,  95). 

*)  Aschhach,  Geschichte  der  Wieoer  Univ.  II,  51. 


174  KSI^A    m. ROZDZIAŁ    HI. 

mu  salę  przyznano,  to  mogła  znów  powstać  niezgoda  co 
do  godziny  i  wyboru  przedmiotu,  następnie  co  do  sposobu 
jego  traktowania.  Mfodycb  nauczycieli  raziło  jeszcze  i  to, 
że  wykłady  icb  nie  byty  obowiązkowe,  że  czytanie  i  zna- 
jomość autorów  nie  należały  do  oficyalnego  kursu,  nie- 
zbędnego dla  stopni  akademickich.  Dlatego  też  żądania 
ich  szły  w  tym  kierunku,  a  z  biegiem  czasu  były  coraz 
natrętniejszemi.  Mamy  dość  liczne  odgłosy  tych  walk  mię- 
dzy dwoma  obozamL  W  r.  1510  humanista  czeski  Wacław 
Pisecky  wystąpił  gwałtownie  przeciw  starszyźnie  pras- 
kiego uniwersytetu,  nktóra  poetów  potępia,  woli  Alexan- 
dra  Oallusacc,  nie  chce  słyszeć  o  Wergiliuszu  ani  o  Ho- 
merze, twierdzi,  że  » poeci  uczą  miłostek,  przerywają  stu- 
dya.«  Pisecky  dodaje,  że  studyuje  z  zapałem  starych  au- 
torów, mało  się  troszcząc  o  statuta  uniwersytetu...  statutis 
interim  yestris  longum  Yale  dicens^).  W  r.  1525  zwrócił 
się  uniwersytet  koloński  do  rady  miejskiej  ze  skargą  na 
nadużycia  i  nieporządki  humanistów.  »Item  ist  auch  mer- 
cklich  zum  Schaden  und  zu  Yerstorung  dieser  Idflicher 
Uniyersitet  gefallen,  dat  man  in  SchoUen  und  anderen 
Platzen  zogelassen  hat  Usswendige  und  auch  Heimische 
ihre  Lezzen  (lectiones)  zo  thon  ob  die  Uhren  und  Stun- 
den,  die  den  wahrhaftigen  Meister  und  Ordinarien  beh5- 
ren  und  denselbigen  Ordinarien  und  Meisteren  ihre  Lezzen 
behindern,  ihre  Discipulen  abzuziehen,  zo  sich  rufen...«; 
skarży  się  dalej  uniwersytet,  że  ci  młodzi  nauczyciele  lek- 
•ceważą  statuta,  wpajają  pogardę  dla  promocyi,  że  wsku- 
tek tego  dochody  z  promocyi  i  korzyści  z  uczt  doktorskich 
(Doctor-essen)  zanikają*).  Takie  nieporządki  mogły  często 
słusznie  starszyznę  niepokoić.  Gorzej  było,  kiedy  do  nich 
przyszło  jeszcze  bezładne  życie  nauczyciela,  jeżeli  ten,  kto 
o  miłostkach  czytał,  fabulae  peccare  docentes  demonstro- 


^)  Truohla^  Humanismus  a  humanistó  v  Ćeohaoh,  Praga  1894 
fltr.  140. 

*)  Bianco,  Die  alte  Universit^t  K5ln,  Anlagen  str.  319. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  175 

wgJ  na  własnem  życiu  i  przynosił  zgorszenie.  I  ten  wzgląd 
takie  w  wielu  przypadkach  budził  nieufność  przeciw  no- 
wym drogom  czy  bezdrożom,  stopniował  obawę  przed 
tymi  nabytkami.  Kończył  się  konflikt  niekiedy  tem,  że 
władze  uniwersytetu  wypędzały  przybysza-humanistę  ze 
szkoły  i  miasta,  a  on  z  aureolą  męczeństwa  wędrowgJ 
gdzieindziej,  aby  szukać  miejsca  dla  siebie,  zbytu  dla  swo- 
jej nauki. 

Do  Krakowa  przybył  tedy  w  końcu  stulecia  najcel- 
niejszy  z  tych  wędrujących  humanistów  i  ))poetów«  ów- 
czesnych Niemiec.  Konrad  Celtis,  albo  Pickel  lub  Cel- 
tes,  urodzony  w  roku  1459,  przepędził  całą  swoją  młodość 
a  i  późniejsze  prawie  całe  życie  na  wędrowaniu.  W  roku 
1477  zaczął  on  swe  studya  w  uniwersytecie  kolońskim 
następnie  po  scholastyce  kolońskiej  zakosztował  humani- 
zmu w  Heidelbergu  w  roku  1484,  potem  zwiedził  Erfurt, 
Rostock  i  Lipsk  w  latach  1485/6,  aby  się  kształcić  i  wy- 
kładami zyskiwać  adeptów  dla  siebie,  tudzież  dla  oratorów 
i  poetów.  W  r.  1486  jeździł  po  Włoszech,  pozns^  się  tam 
z  najznakomitszymi  ludźmi  odrodzenia,  z  Pomponiuszem 
Laetus'em  w  Rzymie,  z  Marsiliuszem  Ficinus'em  w  Flo- 
rencyi,  był  w  Bolonii,  Ferrarze,  Weneoyi.  Kiedy  stamtąd 
powrócił  do  Norymbergi,  sława  jego  jako  Platonika  i  poety 
była  już  rozgłośną;  nastąpiło  uroczyste  uwieńczenie  przez 
cesarza  Fryderyka  III-go  *).  Teraz  powziął  on  zamiar  uda- 
nia się  na  Wschód.  Ponieważ  nie  przeszedł  systematy- 
cznego kursu  uniwersyteckiego,  ponieważ  odczuwał  braki 
w  znajomości  świata  i  przyrody,  przypuszczają  niektó- 
rzy, że  astronomia  i  matematyka  nęciły  go  do  Krakowa. 
Raczej  jednak  mniemaćby  można,  że  nie  poszczególne 
jakieś  interesa,  lecz  wielki  Krakowa  rozgłos  do  podróży 
go  pobudził,  a  stosunki  Norymbergi  z  polską  metropolą 
podsycały  jego  ciekawość.  Napływ  studentów  z  tamtych 


*)  Por.  Aschbach:  Die  friiheren  Wanderjahre  des  Conrad  Cel- 
tes  (Wien,  Sitzungsberichte  der  Akad.  LX  str.  82  —  95). 


176  KSIĘGA    m. ROZDZIAŁ   lU. 

tych  okolic  był  w  ostatnich  latach  piętnastego  wieku  w  Kra- 
kowie znacznym  *).  W  lecie  r.  1489  zapisał  się  więc  i  Con- 
radus  Protacius  Johannis  de  Herbipoli  w  poczet  krakow- 
skich scholarów. 

Zastał  on  w  Krakowie  Kallimacha;  wielkiemu  hu- 
maniście włoskiemu  mógł  udzielić  wiadomości  o  dawnych 
jego  znajomych,  o  Pomponiuszu  Laetusie,  którego  widział 
i  słuchał  w  Rzymie,  o  akademii  Platońskiej,  cieszącej  się 
teraz  łaską  papieską;  mógł  mu  opowiedzieć  o  Ficinusie^ 
o  historyku  Sabellikusie,  którego  poznał  w  Wenecyi.  Wra- 
żenia i  wspomnienia  Południa  polecały  Celtesa  łasce  po- 
tężnego królewskiego  doradcy.  Stosunek  też  musiał  być 
przyjazny,  skoro  Celtes  sławił  Kallimacha  pośmiertnym 
hołdem.  Na  uniwersytecie  znalazł  on  wśród  młodszych 
mianowicie  ludzi,  którzy  teraz  wstępowali  na  katedrę 
podziw  i  serdeczne  przyjęcie.  Corvinus  Wawrzyniec  łowił 
jego  słowa  z  ciekawością  i  uległ  wpływom,  które  się 
na  całej  późniejszej  jego  działalności  odbiły.  Zygmunt 
Gossinger  uczył  tu  w  roku  1490,  potem  poszedł  do  Włoch, 
gdzie  jest  w  r.  1492.  Jako  kanonik  wrocławski  wytworzył 
on  następnie  w  swym  domu  przystań  kultury,  w  której 
wykształceni  coepulones  i  compransores  roztrząsali  pro- 
blemy literackie  i  filozoficzne*).  Starszym  już  nieco  nau- 
czycielem, mistrzem  królewskim  w  r.  1487  był  Stani- 
sław Selig  z  Krakowa.  Wykładał  on  tu  filozofię  Ary- 
stotelesa, prócz  tego  miewał  astronomiczne  wykłady,  stu- 
dyując  zarazem  medycynę,  której  bakałarzem  został  w  r. 
1481.  W  r.  1488  występuje  on  już  jako  licencyat  medy- 
cyny i  ten  tytuł  przyrósł  prawie  następnie  do  jego  na- 
zwiska. Był  to  zawołany  humanista;  chętnie  też  w  swych 
lekcyach  mówił  o  autorach  starożytnych,  w  r.  1488  obja- 
śniał satyry  Juvenalisa  i  Georgiki,  w  latach  1489  i  1490 
komedye   Terencyusza,   w    r.  1490  Lukana,  w  następnym 


^)  Por.  Zeissberg,  das  £llteste  Matrikelbuch  der  Univ.  Krakau  7Ł 
*)  Por.  Bauch,  Zeitschrift  fiir  die  Gesch.  Schlesiens  17,  256. 


HUMANIZM   I    IJNrWBRSYTKT.  177 

Fasti  Owidyusza,  wreszcie  w  r.  1492  Bukoliki  i  Waleryu- 
8za  Maximusa.  Mało  który  z  ówczesnych  mistrzów  tak  czę- 
sto wkraczał  w  tę  dziedzinę.  Pokrewne  upodobania  zbli- 
żyły go  do  Celtesa,  a  stosunek  ten  przetrwał  na  długo 
odjazd  wielkiego  humanisty  z  Krakowa^).  Występuje  tu- 
taj to  połączenie  medycyny  z  artes  politiores,  którego  ty- 
pem był  inny  medyk  krakowski,  a  również  przyjaciel 
Celtesa  Jan  Ursinus.  On  to  w  r.  1486  objaśniał  w  uni- 
wersytecie krakowskim  Katylinę  Sallustiusa,  a  w  mowie 
wstępnej  de  laudibus  eloquentiae  sławił  krakowskich  mi- 
strzów, że  pozwalają  »aequo  animo  humanitatis  studia 
legere.« 

Ze  starszych  dalej  nauczycieli  okazał  pełną  dla  Cel- 
tesa życzliwość  sławny  astronom  Wojciech  Brudzę w- 
8  k  i ,  który  w  latach  1487  —  9  wykładał  astronomię  i  aryt- 
metykę, prócz  tego  Arystotelesowskie  miewał  wykłady, 
a  w  roku  1490  zostawszy  bakałarzem  teologii  do  schola- 
styki prawie  stanowczo  się  zwrócił  *).  Brudzewski  zajął 
się  gorliwie  wykształceniem  Celtesa,  nazywał  go  w  listach 
»synema,  a  sławny  humanista  niemiecki  odpłacał  mu  za 
to  hołdami  wdzięczności  w  wiązanej  wyrażonymi  mowie. 

Nie  wszyscy  jednak  wśród  starszych  nauczycieli  pa- 
trzyli życzliwie  na  obcego  przybysza.  Człowiek,  który 
w  Krakowie  szerzył  humanizm  umiarkowany,  Jan  z  Oświę- 
cimia Sacranus,  zapewne  nie  ufał  zbytecznie  korzyściom 
z  nowego  apostoła  i  nowej  propagandy;  główny  dyalektyk 
uniwersytetu,  Jan  z  Głogowa,  który  także  przestrzegał 
przed  skrajnościami  nowoczesnemi  i  kruszył  kopię  za  Ale- 
xandrem  Gallus  i  jego  gramatyką,  a  w   sądzie  o  poetach 


*)  Por.  Codex  listów  do  Celtesa  w  bibl.  cesarskiej  Wied.  3448: 
str.  4  i  str.  86. 

*)  Pod  r.  1490  hiem.  czytamy  w  Liber  diligentiarum  wątpliwą 
zapiskę:  Albertus  de  Brudzewo  Titum  Liviam  exercitavit,  wątpliwą, 
bo  Brudzewski  nie  objaśniał  autorów.  Gzyby  to  było  się  stało  pod 
wpływem  Celtesa? 


Hift.  Uniw.  T.  n. 


12 


178  KSIĘGA    III.  ROZDZIAŁ    III. 

Zgadzał  się  zapewne  z  umiarkowanym  Wimphelingem  *), 
przyjmował  również  z  pewnem  niedowierzaniem  szer- 
mierza nowych  kierunków. 

Celtes  zapisał  się  do  uniwersytetu  na  wiosnę  roku 
1489,  przybył  tu  jednak  nieco  wcześniej,  może  w  pier- 
wszej połowie  r.  1488  ^).  Szujski  wyraził  raz  przypuszcze- 
nie, że  łiumanista  niemiecki  zjawił  się  w  Krakowie  »jako 
sprowadzony  przez  Kallimacha  i  króla  reformator  akade- 
mii«  ^).  Nie  bardzo  wydaje  się  to  prawdopodobnem.  By- 
łoby to  na  Północy  objawem  przedwczesnym,  a  chociaż 
KaUimach  mógł  się  na  to  porwać,  to  Celtes,  stojący  poza 
cechem  uniwersyteckim,  nie  zupełnie  byłby  stosownym  na 
takiego  reformatora,  a  w  swojem  działaniu  wielkie  byłby 
napotkał  w  każdym  razie  trudności.  Kallimach,  jak  wspo- 
mniałem, wchodził  w  grę  zapewne  przy  wyprawie  kra- 
kowskiej Celtesa,  o  ile  tenże  chciał  złożyć  hołd  wielkiemu 
wygnańcowi  Południa.  Podobna  ciekawość  zawiodła  tu 
przecież  innego  człowieka,  który  się  zwie  Marcus  Rusti- 
nimicus;  słyszał  on  tyle  o  Kallimachu,  że  chciał  go  oglą- 
dać i  usłyszeć*).  W  Celtesa  pochwałach  na  Kallimacha 
znać  wprawdzie  gorący  podziw,  ale  niema  cienia  alluzyi 
do  tego,  żeby  Celtes  jemu  zawdzięczał  powołanie  na 
Wschód.  A  Kallimach  z  drugiej  strony  świadom  swojej 
wyższości  spoglądał  zapewne  z  wysoka  na  muzę  Celtesa, 
tak  że  aż  wielki  tegoż  wielbiciel  Rhagius  Sommerfeld 
musiał  przed  Włochem  bronić  doskonałości  tych  poezyi  ^). 

Przybywszy  jednak  do  Krakowa,  postanowił  on  w  uni- 
wersytecie wystąpić.  Najprostsza  droga  do  tego  była  wy- 


*)  Schmidt,  Histoire  litter.  de  1'  Alsace  II,  216. 

*)  Aschbach,  Die  friiheren  Wanderjahre  des  Celtes  99. 

•)  Opowiadania  i  roztrząsania  T.  IV,  24-. 

*)  Cod.   Wied.   listów  do  Celtesa  w  bibl.  ces.  SMS  —  p.  109,  b. 

^)  Ibid.  86a  pisze  on  do  Celtesa:  Carmen  tuum  vere  latinae 
linguae  et  doctissimorum  veterum  redolet  venam,  quod  ad  summam 

quoque  contentionem  coram  nostro  Callimacho defendere  saepe 

etiam  ad  illius  indignationem  contcndi. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  179 

starać  się  o  przyjęcie  między  młodszych  nauczycieli,  t  zw. 
extranei  uniwersytetu.  Tych  extranei  przy  wydziale  arty- 
stów było  dużo,  już  w  roku  1485  przewidywano  możli- 
wość, że  liczba  ich  przewyższy  liczbę  członków  mniej- 
szego kollegium^).  Dlatego  też  w  tych  czasach,  a  miano- 
wicie w  r.  1480  i  1485  określono  ściśle  prawa  extraneów, 
do  fakultetu  należących,  co  do  wyboru  na  dziekana,  aby 
czasem  »multitudo«  nie  przegłosowywała  starszych,  aby 
tym  starszym  zawarować  praeeminentia  i  pełniejsze  prawa  ^). 
Wyraźnie  już  w  tych  czasach  przychodziło  między  star- 
szą i  młodszą  bracią  do  starć,  których  wyrazem  jest  wspo- 
mniana ustawa. 

Aby  jednak  zostać  extraneu8,  trzeba  było  osięgnąć 
tytuł  magistra,  albo  stopień  na  obczyźnie  nabyty  nostry- 
fikować w  Krakowie.  Celtes  został  wprawdzie  w  r.  1487 
przez  cesarza  uwieńczonym  i  ten  laur  poetycki  uważał 
za  równoważny  ze  stopniem  uniwersyteckim;  nie  wahał 
się  on  nawet  w  swym  testamencie  nazwać  artium  et 
philosophiae  doctor  8).  Ale  to  było  tylko  wypływem  jego 
dumnego  przeświadczenia,  za  które  częstokroć  walczył, 
w  rzeczywistości  jednak  nie  odpowiadało  prawdzie.  Nie 
miał  on  więc  tytułów  uprawniających  do  wstępu  między 
corpus  doctum  uniwersytetu,  trzeba  było  mu  przełamać 
uprzedzenia  i  pedantyzm  wsofistówa  cechowych,  aby  sobie 
drogę  utorować.  Przecież  Piotr  Luder  dostał  się  kiedyś 
także  na  katedrę  w  uniwersytecie  heidelberskim,  chociaż 
stopnia  uniwersyteckiego  nie  posiadał.  Podobnie  więc  Cel- 
tesowi  zabiegi  gorliwe,  a  może  i  wysokie  protekcye  otwarły 
także  podwoje  uniwersytetu.  W  Liber  diligentiarum  fa- 
kultetu artystów  zapisany  jest  w  półroczu  letniem  roku 
1490  wykład  magistra  Konrada  o  Parvulus  Philosophiae. 
Równocześnie   zapowiedział  licencyat  Selig  Terencyusza, 


*)  Muczkowski,  Liber  promot.  XLI. 

•)  Ibid.  XXXIII. 

•)  Aschbach,  Die  Wiener  Univepsit^t  II,  442. 

12* 


180  KsqoA  m.  —  rozdział  m. 

LaurentiuB  Coryinus  Bukoliki,  a  Zygmunt  Oossinger  Geor- 
giki.  Ten  magister  Konrad,  to  z  wszelkiem  prawdopodo- 
bieństwem nasz  Celtes  ^).  Dziwnym  w  każdym  razie  wy- 
dać się  może  wybór  przedmiotu,  tak  zupełnie  scholasty- 
cznego  i  średniowiecznego.  Możliwem  jest,  że  starszyzna 
uniwersytetu,  robiąc  wielkie  ustępstwo,  ograniczyła  przy 
tern  wolność  wyboru,  albo  też,  że  Celtes  przez  pierwszy 
swój  występ  chciał  się  zalecić  magistrom  starszym,  pod- 
czas gdy  jego  młodsi  przyjaciele  i  koledzy  bujali  śmiała 
po  dziedzinie  starożytności.  Celtes  jeszcze  i  czem  innem 
polecał  się  łasce  i  życzliwości  uniwersyteckich  koryfeuszów. 
Wędrowni  humaniści,  starający  się  o  miejsce  i  o  dojścia 
do  głosu,  umieli  sobie  samym  robić  reklamę,  ale  zarazem 
szafowali  hojnie  kadzidłem  dla  otoczenia  przeznaczonem. 
Wierszami  zwracał  się  »poeta«  do  całego  uniwersytetu, 
sławiąc  jego  zasługi  i  znaczenie,  albo  też  w  prelekcyi  wstę- 
pnej przedstawiał  wszystkie  uniwersytetu  chwały*).  Otóż 
wśród  epigramatów  Celtesa  mamy  tego  rodzaju  utwór 
p.  t.  Ad  gymnasium  Cracoviense  dum  orare  vellet,  pełen 
skromności  i  pokory,  pełen  szumnej  dla  krakowskiego  uni- 
wersytetu chwalby; 

Cuius  fama  omni  docta  sub  orbe  yolat, 
bo  i  uprawia  ingenuae  artes  i  zbadał  tajemnice  przyrody 
i  niebios  i  świętością  odznacza  się  obyczajów.  Prosi  więc 
o  wyrozumiałość  i  pobłażliwość  dla  swojej  śmiałości  i  nie- 
udolności. 

Celtes  jednak  raz  tylko  może  wystąpił  w  murach 
uniwersytetu  z  wykładem.  Jego  protoplasta  Piotr  Luder 
musiał  niebawem  pod  naciskiem  ze  strony  cechowych  pro- 
fesorów ustąpić  z  katedry  i  przenieść  swe  lekcye  do  kla- 
sztoru Augustyanów,  zawiadamiając  o  tem  w  pełnem  zja- 


>)  Wislocki,  Liber  dilig.  13. 

')  O  takich  panegirykach  i  zalecaniach  por.    Krause   Eobanus 
Hessus  (1879)  I,  56. 


HUMANIZM   I    UNIWERSTTBT.  181 

dliwości  ogłoszeniu  ^).  I  Celtes  nie  ponowił  drugi  raz  swej 
próby.  Przecież  i  poza  uniwersytetem  mógł  działad,  w  źy- 
<5iu  towarzyskiem,  w  wykładach  urządzanych  w  innych 
murach,  w  miejscach,  które  mu  pozostawiały  więcej  swo- 
body i  przynosiły  więcej  natchnienia. 

Przybył  on  do  Krakowa,  bo  słyszał  o  kulturze  jego 
mieszkańców,  bo  mieszczaństwo  przeważnie  niemieckie 
tego  miasta  odznaczało  się  naówczas  ruchliwością  i  wy- 
kwintnością,  a  wreszcie  bogactwem,  którem  misyona- 
rze  humanizmu,  szukający  wszędzie  i  zawsze  mecena- 
sów, bynajmniej  nie  gardzili.  Chodziło  o  zespolenie  tych 
żywiołów  pod  jednym  znakiem,  jednem  natchnieniem  i  je- 
dnym celem.  Celtes  przez  życie  całe  był  niezmordowanym 
w  zakładaniu  towarzystw,  które  miały  popierać  jego  idee, 
to  jest  nową  kulturę,  wspierać  swoich  członków  a  przy 
tem  wytwarzać  ogniska  towarzyskie.  Organizuje  on  takie 
Bodalitates,  n.  p.  Yistulana  w  Krakowie,  potem  węgierską 
w  Budzie,  później  w  r.  1491  Rhenana  na  Zachodzie  i  w  tym 
samym  roku  Baltica  na  Północy,  wreszcie  przenosi  soda- 
litas  węgierską  lub  Danubiana  do  Wiednia.  Na  krańcach 
niemieckiego  świata  miały  w  ten  sposób  powstać  twier- 
dze niemieckiej  cywilizacyi;  w  Celtesie  znać  bowiem  pe- 
wną przymieszkę  polityczną  apostoła  i  szermierza  ger- 
manizmu.  Krakowska  sodalitas  miała  tam  działać 

.  .  .  Tenionicis  qaa  modo  meta  plagis, 
a  to  poczucie,  że  się  jest  obrońcą  zarazem  i  zdobywcą, 
przebija  w  niejednem  słowie  Celtesa.  Poczucie  germań- 
skie natchnęło  go  przecież  do  wydania  Germanii  Tacyta, 
jego  niechęć  do  wszystkiego  niemal,  co  nie  germańskie, 
bardzo  się  często  objawia;  ma  on  dla  barbarzyńców  słowa 
pogardy  i  lekceważenia  *).  Sodalitas  nad  Wisłą  miała  więc 


*)  Paulsen,  Geschichte  des  gelehrten  Unterrichts  (2)  1,  76. 

•)  Słusznie  powiada  Klupfel  De  vita  et  scriptis  C.  Celtis  (Fri- 
burgi  1827)  II,  66:  Erat  Celtes  bono  Germaniae  ac  rei  litterariae  com- 
modo inąuietus  homo. 


182  KSIĘGA    m.  SOZDZIAŁ   III. 

skupić  w  Krakowie  elementa  germańskie,  przy  czem  je- 
dnak  nie  zamykano  się  szczelnie  przed  miejscowym  ży- 
wiołem, bo  taka  wyłączność  nie  leżała  ani  w  obyczajach 
ani  w  pojęciach  stulecia.  Wiemy,  że  Celtes  w  Krakowie 
liczył  dużo  przyjaciół  i  »dobrych  towarzyszów«,  którzy 
dzielili  z  nim  rozrywki  i  poważniejsze  zajęcia  Sodalisów, 
lecz  obyczaj  ówczesny  nadawania  pseudoklasycznych  lub 
klasycznych  przezwisk  utrudnia  niepomiernie  wniknięcie 
w  rzeczywistość  i  prawdę.  Niektórych  jego  znajomych  już 
wspomnieliśmy,  jak  Kallimacha,  Wojciecha  Brudzewskiego 
(Brutus),  Gossingera  (Pusilius),  Wawrzyńca  Rabę,  (Corvi- 
nus);  przypuszczam  stanowczo,  że  Stanisław  Selig  ukrywa 
się  pod  osłoną  Statilius^a  Simonides'a,  » medyka  i  filozofa «, 
z  którym  (Ody  1,  23)  Celtes  jako  z  człowiekiem  »uczo- 
nym«  i  wpokrewnych  obyczajowa,  moribus  lectus  paribus, 
dużo  obcował  i  ucztował  w  Krakowie.  Ten  Stanisław  był 
bowiem  synem  Szymona  i  zapisał  się  na  uniwersytet  jako 
Stanislaus  Simonis  de  Cracovia  w  r.  1465,  bakałarzem  zo* 
stał  w  r.  1468,  magistrem  późno,  bo  dopiero  w  r.  1475. 
Nie  wiemy  za  to,  kto  był  Andreas  Pegasus,  przezwany  we- 
dług rumaka  mitologii.  Celtes  powiada,  że  był  urodzony 
ze  szlachetnych  przodków  i  że  podróżował  dużo  po  obczy- 
źnie, na  Południu  i  w  Niemczech  (Ody  1,  5).  Zdawaćby 
się  mogło,  że  interesa  handlowe  nie  były  mu  obcymi, 
skoro  w  Wenecyi  je  poznać  zamierzył. 

Cautns  addiscens  ibi  mercis  artes. 

W  innej  pieśni  zagrzewał  go  Celtes  do  wschodniej  po- 
dróży (1,  18)  zamorskiej  ^).  Kto  był  wreszcie  Salamius  czy 
Salemnius  Delius,  także  nie  wiadomo.  W  epigramatach 
(I,  4)  nazywa  go  Celtes  chłopcem   nad    wszystkich    uko- 


*)  Ks.  Dr.  Fijalek  w  Studyach  do  dziejów  uniw.  krakowskiego 
(Kraków  1898)  przypuszcza  (str.  28),  że  to  Andrzej  'Świrski  de  ge- 
nerę  ducum,  mistrz  krak.  z  początku  1488,  wykładający  w  uniwer- 
sytecie w  r.  1488  i  1489;  albo  też  Andrzej  Róża  Boryszewski,  p6- 
iniejszy  arcyb.  gnieźnieński,  scholar  wioski,  a  przyjaciei  Kallimacha. 


HUMANIZM   I    UNIWERSYTET.  18S 

chanym  i  nawoływa  do  poezyi,  w  odach  (1,  9)  zwie  go 
droższym  nad  innych  sarmackiv  h  sodales,  młodzieńcem^ 
który  się  odznaczał  nauką. 

Inter  Sarmatieos  dum  iuyenes  micas 

Doclrina 

Znanym  nam  natomiast  jest  Jan  Ursus  czyli  Ber,  doktor 
i  astronom  (Ody  1,  8).  wzór  uczonego  męża 

....  doctorum  specimen  virorum; 

znanym  z  koła  Kallimacha  Mirica,  u  którego  Celtes  po- 
dobnie jak  Kallimach  bywał  w  gościnie  (Ody  1,  21)  i  spijał 
węgierskie  wina.  Przejrzystą  dalej  osłoną  pokryta  jest  oso- 
bistość, nazwana  Georgius  Morinus,  do  którego  wystosował 
Celtes  pieśń  pochwalną  (Ody  1,  20);  prosił  on  często  na 
wspaniałe  uczty  doctam  turbam,  uczonych,  dopuszczając 
muzy  do  biesiad.  Celtes  wysławia  jego  rozmowę,  w  której 
się  wspomnienia  historyczne  plączą  z  dowcipem,  ale  sławi 
prócz  tego  mądrość,  z  którą  sprawuje  wysoki  swój  urząd 
i  łagodzi  burze  miejskie 

.  .  .  sociale  seryans 
Foedus  in  urbe, 
jego  wymowę,  uśmierzającą  niepokoje  pospólstwa.  Jest  to 
oczywiście  Jerzy  Morstin,  który  był  w  r.  1464  żupnikiem 
wielickim,  rajcą  krakowskim  w  r.  1487  i  następnych  la- 
tach *),  osobistość  nadzwyczaj  wybitna  i  ruchliwa,  znacząca 
się  nieomal  na  każdej  stronie  konsularyów  tej  epoki. 

Dodamy  wreszcie  do  tego  koła  znajomych  Celteso- 
wych  drukarza  Sweibolda  FioFa,  który  około  roku  1490 
wydawał  w  Krakowie  swe  cyrylickie  druki.  Celtes  zacho- 
wał z  nim  stosunki  nawet  po  odjeździe  z  Krakowa,  upo- 
minał się  o  książki  z  jego  drukarni  *).    Wreszcie   o  Janie 


*)  Mon.  Medii  aevi  histor.  VII,  602,  631.  Miał  on  dom  przy 
głównym  rynku  (621),  w  roku  U98  zatarg  z  uniwersytetem  według 
Conclus.  ui^w.  z  tego  roku. 

•)  Por.  Codex  listów  do  Celtesa  wiedeński  3448,  mian.  list  Som- 
merfelda  p.  92,  b  z  r.  1498:  Sweypoldum  tuo  nomine  bis  adii,  quae 


184  KssąąŁ  m.  —  bozdział  m. 

RhagiuB  Sommerfeldzie,  który  też   należał  do  tego  koła, 
później  mówić  będziemy. 

Wystawiamy  sobie  życie  i  pożycie  tej  warstwy.  Poza 
interesami  naukowymi  starczyło  czasu  na  wykwintne  bie- 
siady, symposia  w  stylu  humanistów  i  na  inne  rozrywki. 
Jan  Ursinus  w  swoim  modus  epistolandi  pozostawił  nam 
opis  wycieczki  za  miasto,  pełen  uroku  i  woni,  rodzajowy 
obrazek  utkany  z  rysów  rzeczywistości^).  Zebrało  się  li- 
czne towarzystwo,  przyjaciele  piszącego  Nicolaus  Lippus 
i  Petrus  Barbo  z  żonami  i  pokaźny  zastęp  znajomych;  całe 
to  grono  wraz  z  Janem  Ursinus*em  i  jego  żoną  wyru- 
sza do  własności  doktora  Charamanus'a,  leżącej  w  bliz- 
kości  klasztoru  Karmelitów  nad  nienazwanym  strumie- 
niem. Miejsce  było  urocze,  stworzone  na  wiejskie  rozko- 
sze (rusticanae  yoluptates).  Towarzystwo  zabawia  się  na- 
przód chwytaniem  ptaków  jak  »krogulcó w,  jastrzębi  i  prze- 
piórek«,  potem  udaje  się  nad  rzeczkę,  która  ^ocieniona 
wierzbami,  w  swem  kryształowem  łożysku  i  wśród  brze- 
gów zielonych  łagodnie  sunęła.«  Zdejmują  więc  szaty 
i  obuwie,  a  biorąc  sieci  zaczynają  znów  się  zabawiać  jak 
dzieci.  i>Tak  wykrzykiwaliśmy  jak  pijani,  tak  się  przeka- 
marzaliśmy,  że  mógł  był  kto  nas  wziąć  za  oszal2^ych.« 
Połów  był  obfity.  »Żony  nasze  strfy  w  blizkości  i  panny 
niektóre  piękne,  złotem  i  kamieniami  ozdobne  i  kwiatem 
umajone.  Chociaż  im  wstyd  zabraniał  z  nami  się  bawić, 
to  jednak  patrzały  na  nas,  aby  to  co  się  działo  krasić  swą 
wesołością  i  śmiechem.  Panna  Konstancya,  wyróżniająca 
się  pięknością  kształtów,  chciała  Jerzego  Turrona  (zapewne 
Turzona)  poparzyć  pokrzywą,  lecz  wpadła  w  wodę  po 
pas,  co  niezmierną  wywołało  wesołość.«  Udano  się  potem 


iussisti  ab  eo  precario  exegi.  Nullum  apud  se  rutenae  litterae  librum 
habere  affirmat  et  scripsisse  se  tibi  aiebat.  —  Podejrzywano  go  przez 
pewien  czas  o  herezyę,  jako  Rusina,  wytoczono  mu  nawet  dlatego 
proces.  Abjuracya  nastąpiła  8  Junii  1492  według  Acta  episc.  Crac. 
IV,  f.  89. 

')  Modus  epistolandi  Cracov.  1522  Cap.  XXI. 


HUMANIZM   I    UNIWERSYTET.  185 

na  ucztę,  przy  której  spożyto  łupy,  a  wina  kreteńskie 
i  węgierskie  sączyły  obficie.  Po  biesiadzie  z  apetytem  spoży- 
tej » nastąpiła  piesza  przechadzka  między  złotemi  zbożami, 
zielonymi  gajami  i  drzewami  uginającemi  się  pod  cięża- 
rem owocu.  Błąkaliśmy  się  długo,  jedni  śpiewali,  inni  brzą- 
kali na  cytrze,  inni  stroili  żarty  i  ściskali  żony  i  panny. 
Wróciwszy  do  strumienia,  siedliśmy  na  murawie  i  dla 
ochłody  spożywaliśmy  siadłe  mleko.  Patrzaliśmy  na  wie- 
śniaków tańcujących  aż  do  zachodu  słońca;  jak  oni  pod- 
pici wśród  pląsów  się  przewracali  i  zabłociwszy  się  śmie- 
szny przedstawiali  widok. « 

Takie  więc  były  zabawy  w  one  lata  w  Krakowie, 
właśnie  kiedy  Celtes  tu  przebywał  i  swoją  wesołością  nieraz 
podniecał  umysły  otoczenia.  Może  był  on  na  tej  wycieczce 
która  ma  wszelkie  rysy  prawdziwego  wspomnienia  i  opisu. 
Przyczyniał  on  tym  zebraniom  towarzyskim  przymieszki 
romansu  i  zakazanych  owoców.  Jak  Kallimach,  znalazł  on 
także  bohdankę  w  Krakowie,  piękną  Hasilinę  lub  Hasę, 
którą  opiewał  na  wszystkie  tony.  Nie  będziemy  tu  opisy- 
wali tego  romansu,  dosyć  nudnego,  jak  wszelkie  literackie 
i  humanistyczne  romanse,  a  bardzo  poziomego  pod  wzglę- 
dem uczucia;  Celtes  rozdrabniał  serce  na  epizody,  zarzu- 
cał w  każdym  kraju  kotwicę  miłosną,  po  Hasilinie  przy- 
szła Elsula  i  Urszula.  Stosunek  z  panią  Hasa,  która  była  mę- 
żatką, był  nieco  utrudnionym  wskutek  męża  i  mowy,  która 
kochanków  dzieliła.  Celtes  poduczał  się  dlatego  języka 
swej  pani  i  używał  tłómacza  dla  swych  sentymentów. 
Pośrednikiem  tym  i  nauczycielem  był  Bernard  Yiliscus. 
Crfowiek  to  zamożny,  który  mecenasostwo  swoje  posuwał 
do  tak  dwuznacznych  czy  niedwuznacznych  usługi).  Nie 
wiemy,  o  ile  Celtes  skorzystał  z  tych  nauk,  o  ile  potrafił 


')  Celtis  Elegiae  1,  4.  Kto  był  ten  Yiliscus,  zgadnąć  usiłuje 
Ks.  Dr.  Fijalek  w  Studyach  do  dziejów  uniw.  krak.  str.  29.  Może  to 
notarius  króla  Kazimierza,  wspomniany  w  Liber  Quitantiarum  regis 
Casimiri  (1897)  p.  3,  11,  67. 


186  KSIĘGA    III. ROZDZIAŁ   III. 

Sarmaticae  linguae  barbara  verba  loqui, 
czy  dorównał  kroku  Owidyuszowi,  który  na  wygnaniu 
w  Tomi  wyuczył  się  języka  Getów  i  nawet  pisał  poemat 
w  tej  mowie.  To  wiemy,  że  pani  Hasilina,  która  wGermanam 
linguam  sprevit«,  nie  pogardziła  jednak  germańskim  Don 
Juanem.  Kto  ona  była,  to  znowu  zagadką.  Mamy  jej  list, 
w  którym  się  nazywa  czy  nazwaną  jest  Hasilina  z  Rzy- 
tonicz  a  Nakepsstaynie  ^).  Tytuły  prawdziwe  czy  zmy- 
ślone brzmią  z  czeska  i  czeskim  jest  także  język  jej  pisa- 
nia. Osnowa  jego  następująca:  W  dziesięć  lat  po  pobycie 
Celtesa  w  Krakowie,  w  r.  1500,  pisze  ona  do  niego,  że 
na  wieczerzy  u  pewnego  obywatela  krakowskiego  czytano 
Celtesowe  utwory.  ))Weliky  skladatel«  nazwanym  on  jest 
w  liście.  Stała  się  ona  przy  tej  lekturze  »welmi  truchlywa 
a  smutna((,  gdy  posłyszała  swoje  imię  tak  często  wspominane 
w  tych  wierszach.  Było  to  srogą  dla  niej  obrazą.  Posta- 
nowiła więc  Celtesa  pouczyć  o  obowiązkach  honoru  i  czci, 
wyjaśnić  mu,  że  »doctorzi,  magistrati  i  uczytele«  mają 
tych  samych  w  życiu  trzymać  się  prawideł,  co  inni  śmier- 
telnicy, którym  oni  prawią  nauki,  że  epilogiem  takiego 
romansu  powinna  być  nie  pieśń,  lecz  milczenie*).  Pani 
Hasilina,  osoba  wysokiego  rodu,  czuła  się  więc  postępkiem 
Celtesa  do  żywego  dotkniętą  i  słusznie.  »Przestań,  prze- 
stań doctorze  toho«,  kładzie  mu  na  sumienie,  a  on  tym- 
czasem nucił  swe  pieśni,  które  schlebiały  jego  śmiertel- 
nej próżności,  a  miały  unieśmiertelniać  bohdankę. 

Nostris  carminibus  facta  celebrior,  mówił  on  o  Hasi- 
linie,  zapewniał  jej  sławę  tem,  w  czem  ona  słusznie  nie- 
sławę widziała.  Naśladownictwo  rzymskich  poetów,  któ- 
rzy  obiecywali    swym  wybrankom  nieśmiertelność  i  »no- 


')  Czytać  może  należy:  Na  Kepsstaynie.  Szujski,  Opowiadania 
IV,  127  widzi  w  tem  nazwisku  calem  nieprzyzwoity  pseudonim.  List 
uważa  za  humorystyczny  falsyfikat.  —  Co  do  nazwiska  zgoda;  list 
jednak  ma  cechy  autentyczności. 

*)  Por.  list  ten  u  Aschbach*a,  Die  fpiiheren  Wanderjahre  des 
Ćeltes,  144. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  187 

bilis  historia«,  pchnęła  Celtes^a  na  te  manowce.  Romans 
z  Hasiliną  przywiązał  Celtesa  na  razie  do  Krakowa,  a  na- 
leżał on  nieledwie  do  przyborów  niezbędnych  występu 
humanisty;  był  to  więc  pod  pewnym  względem  plagiat, 
a  mógł  się  stad  wzorem  dla  innych.  Kultura  w  tej  formie 
się  przedstawiająca  niepokoiła  słusznie  niejednego  stron- 
nika dawnych  obyczajów  i  wyznawcę  surowszych   zasad. 

Na  tem  więc  tle  rozwijała  się  działalność  Celtesa 
w  Krakowie,  takie  były  epizody  życia,  które  się  całe  z  epi- 
zodów składa.  Mówiliśmy  już  o  poważniejszych  zajęciach, 
o  występie  na  katedrze  uniwersyteckiej.  Poza  uniwersy- 
tetem służyła  do  działania  Sodalitas  yistulana  i  jej  ze- 
brania. Wędrowni  humaniści  znajdowali  tysiączne  środki, 
aby  dojść  do  głosu  i  wejść  w  styczność  ze  scholarami. 
Urządzali  prywatne  wykłady  i  ściągali  na  nie  słucha- 
czy, zobowiązywali  się  do  powtarzania  nauk,  przy  egza- 
minach wymaganych,  ze  studentami,  podejmowali  się  t  z. 
resumptiones  1),  a  takie  ćwiczenia  urządzane  często  po 
bursach  mogły  odpowiadać  swemu  przeznaczeniu,  lub  po- 
krywać zupełnie  inną  działalność  i  służyć  za  osłonę  dla 
humanistycznych  wykładów  i  propagandy.  Reklama  prze- 
mawiała wymownie  do  umysłów  i  przynęcała  słuchaczów. 
Piotr  Luder,  prototyp  tych  wędrownych  humanistów,  przy- 
bił na  drzwiach  zapowiedź  swoich  wykładów  w  Lipsku 
o  Terencyuszu;  obiecywał  w  niej  scholarom  ogromne  ko- 
rzyści, wyzbycie  się  dawnego  barbarzyńskiego  języka, 
a  nabycie  wykwintnej  łaciny;  trzy  lekcye  pozwalał  na 
próbę  wysłuchać  za  darmo.  Celtes  również  znał  się  na 
sztuce  reklamy.  Zachowały  nam  się  jego  »intimata"  czyli 
zapowiedzi,    w   wierszowanej   i    niewierszowanej    formie. 

Si  quis  rhetoricen  Ciceronis  utramąue  reąuiret 
Qui  Latiae  lingaae  dicitur  esse  parens, 


*)  For.  Prowe  Nicol.  Coppernicus  1,  163;  Aschbach,  die  fru- 
heren  Wanderjahre  des  Celtes  86.  Paulsen  Geschiohte  des  gelehrten 
Unterrichts  1,  97. 


188  KsnsGA  m.  —  rozdział  m. 

Si  qais  epistoliam  yalt  Yera  scńbere  et  arie 
Et  memoratiTae  qai  petit  artis  opas, 

Hic,  cras  octayam  dum  mallens  insonat  horam, 
Conradi  Celtis  candida  tecta  petat. 

Tak  więc  zapraszał  Celtes  na  swoje  wykłady*).  Za- 
chowała się  także  podobna  krakowska  intimatio  czy 
intimatum ').  Mówi  on  w  niej  na  sposób  czysto  huma- 
nistyczny o  sztuce  i  korzyściach  pisania  listów,  a  wre- 
szcie obiecuje  wyuczenie  tej  sztuki  we  wykładzie,  który 
będzie  miał  w  czwartek,  dnia  23-go  lipca  o  godzinie  11-tej 
»in  aula  Hungarorum.«  Zapowiada  z  góry,  że  wykład  będzie 
podziwienia  godnym  i  przyjemnym.  Działo  się  to  w  r.  1489, 
w  którym  się  Celtes  zapisał  w  poczet  uczniów  uniwersytetu. 

Bursa,  nazwana  od  Węgrów  i  przeznaczona  dla  Wę- 
grów, służyła  jednak  w  tych  czasach  także  dla  scholarów 
innej  narodowości,  a  nawet  przeważnie  dla  Niemców. 
W  r.  1483  zaarendował  ją  Jan  z  Głogowa  pro  Almannis 
studentibus,  w  r.  1486  ten  sam  magister  bierze  ją  w  dzier- 
żawę na  rok  pro  dnis  Ungaris  aut  quibusvis  studentibus, 
w  r.  1488  przejmuje  te  obowiązki  na  trzy  lata  Jan  Som- 
merfeld  *).  Magistrowie  wspomniani  byli  szczególnymi  opie- 
kunami niemieckich  scholarów  w  uniwersytecie  krakow- 
skim, a  bursa  węgierska  służyła  naówczas  za  ognisko, 
w  którem  niemieckie  żywioły  się  skupiały,  gdzie  rozwi- 
jały główną  swoją  działalność.  Tem  się  tłómaczy  wybór 
miejsca  dla  wykładu  Celtesa.  Możliwem  jest,  że  ta  bursa 
była  także  siedzibą  owej  Sodalitas  Yistulana  i  że  wykład 
Celtesa  jest  jednym  z  objawów  życia  tego  krótkotrwałego 
związku  *). 


»)  Por.  Funf  Bucher  Epigramme  (Hartfelder)  V,  18.  20.  21. 
Aschbach,  Geschichte  der  Wiener  Univ.  II,  205. 

•)  Znalazł  ją  Ks.  Dr.  Fijalek  w  rękopisie  petersb.  Por.  Studya 
do  dziejów  uniw.  str.  24. 

•)  Por.  Conclus.  univ.  pod  temi  latami 

*)  Przypuścił  to  także  ks.  dr.  Fijalek  w  bardzo  ciekawej  no- 
tatce w  Studyach  do  dziejów  uniw.  str.  29. 


HUHANIZM    I   UNIWSRSTTBT.  189^ 

Widzimy  więc,  że  Celtes  zapełnił  swoją  osobą,  czy- 
nami  i  słowami  krótki  swój  pobyt  w  Krakowie.  Kallimach 
obracał  się  przeważnie  w  górnych  sferach  polityki  i  w  gór- 
nych kołach  wielkich  tego  świata.  Humanizm  włoski  był 
z  natury  arystokratycznym,  wyłącznym,  nie  pasował  ludzi 
na  misyonarzy;  humanizm  za  to  niemiecki  jest  demokra- 
tycznym, ma  wyraźne  pedagogiczne  zacięcie  i  skłonnością 
zapał  i  ogień  propagandy.  Mimo  krótkiego  pobytu  w  Kra- 
kowie wywarł  też  Celtes  niewątpliwie  pod  wieloma  wzglę- 
dami wpływ  stanowczy  na  swoje  otoczenie. 

W  r.  1490  opuścił  on  po  dwuletnim  pobycie  stolicę 
Polski,  aby  się  w  dalsze  puścić  wędrówki,  których  do- 
piero w  r.  1497,  stale  osiadając  w  Wiedniu,  zaprzestał. 
Nie  zabrał  z  Krakowa  swoich  ksiąg  tu  nagromadzonych, 
a  woźnica,  który  miał  później  przywieść  mu  te  skarby  do 
Bawaryi,  zgubił  je  w  drodze.  Wywiózł  Celtes  za  to  z  Kra- 
kowa sentyment  dla  Hasiiiny  i  wspomnienia  tego  romansu;. 
a  kilka  węzłów  spajało  go  i  nadal  z  ludźmi,  których  tu 
pozostawił,  jak  z  Wojciechem  Brudzewskim  i  humani- 
stami niemieckimi.  Wogóle  jednak  nie  świetnie  wyrażał 
się  on  w  późniejszych  czasach  o  Krakowie,  o  dumne} 
sCrocaa,  dzikich  Sarmatach  »truces  Sarmatae«,  o  zimnie 
mrożącem  Północy,  wreszcie  o  błocie  krakowskiem,  które 
mu  się  dało  we  znaki. 

Sordibns  in  tantis  orbs  Cracovina  scatet. 
On,   który   w   zapale   germańskim   nigdy    nie  umiał  zdać 
sobie  sprawy,  gdzie  właściwie  na  Wschodzie   kończą   się 
teutońskie  dziedziny,  słał  potem  złorzeczenia   na  sarmac- 
kiego tyrana,  co  zawładnął  dziedzinami  Krzyżaków. 

Z  tych  wszystkich  złorzeczeń  i  objawów  niezadowo- 
lenia wnioskować  można,  że  Kraków  dał  się  Celtesowi 
we  znaki;  z  pozostawienia  ksiąg  w  mieście  wysnuwano 
prawdopodobne  przypuszczenie,  iż  Celtes  poniewolnie 
i  może  nagle  Kraków  opuścić  musiał.  Mielibyśmy  więo 
tutaj  humanistyczne  martyrium,  coś  w  rodzaju  wygnania. 


190  KSIĘGA    III.  ROZDZIAŁ    III. 

a  wiadomo,  że   wędrówki  humanistów  były  po  części  w^- 
wołanemi  przepędzaniem  ich  z  miejsca  na  miejsce. 

W  uniwersytetach  średniowiecznych  nie  mogli  ci 
))poeci«  i  wędrowni  apostołowie  znaleźć  sympatyi  ani  ży- 
czliwości. Jeżeli  poetę  przypuszczono  do  lektoryum,  uży- 
wał on  często  tego  stanowiska,  żeby  się  natrząsać  ze  star- 
szych kolegów,  z  zacofania  i  głupoty  sofistów;  czasem 
znów,  jak  Celtes  to  robił,  zaniedbywał  swoje  obowiązki, 
opuszczał  za  lada  błahym  powodem  godziny  ^)  i  wprowa- 
dzał tak  nieład  do  organizacyi  uniwersytetu.  Jeżeli  prze- 
ciwnie zamknięto  przed  )>poetą«  lektorya,  to  on  znajdował 
gdzieindziej  zbyt  dla  swej  nauki,  a  nieskrępowany  miejscem, 
śmielszym  był  jeszcze  w  inwektywach,  zajmował  czas 
i  godziny  scholarów  dla  obowiązkowych  przeznaczone  wy- 
kładów. Wojna  więc  między  tymi  obozami  musiała  wy- 
buchnąć i  być  zaciętą.  Poważniejsze  jeszcze  powody  mo- 
gły się  do  naprężenia  stosunków  przyczynić;  religijność 
humanistów  była  bardzo  chwiejną,  Celtes  uchodził  już  za 
życia  za  złego  chrześcijanina,  myślał  i  działał  często  jak 
poganin,  a  w  napaściach  na  księży  walczył  o  lepsze  z  in- 
nymi humanistami  *),  nawet  z  osiemnastym  wiekiem.  Pry- 
watne jego  życie  również  było  mało  budującem.  Wszelkie 
wieki  znały  wprawdzie  zgorszenia  i  miały  je  też  średnie 
wieki;  ale  humanizm  wprowadził  to  zgorszenie  do  litera- 
tury, uprawiał  jego  gloryfikacyę,  wysławiał  upadki  i  zbo- 
czenia. Echa  starożytności  miały  odbić  się  donośnie  w  pi- 
śmie i  czynie.  A  to  paradowanie  miłostkami  słusznie   na- 


^)  Celtes  usprawiedliwia  się  przed  scholarami  chorobą  w  Epigr. 
V,  20.  Ale  opuszczał  on  i  wtedy  prelekcye,  gdy  go  przyjaciel  na 
winobranie  zaprosił,  a  i  studenci  niemieccy  skarżyli  się,  że  opieszałe 
wykłada  ^leniwą  głowę  podparłszy  na  ramieniua,  że  niewyraźnie 
coś,  jakby  od  niechcenia  bełkoce,  lżąc  przytem  słuchaczy  przezwi- 
skami barbarzyńców  i  głupców.  Por  o  tern  Bezold  Konrad  Celtes 
w  Hist  Zeitschrift  49  (1883)  str.  9. 

»)  Bezold  1.  c.  211,  213  i  nast. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  191 

pawaJo    grozą   i   niepokojem    przedstawicieli  starej  szkoły 
i  starej,  a  wiecznej  moralności. 

Przedtem  już  dano  Celtesowi  radę  odejścia  w  Lipsku, 
czy  też  wypędzono  go  z  tego  miasta-);  ty  po  wem  zaś  było 
w^^gnanie  Sommerfelda  z  tegoż  miasta  w  roku  1511.  Od 
roku  1507  natrząsał  on  się  tu  we  wykładach  ze  starycłi 
magistrów,  z  tych  pyszałków,  którzy  jego,  poetę,  usuwają 
od  biesiad  i  rozmowy,  lżył  ich  na  wszelki  sposób,  aż  go 
uniwersytet  na  dziesięć  lat  relegował.  Pożegnał  się  on  tedy 
z  tymi  kolegami  mową  pełną  złorzeczeń,  któremi  moce 
piekielne   zaklął   na   pomstę  swej  krzywdy  2). 

Spokojniej  pono  wyniósł  się  Celtes  z  Krakowa;  wy- 
jechał jednak  z  licznymi  żalami,  a  prócz  tego  z  tą  głę- 
boką nienawiścią  Słowian,  która  go  odtąd  nie  odstąpiła 
nigdy.  Strzałą  Parta  była  może  oda  przeciwko  Crispus 
Glogomura,  w  której  wysmagał  jakiegoś  wrogiego  sobie 
przedstawiciela  starej  szkoły,  nieprzyjaciela  poetów,  a  prze- 
wodnika »głupiej  drużyny«,  co  krzycząc  z  katedry 

Dum  celsa  tmnidus  boas  cathedra, 
płuży   sobie   w   swej   urojonej   mądrości  i  mistrzuje  oszu- 
kanym niedorostkom,  nieledwie  jak  » święty  Jowisza  pod- 
ziemnego kapłan. «  *). 

Tak  się  więc  skończył  epizod  Celtesowy  w  Krako- 
wie i  w  Jagiellońskiej  wszechnicy.  On  uszedł,  ale  fermenty 
były  rzucone  i  różne  wywołały  niepokoje,  świadczące  o  ja- 
kiejś burzy,  która  przeszła  podówczas  nad  uniwersytetem 
krakowskim. 


*)  Aschbach,  Die  fruheren  Wanderjahre  des  Celtes  88.  Som- 
merfeld  mówił  o  Celtes' ie  do  magistrów  lipskich:  Conradum  Celtin 
paene  hostiliter  expiilistis. 

')  Paulsen,  Gesch.  des  gelehrten  Unterrichts  I,  98. 

•)  Ody  1,  18:  In  Crispum  Glogomuram.  Śmiałbym  przypuścić, 
że  to  wymierzone  przeciw  Janowi  Glogowicie. 


192  KSIĘGA   ni. BOZDZIAŁ   Ul. 


VI. 

Echa  pobyta  Celtesa  w  oniwersytecie.  —  Środki  odporne  przeciw 
nowym  przybyszom  i  kierunkom.  —  Rozluźnienie  dyscypliny  i  wy- 
bryki w  morach  uniwersyteta.  —  Usiłowania   zmierzające   do   ich 

ukrócenia. 


Wobec  tych  prądów  i  rozluźnienia  dawnego  ładu 
w  uniwersytecie  znaczą  się  środki  i  próby  obrony  ze  strony 
tych,  którzy  nie  uznawali  nowych  bóstw  i  ich  kapłanów, 
ze  strony  starszych,  którym  przeszłość  i  tradycya  były 
drogiemi.  A  zresztą  pojawiło  się  przy  ogólnem  podniece- 
niu umysłów  tyle  rzeczywistych  wybryków  i  nieporządków^ 
że  energia  w  karceniu  była  konieczną.  W  roku  1491  wstą- 
pił w  szeregi  stróżów  porządku  jakiś  duch  energii  i  sta- 
nowczość niezwykła.  Siódmego  maja  r.  1491  postanowiono 
na  sesyi  uniwersytetu,  »że  resumpcye  wspólne  nie  mają 
się  odbywać  pod  kierunkiem  jakichkolwiek  magistrów  pod- 
czas lekcyi,  ćwiczeń  i  actus  zwyczajnych «,  wkrótce  potem 
ponowiono  uchwałę,  że  ci,  którzyby  resumowali  albo  nau- 
czali ]i>in  commune<<,  czyli  większą  liczbą  scholarów,  zapo- 
wiedziawszy rzecz  z  góry,  podczas  lekcyi  i  ćwiczeń,  mają 
być  karani  pieniężnie  ^).  Na  drzwiach  przybito  to  upomnie- 
nie. Resumpcye  były  to  ćwiczenia  na  podstawie  wykła- 
dów i  przygotowania  do  egzaminów.  Opłacano  je  nau- 
czycielom kierującym,  jak  rodzaj  lekcyi  prywatnych;  młodzi 
więc  magistrzy  chętnie  się  ich  podejmowali,  bo  można 
było  niemi  na  chleb  sobie  zarobić,  a  przytem  pod  tą  osłoną 
przemycić   do   uniwersytetu    nowe   lub    zakazane  owoce. 


')  Por.  Conclusiones  universitatis  (7  maja)   1491:  quod  resum- 
ptiones  communes  non  fiant  per  quoscumque  magistros  sub   lectio- 

nibus  et  exercitiis  ac  actibus  ordinariis Później  uchwalono:  quod 

resumentes  in  commune  intimatione  praemissa  aut  convocatione  sub 
lectione  et   exercitiis  puniantur  . . .  in  uno  fertone  pro  qualibet  Tice. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  198 

Ponieważ  i  starsi  nauczyciele  ciągnęli  z  nich  korzyści, 
przeto  bronili  się  oni  przeciw  temu  zmonopolizowaniu 
resumpcyi  przez  młodszych,  a  nie  chcieli  ścierpieó,  aby  te 
iekcye  odciągały  słuchaczy  od  zwykłych  i  obowiązkowych 
wykładów  czy  ćwiczeń  i).  Postanowienia  te  uniwersytetu 
godziły  więc  wprost  w  młodych  magistrów  i  humanistów. 
Równocześnie  wyszło  rozporządzenie  zmierzające  do  ukró- 
cenia wolności  czy  swywoli  scholarów.  Tego  samego  sió- 
dmego maja  r.  1491  postanowiono  na  sesyi  uniwersytetu, 
że  studentów  i  bakalarzów  mieszkających  po  hospicyach 
należy  zmusić,  aby  się  umieścili  w  domach  uniwersytetu 
czyli  bursach  i  przy  szkołach  dozorowanych*).  Walczył 
o  to  uniwersytet  już  od  pewnego  czasu,  zupełnie  nakaz 
przeprowadzić  długo  mu  się  jednak  nie  udawało;  w  ka- 
żdym razie  uchwała  z  r.  1491  była  stanowczym  na  tej 
drodze  krokiem,  aby  dawną  wolność  mieszkania,  hospi- 
cyalny  system,  panujący  od  początku  w  uniwersytecie 
przełamać  i  usunąć. 

Niebawem  przyszły  jeszcze  energiczniejsze  wystąpie- 
nia. Krótko  po  odjeździe  Celtesa  zostaje  rektorem  w  je- 
sieni roku  1491  podeszły  w  leciech  Maciej  z  Kobylina. 
Po  objęciu  urzędu  zwrócił  się  on  do  kanclerza  uniwersy- 
tetu biskupa  Fryderyka  »z  prośbą  o  nadanie  większego 
znaczenia  jego  władzy«,  o  nadzwyczajne  wzmocnienie 
kompetencyi  rektorskiej.  Wydarzyło  się  coś  podobnego 
iuż  za  Zbigniewa  Oleśnickiego  w  r.  1448.  Biskupi  kra- 
kowscy przelewali  w  takich  razach  na  rektorów  całą  swoją 
nieomal  jurysdykcyę,  »aby  ci  odziani  powagą  i  mocą  bis- 
kupią  tem  skuteczniej   mogli  powściągnąć  wybryki  mło- 


')  Por.  o  resumpcyach:  Kaufmann,  Geschichte  der  deutschen 
Univ.  II,  366  i  nast;  o  nadużyciach  w  tym  względzie:  Paulsen,  Ge- 
schichte des  gelehrten  Unterrichts  I,  97. 

")  Gonclus.  univ.:  Quod  hospiciati  studentes  baccalarii  cogan- 
tor  ad  intrandum,  moracionem  habendum  in  domibus  universitatis 
vel  scolis  partipjilaribus.  Tekst  rozporządzenia  z  r.  1491  u  Muczkow- 
skiego  Lib.  Prom.  XLII. 

Hlrt.  Uniw.  T.  u.  13 


194f  KSIĘGA    m.  ROZDZIAŁ    III. 

dzieży  i  groźbą  kar  najsurowszych,  więzienia  i  ekskomu- 
niki, utrzymać  ją  w  karbach  przepisów  uniwersyteckich «  *). 
Pismem  z  14-go  listopada  r.  1491  przychylił  się  kanclerz 
Fryderyk  do  tego  podania.  A  krótko  potem  szóstego  lu- 
tego r.  1492  zapadły  w  uniwersytecie  stanowcze  uchwały, 
zmierzające  do  tego,  aby  nieporządki  ukrócić,  a  uniwer- 
sytet do  dawnego  przywrócić  ładu.  Wspomniano  tu  o  »nie- 
znośnych  wybrykach«  członków  uniwersytetu,  intolerabi- 
les  insolentiae  suppositorum  universitatis,  o  nowych  cho- 
robach, na  które  nowych  lekarstw  szukać  należy  (novis 
morbis  noya  antidota  sunt  adhibenda)  i  zarządzono,  że 
odtąd  supposita  uniwersytetu  ani  we  dnie  ani  w  nocy 
świeckich  ubiorów  ani  broni  nosić  nie  mają,  lub  włó- 
czyć się  po  mieście.  Przestępcom  zagrożono  surowemi 
karami  *). 

Takie  choroby  panowały  wówczas  i  gdzieindziej.  25-go 
marca  roku  1491  wydaje  rektor  uniwersytetu  heidelber- 
skiego  pismo  przeciw  tym  supposita,  którzy  instar  laico- 
rum,  jak  świeccy  się  noszą  i  po  karczmach  przesia- 
dują, biorąc  udział  w  rozpuście  i  biesiadach').  Wy- 
raźnie rozluźnianie  się  dawnych  porządków  leżało  w  du- 
chu wieku  i  zawisło  nad  twierdzami  nauki  i  dawnych 
tradycyi. 

Cóż  tedy  w  Krakowie  przyczyniło  się  do  tych  suro- 
wych kroków  i  wystąpień?  Historya,  która  zapisuje  naj- 
częściej skutki  i  fakta,  a  nie  wylicza  przyczyn,  nie  po- 
zwala nam  wgłądnąć  w  głębię  dusz  i  w  szczegóły  w€dki, 
która  się  wtedy  toczyła.  Ale  akta  uniwersyteckie  ówczesne 
stwierdzają  jednak  to,  co  stwierdzały  uchwały  władzy,  t  j. 
wzmożenie  się  ducha  niesforności  i  sporności,  zagęszcza- 
nie się  nieładu  w  obrębie  uniwersytetu.  Już  rok  1488  od- 


*)  Fijalek;  Studya  do  dziejów  uniw.  krak.  7. 
*)  Gonolus.  univ. 

')  Winkelmann,   Urkundenbuch   der  Uiiiversit&t  Heidelberg  I, 
(1886)  n.  140. 


HUMANIZM    I    TjmWJEBBYTWt.  195 

2nacK«ł  się  niepokojami,  w  roku  następnym  spełniono  gwałt 
w  bursie  Jerusalem  i  pobito  jej  seniora  magistra  Michała 
z  Bystrzy kowa  *).  Pomijamy  cały  szereg  pospolitych  burd, 
które  się  w  tych  czasach  wydarzyły,  bo  to  chleb  codzienny 
średniowiecznego  uriwersytetu.  Skarżono  się  ciągle  na 
noszenie  broni,  na  ubiory  świeckie  scholarów*).  To,  że 
mistrzowie  nauczający  zaczęli  między  sobą  się  ścierać, 
kłócić  i  lżyć,  że  poeci  wyrażali  się  o  sofistach  w  sposób 
bardzo  lekceważący  i  pogardliwy,  to  wszystko  musiało 
osłabić  i  obniżyć  powagę  nauczycieli  i  sprowadziło  rze- 
czywiście w  tych  właśnie  czasach  znamienne  bardzo  wy- 
bryki. 11-go  lutego  r.  1491,  kiedy  mistrz  Mikołaj  z  Micha- 
łowic objaśniał  studentom  w  lectorium  Sokratesa  Owi- 
dyuszowskie  elegie  ex  Ponto,  wywołał  bakałarz  artystów 
Michał  z  Nowego  Miasta  skandal  wśród  wykładu,  nazwał 
magistra  bestyą,  osłem,  nieukiem  i  dodał  inne  obelżywe 
wyrazy*).  Gwałty  podobne  zaczęły  się  teraz  częściej  w  au- 
dytoryach  powtarzać;  w  sierpniu  r.  1491  przerwano  ba- 
kałarzowi Michałowi  ze  Lwowa  lekcyę  śmiechami  (A.  rect. 
n.  1457);  w  tym  samym  czasie  podczas  wykładu  Jana 
z  Kościana,  bakałarza  in  artibus,  zawołał  Maciej  z  Napa- 
chania  otoczony  studentami:  Iste  cacalarius  legere  ignorat 
(A.  r.  1459).  Oto  próbki  obyczajów,  które  nam  tłómaczą 
surowość  władzy  i  zarządzenie  stanu  wyjątkowego  w  uni- 
wersytecie. Charakterystycznym  jest  objawem,  że  jednym 
z  pierwszych,  przeciw  któremu  zwrócił  się  rektor  Maciej 
z  Kobylina  na  mocy  wzmocnionej  swej  władzy  (yigore 
auctoritatis  ordinariae  et  cohercionis  per  111.  principem... 
Fridericum . . .  nobis  in  supplementum  iurium  universi- 
tatis  concessae)  był  Stanisław  Selig  z  Krakowa,  znany  nam 
humanista,  który  o  pieniężną  sprawę  pokłócił  się  z  innym 

1)  Acta  rectoralia  n.  1223. 

')  W  r.  1494  (Acta  rectoralia  n.  1732)  oskarżonym  zostaje  stu- 
dent, quod  Collegium  ad  audiendum  iectiones  laioaliter  intrabat  in 
mltris  prohibitis. 

^  Acta  rectoralia  n.  1388. 

13* 


106  KSIĘGA   ni.  ROZDZIAŁ    Ul. 

magistrem  Bernardem  de  Biskupie  i).  Równocześnie  bi- 
skup Fryderyk,  dowiedziawszy  się  o  excessus  i  scandala, 
zaszłych  przedewszystkiem  w  Collegium  Maius,  o  kłótniach, 
wyzwiskach  i  obrazach,  powołał  przed  sąd  biskupi  trzech 
mistrzów  i  to  znowu  Stanisława  Seliga,  Michała  z  By- 
strzykowa  i  Andrzeja  z  Łabiszyna;  skazani  oni  zostali  na 
kary  pieniężne*).  Humaniści  i  przedstawiciele  skotyzmu 
znaleźli  się  więc  razem  na  ławie  obżałowanych,  a  wy- 
rokiem zamierzono  poskromić  zbyteczną  krewkość  prze- 
ciwników, którzy  z  odium  metaphysicum  łączyli  jeszcze 
inne  nienawiści  i  nie  koniecznie  w  metafizycznych  argu- 
mentach szukali  dla  nich  upustu. 


VII. 

Po  walce. —  Jan  Olbracht  królem.  —  Pożar  w  kollegium  artystów 
i  nowe  budowy.  —  Kanclerz  kardynał  Fryderyk.  —  Losy  humanizma 
w  Krakowie  po  odjeździe  Celtesa.  —  Śmierć  Kallimacha  w  r.  1496.  — 
Jan  Sommerfeld  starszy  (f  1501)  i  jego  działalność  w  Krakowie.  — 
Jan  Rhagius  Sommerfeld  młodszy,  humanista  wędrowny,  podjął  po 
odjeździe  Celtesa  prace  i  misyę  swego  mistrza.  —  Koleje  jego  życia.  — 
Henryk  Bebel  w  Krakowie.  —  Wybitni  uczniowie  tych  czasów: 
Anshelm  Yaierius  i  Jan  Turmair. 


Siódmego  czerwca  r.  1492  umarł  tymczasem  po  dłu- 
giem panowaniu  król  Kazimierz  Jagiellończyk.  Nastąpiło 
bezkrólewie  i  spory  o  tron  osierocony.  Królowa  Elżbieta 
była  za  Olbrachtem,  a  za  nim  był  także  oczywiście  Kal- 
limach  i  ci  wszyscy,  którzy  ulegli  jego  wpływom  i  hasłom. 
Przyszło  jednak  do  niesnasków,  rozstrzelenia  zdań  i  spo- 
rów, tak  że  Kallimach  uznał  za  konieczne  usunąć  się  w  tej 
ciężkiej  chwili  z  przed  oczu  i  we  Wiedniu  przez  czas  pe- 
wien przebywał  ^),  W  końcu  jednak  zwyciężył  jego  uczeń 

^)  Acta  rectoralia  n.  1528,  z  29  marca  r.  1492. 
»)  Acta  episcop.  Grac.  (1491),  IV.  81  i  93. 
')  Zeissberg,  Poln.  Geschichtsschreibung  371. 


HUMANIZM   1    UNIWBRSYTBT.  197 

i  protegowany,  sławiony  równocześnie  przez  wszystkich 
humanistów.  Jan  Olbracht  został  jeszcze  w  r.  1492  królem 
polskim.  Teraz  więc  trzeba  było  usprawiedliwić  nadzieje, 
które  w  nim  pokładano,  ziścić  marzenia,  które  się  ucze- 
piły jego  osoby.  Hartmann  Schedel  był  tego  usposobienia 
i  tych  wygórowanych  myśli  ttómaczem,  kiedy  o  Olbrachcie 
w  swojej  Gronica  Mundi  z  r.  1493  głosił,  że  tenże  stanie 
się  przedmiotem  podziwu  dla  całego  świata:  iam  futurum 
toti  orbi  spectaculum;  kiedy  pisał  o  nowym  monarsze,  iż 
}» steruje  swem  państwem  poparty  cnotą  własną  i  radami 
najlepszych  i  najuczeńszych  mężów.«  Kallimach  powrócił 
niebawem  do  Krakowa  i  zajął  rzeczywiście  potężne  sta- 
nowisko. 

A  jakie  stanowisko  wobec  tego  wszystkiego  zajmo- 
w^ał  uniwersytet?  Wspomnieliśmy  co  dopiero,  że  w  osta- 
tnich czasach  Kazimierza  rozgrywały  się  w  nim  walki 
wewnętrzne,  że  zarządzono  tu  stan  wyjątkowy  przeciw 
skrajnym  ludziom  i  dążeniom.  Uniwersytet  w  większości 
swojej  był  zapewne  za  Olbrachtem;  jego  wykształcenie 
jednało  mu  umysły,  przedstawiało  go  w  świetle  opiekuna 
uczonych.  Kiedy  też  w  grudniu  r.  1492  odbywał  Olbracht 
swój  ingres  do  stolicy,  witał  go  w  imieniu  uniwersytetu 
mową  uroczystą  Jan  Sacranus  z  Oświęcimia;  sławił  w  niej 
nowego  monarchę,  a  zarazem  przypominał  » nieszczęścia 
burzliwe  czasów,  w  których  już  prawie  na  łup  publiczny 
byliśmy  wydania,  —  sub...  procellosa  calamitate  temporum, 
quibus  iam  pene  praedam  in  publicam  expositi  fueramus. 
Tenże  sam  Jan  z  Oświęcimia  jako  rektor  w  r.  1493  wzy- 
wał opieki  nad  uniwersytetem  przy  ingresie  kardynała 
Fryderyka  i  błagał  tegoż,  aby  łaskawie  oczy  swe  zwrócił 
Dna  jego  teologiczny  i  nieledwie  już  zepsowany  ustrój«, 
theologicalem  et  pene  iam  detrimentosum  ordinem*).  Do 
<5zego  tedy  te  wspomnienia  się  odnoszą?  Niewątpliwie  do 
walk  ciężkich,  które  uniwersytet  świeżo  był  przebył,  a  któ- 


Ks.  dr.  Fijalek  Studya  do  dziejów   uniw.  krak.  str.  43  i  47. 


198  KSIĘGA   m. ROZDZIAŁ   Ul. 

ryoh  odgłosy  i  ślady  zaznaczyliśmy.  Jan  z  Oświęoimia, 
człowiek  pośredniego  kierunku,  wzdrygał  się  przed  skraj- 
nościami gwałtownych  humanistów,  przed  rozstrojem  i  nie- 
ładem, które  oni  wnosili  do  przekazanego  theologicalis 
ordo.  Zarazem  jednak  i  inne  burze  i  ciosy  dotknęły  wtedy 
uniwersytet  krakowski,  które  także  wpłynąć  musiały  na 
ton  żałosny  tych  przemów.  W  lipcu  bowiem  roku  1492, 
krótko  po  śmierci  Kazimierza  Jagiellończyka,  wybucłił  po- 
żar w  pobliżu  uniwersytetu,  obrócił  w  perzynę  wszystkie 
domy  obok  kościoła  świętej  Anny  i  objął  koUegium  ar- 
tystów^). Pożar  ten  był  dla  uniwersytetu  ciężką  klęską, 
którą  tylko  ofiary  i  energiczne  działanie  powetować  mo- 
gły. Natenczas  król  sam  przybył  zapewne  z  pomocą,  on, 
który  »względem  uniwersytetu  krakowskiego  szczególniej- 
szy żywił  afekt«  —  ad  universitatem  Cracoyiensem  singn- 
larem  gerens  affectum^).  Równocześnie  królowa  Elżbieta 
przesłała  z  okazyi  zgonu  swego  małżonka  300  florenów 
dla  domu  artystów'). 

Zaczęto  więc  wkrótce  budować  na  nowo.  Kallegium 
dotychczasowe,  powstałe  ze  zlepku  domów,  w  różnych 
czasach  dla  uniwersytetu  nabytych,  nie  musiało  się  przed- 
stawiać zbyt  pokaźnie,  a  ostatnia  przebudowa  z  roku  1468 
nie  naprawiła  ogólnego  wrażenia.  Teraz  postanowiono 
przy  restauracyi  uwzględnić  piękność  obok  pożytku  *).  W  r. 
1494  zdarzył  się  niespodziewany  wypadek,  który  ułatwił 
to  zadanie.  Przy  rozbieraniu  starego  muru  w  lectorium 
Socratis  znaleziono  mianowicie  skarb  z  2508  dukatów 
i  wielką  liczbę  pierścieni  i  drogich  kamieni.  Przypuszczano, 


')  Miechowita  p.  r.  1492.  IV,  73.  Por.  Monum.  PoL  V.  908. 

*)  Ibid.  IV,  78. 

•)  CJonclus.  imiv.  pod  r.  1606.  W  Mon.  Pol.  V,  908  osytamy 
o  400  florenach  de  thesauro  suae  Maiestatis  danych  a  okasyi  ialo- 
bnego  nabożeństwa. 

*)  Conclus.  uniy.  1493:  ut  domus  collegii  maioris  igni  supenre- 
nienti  consumpta  et  abolita  in  formam  pulchram . . .  reaedificata  eon- 
stmatur. 


HUMANIZM    I    UNIWSRSYTSr.  19^ 

ie  bogactwa  te  zamurowali  żydzi,  którzy  kiedyś  zamie- 
szkiwali tę  część  miasta  i  te  gmachy.  Król  natychmiast 
stare  monety  wymienił  na  pieniądze  bieżące,  a  kardynał 
Fryderyk  wziął  gemmy  i  według  Miechowity  prawie  nic 
za  nie  nie  dał,  według  Wapowskiego  odpowiednio  je  za- 
płacił^). Odtąd  dzień  świętego  Władysława,  w  którym 
znaleziono  te  skarby,  uchodził  stale  za  święto  w  uniwer- 
sytecie. 

Nie  moglibyśmy  na  pewno  oznaczyć,  jak  restauracya 
ówczesna  się  przedstawiała.  Ale  to  zdaje  się  być  pewnem,  że 
gmach  ten,  w  którym  na  dole  znajdowały  się  lektorya, 
na  górze  wielka  sala  teologów  i  mieszkania  profesorów, 
odtąd  nabrał  jednostajniejszego  i  wspanialszego  wyglądu. 
Wapowski  szczególnie  wyraża  się  o  tych  robotach  z  po- 
dziwem: doktorzy  krakowscy  —  powiada  —  osiągnąwszy 
niespodzianie  pieniądze,  dom  CoUegii,  mury  podwyższy- 
wszy, na  kształt  wyniosłego  pałacu  odnowili  i  dużo  uczy- 
nili okazalszym*).  Roboty  długo  trwały,  bo  w  drugim 
szesnastego  wieku  dziesiątku  pracowano  tu  jeszcze  około 
dalszego  ciągu  poczętych  robót,  a  zarazem  około  libraryi, 
na  którą  łożył  hojny  zawsze  Maciej  z  Miechowa^). 

Król  Jan  Olbracht,  odznaczający  się  miłością  dla  uni- 
wersytetu, dał  następnie  Jagiellońskiej  wszechnicy  w  r. 
1496  3>dla  powiększeniacc  większego  koUegium  dom  przy- 
tykający, należący  od  dawna  do  kościoła  św.  Anny  a  le- 
żący naprzeciw  tego  kościoła,  na  własność  zupełną  ^).  Otóż 
przy  budowlach  ówczesnych  dom  ten  został  zapewne  wcią- 
gnięty   w  obręb   jednolity  i  włączony  do  reszty  budowy. 


*)  O  tym  skarbie  por.  Miechowita  IV,  77.  Wapowski,  w  Scri- 
ptores  r.  poL  II,  20.  Mon.  Pol.  V,  908. 

*)  Wapowski  w  Soriptores  rerum  pol.  II,  20. 

•)  CoDclus.  univ.  1518  postanawiają  profesorowie:  super  con- 
tinuatione  aedificiorum  coeptorum  . . .  Labor  librariae  debet  continu- 
ari.  Ibid.  1522:  Maciej  z  Miechowa  daje  pieniądze  pro  libraria  theo- 
logorom  oontinuanda  i  osobną  sumę  na  zegar. 

*)  Cod.  univ.  Grac.  III.  200. 


200  KSIĘGA    m. ROZDZIAŁ    III. 

Nie  poprzestając  na  tych  dobrodziejstwach,  nada)  Ol- 
bracht prócz  tego  uniwersytetowi  patronat  nad  pewnym 
kanonikatem  przemyskim,  który  dotąd  był  kollacyi  kró- 
lewskiej ^).  Uniwersytet  wybierał  w  następnych  latach  na 
to  stanowisko  jednego  ze  swych  członków,  zwykle  pro- 
fesora teologii. 

A  w  czasach,  kiedy  Olbracht  siedział  na  tronie,  brat 
jego  młodszy  Fryderyk  zajmował  stanowisko  biskupa  kra- 
kowskiego i  kanclerza  uniwersytetu.  W  r.  1488  zasiadł 
on  na  stolicy  krakowskiej,  w  r.  1493  został  arcybiskupem 
gnieźnieńskim  i  kardynałem.  Promienie  tej  świetności  spa- 
dały także  oczywiście  na  uniwersytet  Zdawać  się  nawet 
mogło,   że   się   odnowią  tradycye  Zbigniewa  Oleśnickiego  [ 

i  władza  kanclerza  nowym  zajaśnieje  blaskiem.  Kanclerze  ! 

uniwersytetu  po  wielkim  kardynale,  zmarłym  w  r.  1455, 
nie  odegrali  roli  zbyt  wybitnej,  ani  Tomasz  Strzempiński 
za  krótkich  swych  rządów,  ani  dworak  Gruszczyński,  ani 
kochający  się  nadto  w  zbytkach  Lutek  z  Brzezia,  ani 
wreszcie  dawny  wojak  Jan  Rzeszowski,  który  za  młodu 
walczył  pod  Warną.  Teraz  tymczasem  brat  królewski 
i  członek  świętego  kollegium  stał  się  opiekunem  krakow- 
skiej wszechnicy.  Stosunki  jego  z  uniwersytetem  są  dosyć 
ścisłe;  polecił  go  jego  opiece  w  r.  1493  Jan  z  Oświęcimia, 
a  odtąd  interwencye  kanclerza  znaczą  się  dosyć  często 
na  kartach  aktów  uniwersyteckich.  Ale  do  wpływu  i  zna- 
czenia Zbigniewa  było  mu  daleko.  Kardynał  Fryderyk  był 
jeszcze  młodym  i  w  młodym  wieku  zeszedł  z  tego  świata; 
umysł  miał  nie  zbyt  wybitny,  a  skłonność  do  hulatyki 
zwichnęła  go  przedwcześnie.  Wykształcenie  pewne,  za 
młodu  nabyte,  nie  wniknęło  w  głębię  jego  duszy;  a  cho- 
ciaż miał  w  swem  otoczeniu  ludzi  wyższych  i  wykwin- 
tnych, żył  po  trochu  i  umarł  »spreta  philosophorum  doctrina,* 
jak  się  wyraża  Miechowita. 

W  otoczeniu  jego  znajdował  się,  jak  już  wspomnie- 


*)  Miechowita  IV,  78. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  201 

liśmy,  ów  Bernardino  Galio,  przyjaciel  Kallimacha;  z  Kal- 
limachem  łączyły  samego  kardynała  bliższe  stosunki,  cho- 
ciaż zamącone  wielkiemi  nieporozumieniami,  jak  n.  p.  z  po- 
wodu zaburzeń  antyżydowskich  w  r.  1494.  Dalej  przeby- 
wał dużo  na  służbie  i  w  otoczeniu  kardynała  Jan  Baru- 
chowski,  magister  uniwersytetu  krakowskiego  z  r.  1459, 
doktor  dekretów  i  rektor  uniwersytetu  w  latach  1485/6 
i  1486/7.  Został  on  później  archidyakonem  krakowskim,  a  Jan 
Ursinus  nazywa  go  sekretarzem  księcia  Fryderyka.  Zna- 
komitszym  wreszcie  członkiem  tego  dworu  był  Piotr  To- 
micki, który  z  wielkiem  wykształceniem  prawniczem  wra- 
cał w  r.  1500  z  Włoch  do  Krakowa  i),  aby  tutaj  od  kan- 
clerstwa  na  dworze  biskupów  zacząć  świetną  swoją  ka- 
ryerę. 

Fryderyk  Jagiellończyk  był  kanclerzem  uniwersytetu 
w  czasach,  kiedy  Celtes  przebywał  w  Krakowie  i  kiedy 
następnie  po  części  wskutek  pobytu  tego  humanisty  wy- 
buchła w  murach  uniwersytetu  burza  i  powzięto  różne 
uchwały  zdążające  do  ujęcia  w  karby  rozluźnionego  ustroju 
wszechnicy.  Jakież  tedy  były  dalsze  tych  nowych  kierun- 
ków koleje  i  przeobrażenia? 


Pod  sam  koniec  wieku  pisał  do  Celtesa  przebywa- 
jący w  Krakowie  humanista  Aesticampianus:  Nie  kwitnie 
tak  już  nasza  szkoła,  jak  dawniej,  kiedy  ty  sam  byłeś  tu 
obecnym  *).  Z  tego  więc  wnosićby  można,  że  uniwersytet 
znajdował  się  w  upadku,  że  w  każdym  razie  pod  wzglę- 
dem humanistycznym  życie  jego,  bujnie  się  zapowiada- 
jące, ustało.  Rzeczywiście  też  w  ostatnim  lat  dziesiątku 
stwierdzić  możemy  pewne  cofnięcie  się  w  rozwoju  wszech- 
nicy. Lata  1490  — 1494  wykazują  silny  jeszcze  przypływ 
scholarów;  rok  1495  spada  za  to  do  liczby    191,   bardziej 


*)  Korytkowski.  Arcybiskupi  gnieźnieńscy  III,  618. 
«)  Z  listu  2  r.  1499  u  KlupfeFa  De  vita  Celtis  I,  96. 


202  KSIĘGA    III. ROZDZIAŁ   III. 

jeszcze  jest  nędznym  rok  1496,  bo  wykazuje  tylko  92  intytu- 
łowanych,  r.  1497  trochę  się  znów  podnosi,  dosięga  jednak 
tylko  cyfry  117-tu.  Następne  lata  są  lepsze,  a  w  roku  1500 
przekracza  wpis  po  raz  pierwszy  liczbę  pięciuset  Także 
pod  względem  wykładów  humanistycznych  możemy  na- 
ówczas  wykazać  pewien  zastój  w  ruchu  dopiero  poczętym. 
W  latach  1494  — 1498  niema  prawie  zapowiedzi  lekcyi 
o  autorach  klasycznych  i  tylko  wyjątkowo  błyśnie  jakie 
nazwisko  z  tego  zakresu.  Przypominamy  dalej,  że  ten  ma- 
gister, który  szczególną  chwałę  przynosił  uniwersytetowi 
i  przynęcał  w  znacznej  części  scholarów,  Wojciech  Bru- 
dzewski  poszedł  w  r.  1494  na  Litwę  i  nie  miał  stamtąd 
już  powrócić.  Bo  i  to  odbiło  się  niekorzystnie  na  postępie 
i  rozwoju  szkoły  krakowskiej. 

Burza  więc,  która  po  r.  1490  tutaj  wybuchła,  zazna- 
czyła się  w  następnych  latach  pewną  stagnacyą.  Ale  sta- 
nowczą być  ona  nie  mogła.  Bo  fermenta  raz  rzucone  mo- 
żna na  chwilę  stłumić,  rozwoje  wszczęte  przelotnie  zaże- 
gnać, ale  myśli  te  kiełkują  w  cichości  i  muszą  w  końcu 
rozeprzeć  ustrój,  który  miał  już  na  sobie  znamiona  prze- 
życia. 

W  r.  1496  umarł  człowiek,  który  w  życiu  umysłów 
i  polityce  polskiej  ówczesnej  tak  wielką  odegrał  rolę,  Fi- 
lip Kai  limach.  Pogrzeb  jego  zamienił  się  w  wielką  mani- 
festacyę,  a  hołd  ten  był  zarazem  wyrazem  czci  dla 
króla,  który  zmarłego  szczególną  otaczał  miłością  i  opieką. 
Według  świadectwa  współczesnego  wyległ  przy  tym  ob- 
chodzie cały  kler  Krakowa  i  wszystkie  zakony,  czternastu 
pono  infułatów  towarzyszyło  trumnie.  Za  nią  postępował 
ulubiony  uczeń  nieboszczyka  i  powiernik,  Maciej  Drze- 
wicki, potem  doktorzy  uniwersytetu,  wreszcie  ogromny 
zastęp  —  turba  magna  — scholarów.  Wszystko  to  zmierzało 
do  kościoła  św.  Trójcy,  gdzie  ruchliwy  humanista  na  wie- 
czny miał  się  położyć  spoczynek.  Testamentem  swoim 
obdarzył  on   króla  i  kardynała  Fryderyka,  któremu  zapi- 


HUMANIZM    I    UNIWBR8YTKT.  20S 

sal  la  sua  carozza  eon  ąuattro  cayalli  ^);  uniwersytet  także 
otrzymał  po  nim  dary  i  pamiątki.  Zapisał  mu  Kallimach 
miednicę  srebrną  z  nalewką  dla  użytku  domowego  i  sto 
florenów  »pro  aedificiis  domus« ').  Niebawem  posypały  się 
pieśni  humanistów  miejscowych  i  obcych  na  grób  tego, 
który  w  oczach  północnych  ludzi  uchodził  za  mędrca  gó- 
rującego nad  otoczeniem  i  wiekiem,  za  bożyszcze  nowego 
zakonu.  Humaniści  krakowscy,  osieroceni  już  po  wyjeździe 
Celtesa,  wylewali  teraz  łzy  literackie  po  drugim  opiekunie 
i  orędowniku  swej  sprawy.  Wśród  tych  humanistów,  któ- 
rzy po  Celtesie  snuli  w  Krakowie  dalszą  nić  jego  pracy 
i  wpływów,  zasługują  niektórzy  na  szczególne  wspomnie- 
nie. Oni  to  sprawili,  że  mimo  usunięcia  kursów  humani- 
stycznych w  uniwersytecie  zarzewie,  przez  niego  rzu- 
cone, nie  przygasło  zupełnie,  że  ruch  przyttumiony  prze- 
trwał chwilową  reakcyę. 

Wawrzyniec  Corvinus  uległ  przeważnym  Celtesa 
^wpływom,  należał,  choć  już  był  starszym,  do  jego  wielbi- 
cieli i  uczniów®).  Tęsknił  on  ciągle  za  chwilami  spędzo- 
nemi  u  stóp  mistrza,  wiecznie  żałował,  że  z  nich  nie  sko- 
rzystał dostatecznie.  Niebawem  jednak  miał  Kraków  opu- 
ścić w  r.  1494,  aby  przenieść  pole  swego  działania  do  ści- 
ślejszej swej  ojczyzny,  na  Śląsk. 

Pozostał  za  to  dłużej  w  Krakowie  inny  uczeń  Cel- 
tesa, jeden  z  najruchliwszych  humanistów  ówczesnych^ 
Jan  Rhagius  Sommerfeld  czyli  Aeticampianus.  Znaczenie 
jego  jest  powszechnie  znanem,  biografia  o  tyle  zamąconą, 
że  równocześnie  przebywał  w  Krakowie  inny  Jan  Som- 
merfeld starszy,  którego  działalność  może  mniej  wybitna, 
ale  w  Krakowie  doniosła  i  pokrewna  utrudnia  rozdział 
tych   dwóch    ludzi  i  owoców  ich  pracy.    Akta  rektorskie 

*)  Ciampi  Bibliografia  critica  I,  31. 

•)  Wiszniewski  Hist.  lit.  III,  463.  Por.  Arch.  uniw.  Cod.  69  p.  33. 

^  W  r.  1501  pisał  do  Celtesa  z  Wrocławia  (Cod.  wied.  34ł8 
8tr.  136) :  id  temporis  quo  inter  duros  tecum  vixi  Sarmatas  et  in  ho- 
nestissimo  alumnorum  tuonim  coetu. 


204  KSOHOA    Ul.  —   ROZDZIAŁ    m. 

i  spis  wykładów  uniwersytetu  krakowskiego  znają  tylko 
jednego  Jana  Sommerfelda,  tego  starszego.  We- 
dług Liber  diligentiarum  wykłada  on  od  roku  1487,  w  któ- 
rym jest  extraneus,  aż  do  roku  1501.  Należy  do  tych 
licznych  przybyszów  zachodnich,  którzy  wtedy  działali 
w  uniwersytecie  Jagiellońskim,  a  pochodził  ze  Sommer- 
feld  na  Łużycach;  miejsce  urodzenia  przystało  do  jego  na- 
zwiska w  zlatynizowanej  formie  Aesticampianus^). 
W  roku  1490  zostaje  on  collegiatus  minor,  w  r.  1494 
colleg.  maior,  w  zimie  1494/5  jest  dziekanem  artystów. 
Wykłada  kursą  Arystotelesowskie  i  dyalektyczne  ale  wpro- 
wadza także  młodzież  w  tajniki  nowej  retoryki  i  poetyki, 
objaśnia  w  r.  1492  dziełko  Augustyna  Datusa,  ucznia  Pi- 
lelfa,  De  conficiendis  epistolis,  prócz  tego  po  kilkakroć 
(1493,  1499,  1501)  wykłada  o  traktacie  De  modo  episto- 
landi  Franciszka  Niger,  Wenecyanina,  który  działał  w  końcu 
piętnastego  wieku.  Wyraźnie  nowe  kierunki  przystały  do 
jego  duszy  a  był  ich  szermierzem  w  swych  lekcyach 
o  retoryce  i  poetyce.  Zrozumiemy  wobec  tego,  dlaczego 
poeta  Johannes  Lupulus  Bodmanensis  w  epitafie  na  tego 
Jana  Sommerfelda  2)  sławił  go,  że  wrozwiązywał  skryte 
tajniki  logiki«,  ale  prócz  tego  dodawał,  iż  był  postrachem 
sofistów,  czyli  średniowiecznych  dyalektyków, 

Qaeinqae  sophistaram  garmla  tnrba  times. 
Acta  rectoralia  więcej  nam  o  nim  dostarczają  szczegółów. 
Tutaj  się  pojawia  jeden  i  ten  sam  Sommerfeld,  znowu 
w  tych  samych  latach,  od  r.  1487  aż  do  roku  1501.  Opie- 
kuje się  on  gorliwie  scholarami,  mianowicie  niemieckimi, 
którym  często  pożyczał  pieniędzy '),  a  to  objaśnia  dobitnie 
pochwały  ze  strony  Anglika  Leonardusa  Coxus,  który  pó- 
źniej twierdził,  że  Aesticampianus  takim  był  fautorem  i  opie- 


V  Objaśnia  to   nazwisko   w   grammatica   Petri   Heliae   (1499) 
str.  LIIII. 

')  N.  p.  w  Modus  Epistolandi  z  r.  1513. 

^)  Acta  Rect.  n.  1104,  1132,  1134-5,  1500,  1761. 


HUHAiaZH    I    UNIWERSYTET.  205 

kunem  młodzieży,  jakich  niewielu  uniwersytet  zdołałby 
wykazać,  ąuantum  vix  alium  eo  tempore  nostra  mater 
habebat^).  W  roku  1488  jest  on  seniorem  świeżo  założo- 
nej bursa  Almannorum  ^),  następnie  (1492)  bierze  bursę 
węgierską  w  arendę  na  lat  trzy,  a  przecież  ta  bursa  była 
wtedy  głównem  ogniskiem  niemieckiego  żywiołu.  Po  pe- 
wnym czasie  zabrał  się  on  do  teologicznych  studyów  i  zo- 
stał bakałarzem  św.  teologii.  Wszechstronność  jego  umy- 
riu  w  tem  się  uwydatnia;  to  też  późniejsi  nazywali  go 
zarówno  muz  kapłanem  jak  i  tłómaczem  pisma  świętego. 

Po  pełnym  żywocie  umarł  ten  Sommerfeld  22  paź- 
dziernika r.  1501.  W  styczniu  następnego  roku  egzekuto- 
rowie  jego  testamentu,  Michał  z  Wrocławia  i  Jan  kazno- 
dzieja niemiecki  przy  kościele  Panny  Maryi,  zajmują  się 
już  jego  spuścizną  ^).  A  ta  data  śmierci  niezbitym  jest  do- 
wodem, że  odróżnić  go  należy  od  innego  Jana  Sommer- 
felda,  sławnego  i  ruchliwego  humanisty,  nauczyciela  Hut- 
tena,  który  dopiero  w  r.  1520  życia  dokonał*). 

Ten  Jan  Sommerfeld  starszy,  który  był  postrachem 
sofistów  w  Krakowie,  działał  także  na  polu  literatury. 
W  roku  1487  wykładał  on  Pryscyana;  w  kilka  lat  pó- 
źniej wydał  dzieło  p.  t.  Grammatica  Petri  Helie  uti- 
lissima  veri  Prisciani  imitatoris  z  komentarzem  bardzo 
obszernym  do  traktatu  uczonego  paryskiego  z  XII-go  stu- 
lecia, który  w  średnich  wiekach  wielkiej  używał  sławy. 
Jan  Sommerfeld  opatrzył  hexametry  średniowiecznego  gra- 
matyka obszernemi  objaśnieniami,  w  których  przebija 
wielka  uczoność,  a  nawet  znajomość  greczyzny  ^).  Do  przy- 
kładów gramatycznych  zaplątały  się  wiadomości  o  stano- 
wisku   i    stosunkach    autora    z   kardynałem   Fryderykiem 


')  Coxus:  De  laudibus  Academiae  Cracoviensis,  1518. 
*)  Acta  rectoralia  n.  1192. 
-)  Acta  rect.  1898,  1899.  1903,  1911. 

*)  Pien^'szy   ich   rozróżnił   Bauch   w  Archiv  fiir  Litteraturge- 
schichte  XII,  322. 

•)  Bauch  1.  c.  323. 


206  KSIĘGA   m.  ROZDZIAŁ   ni. 

i  jego  archidyakonem  Janem  Baruchowskim.  Pierwszego 
sławi  po  dwakroć  bardzo  gorąco  (p.  XLIX  i  LXXXIX), 
drugiego  zwie  swoim  dobrotliwym  opiekunem*).  Musiał 
więc  na  dworze  kardynała  częściej  przebywać  i  cieszyć 
się  jego  życzliwością. 

Więcej  rozgłosu  miało  jego  dziełko  Modus  Episto- 
landi,  zbiór  wzorów  listów,  dosyć  chudych  i  jałowych, 
który  jednak  licznych  doczekał  się  wydań.  Uderza  w  nim 
podziw  dla  Kallimacha,  jego  filozofii  i  wymowy,  z  resztą 
utwór  ten  nie  wyrasta  w  niczem  ponad  poziom  pospo- 
litości licznych  pokrewnych  mu  duchem  podręczników 
epistolografii  *).  Wreszcie  starszego  Sommerfelda  dziełem 
jest  komentarz  do  mów  Libaniusa,  retora  greckiego,  na 
łacinę  przez  Franciszka  Zambeccari  przełożonych.  Na  czele 
znajdujemy  tu  list  dedykacyjny  Sommerfelda,  zwiącego  się 
artium  liberalium  magister  et  sacrarum  litterarum  bacca- 
larius,  maioris  coUegii  studii  Cracoviensis  coUegiatus,  do 
podkanclerzego  koronnego  Macieja  Drzewickiego.  Wyda- 
wca sławi  znakomitego  mecenasa  humanistów  i  wyraża 
swą  wdzięczność  za  doznane  dobrodziejstwa  8).   Nie  dziw 

')  p.  CIIII:  ut  ego  Joh.  Aesticampianus  sum  cliens,  Dnusvero 
Job.  Baruchinus  artium  et  sacrorum  canonum  doctor,  archidiaconos 
Crac,  nostri  ill.  cardinalis  Federici  olim  praeGeptor,  meus  patrouus 
est . . .  Dowiadujemy  się  więc,  że  magister  Jan  Baruchowski  nauczaZ 
kiedyś  młodego  Jagiellończyka. 

')  Że  jest  utworem  Sommerfelda  starszego,  zmarłego  w  roku 
1501,  to  wypada  z  pisma  Rudolfa  Agrykoli,  którem  tenże  wydanie 
Yietora  z  r.  1515  opatrzył.  Mówi  tam  sławny  humanista  o  Sommer- 
feldzie,  o  tegoż  wielkiej  nauce,  powiada,  że  Michał  z  Wrocławia 
wprowadził  go  do  biblioteki  Aesticampianus'a  Zrozumiałem  to  zu- 
pełnie ze  względu  na  to,  że  Michał  z  Wrocławia  był  egzekutorem 
testamentu  nieboszczyka. 

*)  Przedmowa  ta  datowaną  jest  z  marca  r.  1504  i  w  tern  jest 
wielka  trudność.  Bo  koUegiat  krakowski  umarł  w  r.  1501,  chyba 
więc  tu  jest  myłka  druku.  Drzewicki  został  podkanclerzym  zupewne 
w  ostatnim  roku  Olbrachta  w  r.  1501.  (Korytkowski,  Arcyb.  gniezn. 
II,  749).  Tytuły  wydawcy  nie  pozwalają  o  innym  Sommcrfeldzie  my- 
śleć. —  Hain,  Repertorium  10069,  zna  wydanie  bez  oznaczenia  roku. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  207 

tedy,  że  człowiek  tak  zupełnie  Drzewickiemu  oddany  nie 
szczędził  słów  uznania  i  pochwaiy  dla  Kaliimacha. 

Ogółem  biorąc  przedstawia  nam  się  ten  Jan  Som- 
merfeld  starszy,  który  długo  i  różnorodnie  w  Krakowie 
działał  jako  człowiek  pośredniczący  między  staremi  i  no- 
wemi  hasłami,  jako  poważny  uczony,  który  znalazł  miej- 
sce w  dawnym  ustroju  uniwersytetu,  a  w  nim  dla  no- 
wych kierunków  i  nowej  wiedzy  miejsce  chciał  wywal- 
czyć. Zetknął  się  on  zapewne  z  Celtesem  i  jego  przewa- 
żnym wpływem,  dlatego  też  hołdował  muzom,  a  Coxus 
nazywa  go  Musarum  et  ApolUnis  sacerdos;  ale  ten  sam 
Coxus  wymienia  go  między  dyalektykami,  przedstawicie- 
lami disciplinae  moralis  et  metaphysicae  ^). 

Innego  rodzaju  człowiekiem,  daleko  ruchliwszym,  na- 
miętniejszym  i  głośniejszym  był  jego  imiennik,  który  także 
w  Krakowie  przez  pewien  czas  przebywał,  a  następnie 
^w  Niemczech  działał  na  różnych  miejscach  głośnie  i  nie- 
kiedy burzliwie.  Postać  tego  młodszego  Sommerfelda  wy- 
bitniej też  występuje  w  dziejach  humanizmu  i  walkach, 
które  pod  jego  znakiem  staczano. 

Jan  Rak,  albo  Jan  Rhagius  Aesticampianus 
urodził  się  w  Sommerfeld  w  Łużycach  w  r.  1457,  a  życie 


^)  W  kodeksie  Geltesa  wied.  3448  czytamy  list  Marcus'a  Ru- 
stinimious  do  Geltesa.  Przytacza  on  tam  epitaf  wierszowany  na  Kal- 
iimacha, a  potem  mówi  o  autorze:  yir  ornatissimus  divinarum  hu- 
manarumąue  rerum  peritissimus,  sapientissimus  sacrarum  litterarum 
interpres  in  illius  memoriam  conflavit,  Johannes  Esticampianus  dic- 
tug,  qui  et  tibi  notissimus  et  amicus  familiarissimus ...  To  się  oczy- 
wiście odnosi  do  starszego  Sommerfelda  teologa  krakowskiego.  A  więc 
on  byłby  przyjacielem  Geltesa,  on  autorem  epitafu  Kallimachowego 
(który  przypisywano  także  Bernardino  Galio;  Zeissberg,  Die  poln. 
Gesohiohtsschreibung  379).  Gytuje  ten  epitaf  Rhagius  (Godex  Geltesa 
105  a),  ale  nie  powiada,  żeby  był  jego  pióra.  A  niepodobna  przy- 
puśoić,  aby  Rustinimious,  który  był  w  Krakowie,  a  list  ten  pisał 
w  roku  1500,  pomieszał  obu  Sommerfeldów,  jak  przypuszcza  Bauch 
1.  c.  327. 


208  KSIĘGA    m. ROZDZIAŁ    HI. 

jego  pełne  zmienności  i  przygód  sięgnęło  dość  głęboko 
w  wiek  szesnasty.  Jest  on  skończonym  i  wybitnym  typem 
wędrownego  humanisty,  ma  wszystkie  własności  i  przy- 
wary tego  cechu.  Późniejszy  nauczyciel  Huttena  i  wielu 
znakomitych  mężów  epoki  szukał  on  nauki  i  światła 
tam,  dokąd  tak  powszechnie  naówczas  po  światło  się  zwra- 
cano, w  Krakowie.  Kiedy  się  on  tutaj  pojawił,  określić  nie 
możemy.  To  pewnem,  że  był  tutaj  za  pobytu  Celtesa, 
a  więc  w  roku  1490,  że  następnie  pozostał  czas  dłuższy 
na  Wschodzie  i  z  ukochanym  mistrzem  nawiązał  zajmu- 
jącą korespondencyę,  w  której  Celtesowi  donosił  o  życiu 
duchowem  i  społecznem  Krakowa^).  Listy  te  są  dla  ów- 
czesnej kultury  źródłem  pierwszorzędnego  interesu.  Som- 
merfeld  podobnie  jak  Corvinus  korzystał  w  Krakowie 
z  nauki  Celtesa,  przesiadywał  wśród  )>honestissimus  alum- 
norum  coetus«,  o  którym  Corvinus  w  jednym  z  listów 
swoich  wspomina;  gorętszy  od  kolegi  nie  miał  Sommerfeld 
dosyć  słów  uznania  dla  Celtesa,  zachwycał  się  jego  nauką^ 
wymową,  wpływem  na  uczniów;  pisał  w  pełnej  świado- 
mości misyi  Celtesa,  że  on  z  nieba  przysłanym  został, 
aby  chmury  niewiadomości  rozpędzić  —  numen  coelitus 
demissum,  quod  ignorantiam  propulsaret  *).  Sommerfeld 
nie  dostąpił  jednak  zapewne  stałego  w  Krakowie  stano- 
wiska, bo  nie  miał  stopnia,  któryby  pozwalał  mu  zasiąść 
między  sofistami  uniwersytetu,  a  zapewne  nigdy  go  nie 
osięgnął.  Mimo  tego  stał  on  z  uniwersytetem  w  ścisłym 
związku,  bo  tutaj  się  kształcił,  mówił  o  »nostrum  gymna- 
sium«,  śledził  bacznie  jego  rozwoje.  Wątpić  też  nie  mo- 
żna, że  nauczał  w  Krakowie,  zapewne  poza  uniwersyte- 
tem, po  bursach  lub  prywatnie.  —  Erazm  Beck  z  Krakowa 
był  jego  wy  Chowańcom;  w  r.  1499  był  ten  Beck  w  Wie- 

^)  Listy  te  sięgają  poza  pobyt  krakowski;  w  r.  1499  wyjechał 
ten  Sommerfeld  do  Wioch,  w  r.  1500  pisze  z  Bolonii,  w  r.  1502  po 
powrocie  do  Niemiec  z  Oppenheim,  przed  osiedleniem  się  w  Mo- 
guncyi. 

*)  Cod.  bibl.  Caes.  Yiennensis  3448  —  ,  p.  107  a. 


UUMAKIZM    I    UNIWKRSYTET.  20^ 

dniu,  następnie  w  latach  1500  — 1503  wykładał  w  Kra- 
kowie, przeważnie  autorów  klasycznych,  Cycerona,  Wer- 
giliusza,  Owidyusza  i  Senekę.  Obowiązki  jednak  te  speł- 
niał niedbale,  jak  humaniści  zwykli  byli  czynid  Uczeń 
ten  Sommerfelda  musiał  by<5  człowiekiem  niezwykłego  ta- 
lentu; przynajmniej  Coxus  w  dziełku:  De  laudibus...  Cra- 
cov.  academiae  twierdzi  później  z  przesadą,  że  Beck  łą- 
czył wymowę  z  mądrością,  dorósł  w  pierwszej  Policyana, 
przerósł  w  filozofii  Ficinusa. 

Sommerfeld  gonił  tego  ucznia  myślą  i  listami  we 
Wiedniu,  kiedy  tenże  tam  się  kształcił  pod  wpływem 
i  w  otoczeniu  Celtesa.  Równocześnie  Celtesowi  donosił 
o  wydarzeniach  krakowskich,  wyrażał  swe  życzenia  oso- 
biste i  literackie.  Ludzie  jednego  cechu  czują  się  soli- 
darnymi w  swych  interesach,  życzeniach  i  marzeniach. 
Celtes  śle  przyjacielowi  do  Krakowa  swoje  utwory,  które 
Sommerfeld  miał  rozdzielać  między  miejscowych  uczo- 
nych i  wielbicieli.  Temu  chodzi  oczywiście  o  łaski  Celtesa, 
błaga  on  o  przesyłki  autorów,  o  Tacyta,  poprawnego  Plau- 
tusa,  skarży  się,  że  nie  posiada  Homera.  Sommerfeld  więc 
po  odjeździe  Celtesa  snuł  w  Krakowie  dalej  to,  co  Celtes 
był  nawiązał,  podsycał  zajęcia  przez  tamtego  rozbudzone. 
Tęsknił  jednak  z  Sarmacyi  za  tem  bóstwem  straconem, 
a  z  niebios  na  to  zesłanem,  aby  gnębid  ignorancyę  i  pi- 
sał w  roku  1499^)  do  Celtesa:  »nie  kwitnie  już  tak  nasza 
szkoła,  jak  wtedy,  kiedy  ty  byłeś  tu  obecnym. «  Tęsknota 
humanisty  za  złotemi  latami  w  tem  przebija,  a  zarazem 
jest  w  tem  wyznanie,  że  rzeczywiście  w  ostatnim  dzie- 
siątku piętnastego  wieku  humanizm  krakowski  trudniej- 
sze przechodził  koleje. — Troski  te  rozpędzał  Jan  Sommer- 
feld, podobnie  jak  mistrz  jego  Celtes,  miłostkami.  Panią 
jego  serca  w  Krakowie  była  Hasa  Stentzl  Schwartzynne '); 


*)  Cod.  Wied.  105  a. 

')  W  Modus  epistolandi  Ursinus^ajestkorespondencya  miłosna 
między  autorem  a  Blanca  virgo  formosissima  i>ex  clarissima  Nigro- 
rum  familia,  c 

Hlst.  Uniw.  T.  u.  li 


210  KSIĘGA   III. ROZDZIAŁ   DI. 

umarła  mu  ona  jednak  przedwcześnie,  w  roku  1497  ^). 
W  dwa  lata  później  opuścił  też  młodszy  Sommerfeld  Kra- 
ków, aby  się  udać  do  kolebki  odrodzenia,  do  Włoch.  To- 
warzyszem jego  w  podróży  był  Wincenty  Lang  z  Frey- 
stadt  na  Śląsku,  zwany  wśród  humanistów  Yincentius  Lon- 
ginus  Eleutherius,  który  zapewne  w  r.  1491  zapisał  się 
na  uniwersytet  krakowski,  a  do  najbliższych  przyjaciół 
Celtesa  należał  *).  Opuścił  Sommerfeld  Kraków,  bo  mu  się 
uprzykrzył  pobyt  między  Sarmatami,  bo  chciał  pofolgować 
wrodzonej  ruchliwości,  która  go  odtąd  nie  opuściła  aż  do 
śmierci.  Nie  będziemy  tych  jego  kolei  szczegółowo  opisy- 
wać; zaznaczymy  tylko,  że  w  roku  1501  zaczęły  się  jego 
wędrówki  po  Niemczech;  przebywał  tak  w  Bazylei,  w  r. 
1607  podążył  za  swym  uczniem  Huttenem  z  Frankfurtu 
nad  Odrą  do  Lipska*).  Pobyt  w  tem  mieście  zakończył 
się  w  r.  1511  wielką  burzą  między  nim  a  nsofistamicc  uni- 
wersytetu. Opuścił  tedy  Lipsk,  jak  jego  mistrz  Celtes  opu- 
szczał często  nienawistne  mu  uniwersytety  i  pożegnał 
miejsce  swego  działania  gwałtowną  mową  przeciw  swym 
prześladowcom*).  W  epistolae  obscurorum  virorum  wy- 
lano następnie  na  nich  całe  wiadra  żółci,  a  może  sam 
Sommerfeld  zredagował  odnośne  ustępy  ^).  Wobec  wrogów 
powoływał  się  często  na  swe  wielkie  zasługi:  przyznać 
mu  też  trzeba,  że  do  wskrzeszenia  znajomości  starożytnych 
autorów  przyczynił  się  niemaio;  Pliniusza  on  pierwszy 
objaśniał  w  uniwersytecie   niemieckim.    Niemniej  jednak 


*)  Cod.  Wied.  86  a,  92  b. 

')  Bauch  w  Zeitschrift  des  Yereins  fiir  die  deschichte  Schle- 
siens  Bd.  31  (1897)  str.  123. 

')  Wielkie  światło  na  jego  działalność  rzucają  jego  Epigram- 
mata,  wydane  w  Lipsku  1507;  znam  je  z  egzemplarza  biblioteki 
uniw.  wrocI. 

*)  Bauch,  Archiv  fiir  Litteraturgeschichte  13,  1.  Por.  teraz  Otto 
Clemen,  Neue  Jahrbiicłier  fur  das  klass.  Alterthum  II  Jahrg.,  3  u. 
4  Bdes  4f  Heft  p.  236. 

•)  Paulsen,  Geschichte  des  gelehrten  Unterrichts  1,  95. 


HUMANIZM   I    UN1W1&RSTTBT.  21 1 

wszechnice  broniły  się  przed  jego  osobą,  a  Kolonia  po- 
<lobnie  jak  Lipsk  odmówiła  mu  sali  wykładowej.  Po  tak 
nichliwem  i  pełnem  doświadczeń  życiu  znalazł  on  wre- 
szcie w  r.  1517  przystań  w  imiwersytecie  wittemberskim^ 
gdzie  wśród  przyjaznych  stosunków  z  Melanchtonem  i  Lu- 
trem ostatnie  lata  przepędził  i  umarł  w  r.  1520 1). 

W  Krakowie  więc  odebrał  wykształcenie  i  zaczął 
działać  ten  humanista,  który  do  najradykalniejszych  przed- 
stawicieli nowego  ruchu  należał.  Nawet  po  wyjeździe  Cel- 
tesa  musiała  tu  być  atmosfera  sprzyjająca  takim  oso- 
bistościom. A  jeżeli  ludzie  umiarkowani,  jak  Jan  z  Oświę- 
cimia Sacranus  i  Jan  z  Głogowa  stawiali  opór  zbyt  gwał- 
townym zamiarom  i  zapędom,  to  tylko  w  pewnej  czę- 
ści ochraniało  uniwersytet,  a  nie  przeszkadzało  zupełnie, 
że  poza  uniwersytetem  ruch  się  krzewU.  Stare  stronnictwo 
robiło  mu  ustępstwa,  nowe  kierunki  miały  za  sobą  urok 
świeżości  i  wyższości  życia  nad  tem,  co  się  w  znacznej 
mierze  przeżyło.  Przez  cały  też  lat  dziesiątek  między  ro- 
kiem 1490  a  1500  z  dalekich  stron  ciągnęli  studenci  do 
Krakowa,  z  Bawaryi  i  Szwabii,  a  mianowicie  licznie  z  Fran- 
konii;  Szwajcarya  także  nasyłała  tu  scholarów.  Były,  jak 
wspomnieliśmy,  w  tym  czasie  lata  bardziej  puste,  ale  chwi- 
lowe ubytki  prędko  zrównoważonymi  zostały.  W  tym  cza- 
sie studyował  w  Krakowie  Mikołaj  Kopernik,  zapisany 
w  poczet  studentów  w  roku  1491.  Lecz  o  nim  w  innym 
związku  wspomnimy.  Tymczasem  obejrzymy  się  za  in- 
nymi przybyszami  z  Zachodu,  którzy  wtedy  nieśli  do  Kra- 
kowa światło,  lub  go  tutaj  szukali.  Już  po  odejściu  Cel- 
tesa  zawitał  tu  młody,  dwudziestoletni  człowiek,  który 
gwałtownością  mógł  iść  z  Sommerfeldem  młodszym  o  le- 
psze  i   zaznaczył   się   w   szeregu  humanistów  jako  jeden 


^)  Działalność  jego  w  Krakowie  nie  jest  dostatecznie  znaną 
i  zasługiwałaby  na  osobną  monografię.  Wszelkie  poszlaki  prowadzą, 
jak  wspomniałem,  do  wniosku,  że  w  uniwersytecie  nie  zaj^  on  sta- 
nowiska, że  wszystko  w  Aktach  uniwersytetu  odnosi  się  do  dni- 
^ego,  starszego  Sommerfelda. 


14* 


212  KSIĘGA    ni. ROZDZIAŁ    HI. 

Z  najnamiętniejszych  i  najskrajniejszych.  Słynny  Henryk 
B  e  b  e  1 ,  późniejszy  profesor  tubingski  (od  r.  1497^,  przybyf 
do  Krakowa  około  r.  1492,  w  metrykę  uniwersytecką  za- 
pisał się  zapewne  w  r.  1493^).  Był  on  tu  uczniem  Corvi- 
nu8'a,  którego  dążenia  do  poprawienia  łaciny  później  po- 
djął w  pełnej  i  zdwojonej  mierze.  Już  jednak  w  roku  1492 
był  i  pisał  w  Krakowie  i  »z  gimnazyum  krakowskiego* 
datował  wtedy  swe  pierwsze  poetyckie  próby,  o  których 
mówił 

Sarmata  me  yidit  prima  lasisse  camena. 
Ale  klimat  krakowski  naraził  go  na  febry;  śpiewał  on 
wśród  tego  do  słowika,  pocieszać  się  Bakchusem,  »trosk 
lekarzemcK,  któremu  jako  młodzieniaszek  pieśń  saficką  po- 
święcił. Wśród  dobrych  towarzyszów  opowiadano  sobie 
fraszki,  które  potem  przeszły  do  Beblowskich  facecyL  Zna- 
lazło się  tu  już  wspomnienie  o  polskim  moście:  Pons  Po- 
lonicus,  monachus  Bohemicus,  Suevica  monialis,  miles  Au- 
stralis, Italorum  devotio  et  Alemannorum  ieiunia,  haec 
omnia  fabam  valent.  A  więc  przypowieść  o  polskim  moście 
i  włoskiem  nabożeństwie  dawną  ma  przeszłość  za  sobą. 
Charakteryzowano  w  tych  kołach  narody,  przy  czera  wy- 
śmiewano się  ze  złodziejstwa  i  zabobonności  Polaków. 
Bebel  wspominając  to  później  dodał  jednak,  z  wdzięczno- 
ści dla  Polski  i  Krakowa,  że  nie  chciałby  skrzywdzić  tego 
narodu,  chrześcijańskiego  i  prawego  (nolim  tamen  serio 
quidquam  inhonestius  de  illa  natione  dicere,  honesta  sanę 
et  próba-). 

Nie  wiemy,  jak  długo  w  Krakowie  on  pozostał*); 
przypuścić  jednak  można,  że  pobyt  potrwał  około  dwóch 

*)  Album  studiosorum  1493:  Henricus  Ebelli  de  Tangiresmen- 
desz  dioec.  Halberstatensis.  Co  tkwi  w  nazwie  miejsca,  z  pewnością 
przekręconej  ?  —  Mówi  o  Henryku  Bebel  Bursian  w  Geschichte  der 
class.  Philologie  140. 

*)  Facetiarum   libri    (ed.    1544)  i  w  Opuscula  Bebeliana  (1514). 

•)  Na  jakiej  podstawie  Wiszniewski,  Hist.  lit.  III,  322  twierdzi, 
±Q  1495  ponownie  się  tu  pojawił,  nie  wiemy. 


HUMANIZM   I    UNIWISRSTTET.  213 

lat  najwyżej.  Później  zasłynął  Bebel  w  Niemczech,  gdzie 
stanowczo  się  przyczynił  do  rozkrzewienia  lepszego  ję- 
zyka łacińskiego  i  znajomości  łacińskiej  literatury^).  Tak 
więc  w  Krakowie  zaprawili  się  do  dalszych  walk  i  zapa- 
sów dwaj  prawie  najgwałtowniejsi  szermierze  humanizmu 
w  Niemczech,  Bebel  i  Aesticampianus. 

W  tym  samym  niemal  czasie  co  Bebel,  w  lecie  roku 
1493,  intytułował  się  wśród  uczniów  krakowskich  młody 
<;złowiek,  który  później  na  polu  dziejopisarstwa  zasłynął. 
Zapisanym  on  jest  w  metryce  jako  Yalerius  Yilhelmi 
de  Rothwyla  dioec.  Const,  potem  w  r.  1495  otrzymuje 
stopień  bakalarza  w  Krakowie  *).  Uzyskawszy  za  młodu 
gruntowne  humanistyczne  wykształcenie  wyrósł  on  z  cza- 
sem na  jednego  ze  znakomitszych  kronikarzy  szwajcar- 
skich. Anshelm  Yalerius  występował  następnie  w  r.  1505 
jako  Schulmeister  w  Bernie,  później  około  r.  1520  odzna- 
<$za  się  tamże  jako  lekarz  miejski.  Jego  kronika  miasta 
Berna  obejmująca  dzieje  od  początków  aż  do  roku  1526 
uderza  różnolitością  treści  i  szerokością  widnokręgu.  Au- 
tor jej  prócz  tego  w  reformacyjnym  ruchu  szwajcarskim 
niepoślednią  odegrał  rolę. 

W  kilka  lat  po  nim  pojawia  się  w  Krakowie  scho- 
lar, którego  nazwisko  zapisało  się  jeszcze  chwalebniej 
na  kartach  dziejopisarstwa  zachodniego.  W  lecie  r.  1501 
zapisał  się  bowiem  do  metryki  Johannes  Petri  de  Habens- 
l>erg,  t  j.  Turmair  albo  Aventinus,  Herodotem  ba- 
warskim nazwany.  Przybył  on  tutaj  jako  młodzian  już 
wykształcony;  był  przedtem  na  uniwersytecie  w  Ingolstadt, 
a  poszedł  następnie  za  Celtesem  w  r,  1497  do  Wiednia. 
Sława  krakowskiej  matematyki  przynęciła  go  do  Polski. 
Głęboko  wykształcony  dużo  następnie  jeszcze  podróżował, 
a  w  ruchu  reformacyjnym   należał  do  przewódców.    Hu- 


*)  Por.  Paulsen,  Geschichte  des  gel.  Unterrichts  1, 138  i  Reich- 
ling,  Alexander  de  Yilla  Dei. 

•)  Muczkowski  Lib.  Prom.  120. 


214  KSIĘGA    UJ. ROZDZIAŁ    III. 

manistyczne  jego  upodobania  objawiły  się  w  tern  między 
innemi,  że  nazwy  nowożytne  gwałtownie  przekuws^  na  sta- 
rożytne dźwięki  i).  A  w  Krakowie,  gdzie  pozostał  miesięcy 
dziesięć,  padł  niewątpliwie  niejeden  posiew  w  jego  duszę, 
który  następnie  bujnym  plonem  zeszedł  w  jego  rozlicznych 
dziełach. 

Widzimy  więc,  że  i  w  tych  najbliższych  latach  po 
Celtesowym  epizodzie  siła  atrakcyjna  Krakowa  nie  słabła; 
ruch  humanistyczny  może  chwilami  niklejszym  promieniał 
blaskiem,  ale  uniwersytet  nie  przestał  być  mimo  tego  zna- 
komitem  ogniskiem  nauki.  Humanizm  i  dyalektyka,  wal- 
czące ze  sobą  kierunki  przyciągały  tu  w  równej  prawie 
mierze  scholarów  i  uczonych;  a  obok  tego  nęciły  mate- 
matyczne studya,  które  pod  koniec  wieku  tak  bujnym 
w  Krakowie  cieszyły  się  rozkwitem.  Szkoła  Jagiellońska 
zamykała  więc  pierwsze  stulecie  swego  istnienia  godnie 
i  wspaniale  i  wydawać  się  mogło,  że  wchodzi  w  progi 
następnego  wieku  z  zasobem  sił  i  zapałów  wystarczają- 
cych na  dalsze  postępy  i  walki. 


*)  Por.  Turmair*s  Sammtliche  Werke  (Miinehen)  I  (1881)  str. 
IV  i  XLIII;  o  Krakowie  także  str.  658.  Ayentinus,  który  był  zawo- 
lanym  muzykiem,  może  w  Krakowie  spotkał  muzyka  Henryka  Fink^ 
który  już  w  r.  1492  pisze  do  Celtesa  z  Wiednia  (Cod.  Vienn.  3448 
p.  14),  że  opuścił  Sarmacyę.  Był  on  więc  zapewne  po  raz  pierwszy 
razem  z  Celtesem  w  Polsce.  Coxus  powiada  jednak  o  nim  (De  lau- 
dibus  acad.  Crac.),  że  był  mistrzem  muzyki  kościelnej  i  służył  kró- 
lom Olbrachtowi  i  Alezandrowi.  Por.  Reissmann,  Jll.  Oeschichte  der 
deutschen  Musik  (1880)  str.  161.  —  Wiadomość  zawarta  w  Vitae  Ger- 
manorum  auotore  Melchiore  Adamo  Silesio  Francof.  1615  VoI.  I  p. 
76:  Ayentinus...  a.  1607  grammaticam  graecam  Cracoviae  publice 
docuit  —  fałszywą  jest  co  do  daty  i  fałszywą  też  zapewne  co  do 
rzeczy. 


HUMANIZM   I    UNIWSRSYTBT.  215 


VIII. 

Początki  szesnastego  wieku.  —  Śmierć  Olbrachta  i  król  Alexander.  — 
Stosunek  jego  do  uniwersytetu.  —  Plan  zawożenia  wszechnicy  w  Wro- 
cławiu. —  Rządy  Zygmunta  Starego.  —  W  początkach  szesnastego 
wieku  uniwersytety  przekształcają  się  w  duchu  humanistycznym. — 
Walka  z  Doctrinale  Alezandra.  —  Elegantia  hasłem  humanistów.  — 
Wykłady  gramatyczne  w  Krakowie  ulegają  zmianie  na  lepsze.  — 
Modi  epistolandi  krakowskie.  —  Bernard  Feyge.  —  Jan  Ursinus.  — 
Jan  Sommerfeld.  —  Jan  z  Oświęcimia.  —  Stanisław  Biel.  — -  Stanisław 
z  Łowicza.  —  Łukasz  z  Nowego  Miasta.  —  Auctores  i  artes.  —  Pisa- 
rze klasyczni  w  Krakowie.  —  Czytanie  ich  wzmaga  się  w  początku 
szesnastego  wieku. 


W  r.  1501  zamknął  oczy  ulubiony  przez  humanistów 
król  Jan  Olbracht,  w  którym  wszystko,  co  naprzód  parło 
i  naprzód  kroczyło,  tak  wielkie  pokładało  nadzieje.  Gro- 
bowiec w  katedrze  na  Wawelu  jest  wymownym  pomni- 
kiem osobistości,  która  się  wyłania  z  średniowieczyzny 
a  ma  już  tyle  właściwości  i  znamion  nowych  czasów  i  no- 
wego ducha.  Pomnik  ten,  jeden  z  najwcześniejszych  kwia- 
tów odrodzenia  w  Polsce  *),  przedstawia  nam  postać  króla 
w  gotyckim  stylu  pojętą  i  ujętą  w  obramieniu  nyży  re- 
nesansowej. Kiedy  się  na  tę  ozdobność  patrzy,  przypomi- 
nają się  już  wszystkie  późniejsze  cuda  naszego  złotego 
wieku,  świt  ten  rokuje  i  kaplicę  Zygmuntowską  i  na  myśl 
przywodzi  dźwięki  strof  Kochanowskiego,  ma  się  wraże- 
nie, że  przez  łuk  tego  grobowca  muzy  i  gracye  staroży- 
tności z  Południa  wstąpiły  w  polskie  dziedziny.  Następca 
Olbrachta  Alexander  i  jego  krótkie  panowanie  mniej  za- 
ważyło na  rozwoju  naszym  duchowym.  Twarz  jego  zwró- 
cona więcej  ku  Wschodowi,  umysł  daleko  mniej  bujny. 
Mimo  stosunków  z  Brudzewskim,  który  czas  pewien  u  niego 


')  Powstał  krótko  po  1501.  Por.  Kopera,  Przegląd  Polski  (1895), 
październik  22. 


216  KSIĘGA   ra. ROZDZIAŁ    Ul. 

przebywał,  mimo  zetknięcia  ze  Sakranusem  i  mimo  przy- 
wiązania do  Erazma  Ciołka,  którego  jako  król  szczególnie 
sobie  upodobał,  przeszedł  on  dosyć  nieznacznie  przez 
dzieje  nasze  duchowe,  bo — jak  się  wyraża  Wapowski  — 
dotibus  ingenii  non  admodum  praestabat,  nie  był  szcze- 
gólnie uzdolnionym  i).  Uznaje  on  podobnie  jak  jego  po- 
przednicy osobnym  aktem  wszelkie  przywileje  uniwersy- 
tetu*). Prócz  tego  ma  wobec  wszechnicy  jedną  zasługę 
raczej  negatywną.  Podobnie  jak  Krzyżacy  w  czternastym 
wieku,  krótko  po  powstaniu  wszechnicy  Kazimierzowskiej 
zamierzyli  założyć  studyum  w  Chełmnie,  tak  teraz  w  r. 
1505  postanowiono  nowe  ognisko  nauki  stworzyć  w  Wro- 
cławiu. Uniwersytet  w  sąsiednim  założony  Śląsku  byłby 
Kraków  pozbawił  silnego  napływu  z  tego  kraju,  zniwe- 
czył do  pewnego  stopnia  siłę  atrakcyjną,  którą  Kraków 
na  Zachód  wywierał,  i  zepchnąłby  w  ten  sposób  wszechnicę 
Jagiellońską  do  znaczenia  lokalnej  szkoły,  narodowej,  na 
który  to  poziom  w  ciągu  szesnastego  wieku  rzeczywiście 
się  ona  stoczyła.  Teraz  jednak  uchylono  to  niebezpieczeń- 
stwo na  razie.  Władysław  Jagiellończyk,  król  węgierski, 
wydsJ  był  już  przywilej  fundacyjny');  kanclerzem  uni- 
wersytetu miał  być  biskup  wrocławski,  wicekanclerzem 
Jan  Turzo,  były  rektor  uniwersytetu  krakowskiego  z  roku 
1498.  Fundacya  jednak  nie  przyszła  do  skutku;  a  prze- 
szkodzili jej  pono  Polacy.  Król  Alexander  bowiem  wysłał 
do  papieża  Juliusza  II-go  pismo  z  wywodami   profesorów 


*)  Scriptores  rerum  pol.  II,  70. 

')  Archiwum  univ.  n.  12522.  Akt  ten  nadmienia,  że  uniwersy- 
tet pobierał  między  innemi  pontalia  (mostowe)  w  Przedborzu  i  Bo- 
szczynie.  Mostowe  w  Przedborzu  z  mostu  na  Pilicy  należało  do  kan- 
celaryi  łęczyckiej  i  z  nią  przeszło  na  uniwersytet.  Por.  Długosz  Lib. 
Benef.  I,  509:  In  Przedbor . . .  habuit  et  habet  cancellaria  Lanoi- 
ciensis  theloneum  integrum . . .  quod  nunc  percipiunt  magistri  be- 
neficiati  ecclesiae  S.  Floriani,  in  quo  a  ąuolibet  curru . . . 

')  Oddrukowany  w  Kaufmann'a  Geschiohte  der  d.  UniversiUl' 
ten  II,  565. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  217 

krakowskich,  zwalczających  plany  wrocławskie,  w  skutek 
czego  papież  erekcyę  wstrzymał...  erectionem  inhibuit, 
jak  się  wyraża  Miechowita*). 

Po  krótkiem  panowaniu  Alexandra  nastąpiły  długie 
rządy  brata  jego  Zygmunta.  Nie  naszem  tu  zadaniem  ko- 
leje tego  panowania  przedstawiać,  roztoczyć  wszelkie  szcze- 
góły ścisłego  Zygmunta  z  uniwersytetem  stosunku.  Szkoła 
Jagiellońska  doznała  w  tej  epoce  stanowczego  przeobra- 
żenia, nie  tyle  może  pod  względem  ustroju  naukowego, 
który  przecież  pewnym  uległ  przemianom,  jak  raczej  pod 
względem  światowego  znaczenia.  To  drugie  wyraźnie 
się  wtedy  zmniejszyło  i  obniżyło,  a  naszem  zadaniem  bę- 
dzie przedstawić,  jakie  przyczyny  na  to  się  złożyły. 

W  początkach  wieku  szesnastego  rozegrała  się  na 
wielu  uniwersytetach  Północy  ostateczna  walka  między 
średniowiecznym  a  nowym  porządkiem.  Wiedeń  w  tym 
kierunku  wyprzedził  wszystkie  swoje  siostrzyce,  bo  już 
w  r.  1499  przeprowadził  reformę  artystycznego  wydziału 
w  duchu  humanizmu.  W  innych  uniwersytetach  wpro- 
w^adzono  podobne  reformy  nieco  później,  szczególnie  około 
r.  1520,  który  w  Niemczech  jest  pod  tym  względem  epo- 
kowym. Lipsk  przekształca  studya  artystów  w  r.  1519, 
Wittenberg  koło  r.  1519/20,  Rostock  w  roku  1520,  Gryfia 
wreszcie  zaprowadza  zreformowany  porządek  wykładów 
-w  r.  1521.  Również  i  Heidelberg  w  tym  samym  czasie 
ulega  stanowczo  nowym  kierunkom  i  prądom. 

O  co  w  tej  walce  chodziło,  to  już  po  części  porusza- 
liśmy. Wypowiedziano  przedewszystkiem  walkę  średnio- 
wiecznej łacinie  i  księgom,  na  których  tej  łaciny  dotąd  nau- 
<5zano.  Tłómaczenia  Arystotelesa,  których  używano,  były 
po  części  w  okropnym  spisane  języku,  a  podobny  język, 
zdziczały,  pełen  barbaryzmów  rozbrzmiewał  od  dawna  po 
salach  wykładowych.  Winę  tego  upatrywano  przedewszyst- 

*)  IV,  86. 


218  KSr^A    III. ROZDZIAŁ    III. 

kiem  w  złych  podręcznikach,  na  których  wyuczano  dotąd 
łaciny.  Alexander  de  Villa  Dei  panował  w  szkołach  śre- 
dniowiecznych  od  dawna;  jego  Doctrinale  wprowadzało 
młodych  uczniów  w  tajniki  gramatykL  A  i  osnowa  pier- 
wotna nie  szczególnie  do  tego  się  nadawała  i  późniejsze 
dodatki  utrudniały  naukę.  Bo  komentatorowie  Alexandra 
obarczyH  tekst  wierszowany  ogromnym  balastem  uw^ag^ 
gubiących  się  w  subtelnościach  scholastycznej  filozofii.  Wy- 
płynęły one  po  części  z  ksiąg  de  modis  significandi,  w  któ- 
rych autorowie  średniowieczni  składali  próby  filozoficznego 
traktowania  języka.  Ci  autorowie,  zwani  modistae,  z  pra- 
ojcom swoim  Skotusem  na  czele  panowali  obok  Alexan- 
dra  w  szkołach  średniowiecznych  przy  nauczaniu  łaciny 
i  uprawiali  t.  z.  grammatica  speculativa.  Otóż  tym  kie- 
runkom i  metodom  rzucił  już  w  połowie  piętnastego  wieku 
rękawicę  Laurentius  Valla  w  swych  Elegantiae  linguae 
latinae,  wystąpił  z  nawoływaniem,  aby  ratowano  od  za- 
pomnienia klasyczną  i  poprawną  łacinę;  stanowczą  je- 
dnak rozprawę  wypowiedzieli  słynnemu  Doctrinale  do- 
piero w  końcu  piętnastego  i  w  początku  szesnastego  stu- 
lecia włoscy  gramatycy  jak  Sulpicius  Yerulanus,  Nicolaus 
Perotti,  Antonius  Mancinellus,  Pylades  z  Brescii  i  inni. 
Sprzysięgli  się  oni  niejako  przeciw  dalszym  rządom  Ale- 
xandra  w  szkole  i  postanowili  tego  »barbarzyńcę«  usu- 
nąć i  zwalczyć.  W  Niemczech  przemówił  Alexander  Hegius 
w  r.  1486  przeciw  modystom,  później  prócz  innych  znany 
nam  Bebel  miotał  słowa  potępienia  na  Alexandra,  zale- 
cając przytem  w  jego  miejsce  gramatyki  włoskie,  lub  też 
podręczniki  napisane  przez  jego  uczniów,  Heinrichmanna 
i  Brassicanus'a  ^).  W  walkach  dwóch  obozów  stało  się  na- 
zwisko  AIexandra  jakoby   znakiem   zacofania,  barbarzyń- 


*)  Por.  Reichling:  Das  Doctrinale  des  Alexander  (Berlin  1893), 
szczególnie  rozdział:  Der  Kampf  um  das  Doctrinale  sir.  LXXXIII 
i  następne.  Por.  też  Bómer:  Die  latein.  SchulergesprSlche  derHuma- 
nisten,  Berlin  1897,  mian.  str.  39. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  219 

stwa  i  ciemności,  przeciwko  któremu  szermierze  nowego 
światła  występowali  z  rosnącą  gwałtownością. 

A  ponieważ  humaniści  przywiązywali  wielką  wagę 
do  piękności  języka  i  formy,  dlatego  w  niezliczonych  utwo- 
rach oratorskich  i  poetycznych  postanowili  oni  roztoczyć 
całą  krasę  języka  łacińskiego,  upajali  się  jego  dźwięczno- 
ścią i  innych  upajać  zamierzali;  potrzeba  więc  było  prócz 
gramatyk  przewodników  na  polu  elokwencyi,  dzieł,  któ- 
reby  podawały  wzory  do  naśladowania.  Stąd  powstała  ta 
ogromnie  bogata  literatura  humanistyczna  podręczników 
dla  retoryki,  poetyki,  epistolografii,  literatura,  do  której 
wszyscy  znakomitsi  przedstawiciele  humanizmu  dorzucili 
jakąś  ofiarę*).  Elegantiae  nazwał  swe  dzieło  Laurentius 
Yalia  i  elegancya  wysłowienia  stała  się  odtąd  hasłem,  pod 
którem  walczyli  adepci  nowego  kierunku.  Powstają  więc 
w  pierwszym  rzędzie  zbiory  mów,  rzeczywiście  wypowie- 
dzianych lub  zmyślonych;  u  nas  na  tem  polu  zajaśniał 
Jan  z  Oświęcimia  Sacranus.  Powstają  dalej  wzory  rozmÓAY 
łacińskich  dla  uczniów,  jak  Latynum  ydeoma  Wawrzyńca 
Corvinus'a  z  r.  1503  i  słynniejsze  Colloąuia  Erasmusa; 
krakowskim  studentom  poświęca  wspomniany  Corvinu3 
swoją  Carminum  structura,  ogłoszoną  w  Krakowie  w  roku 
1496,  zawierającą  podręcznik  wersyfikacyi.  A  wreszcie 
^wspomnieć  wypada  te  niezliczone  podręczniki  epistolografii^ 
zbiory   listów   na   wszelkie    okoliczności  i  potrzeby  życia. 

Korespondencya  stała  się  polem  do  popisu  dla  ele- 
gancyi  stylowych,  jak  już  widzieliśmy  przy  pierwszym 
świcie  humanizmu  w  Polsce,  za  Zbigniewa  Oleśnickiego. 
Dla  wiecznie  wędrujących,  ciągle  proszących  i  ciągle  dzię- 
kujących ludzi  była  ona  odpowiedniem  narzędziem.  Inte- 
resa  obejmowały  coraz  szersze  przestrzenie,  list  je  prze- 
biegał i  łączył  oddalonych  ludzi;  dla  sławy  i  niesławy, 
dla  hołdów  i  gromów  służył  list  i  odgrywał  tę  rolę,  z  ja- 
kiej go  dziś  w  części  wyparły  dzienniki.  Modi  epistolandi 


>)  Paulsen,  Geschichte  des  gelehrten  Unterrichts  I.  sir.  59. 


220  KSIĘGA   m.  ROZDZIAŁ   lU. 

dawały  więc  wskazówki  i  gotowych  dostarczały  wzorów; 
od  końca  piętnastego  wieku  wyrastają  one  jednym  i  cią- 
głym szeregiem  na  niwie  tej  literatury. 

Jakże  się  tedy  te  nowe  kierunki  odbijają  i  znaczą 
w  Krakowie?  Alexander  de  Villa  Dei  panował  tu  wszech- 
władnie w  średnich  wiekach,  a  jeszcze  w  końcu  wieku 
piętnastego  w  jednem  i  tem  samem  półroczu,  znajdu- 
jemy niekiedy  dwa,  czasem  trzy  wykłady,  jemu  poświę- 
cone; nawet  w  roku  1533  pojawia  się  on  w  spisie  ogło- 
szonych prelekcyi;  a  jak  był  tu  wszechmożnym  i  popu- 
larnym, poświadczają  druki  dla  krakowskich  szkół  prze- 
znaczone z  lat  1500,  1504,  1510  i  jeszcze  z  roku  1517  *). 
Jan  z  Głogowa  objaśniał  t  z.  Secunda  pars,  obejmującą 
składnię,  która  najdłużej  pozostała  w  używaniu.  Obok 
tego  pojawiają  się  jednak  sporadycznie  w  spisie  wykładów 
inne  gramatyki  nowsze  i  postępowe,  które  poza  uniwersyte- 
tem za  staraniem  humanistów  niewątpliwie  coraz  częściej 
używanemi  bywały.  Mancinellus  jest  przedmiotem  wy- 
kładu w  uniwersytecie  w  roku  1511,  Valla  w  roku  1512 
i  następnym,  Heinrichmann  pierwszy  raz  w  roku  1513, 
Pylades  w  r.  1516,  w  następnym  zjawia  się  gramatyka 
Mikołaja  Perottus.  To  są  etapy  i  objawy  walki  w  zakre- 
sie gramatyki  przeciw  powadze  średniowiecznego  Ale- 
xandra.  A  wcześniej  jeszcze  i  równocześnie  ogłaszają  mi- 
strzowie krakowscy  lekcye  z  zakresu  elegancyi,  odnoszące 
się  do  nowych  podręczników  elokwencyi.  Już  w  roku  1492 
i  następnych  spotykamy  wykład  o  księdze  Augustyna  Da- 
tus'a  ucznia  Filelfa:  de  conficiendis  epistolis,  traktat  Fran- 
ciszka Niger:  de  modo  epistolandi,  powstały  w  końcu  stu- 
lecia objaśniają  mistrzowie  krakowscy  już  w  roku  1493, 
a  potem  począwszy  od  r.  1498  przez  cały  szereg  lat  na- 
stępujących. Listy  Franciszka  Filelfa  są  przedmiotem  wy- 
kładu w  latach  1501,  1502  i  późniejszych.  W  tych  wła- 
śnie  latach   doczekały  się  one  kilku  wydań  krakowskicli^ 

>)  Reichling  1.  c.  XLVIII  i  LXVIII. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  221 

a  między  scholarami  częstą  bywały  lekturą.  Wyraźnie- 
więc  elegancye  nowoczesne  znalazły  przystęp  do  mistrzów 
i  posłuch  u  scholarów  Krakowa. 

Przecież  w  samym  Krakowie  powstało  wtedy  ai 
kilka  podręczników  wprowadzających  w  tajniki  tej  po- 
prawnej  epistolografii.  Autorem  najstarszego  zapewne  jest 
niejakiś  Bernard  Feyge  lub  Caricinus  (carica  =  su- 
szona figa)  z  Wrocławia.  W  r.  1500  wydał  on  w  Lipsku 
zbiór  listów  na  wszelkie  życia  przypadki,  błagalnych ^ 
dziękczynnych,  miłosnych  i  t  p.  pod  tytułem:  Epistolae 
exemplares  communiores  magistri  Bernardini  Feyge  alias^ 
Caricini  de  Wratislavia  in  studio  communi  Cracoviensi 
scriptae  1500.  Autor  studya  niewątpliwie  odbywał  w  Kra- 
kowie, tutaj  w  r.  1499  osięgnął  stopień  magistra,  a  w  la- 
tach 1499 — 1502  wykładał  jako  extraneus  Boecyusza  i  li- 
sty Franciszka  Niger.  Wzory  listów  tego  Caricinus'a  są 
nadzwyczaj  zajmujące.  Bo  mimo  fikcyi  życie  i  rzeczy- 
wistość codzienna  przeziera  przez  zmyślenie  co  chwilę 
i  przyrzuca  pełno  rysów  do  znajomości  ówczesnej  kultury. 
Są  tam  wspomnienia  o  klęsce  bukowińskiej  i  legacyi  tu- 
reckiej w  Krakowie  za  Jana  Olbrachta,  jest  opis  Śląska,, 
pochwała  Wrocławia  i  obywatela  tego  miasta  Jana  Hau- 
nolta,  którego  także  Sommerfeld  starszy  wysławiał.  Dla 
Krakowa  ma  autor  bardzo  gorące  uczucia,  wspomina  on 
puellae  mira  venustate,  zamieszkiwających  jego  mury; 
opisuje  nam  spacery  do  Mogiły  —  splendidissima  Mo- 
gillae  arva  amoenissimo  micantia  coenobio,  —  wśród  któ- 
rych zjadano  mleko  i  skrapiano  się  mlekiem,  a  oprócz 
tego  drażniono  i  zaczepiano  pokrzywami.  W  innym  znów 
Uście  mamy  wytoczenie  skargi  na  krakowskiego  studenta, 
który  po  podejrzanych  karczmach  się  włóczy  i  raczy, 
bardzo  rzadko  na  lekcye  uczęszcza  i  bambalionum 
morę,  w  sposób  hulaszczy  czy  bumblerski  dnie  całe 
obcuje  z  dziewczętami,  wszystkie  kodeksy  zastawiając 
u   żydów.   Własne  wspomnienia,   a  może   też  własne,  ro-^ 


222  KSIĘGA    m. ROZDZIAŁ    UL 

mantyczne  do  Mogiły  wycieczki  wplótł  więc  autor  do 
tego  zbiorku,  tchnącego  życiem  i  prawdą. 

Podobny  i  w  wielu  rysach  pokrewny  zbiór  listów 
ogłosił  wtedy  znany  nam  już  medyk  Jan  Ur sinus  (Ber), 
pochodzący  z  Krakowa,  który  w  budzeniu  i  krzewieniu 
humanizmu  tak  wielką  odgrywał  rolę,  a  w  ówczesnym 
ruchu  umysłów  i  życiu  towarzyskiem  pierwszorzędne  zaj- 
mował stanowisko.  Za  pobytu  we  Włoszech  korzystał  on 
z  nauk  Pomponius'a  Laetus,  kształcił  się  potem  w  Padwie. 
Później  listem  z  r.  1493  ofiarował  Kallimachowi  i  kardy- 
nałowi Fryderykowi  ten  owoc  młodzieńczych  swych  stu- 
dyów  ...laborum  primitias,  w  których  wielostronność  umy^ 
i  stosunków  młodego  uczonego  wymownie  się  przebija, 
a  oprócz  tego  żywość  myśli  i  stylu  szczególny  wywiera 
na  czytelnika  urok.  Wśród  pokrewnych  utworów  współ- 
czesnego piśmiennictwa  należy  się  temu  zbiorkowi  Ursyna 
wybitne  stanowisko.  Daleko  mniej  za  to  interesu  przed- 
stawia dziełko  Modus  Epistolandi  Sommerfelda,  które 
się  ukazało  w  druku  zapewne  po  raz  pierwszy  w  r.  1510*). 
Mamy  tu  cały  szereg  listów,  w  wielkiej  części  zmyślo- 
nych i  nie  tchnących  ani  rzeczywistością  ani  życiem. 

To  samo  wypadnie  powiedzieć  o  trzecim  podobnego 
rodzaju  utworze,  który  wyszedł  z  pod  pióra  JanazOświę- 
cimia,  Sacranus*a,  i  po  raz  pierwszy  drukiem  ogłoszony 
został  zapewne  około  r.  1506/7 ').  Sacranus  był  uczniem 
Filelfa,  wyszedł  więc  z  dobrej  pod  tym  właśnie  względem 
szkoły,  Stanisław  z  Łowicza  nazywał  go  w  wydaniu  jego 
listów  z  r.  1520  Musarum  dux,  magister  et  antesignanus; 
a  jednak  te  Muzy  Sacranusa  przybrane  są  tu  w  części 
w  średniowieczną  jeszcze  szatę.  Średniowieczyzna  prze- 
bija zarazem  w  przepisach  nieco  scholastycznie  ujętych 
i  w  stylu  odległym  od  Cycerońskiej  potoczystości.  Modus 


^)  Estreicher,  Bibliografia  zaznacza  to  wydanie  p.  r.  1510,  ja 
znam  wydanie  z  r.  1518. 

')  Estreicher,  Bibliografia  przyjmuje  datę  1507  r. 


HUMANIZM    I    UNIW£RSTTKT.  228 

epistolandi  Sacranusa  był  jednak  jeszcze  za  życia  autora 
przedmiotem  wykładów  uniwersyteckich  w  Krakowie; 
w  r.  1506  (lato)  objaśniał  już  magister  Jan  ze  Szamotuł 
te  listy,  w  roku  1520  wziął  je  za  podstawę  wykładu  Sta- 
nisław z  Łowicza,  wielbiciel  słynnego  mistrza  i  wydawca 
jego  utworów.  Podobnego  zaś  zaszczytu  doczekały  się 
w  r.  1522  listy  Ursinusa;  Jan  z  Piotrkowa  po  średnio- 
wiecznym, Arystotelesowskim  wykładzie  przeszedł  na- 
stępnie do  epistoł  Ursinus'a,  z  pewnością  ku  pociesze 
własnej  i  uczniów. 

Tak  jak  Sacranus  mimo  swego  teologicznego  stano- 
wiska i  nastroju  nie  szczędził  hołdów  muzom  i  bóstwom 
nowoczesnym,  tak  i  inny  ze  starszych  mistrzów  krakow- 
skich, Stanisław  Biel  z  Nowego  Miasta  pod  Przemy- 
ślem składa  ofiarę  na  tym  samym  ołtarzu.  Humanista  pó- 
źniejszy, wspomniany  Stanisław  z  Łowicza,  stawia  sobie 
za  ideał  w  swych  dążeniach  wymowę  (facundia)  Sacranu- 
s'a,  elegancyę  Biela.  Mistrz  ten  zwiedził  zagraniczne  szkoły 
w  Kolonii,  Lipsku,  Frankfurcie,  a  potem  pojawia  się 
z  przybranem  humanistycznem  nazwiskiem  Albinus  w  la- 
tach 1487 — 1509  na  kartach  spisu  wykładów  artystycznych. 
Magistrem  został  krótko  przedtem  w  r.  1485.  W  latach 
pierwszych  (1487 — 1489)  objaśnia  on  Bukoliki,  Eneidę, 
Owidyusza,  później  wykłada  przeważnie  dzieła  Arystote- 
lesa. W  początkach  szesnastego  stulecia  (1502  r.)  został 
doktorem  teologii.  Była  to  osobistość  przeważnego  w  obrę- 
bie uniwersytetu  znaczenia.  Od  roku  1509  pojawiają  się 
często  jego  rektoraty  aż  do  roku  1532,  w  którym  piasto- 
wał tę  godność  po  raz  dziesiąty.  I  w  późniejszych  latach 
zwracał  się  on  ochotnie  do  ulubionych  studia  politiora, 
o  ozem  świadczy  jego  dziełko  Exordia  epistolarum  z  roku 
1512(13)1).  Po  długim  żywocie,  umarł  on  jako  » Abraham 
universitatis(c  dopiero  w  r.  1541*). 

^)  Znam  tylko  to  dziełko  z  wzmianki  w  Bibliografii,  znane 
biblioteki  go  nie  posiadają. 

*)  Por.  Wislooki,  Incunabula  p.  76. 


224  KSIĘGA    Ul.  ROZDZIAŁ    Ul. 

Ni(3  przez  starszych  zadzierzgniętą  snuli  potem  gor- 
liwie młodsi  ich  następcy.  Odznaczył  się  więc  na  tem 
polu  Stanisław  z  Łowicza,  humanista  działający 
w  uniwersytecie  w  latach  1517  —  40.  W  roku  1512 
wydał  on  Epistolae  familiares  Filelfa:  poświęcił  to  wy- 
danie Erazmowi  Ciołkowi,  mecenasowi  humanistycznego 
ruchu,  później  w  r.  1520  ogłosił  Modus  ulubionego  mi- 
strza Sacranus'a,  wreszcie  w  r.  1521  spisał  sam  traktat 
De  arte  componendi  epistolas  z  bardzo  żywym  i  cieka- 
wym wstępem,  do  którego  jeszcze  powrócimy.  Był  on 
zarazem  doktorem  medycyny,  a  umarł  w  r.  1540  nie  po- 
stąpiwszy poza  progi  i  godność  koUegium  mniejszego. 
Uczniem  Biela  i  spadkobiercą  jego  nauki  był  dalej  Łu- 
kasz z  Nowego  z  Miasta,  który  w  latach  1521 — 1522 
przelotnie  się  pojawia  wśród  artystycznych  nauczycieli. 
W  r.  1622  wydaje  on  w  Krakowie  Compendiosa  ;in  mo- 
dum  construendarum  epistolarum  manuductio,  w  której 
sławi  swego  mistrza  i  ściślejszego  rodaka  i  uskarża  się  na 
))gotycki  języka,  t  j.  barbarzyńską  łacinę  swych  uczniów. 
Poeta  z  Szwajcaryi  przybyły  Faber  wysławił  tu  w  przy- 
danym wierszu  Stanisława  Biela,  który  nabywszy 
kultury  w  Italii  i  Germanii,  teraz  w  Krakowie  rozszerza 
swe  wiadomości^). 

Jeżeli  Długosz  w  przedmowie  do  swego  dzieła  mówi 
o  wydelikaconym  smaku  ludzi  swego  pokolenia,  którzy 
niczego  nie  uznają,  tylko  wykwintnośó  italską,  to  tych 
ludzi  wielbiących  Italicum  niłorem  za  jego  czasów  z  pe- 
wnością jeszcze  nie  było  wielu.  Przypominamy  przecie, 
że  Kadłubek  w  piętnastym  wieku  uchodził  jeszcze  za 
wzór  stylu  i  służył  za  podstawę  nauki  łaciny.  Teraz  za 
to  wymagania  stały  się  większe  i  powszechniejsze,  a  modi 
epistolandi   wypierały  inne   modi  średniowieczne,   grama- 


*)  Ten  Łukasz  krótko  nauczał  w  Krakowie.  W  lib.  promot. 
(str.  165)  dopisano  do  jego  nazwiska:  uxorem  duxit  Sandomiriae, 
notarius  Lublinensis. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  225 

tyczne  modi  significandi,  pełne  subtelności  ad  men- 
tein  Scoti. 

Ostatecznie  jednak,  jeżeli  chodziło  o  odnowienie 
i  wskrzeszenie  poprawnej,  klasycznej  łaciny,  to  do  tego 
inne,  skuteczniejsze  mogły  prowadzić  środki,  a  mianowi- 
cie zaznajomienie  scholarów  z  zapomnianymi  nieco  auto- 
rami starożytności,  którzy  teraz  coraz  baczniejszą  na  sie- 
bie zwracali  uwagę,  a  w  skutek  druku  stawali  się  coraz 
przystępniejszymi  dla  szerszych  kół  wykształconych.  Walka 
z  Alexandrem  i  jego  gramatyką  była  zapewne  potrzebną, 
aby  usunąć  głogi  i  zarośla,  które  zachwaściły  wstęp  do 
utraconego  Raju,  przedmiotu  humanistycznych  marzeń 
i  tęsknoty.  Teraz  więc  należało  wstąpić  w  jego  dziedziny; 
tam  były  wdzięki  i  dźwięki  gotowe,  które  humaniści 
w  swoich  podręcznikach  sztucznie  odtwarzać  i  naślado- 
wać usiłowali.  W  dotychczasowym  jednak  ustroju  uni- 
wersyteckich wykładów  nie  było  na  to  dużo  miejsca. 
Profesorowie  starsi  mieli  obowiązkowe  lekcye,  dotyczące 
Arystotelesa  i  scholastycznych  materyi,  a  scholarze  musieli 
tych  obowiązkowych  lekcyi  przed  egzaminami  wysłuchać. 
Chyba  więc  koUegiaci  minores,  którzy  mieli  wykładać 
gramatykę  i  elokwencyę,  mogli  od  czasu  do  czasu  uczyć 
łaciny  na  autorach;  autorów  dalej  mogli  objaśniać  extranei, 
którzy  jako  młodsi  nauczyciele  wstępowali  w  progi  uni- 
wersytetu. 

Przez  nich  też  główna  walka  pod  hasłem  auctores 
przeciw  artes  średniowiecznym  była  prowadzoną.  Ta  walka 
zawrzała  teraz  na  dobre;  ale  nawet  w  średnich  wiekach, 
w  czasach  przeważającej  scholastyki  zaznaczały  się  nie- 
kiedy silniejsze  lub  słabsze  jej  drgania.  Bo  przecież,  żeby 
tu  o  epoce  Karola  Wielkiego  nie  mówić,  już  Jan  Saresbe- 
riensis  starał  się  w  dwunastym  wieku  wywalczyć  autorom 
cześć  i  znaczenie,  występował  przeciw  tym,  którzy  gardzą 
Cyceronem,  a  samego  sławią  Arystotelesa*).  Jan  Saresbe- 

*)  Por.  o  tein  Norden,  Die  antike  Kunstprosa  (1898)  T.  II,  713  i  nast. 
Hlit.  Uniw.  T.  n.  15 


KSIĘGA    ra.  ROZDZIAŁ   m. 

riensis  wyszedł  ze  szkoły  w  Chartres,  w  której  nauczał 
Bernardus  SiWester,  ceniący  tak  wysoko  piękność  formy 
klasycznej,  iż  za  wczesnego  poprzednika  sławnego  Pe- 
trarki  uchodzić  może.  Później,  w  trzynastym  wieku  szkoła 
w  Orleans  podniosła  znów  sztandar  autorów  przeciw  Pa- 
ryżowi, głównej  warowni  scholastycyzmu.  Ale  te  lokalne 
usiłowania  i  upodobania  nie  stały  się  nigdy  prądem  ogól- 
nym. Bo  uniwersytety  były  właściwym  wyrazem  kul- 
tury i  umysłowości  średnich  wieków  i  one  tę  umysłowość 
kształtowały.  A  w  uniwersytetach  średniowiecznych  auto- 
rzy zawsze  bardzo  podrzędną  odgrywali  rolę,  habebantur 
infames,  jak  się  Saresberiensis  wyraża  i  tylko  sporadycznie 
wielcy  pisarze  klasyczni,  mianowicie  Cycero  ze  swemi  re- 
torycznemi  i  filozoficznemi  pismami  lub  Wergiliusz  słu- 
żyli za  podstawę  spekulacyi  scholastycznej  czy  też  speku- 
lacyjnej gramatyki. 

Teraz  więc  humanizm  postanowił  to  zmienić.  Autorzy 
klasyczni  w  większej  liczbie  i  to  nie  tylko  dla  treści  swej 
pouczającej,  lecz  pod  hasłem  piękności  mieli  się  dostać 
w  mury  tych  średniowiecznych  warownL  Ruch,  który 
poza  uniwersytetami  się  krzewił,  chcisd  zdobyć  katedry 
i  z  katedry  rzucać  nowe  hasła  i  nowe  zasiewy.  Młodzi 
nauczyciele,  zwani  często  poetae  albo  oratores,  wykładami 
z  dziedziny  literatury  starożytnej  zamierzyli  torować  drogę 
tym  kierunkom.  Czasami  jednak  i  starszy  nauczyciel,  ule- 
gając starożytnym  Syrenom  zapowiadał  wykład  autora, 
czasem,  jak  się  poniżej  przekonamy,  odbywszy  się  prędko 
i  niedbale  z  obowiązkowym  przedmiotem  z  zakresu  Ary- 
stotelesa, wypełniał  resztę  godzin  lekturą  klasyka  lub 
dzieła,  które  znamię  nowego  ruchu  na  sobie  nosiło. 

W  Krakowie  około  roku  1490  znajdujemy  dość  dużo 
klasycznych  wykładów.  Pojawiają  się  tak  Cycero,  Wergi- 
liusz, Owidyusz,  Statius,  Horatius,  Lucanus,  a  nawet  Juve- 
nalis.  Potem  około  roku  1494  ruch  ten  słabnie;  nastę- 
puje jakieś  omdlenie  po  pierwszem  wybujaniu  za  pobytu 
i  w  skutek  pobytu  Celtesa.    Lecz  od  roku  1501  prąd  ten 


HTJMAKIZM   I    UMIWSRSTTET.  227 

linowu  odzyskuje  siły,  autorzy  odtąd  coraz  gęściej  wystę- 
pują na  kartach  Libri  diligentiarum;  w  r.  1509  pojawia 
się  po  raz  pierwszy  w  spisie  wykładów  Plautus,  w  r.  1622 
mowa  Cycerona,  co  o  tyle  wymownym  jest  znakiem,  że 
oracya  nie  przynosiła  wiele  pouczenia  pod  względem  treści; 
a  więc  interes  dla  formy  decydował  tu  w  pierwszym  rzę- 
dzie o  wyborze  wykładu.  Jest  to  zupełnie  obcem  wyo- 
brażeniom i  skłonnościom  dawniejszym;  Cycero  jako  mó- 
wca nie  był  prawie  zupełnie  znanym  w  epoce  średnio- 
wiecza *). 

Równocześnie  zaś  na  nowoczesnych  utworach  zapra- 
wiano scholarów  do  poprawy  stylu  i  przez  nowsze  utwory 
usiłowano  w  nich  budzić  zmysł  i  poczucie  piękności.  Listy 
Franciszka  Pilelfa  począwszy  od  roku  1501  pojawiały  się 
często  w  spisie  wykładów,  w  r.  1520  spotykamy  się  po 
raz  pierwszy  z  nazwiskiem  Mantuanusa  czyli  Spagno- 
li'ego,  jenerała  Kamedułów  z  Mantui  (1448 — 1518),  którego 
utwory  poetyczne  wielkiem  wkrótce  w  uniwersytetach 
cieszyły  się  wzięciem.  Pokaźna  liczba  extranei,  Ł  j.  mło- 
dych magistrów  czepiała  się  w  tych  czasach  wszechnicy 
zaznaczono  to  w  Liber  diligentiarum  dla  roku  1610  i  1512*); 
a  właśnie  ten  młody  zastęp  podsycał  ruch   na  tem  polu. 

Skoro  tylko  znajdziemy  w  spisie  wykładów  rzadszego 
autora  i  mniej  zwykły  przedmiot,  możemy  prawie  z  góry 
mieć  pewność,  że  obrał  go  sobie  extraneus.  Równocześnie 
zaś  od  r.  1500  mnożyły  się  druki  krakowskie  klasyków, 
szczególnie  Cycerona.  Przedewszystkiem  w  r.  1507  rzucił 
Haller  na  targ  całą  wiązkę  dzieł  Cycerońskich,  a  odtąd 
druk  ten  popierał  gorliwie  i  ciągle  usiłowania  i  prace 
humanistów. 


*)  Por.  Norden  1.  c.  II,  707,  który   uznpelaia  Zielińskiego,  Ci- 
cero im  Wandel  der  Jahrhunderte  (1897)  str.  20. 
*)  Bdidit  Wislocki  str.  93. 


15» 


238  KMiąaA  tn,  —  rozdział  m. 


IX. 


cPoeoi»  w  Krakowie.  —  Paw^  2  Krosna.  —  Hxk  js  Wtólidy.  — 
Rudolf  Agriooła  Junior  i  najazd  Szwajcarów  na  Kraków  w  laiaoh 
1610—20.  —■  Dom  i  rodzina  Watt'ów.  —  Działalność  Agricoli.  — 
Jego  uczniowie.  —  Walenty  Eck.  —■  Johannes  Hadus,  typ  wędro- 
wnego, niespokojnego  humanisty.  —  Powtórny  pobyt  Agricoli  w  Kra- 
kowie. —  Dom  jego  staje  się  znów  ogniskiem  nauki  i  życia.  —  Bi- 
skupi jego  mecenasami.  —  Anglik  Leonard  Goxus  i  ESrasmns  Lico* 

rianus. 


W  początkach  szesnastego  wieku  pojawiają  si^  raz 
wiraż  w  spisach  magistrów  wykładających  w  uniwersy- 
tecie krakowskim  mistrzowie  wyszczególniani  humanisty- 
czK^  nazwą  »poeta<!(.  Wyraz  ten  użyty  w  duchu  epoki 
odradzenia  oznacza  ludzi,  przejętych  uwielbieniem  dla 
piękności  mowy  i  wymowy  starożytnych,  apostołów  huma- 
nizmu. 

Z  szeregu  tych  wpoetówct,  którzy  się  przyczynili  sta- 
nowczo do  rozszerzenia  humanizmu  czyli  litterae  poiitio- 
r^  w  Polsce,  kilku  zasługuje  na  bliższe  poznanie.  Na 
oTJele  wypada  postawid  słynnego  pisarza  łacińskieg^o  Pa- 
wła z  Krosna.  Wr.  1500  przychodzi  on  do  uniwersy- 
tetu krakowskiego  ze  stopniem  bakałarza  w  Gryfii  osią- 
gniętym, w  T.  1606  zostaje  w  Krakowie  magistrem.  Od 
roku  1507  działa  następnie  w  uniwersytecie  z  przerwami*) 
aż  do  roku  1516,  jako  eitraneus  a  później  CoUegiatus 
minor,  bo  wyżej  nie  postąpił,  objaśnia  przeważnie  poetów 
łacińskich  Kiaudyana,  Lukana,  Owidyusza,  Persiusza 
i  Wergiliusza,  a  w  pełnych  zapału  prozaicznych  i  wier- 
szowych   admonicyach   do   młodzieży  stara   się   wzniecić 


')  Jeździ  często  na  Węgry,  dokąd  między  innymi  zaprasza! 
go  Stanisław  Turzo,  biskup  Waradinu.  Ma  na  Węgrzech  capella 
sua,  dokąd  n.  p.  w  r.  1514  się  udaje.  Acta  Rectoralia  n.  2259. 


mjMAimm.  i  uNiwsBSTTirr.  689 

intenas  dla  klasyków  i  dla  swoich  wykładów^).  Równo- 
^sześnie  wychodną  jego  poetyekie  utwory,  sławiące  chwałę 
i  czyny  króla  Zygmunta.  Wystawiai»y  sobie,  jaki  wpływ 
i  jakie  wrażenie  wywierały  lekcye  tego  męża,  który 
Barn  będąc  poetą  utwory  poezyi  klasycznej  przedstawiał 
swoim  słuchaczom.  Równo6z^śnie  towarzysz  jego  po  pió- 
rze i  natchnieniu  drugi  poeta  łaciński  owej  epoki,  autor 
pieśni  o  wojnie  pruskiej  Jan  z  Wiślicy,  w  latach  1510  — 
1512  przelotnie  jako  eiictraneus  wśród  magistrów  uni- 
wersytetu zabłysnął. 

Kiedy  Paweł  z  Krosna  w  roku  1517  umarł  ^),  ni© 
dozwolili  humaniści,  aby  stanowisko  tak  godnie  przez 
niego  zajmow4ii^  długo  leżało  odłogiem.  Spuściznę  toA 
po  iiim  i  obowiązki  najprędzej  mógł  objąć  ktoś  z  jego 
słuchaczów  i  uczniów,  których  liczył  niemało.  Znalazł  się 
też  wśród  nich  jeden  szczególnie  wybitny  czJtowiek,  uży- 
wający już  w  tych  czasach  znacznego  i  zasłużonego  roz- 
głosu. 

Rudolf  Agricola  młodszy  był  jednym  z  tych 
licznych  Szwajcarów,  których  sława  krakowskiego  uni- 
iK^ersytetu  zwabiła  wtedy  do  Polski.  Wspominaliśmy  już 
nieraz  ten  napływ  obcych  przybyszów  z  Zachodu.  Z  krańoa 
niemieckiego  świata,  z  Alzacyi,  dążyli  oni  do  Krakowa, 
również  ^e  Szwajcaryi  i  z  sąsiedniej  Bawaryi;  Norymberga 
i  Wrocław  były  etapami  na  drodze  handlowej  do  Polski; 
hąnde}  wskazywał  kierunek,  a  tym  samym  szlakiem  spie- 
szyli prócz  tego  inni  ludzie,  wyższemi  gnani  pobudkami. 


')  Musiał  takie  objaśniać  w  Krakowie  Seneki  tragedye  (Car- 
mina  ed.  Kruezkiewioz  etr.  XI  i  XIf),  Terencyusza,  Yalerius^a  Maxi- 
Hws,  Apulejosea,  Cycerona,  bo  rękofHs  biblioi  uniw.  w  Wrodawin 
IV.  F.  36  zawiera  wstępy  do  tych  wyklądóinr  (Por.  Jezienicki  w  Ar- 
^iwum  do  dziejów  literatury  IX  str.  277).  Odbywały  się  takie  wy- 
kłady poza  uniwersytetem  w  bursach  i  gdzieindziej. 

*)  Z  jego  biblioteki  pr^tesslo  do  libraryi  krakowskiej  dużo  ksiąg 
jEtk  Liiowius,  Persius,  Plautus,  Propertius,  jLiyius,  Statius.  Por.  Wi- 
Blocki,  Incunabula  272—3. 


230  KSIĘGA   m. ROZDZIAŁ   HI. 

Wśród  mieszczaństwa  krakowskiego  tej  epoki  ludzie 
alzackiego  pochodzenia  wybitne  zajęli  stanowisko,  żeby 
tu  wspomnieć  Betmanów,  Szyllingów,  Decyuszów  z  Wis- 
semburga,  wreszcie  Bonerów  z  Landau.  Historyk  Decius 
wspomina,  że  w  latach  1440 — 1607  aż  osiemnastu  emi- 
grantów z  samego  Wissemburga  osiedliło  się  w  polskiej 
stolicy,  napływ  scholarów  z  Alzacyi  był  równocześnie 
ciągle  silnym*).  W  pierwszych  dziesiątkach  szesnastego 
wieku  niemieckie  te  żywioły  wielką  jeszcze  się  cieszą 
przewagą  i  powagą,  a  wśród  nich  zaznacza  się  wtedy 
liczny  poczet  Szwajcarów.  Istniał  bowiem  wtedy  w  Kra- 
kowie wielki  dom  handlowy  Wattów  z  St.  Gallen.  Ro- 
dzina to  była  przedsiębiorcza  i  zdolna;  jeden  z  jej  człon* 
ków  Joachim  zwany  Yadianus  został  profesorem  uniwer- 
sytetu w  Wiedniu  (1602  — 1618  r.),  odznaczał  się  swoją 
wszechstronnością  i  słynął  jako  polyhistor;  to  też  \;^  ro- 
zwoju humanizmu  stanowczą  tam  odegrał  rolę.  W  Kra- 
kowie znów  bracia  jego,  jak  Hektor,  handlem  szerzyli 
kulturę;  płótna  z  St  Gallen  były  wtedy  szczególnie  po- 
szukiwane. Równocześnie  zaś  w  Poznaniu  działał  w  tym 
samym  kierunku  Konrad  Watt.  Na  czele  głównego  domu 
krakowskiego  stanął  Jakób  Sutor  jako  negotiationis  mer- 
catoriae  Yadianorum  praefectus*),  a  dom  ten  był  podporą, 
przystanią  i  ogniskiem  dla  immigracyi  szwajcarskiej  do 
Krakowa;  w  krótkim  czasie  stał  się  on  zapewne  nie 
tylko  środowiskiem  towarów,  lecz  i  idei  przynoszonych 
na  Wschód  daleki. 

Tak  jak  w  r.  1490  i  następnym  dziesiątku  zaroiła 
się  w  Krakowie  od  niemieckich  przybyszów,  podobnie 
wyszczególniają  się  tym  napływem  lata  1610 — 1520.  Wtedy 
to  bowiem  odbył  się  ostatni,  liczny  najazd  obcych  żywio- 
łów na  Polskę;  Szwajcarya  i  sąsiednie  dziedziny  dostar- 


^)  Morawski.  Z  dziejów  odrodzenia  str.  Ł 
*)  Die  Yadianische  Briefsammlung  I,  II,  III,  St.  Gallen  1890—97. 
Por.  n.  161. 


HUMANIZM   I    UNIWERSYTET.  231 

czyły  mu  najwięcej  zasiłku.  Wyróżniły  się  mianowicie 
"W  tej  emigracyi  miasta  w  okolicy  Bodensee  położone, 
1  zw.  dyeoezya  konstancyeńska,  sama  więc  Konstancya^ 
Schaflhausen,  Winterthur  i  Lindau,  St  Gailen  i  Altstetten, 
dalej  Bodmann,  wreszcie  Wasserburg  nad  jeziorem  Bodeń- 
skiem.  Jakiś  prąd  pchający  na  wschód  opanował  wtedy 
wyraźnie  tę  okolicę;  dom  Wattów  i  sława  krakowskiej 
szkoły  przyczyniały  się  w  równym  stopniu  do  tego  ruchu. 
Już  w  roku  1450  zapisuje  się  uczeń  z  St  Gailen  w  po- 
czet krakowskich  uczniów,  niejaki  Michał  Fogelwager 
z  rodziny  później  w  Krakowie  osiadłej,  od  roku  1490 
częściej  w  matrykule  znaczą  się  szwajcarscy  przybysze; 
potem,  lata  1510, 1511, 1512, 1513  wybitnie  pod  tym  wzglę- 
dem się  wyróżniają.  Jan  Haller,  pochodzący  może  również 
ze  szwajcarskiej  rodziny,  która  zamieszkała  w  Rotten- 
burgu,  drukował  wtedy  księgi  w  Krakowie,  a  papier  tym- 
czasem wyrabiał  w  Mogile  » Master  Bernhartth  (Jocklin) 
papyrmacher  zcu  dem  Mugell  bi  Kracenn((,  rodem 
z  Ktlssnach^). 

W  r.  1510  przybył  tedy  na  uniwersytet  krakowski 
Rudolphus  Johannis  de  Constancia,  zwany  Agri- 
cola  iunior,  pochodzący  z  Wasserburga,  jak  to  widnieje 
w  nazwisku  jego  brata,  który  się  zapisał  w  Krakowie 
w  r.  1512  jako  Joannes  Joannis  de  Yasserborg.  Nosił  on 
to  samo  humanistyczne  miano,  co  wielki  jego  poprzednik 
na  polu  humanistycznego  odrodzenia,  groningski  Rudolf 
Agricola;  zresztą  nie  ma  z  nim  nic  wspólnego,  chyba  po- 
krewnośó  dążeń  i  zamiłowań.  Mniej  rozgłośny  od  swego 
imiennika  położył  on  jednak  około  rozbudzenia  humani- 
zmu na  Wschodzie  ogromne  zasługi.  Przed  pobytem  w  Kra- 
kowie zakosztował  już  był  rozlicznych  wpływów  i  nauk; 
był  w  r.  1507  lub  1508  w  Lipsku,  następnie  przez  Wro- 
cław, gdzie  obcował  z  wielkim  poplecznikiem  krakowskiej 
szkoły,   Wawrzyńcem    Corvinus   skierował   swe  kroki  ku 


>)   Por.  Die  Yadianische  Briefsammlung  II  n.  220  (z  r.  1520). 


232  KSIĘGA   in. ROZDZUŁ   lU. 

sławnej  Jagiellońskiej  wszechnicy.  Postanowił  on  tu  uczyć 
się  i  nauczać  zarazem.  Później  wymieniał  z  wdzięczno- 
ścią jako  mistrzów  swoich  Konstantego  Clariti  i  Jana  Ama- 
tusa  Sycylijczyka;  wszedł  prócz  tego  w  jakieć  bliższe  sto- 
sunki z  księgarzem;  krakowskim  Marcus  (Scharffenberg), 
u  którego  w  r.  1511  mieszka^),  w  tym  samym  już  jednak 
roku  datuje  swe  listy  ex  contubernio  Germanorum  *). 
Ściślejszy  związek  połączył  go  niebawem  z  Pawłem  z  Kro- 
sna, który  w  uniwersytecie  swym  talentem  i  wykładami 
o  klasycznych  poetach  zajaśniał.  Pierwszy  też  swój  wię- 
kszy utwór  poetyczny,  elegią  o  świętym  Kazimierzu,  po- 
święcił Agricola  już  w  r.  1511  temu  swojemu  mistrzowi. 
Poszły  za  tem  inne  publikacye,  przeważnie  o  praktycznym, 
dydaktycznym  celu,  reprodukcye  autorów  i  podręczników, 
które  miały  służyć  do  szerzenia  humanizmu.  Chociaż  Agri- 
cola nie  miał  żadnego  oficyalnego  stanowiska,  —  bo  sto- 
pień bakałarza,  osiągnięty  w  r.  1511  nie  uprawniał  do 
wielkich  rzeczy  — ,  widzimy  jednak,  że  już  w  tych  czasach 
miewał  wykłady  w  Krakowie  ®).  Zapewne  bursa  niemiecka 
była  areną  jego  działania.  Liczni  uczniowie,  mianowicie 
ze  Szwajcaryi,  skupili  się  wkrótce  około  jego  osoby;  już 
w  roku  1511  był  jego  »alumnusa  Sebastyan  Grubel  z  St 
Gallen,  poeta  i  późniejszy  predykant  w  Berg*),  dalej  Be- 
nedykt Burgauer,  który  był  następnie  pomocnikiem  i  stron- 
nikiem Joachima  Yadianusa  w  dziele  reformacyi  w  St 
Gallen*);  w  roku  1511  zapisał  się  w  poczet  uczniów  kra- 
kowskich Walenty  Eck  de  Lindau,  słynny  później  poeta 
i  humanista,  w  roku  1512  Johannes  de  Bodma,  zapewne 
Wólfflin,  w  r.  1514  Ludwik  Óchslin  ze  Schaflhausen,  za* 
wołany  muzyk.  Ci  dwaj  ostatni  próbowali  też  sił   swoich 


^)  Die  Vad.  Briefsammlang,  Nachtr&ge  3. 

»)  Ibid.  I,  n.  10. 

')  Bauch  —  Rud.  Agricola  Junior  Breslau  1892  str.  9. 

*)  Vad.  Briefsammlung  n.  11. 

»)  Ibid.  n.  22. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTBT.  2?9 

na  polu  poezyi  ^).  Na  razie  pozostał  jednak  Agricola  w  Kra- 
kowie tylko  do  r.  1514;  potem  poszedł  do  Węgier,  folgu- 
jąc wędrownemu  usposobieniu,  następnie  zaś  na  lat  kilka 
do  Wiednia. 

W  Krakowie  tymczasem  nie  brakło  mu  zastępców. 
Najznakomitszym  jego  uczniem  był  wspomniany  Wa- 
lenty Eck  z  Lindau  w  Szwajcaryi,  zwany  od  miasta  ro- 
dzinnego Lindanus  albo  Philyropolitanus ').  Osoba,  a  za- 
pewne i  namowa  Agricoli  pociągnęła  go  do  Krakowa; 
TV  r.  1513  osiągnął  tu  stopień  bakałarza,  a  poprzestawszy 
na  tym  stopniu  odważył  się  niebawem  na  nauczanie 
drugich.  Pozostał  on  w  Krakowie  może  do  roku  1516; 
w  tym  przeciągu  czasu  czynnym  był  jako  poeta,  pisząc 
pieśni  pochwalne,  w  których  przedewszystkiem  celował, 
a  z  drugiej  strony  rozwinął  ruchliwą  nauczycielską  dzia- 
łalność obok  mistrza  Agricoli  i  po  tegoż  odejściu.  Con- 
tubernium  Germanorum  służyło  mu  za  pole  działania. 
Stąd  dedykował  dziełko  De  arte  versificandi  opiekunowi 
swemu  i  sekretarzowi  królewskiemu  Justusowi  Deciusowi; 
napisał  je  zaś  w  tym  celu,  aby  scholarze,  którym  dotąd 
dyktować  musiał  przepisy,  mieli  w  tej  książeczce  przewo- 
dnika ułatwiającego  naukę  ^).  Do  pracy  tej  uczniowie, 
podziwiający  mistrza,  dołączyli  wiersze  pochwalne  i  hołdy, 
między  innymi  jakiś  Balthasar  Latistomus  z  Lublina  i  Ge- 
orgius  Logus  ze  Świdnicy,  słynny  humanistyczny  poeta, 
który  zapewne  w  roku  1514  (lato)  zapisał  się  w  metryce 
krakowskiej  *).  Krótko  potem  Walenty  Eck  podążył  do  Tu- 
rzonów  na  Węgry  i  odtąd  między  Węgry  i  Kraków  roz- 
dzielił swoją  płodną  twórczość  i  działalność*). 


^)  Wiersz  pierwszego  Joh.  Lupulus  Bodmanensis  znajduje  się 
w^  Eck^a  Panegyricus  in  laudem  Augustini  Moravi;  wiersz  drugiego 
W  Sck'a:  de  arte  versificandi  z  r.  1515. 

*)  Wiszniewski,  Hist.  lit.  VI.  333. 

')  De  arte  yersificandi  Grac.  Ungler  1515. 

*)  Bauch,  Georgius  Logus.  Breslau  1896  str.  2. 

*)  Por.  Wiszniewski  1.  c.  i  Wislooki  Liber  dilig.  Praefajtio  str.  X. 


234  KSIĘGA    m. ROZDZIAŁ    III. 

Tymczasem  zaś  zawitał  wtedy  do  Krakowa  człowiek, 
który  jest  znów  typem  wybitnym  wędrownego,  niespo- 
kojnego, kłótliwego  humanisty  z  wszystkiemi  jego  przy- 
warami i  z  całą  bezczelnością.  Był  nim  Jan  Hadus 
albo  Hadelius,  pochodzący  z  północnych  Niemiec,  kraju 
Hadeln  między  ujściem  rzek  Elby  i  Wesery.  Po  licznych  pe- 
regrynacyach  zabłąkał  się  on  także  do  Krakowa;  studyował 
poprzednio  w  Lipsku,  poszedł  w  r.  1508  do  Wittemberga, 
w  r.  1513  do  Frankfurtu  nad  Odrą,  w  następnym  roku  prze- 
niósł się  do  Gryfii,  wreszcie  w  r.  1515  do  Rostocku.  W  dwóch 
ostatnich  uniwersytetach  występował  Hadus  i  działał  jaka 
poeta  uniwersytecki,  ucierając  się  z  przeciwnikami  huma- 
nizmu, których  smagał  nielitościwymi  razami.  Nigdzie  je- 
dnak nie  zagrzał  miejsca,  a  odjeżdżając  wypuszczał  strzały 
Parta  raz  na  wrogów  gryfijskich,  to  znów  na  swego  prze- 
ciwnika Henryka  Cother  w  Rostocku.  Miłostki  bardzo  zmy- 
słowe z  jakąś  pięknością  Północy,  Zofią,  więziły  go  wpraw- 
dzie w  Rostocku,  lecz  nie  zdołały  jednak  na  długo  usidlić*). 
W  roku  1516  wybrał  się  on  tedy  drogą  na  Frankfurt  nad 
Odrą  do  Krakowa  i  w  październiku  zapisał  się  w  metryce 
Jagiellońskiej  wszechnicy. 

Występy  jego  w  Krakowie  są  typowymi  dla  każdego 
nieomal  wędrownego  humanisty*).  Przybył  on  do  Kra- 
kowa pod  złemi  auspicyami;  zaraza,  która  go  niepokoiła 
już  w  Frankfurcie  nad  Odrą,  dognała  go  także  w  Kra- 
kowie. Zamieszkał  on  tu  w  bursie  węgierskiej  ®).  Przyszedł 
zaś  do  Krakowa,  aby  się  uczyó,  między  innemi  medycyny, 
i  aby  nauczać  innych 

nt  diseamqae  artes  nt  doceamgae  bonas. 

Na  sposób  więc  humanistyczny  poetycznem  intimatum  za- 


*)  Por.  artykuł  Bauch^a  w  Geigera  Yierteljahrsschrift  fiir  Cul- 
tur  und  Litteratur  der  Renaissance  (1886)  I,  206. 

')  Znamy  je  z  Jani  Hadelii  elegiarum  liber  I  (Yiennae  1518, 
egzemplarz  bibliot.  uniw.  w  Wrocławiu). 

«)  Bauoh  1.  c.  221. 


HUlfANIZM   I   UNIWEBSTTBT.  235 

praszal  do  siebie  studentów,  w  wierszach  ad  Cracovianum 
scholasticum.  Zapowiadał  tak  wykład  o  Ibis  Owidyusza; 
wiemy,  że  przed  20-tym  lipca  r.  1517  objaśniał  Metamor- 
fozy *).  Ale  takie  wykłady  po  bursach  nie  zapewniały  spo- 
kojnego życia.  Chciałby  on  tedy  jakiegoś  poparcia  i  wspar- 
cia, jakiegoś  praemium  ze  strony  uniwersytetu  i  zwracał 
się  dlatego  z  prośbą  o  pomoc  do  rektora  w  półroczu  zi- 
mowem  1516/17  Jana  Przyjaciela  (Amicinus),  zarazem  su- 
fragana  krakowskiego 

Fac  miki  constitnant  pro  magno  parva  labore 
Praemia; 

pukał  potem  do  Dominika  z  Seczemina,  dr.  kanonów  i  ka- 
nonika gnieźnieńskiego,  żaląc  się  na  biedę,  która  mu  na- 
wet doktora  w  chorobie  przyzwać  nie  pozwala.  Ale  za- 
biegi te  były  w  wielkiej  części  próżne.  A  choroby  tym- 
czasem ciągle  go  trapiły;  Jan  Smigellius  czy  Smygiet  tro- 
chę go  wprawdzie  skrzepił;  Hadus  sławił  za  tę  zasługę 
prócz  tego  Jana  Rosbach,  Sasa  i  krakowskiego  doktora. 
Ale  uczeń  jego  ulubiony  Frolicus  Priscius  umarł  mu  przed- 
wcześnie, a  i  on  sam  w  wierszu  ad  Yiennensem  schola- 
sticum uskarżał  się,  że 

Cracoviae  nec  vivus  eram  nec  mortuus 

Dawny  miłośnik  Zofii  z  Rostocku  tęsknił  teraz  na  Wscho- 
dzie za  bohdanką  i  przyczynę  swego  niedomagania  upa- 
trywał w  nimia  continentia,  o  którą  właśnie  Kraków  go 
przyprawił  Postanowił  on  więc  niebawem  w  Wiedniu  na 
tę  chorobę  się  leczyć.  Jak  wszyscy  niemal  humaniści  obcy 
w  Krakowie,  począwszy  od  Kallimacha,  ubierał  się  i  Hadus 
w  szatę  wygnańca  wśród  Scytów,  wspominał  Tomi  Owi- 
dyuszowskie.' 

Nil  mihi  Crocea  places, 
nie   podobał  mu   się  Kraków  i  dlatego,  że  po  polsku  nie 
umiał  i  przy  wszelkich    zakupnach  opłacać  musiał  towar 


')  Acta  rectoralia  n.  2437. 


236  KS^OA  nŁ  —  BOZDZiAŁ  m. 

i  swą  nie  wiadomość  zarazem^).  Nastąpił  więc  wyjazd,  czy 
ucieczka  humanistyczna,  podobna  do  Celtesowej  i  tylu 
innych,  z  towarzyszeniem  inwektyw  na  znienawidzone 
miasto. 

Ergo  inyisa  deis,  sacris  inyisa  poetis, 

Barbara,  cana,  rodis,  dura,  saperba  vale, 

a  przez  lawinę  tych  epitetów  przeglądał  mu  jui  uroczy 
Wiedeń 

Ulastrem,  palchram  lepidamqae  yidebo  YiennanL 

Rzeczywiście  lepiej  mu  w  Wiedniu  pod  każdym  powio- 
dło się  względem.  Doczekał  się  tu  już  w  r.  1517  wieńea 
poetyckiego  i  dobrego  przyjęcia  wśród  tamtejszych  huma- 
nistów. Ale  mimo  tego  i  tutaj  długo  nie  spoczął,  bo  zmyd 
wędrowny  popchnął  go  już  po  roku  1518.  do  Italii,  gdzip 
żyjąc  wśród  humanistów  tamtejszych  składał  płody  swej 
Mu^y  w  ^nnych  Coryciana,  najwcześniejszym  almanachu 
Muz,  w  Rzymie  powstałym. 

Tymczasem  do  Krakowa  przyszły  niebawem  z  Wie- 
dnia posłuchy  o  powodzeniach  Hadusa.  Gniewano  się  ną 
to  i  żalono  na  inwektywy,  któremi  Kraków  oczernił.  W  li- 
stopadzie roku  1518  pisał  Melchior  Watt  do  Joachima  Wa- 
dyana,  że  Krakowianie  napisali  coś  przeciw  Hadelius^owi  *). 
W  rzeczywistości  wystąpił  jako  mściciel  Krakowa  Kasper 
Ursinus  Yelius  ze  swoją  urbis  Cracoviae  defensio,  sławiącą 
Kraków  jako  siedzibę  książąt  tronu  i  ducha').  Napiętno- 
wał on  Hadusa,  jako  człowieka,  który  miejsca,  w  których 
doznał  łaskawego  przyjęcia,  zwykł  kalać  wierszami  i  upo- 


^)  Ad  Jo.  Amicinum: 

Onidcpiid  emit,  leyias  Sarmata  semiMBr  emit, 
GaoBa  patat,  vestram  (nee  mimm)  neado  lingaam. 

Miejsoe  znamienne  dla  stosunków  kupieckich  ówczesnego  Krakowa. 

•)  Vadian.  Briefs.  Nachtrage  III,  n.  37. 

')  Przyłączona  do  Oratio  de  fel.  electione  Ferdinandi,  Cracoviae 
1531.  (Znam  egzemplarz  wied.  bibliot.  cesarskiej). 


HUBIANIZM   I   UNIWER8TTBT.  237 

mina}  Wiedeńczyków,  aby  włóczęgę   wygnali    co  prędzej 
ze  swego  miasta. 

Sedibns  erronem  pelle  Yienna  tnis. 

Kiedy  zaś  Hadus  odjeżdżał  czy  uciekał  do  Wiednia^ 
^wracał  do  Krakowa  człowiek,  który  tu  już  kilka  lat  na 
usilnej  spędził  był  pracy,  a  teraz  znowu  chciał  szczęścia 
spróbować  na  Północy,  wspomniany  Rudolf  Agricola.  Nie 
wiemy,  co  go  ostatecznie  do  tego  kroku  skłoniło,  aby  opu- 
ściwszy Wiedeń  i  jego  humanistyczne  koła  podążyó  z  po- 
wrotem do  północnego  Tomi.  Prawdopodobnie  były  tu 
-w  grze  jakieś  zaproszenia  i  obietnice  mecenasów  polskich, 
które  jednak  nie  od  razu  w  życie  weszły  i  nie  od  razu 
utwierdziły  nowe  Agricoli  na  Północy  stanowisko.  Powró- 
cił on  do  Krakowa  zapewne  pod  koniec  r.  1517  i  zamie- 
szkał teraz  w  domu  prywatnym  obok  domu  Hektora  von 
Watt^).  Nie  będziemy  tu  szczegółowo  opisywali  dalszych 
jego  krakowskich  kolei  w  następnych  kilku  latach,  osta- 
tnich jego  życia.  Uwydatnimy  tylko  rysy  szczególnie  zna- 
mienne. Mieszkanie  jego  stało  się  znowu  ogniskiem  umy- 
słowego ruchu,  przystanią  dla  humanistów,  przedewszyst- 
kiem  szwajcarskich.  Agricola  otwierał  znów  dla  nich  po- 
dwoje i  nawet  kieszeń,  użyczał  im  często  dachu  i  utrzy- 
mania. Sam  pisze  25-go  sierpnia  r.  1519  do  Wadyana*), 
że  wszyscy  przybysze  ze  Szwajcaryi  jego  szukają.  »Niech- 
bym,  dodaje,  mógł  w  równej  mierze  im  wszystkim  być 
pomocnym,  tak  jak  im  wszystkim  dobrze  życzę.«  Utrzy- 
mywał on  przy  sobie  na  koszt  własny  Andrzeja  Eck'a,  brata 
Walentego,  a  ucznia  Wadyana  *),  prócz  tego  Jana  Zinck  i  Lu- 
dwika Óchslin.  Bywał  z  tymi  uczniami  w  domu  Sutora;  sto- 
sunki zWattami,  z  Bonerami,  Bethmanami,  Salomonami  i  De- 
cyuszem  uprzyjemniały  mu  życie.  Seweryna  Bonera  i  Jana 


^)  Bauch,  Rudolphus  Agricola,  24. 
•)  Vad.  BriefB.  n.  165. 
»)  Ibid.  Nachtr^e  49. 


238  KSIĘGA   ni.  ROZDZIAŁ   HI. 

Bethmana  sławił  on  jako  mecenasów,  z  Salomonami  sie- 
dział przed  dziesięciu  laty  na  jednej  ławie  i  zachował  dla 
nich  przyjaźń  na  życie-).  W  początku  r.  1519  zawrzało 
w  tej  kolonii  szwajcarskiej  szczególne  życie,  skoro  tu  za- 
witał najsłynniejszy  humanista  szwajcarski  Joachim  Va- 
dianus,  który  opuściwszy  Wiedeń  postanowił  powrócić  do 
swojej  ojczyzny.  Zwiedzano  wtedy  w  liczniejszem  towa- 
rzystwie kopalnie  wielickie*),  a  wśród  zabaw  muzyka 
wielką  odgrywała  rolę;  Sebastyan  Steinhofer  z  Hall,  wielce 
do  Agrikoli  przywiązany  uczeń  i  magister  krakowski  z  r. 
1520  zachwycał  w  domu  Wietora  i  innych,  zebranych 
słuchaczów  swoim  śpiewem  •). 

Ale  mimo  życzliwości  bogatych  mieszczan,  mimo  zna- 
jomości i  zażyłości  z  sekretarzami  królewskimi  Decyu- 
szem  i  Dantyszkiem,  mimo  łaskawości  znakomitego  męża 
stanu,  wykwintnie  wykształconego  wojewody  krakowskiego 
Krzysztofa  Szydłowieckiego  *)  i  teraz  nie  zyskał  Agricola 
przydłużej  stałego  gruntu  pód  nogami  i  stałej  dla  dzia- 
łalności podstawy.  Rok  1518  był  świetnym  w  Krakowie. 
Wesele  królewskie  z  Boną  Sforza  urozmaiconem  zostało 
zupełnym  agonem  Muz,  igrzyskami,  w  których  humaniści 
epitalamiami  swojemi  szli  w  zawody  o  zwycięstwo  słowa 
i  pieśni.  Powrócimy  do  tego  później.  Całe  zastępy  Wło- 
chów przyszły  wtedy  do  Krakowa;  odbiło  się  to  o  tyle 
na  życiu  Agricoli,  że  został  nauczycielem  paziów  włoskich 
królowej  Bony,  którym  już  w  r.  1518  poświęcił  swe  wy- 
danie dziełka  Jana  z  Głogowa  p.  t  Phisionomia.  Ale  on 
marzył  przecie  o  szerszej,  uniwersyteckiej  działalności. 

Mówiliśmy,  że  za  poprzednim  swym  w  Krakowie 
pobytem  wykładał  w  bursie  niemieckiej,  uczył  prywatnie 
i  publicznie;  do  uniwersytetu  się  nie  dostał,  bo  był  tylko 

^)  Por.  Passio  dominica  Grac.  1520. 
')  Morawski,  Z  dziejów  odrodzenia  (1884)  str.  6. 
•)  Vad.  Briefs.  n.  216. 

*)  Poświęcił  mu  Agricola  w  r.  1519  swój  hymnus  de  divo 
Stanislao. 


HUMANIZM    I    UNIWKRSYTET.  239 

»poetą«,  a  mimo  twierdzenia  humanistów  tytuł  ten  nie 
równoważył  stopnia  magistra.  I  teraz  prawa  jego  się  nie 
poprawiły  i  miejsca  w  uniwersytecie  dlań  nie  było.  Zna- 
lazła się  przecie  łaska  i  mecenasi,  którzy  postanowili  go 
mimo  tych  trudności  do  uniwersytetu  wprowadzić.  Byli 
nimi  biskupi  polscy,  popierający  humanizm  z  szerokim 
umysłem  i  sercem.  30-go  kwietnia  r.  1518  wspomina  Agri- 
cola  po  raz  pierwszy  o  stypendyum  od  biskupów  spodzie- 
wanem,  później  nazywa  się:  episcoporum  stipendiatus  ^). 
Biskupi  więc  zapewnili  mu  zapłatę  i  wyrobili  lectorium 
w  Collegium,  a  postąpili  tak  zapewne  z  miłości  dla  sprawy 
i  ofiarności  dla  jej  powodzenia.  Później,  w  r.  1642  na  sy- 
nodzie piotrkowskim  znowu  polscy  biskupi  zobowiązali 
się  i  obiecali,  że  wypłacą  pewną  sumę,  aby  dochody  lek- 
torów pomnożyć  i  powołać  skądinąd  legistę  i  dwóch  pro- 
fessorów  »litterarum  humanarum«  *).  W  roku  1518  wy- 
płynęło coś  podobnego  z  cichszego  porozumienia  kilku 
książąt  Kościoła;  ludzie,  jak  Jan  Lubrański,  biskup  poznań- 
ski, Maciej  Drzewicki,  biskup  włocławski.  Piotr  Tomicki, 
biskup  przemyski  i  Jan  Konarski,  biskup  krakowski,  chcieli 
krakowską  szkołę  poprzeć  i  przyspieszyć  jej  odrodzenie, 
a  pozyskanie  takiej  siły  jak  Rudolf  Agricola  wydawało 
im  się  stosownym  do  tego  celu  środkiem.  Człowiek  więc 
bez  tytułu  magistra  wszedł  jako  poeta  do  kollegium,  a  ra- 
czej przyczepionym  został  u  tego  kollegium,  aby  tu  wy- 
kładać bonas  litteras.  Podpisuje  się  on  odtąd  lector  ordi- 
narius  Cracoviensis  *)  i  zaczyna  rzeczywiście  w  kollegium 
wykładać,  w  roku  1518  i  1519  objaśnia  Fasti  Owidyusza, 
w  następnym  satyry  Horacyusza.  Cel  więc  tylu  humani- 
stów i  jego  samego  był  osiągniętym;  uniwersytet  ukorzył 
się  przed  poetą,  a  raczej  przed  nowemi  hasłami.  Nieba- 
wem jednak  zaczęły  się  dla  Agricoli  wyłaniać  ciemniejsze 


*)  Vad.  Briefsammlung  n.  120  i  n.  160. 
*)  Archiwum  komisy!  prawn.  T.  I  str.  400. 
»)  Vad.  Briefs,  n.  142. 


340  K8IĘOA   ni. ROZDZIAŁ  ni. 

strony  nowo  osiągniętego  stanowiska.  Bo  biskupi  płacili 
mało,  obiecywali  i  nie  dotrzymywali  przyrzeczeń.  Już 
w  roku  1519  pisał  on  w  sierpniu:  episcopi  mei  magni 
sunt  pollicitatores  et  piane  frigescunt  ^).  Skargi  te  na  nie- 
słowność  pojawiały  się  odtąd  ciągle.  Agricola  zrywri  się 
częstokroć  ze  swego  miejsca;  raz  biskup  Lubrański,  to 
znowu  Drzewicki  nęcili  go  jednak  czy  łudzili  nowemi  obie- 
tnicami. W  grudniu  roku  1520  pisał  znowu  o  swycb  tru- 
dach i  dudach:  Polacy  robią  dużo,  wspaniałych  obietnic; 
ledwie  ich  jednak  na  odzież  mi  starczy*).  Do  materyalnych 
zawodów  przyszły  inne  niezadowolenia  powody:  niezdro- 
wy klimat  Krakowa,  na  który  żalił  się  Andrzej  Eck  twier- 
dząc, że  tu  » wszystkie  żywioły  zatrute*;  brak  scholarów, 
przerzedzonych  wskutek  wojny  i  chorób,  wreszcie  budząca 
się  niechęć  wśród  Krakowian  do  obcych,  niemieckich  ży- 
wiołów'). Postanowił  on  więc  za  każdą  cenę  stąd  wyje- 
chać; chciri  wrócić  do  Szwajcaryi,  podążyć  do  Wittemberga 
lub  Lipska.  Zapadał  często  na  zdrowiu  i  to  przyczyniło 
się  także  do  czarnych  myśli  i  uprzedzeń:  w  końcu  też 
wyrzeka  ciągle  na  Sarmacyę  i  nazywa  Polaków  omnium 
mortaliimi  superbissimos  inconstantissimosąue  *).  Nie  da- 
nem  mu  jednak  było  plan  wykonać;  w  marcu  roku  1521 
dognała  go  śmierć  na  Północy.  Przywiązany  do  niego 
magister  Sebastyan  Steinhoffer,  muzyk,  donosił  o  tem  Wa- 
dyanusowi,  mówiąc  z  politowaniem  o  wielkiej  biedzie, 
w  której  go  zgon  zaskoczył.  Sutym  pogrzebem  chciano 
powetować  niedostatki  życia;  piątego  marca  pochowanym 
on  został  u  Franciszkanów  wśród  udziału  uniwersytetu 
i  Ucznie  zebranego  duchowieństwa*). 


*)  Ib.  n.  165. 

*)  Ibid.  225. 

')  Ib.  n.  165.  (Eckius  omnia  Craooyiae  esse  elementa  infecta 
dicere  solet).  225.  216. 

*)  Ibid.  n.  1%. 

')  Ibid.  n.  248.  —  W  roku  Jego  śmierci  pojawia  się  na  krótko 
w  Krakowie  Filip  Gundel  z  Passau  w  Bawaryi,   takie  poeta,  prof. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  241 

Uczony  nie  zbyt  twórczy,  był  on  jednak  wielkim  pra- 
cownikiem i  wielką  liczbą  swych  druków  i  wydań  przy- 
czynił się  stanowczo  do  utwierdzenia  humanizmu  w  Polsce; 
z  Krakowem  łączyło  go  tysiąc  węzłów  młodości,  męskiego 
weku,  życia  i  nauki.  Chciał  on  te  węzły  w  końcu  rozer- 
'wad,  lecz  daremnie. 

Obok  niego  i  po  nim  występuje  na  katedrze  uniwer- 
sytetu inny  poeta,  także  przybysz,  z  odleglejszej  jeszcze 
Północy,  Anglik  Leonard  Coxe  ^).  Zawitał  on  do  Krakowa 
jako  człowiek  dojrzały  i  już  rozgłośny  i  zapisawszy  się 
do  matrykuły  zalecił  się  uniwersytetowi  długą  mową:  De 
laudibus  celeberrimae  Cracov.  academiae,  wygłoszoną  6-go 
grudnia  r.  1518.  Wątpliwem  jest  jednak,  czy  miał  odpowie- 
dnie stopnie,  aby  się  dostać  do  pocztu  uczących  magistrów. 
Może  znów  był  tylko  ))poetą«,  a  łaska  potężna  Decyusza 
i  innych  otwarła  mu  dopiero  bramy  koUegium,  jak  biskupi 
wprowadzili  do  niej  Agricolę.  Pochodził  on  z  Monmouth- 
shire  w  dyecezyi  linkolnskiej,  a  życie  spędził  na  tułaczce, 
która  go  między  innemi  zawiodła  do  Polski;  w  r.  1518 
i  1519  wykładał  w  Krakowie  Liwiusza,  Kwintyliana  i  li- 
sty Św.  Hieronima,  w  latach  1525  i  1526  Cycerona,  Wer- 
giliusza  i  Kwintyliana.  W  tym  ostatnim  roku  uwikłał  się 
w  jakiś  proces  przed  sądem  rektorskim.  Nieznany  nam 
bliżej  poeta  Erazm  Licorianus  ^),  może  ziomek  Leonarda, 
zaskarżył    go    bowiem    przed    sądem    rektorskim    o    to, 


poetyki  i  elokwencyi  we  Wiedniu;  już  w  roku  1622  powrócił  on 
jednak  do  Wiednia. 

')  Por.  o  nim  Morawski,  Z  dziejów  odrodzenia  (1884)  str.  7 
i  nast. 

")  Zapisany  on  w  metryce  krak.  w  lecie  1525:  Erasmus  Jo- 
hannis  Oempedophillus  Lycorianus  dioc.  Salisburgensis,  poeta  t.  s.  — 
Osobistość  to  dla  mnie  dotąd  zagadkowa.  Nie  umiałbym  na  pewne 
twierdzić,  że  to  Anglik.  Pan  Sidney  Lee,  zapytany  w  tej  mierze,  od- 
powiedział mi,  że  go  nie  zna,  nadmieniając,  iż  » Erasmus  is  a  most 
unusual  name  for  an  Englishman  in  the  16  centuryc 

Hitt.  Uniw.  T.  II.  ^g 


242  KSIĘGA    ITL ROZDZIAŁ    IIT. 

Że  jakiś  paszkwil  przybił  na  drzwiach  kollegium  i  że 
w  lekcyach  publicznych  owego  poetę  wyszydzał.  Leonard 
Coxus  zastawił  się  natenczas  powagą  biskupa  przemy- 
skiego Krzyckiego,  który  rzekomo  do  tych  wyszydzań  go 
nakłonił  ^).  Sprawa  ta  i  osoby  nie  są  bliżej  nam  znanemi. 
Jeżeli  jednak  sobie  przypomnimy,  że  w  początku  roku 
1526  powrócił  bratanek  arcybiskupa  gnieźnieńskiego  Jan 
Łaski  z  Zachodu,  że  przywiózł  z  sobą  poetę  Anianusa 
i  że  niebawem  zawrzała  walka  na  pióra  między  Tomic- 
kim i  jego  poplecznikami  z  jednej  strony,  a  rodziną  Ła- 
skich, » którzy  zawiścili  Tomickiemu  znaczeniaa  2),  to  wyda 
się  prawdopodobnem,  że  i  ten  Erasmus  Licorianus  był 
wcześniejszym  już  gościem  Łaskich  w  Polsce,  za  których 
chwałę  podobnie  jak  Anianus  walczył  epigramatami;  Co- 
xus  tymczasem  z  poduszczenia  siostrzeńca  Tomickiego  An- 
drzeja Krzyckiego  równie  mu  odpowiadał  złośliwie. 

Po  występach  w  uniwersytecie  pojawia  się  ten  An- 
glik Coxus  w  roli  mentora  —  adolescentiae  formator  — 
młodego  Andrzeja  Zebrzydowskiego  i  w  roku  1527  bawi 
z  przyszłym  biskupem  w  Paryżu;  słyszymy  wreszcie,  że 
umarł  w  r.  1549  w  swojej  brytańskiej  ojczyźnie.  Był  to 
człowiek  szerszego  wykształcenia,  znawca  Cycerona  i  Ho- 
racyusza,  a  należał  do  ostatnich  wędrownych  humanistów, 
którzy  na  przełomie  dwóch  wieków  taką  nawałą  na  uni- 
wersytet krakowski  zjechali.  Śledziliśmy  ich  od  Kallima- 
cha  począwszy,  badaliśmy  każdego  przybysza,  jaki  z  sobą 
przynosił  posiew  na  polską  niwę.  Pala  po  fali  biła  o  brzeg 
Polski,  a  humaniści  miejscowi  czekali,  aby  im  wyrzuciła 
wreszcie  Afrodytę,  starożytną  Anadyomene,  którą  średnie 
wieki  tak  długo  na  dnie  toni  więztty. 


^)  Acta  rectoralia  n.  2869. 

*)  Por.  o  tern  moją  uwagę  do  Carmina  Orioii  p.  156. 


HUMANTZM   I   UNIWBHSYTSTT.  24S 


Oreczyzna.  —  Mało  znana  w  średnich  wiekach.  —  W  drugiej  polo- 
ivie  XV-go  wieku  budzi  się  dla  niej  interes  we  Włoszech.  —  Aldus 
Manutias.  —  Ruch  ten  przenosi  się  w  początku  szesnastego  wieku 
na  Północ.  -  Brfurt,  Wittenberg  i  Lipsk.  —  Greczyzna  w  Krakowie.  — 
Joannes  Sylvius.  —  Constanzo  Clariti.  —  Znajomość  greozyzny  z  Kra- 
kowa szerzy  się  na  Północy.  —  Caspar  Ursinos  Yelius.  —  Wacław 
z  Hirschberg'a.  —  Jerzy  z  Lignicy  Libanus.  -~  Greczyzna  wśród  walki 

zdobywa  sobie  uniwersytet  od  r.  1520. 
Język  hebrajski.  —  Tomicki   Piotr.  —  Znajomość   tego  języka  na  Za- 
chodzie. —  Johannes  van  den  Campen.  —  Waleryan  Pernus. 


Przez  chwasty  i  głogi  późniejszej  łaciny  przedarto 
się  więc  do  pierwowzorów  klasycznych.  W  umysłach  ży- 
wszych i  bujniejszych  musiały  stąd  wzrastać  pragnienia, 
aby  na  wszystkich  polach  docierać  do  źródeł,  do  głębi 
i  istoty  myśli,  która  dotychczas  w  przybranej  i  często  źle 
przykrojonej  szacie  świat  obiegała  i  karmiła.  Greczyzna 
i  greccy  autorowie  zaczęli  coraz  częściej  wychylać  się 
z  mgły  gęstej  i  ciemnej,  a  oczy  tęskne  humanistów  spo- 
glądały na  tych  ojców  nauki  i  na  te  dzieci  piękności  z  czcią 
i  podziwem;  zamierzano  wreszcie  roztworzyć  księgi,  na 
których  zaciężyło  zapomnienie  i  tylu  wieków  nieświa- 
domość. 

W  średnich  wiekach  znajomość  greczyzny  była  wy- 
jątkowym objawem.  Petrarka  liczył  w  r.  1360  Włochów, 
którzyby  umieli  po  grecku  i  doliczył  się  trzech  lub  czte- 
rech we  Plorencyi,  jednego  w  Bolonii,  dwóch  we  Wero- 
nie, jednego  w  Sulmonie,  jednego  w  Mantui;  w  Rzymie 
nie  znalazł  nikogo.  W  ciągu  wieku  piętnastego  zmieniły 
się  te  stosunki  na  lepsze;  sobory  zetknęły  ludzi  ze  światem 
greckim,  upadek  Konstantynopola  nie  tyle  przez  ucieczkę 
Greków  odbił  się  znacznym  wpływem  na  Zachodzie,  jak 
raczej  przez  to,  że  uwaga  chrześcijaństwa  ku  Wschodowi 
i  uciskowi  greckiego  świata  odtąd  się  zwróciła.  A  papież 

16* 


244  Ksn^A  m.  —  rozdział  m. 

Mikołaj  V-ty  poparł  niebawem  greckie  studya  całą  prze- 
wagą podniosłego  swego  umysłu  i  znaczenia^).  Włochy 
stały  się  też  w  drugiej  połowie  piętnastego  wieku  ogni- 
skiem znajomości  greczyzny,  która  z  biegiem  czasu  za- 
częła także  przezierać  nieśmiało  na  Północ.  Szczególnie 
znaczy  się  to  od  czasów,  gdy  sławny  księgarz  Aldus  Ma- 
nutius  w  końcu  stulecia  w  drukarni  swojej  począł  odbi- 
jać pierwsze  edycye  wielkich  greckich  autorów.  Drukarnia 
Aldu8*a  zabłysła  wtedy  nieomal  jako  centrum  intellektu- 
alne  Europy,  a  wśród  zasług  ogromnych  założyciela  nie 
najmniejszą  była  ta,  iż  stał  się  on  twórcą  greckiej  typo- 
grafii.  Autor  północny  współczesny  nazywał  go  szumnem 
mianem:  graecanicae  antiąuitatis  restaurator;  przekonamy 
się  wkrótce,  że  i  względem  Polski  odegrał  on  w  tym  kie- 
runku rolę  pierwszorzędnej  wagi.  Później  papież  Leon 
X-ty  uwieńczył  dzieło  poczęte  i  przygotowane  przez  wiek 
piętnasty.  Słyszymy,  że  do  odnowionego  rzymskiego  uni- 
wersytetu powołał  Basiliosa  Chalkondylasa  dla  greczyzny, 
że  założył  akademię  medycejską  wyłącznie  dla  szerzenia 
znajomości  tego  języka,  wreszcie  że  naukę  Greków  Laska- 
risa  i  Marka  Musurosa  spożytkował  dla  tych  celów.  Entu- 
zyazm  dla  greczyzny  tak  wzrósł  już  w  owej  epoce,  iż 
marzono  o  Atenach  w  Lacyum,  o  Uissosie  w  miejscu 
płowego  Tybru^).  A  chociaż  te  papieskie  usiłowania  bar- 
dzo prędko  zamarły,  to  entuzyazm  helleński,  będący  osta- 
tnim przebłyskiem  dotychczasowej  pracy  odrodzenia  i  osta- 
tniem  jego  upojeniem  przed  twardą  próbą  lat  następnych 
i  strasznej  religijnej  rozterki,  nie  przeminął  bez  skutków 
na  przyszłość. 

Na  Północ  trudniej  się  było  greczyznie  przedostać. 
Jeżeli  w  piętnastym  wieku  wyjątkowo  tu  kto  umiał  po 
grecku,  to  przynosił  on  ten  wiedzy  nabytek    z   Południa, 


*)  Voigt  —  Wiederbelebung  des  Alterthums  II,  102  i  nast 
»)  Por.    Gnoli,   Riyista   d'Italia  (1898,   15   Agosto).    szczególnie 
p.  633  i  nast. 


HUMANIZM    I   UNIWERSYTET.  245 

tiokąd  w  drugiej  połowie  piętnastego  wieku  północni  scłio- 
larze  coraz  częściej  się  udawali.  Ale  na  ogólne  wykształ- 
cenie, na  panujący  ustrój  wychowania  nie  wywarło  to  ża- 
dnego wpływu.  Uniwersytety  pozostały  przy  dawnym  sy- 
stemie; a  nieznajomość  greczyzny  panowała  tu  dalej,  mimo 
tego,  że,  jak  słusznie  zauważono,  średnie  wieki  żywiły  się 
przeważnie  wytworami  greckiej  myśli.  Bo  w  uniwersyte- 
tach objaśniano  przecież  ciągle  greckich  filozofów,  mate- 
matyków, astronomów  i  medyków.  Posługiwano  się  przy 
tern  łacińskiemi  tłómaczeniami,  często  bardzo  nieudolnemi 
i  przez  to  pośrednictwo  dostawała  się  myśl  grecka,  zmie- 
niona często  i  okaleczona  do  średniowiecznych  umysłów 
Interes  czepiał  się  przy  tem  wyłącznie  treści,  a  dopiero 
żywszy  interes  dla  formy  mógł  był  obudzić  ciekawość 
i  tęsknotę  za  pierwowzorem^).  W  końcu  dopiero  piętna- 
stego stulecia  pojawiać  się  zaczęły  utyskiwania  nad  złymi 
przekładami  Arystotelesa  i  żale,  że  niektóre  z  ksiąg  obja- 
śnianych były  prawie  zupełnie  wskutek  wadliwości  formy 
niezrozumiałemi.  To  mogło  i  musiało  z  biegiem  czasu  do- 
prowadzić do  postępu  i  poprawy  stosunków. 

Około  r.  1500  i  krótko  potem  natrafiamy  na  pierwsze 
ślady  takiego  postępu  w  Niemczech;  ludzie  linguarum 
periti  coraz  częściej  odtąd  pojawiają  się  w  uniwersytetach. 
I  tak  w  Erfurcie  staje  się  Mikołaj  Marschalk  reformatorem 
w  tym  kierunku;  w  r.  1501  wychodzi  jego  dzieło  de  or- 
thographia,  zawiązek  elementarza  grecko-łacińskiego;  w  roz- 
działach odnoszących  się  do  greczyzny  jest  to  pierwszy 
podręcznik  i  pierwsza  czytanka  grecka  w  Niemczech*). 
Ale  to  był  tylko  krok  pierwszy  i  dorywczy.  Do  Witten- 
berga  przyszła  z  kolei  znajomość  greczyzny  około  roku 
1503;  w  Lipsku  nauczał  jej  zapewne  w  samym  początku 


^)  Por.  Paolsen,  Geschichte  des  gelehrten  Unterrichts  1,  67  i  132. 

■)  Por.  G.  Bauch  X,  Die  Anfange  des  Studiums  der  gr.  Spra- 
che  in  Norddeutschland  w  Mittheilungen  der  Gesellschaft  fiir  deut- 
sche  Erziehungsgeschichte  VI,  1,  10. 


246  KoąoA  m.  —  bosedział  m. 

wieku  Włoch  Clariti.  Były  to  przesłanki  późniejszego,  sta- 
łego  rozwojn.  Bo  w  Lipsku  w  piętnaście  lat  później  zja- 
wia się  pierwszy  profesor  greckiego  języka^).  To  też  do- 
piero od  r.  1515  doprowadzają  te  wszystkie  usiłowania 
do  wyrazistszycłi  nieco  rezultatów;  wtedy  Anglik  Richai^ 
dus  Crocus  i  Petrus  Mosellanus  utwierdzają  tę  nauk^ 
w  Lipsku,  a  FiUp  Melanchton  występuje  w  Wittenbergu 
jako  graecarum  litterarum  lectCNr  primus.  To  też  słusznie 
twierdzić  można,  że  kiedy  około  r.  1520  przedsiębrano 
we  wszystkich  niemal  uniwersytetach  niemieckich  reforma 
planu  naukowego,  greczyzna  była  już  przyswojoną,  a  jej 
znajomość  uchodziła  za  niezbędny  żywioł  w  zakresie  uni- 
wersyteckiej nauki  ^). 

A  jakże  się  działo  równocześnie  w  Polsce?  I  do  Kra- 
kowa dochodziły  już  w  piętnastym  wieku  w  rozmaity 
sposób  nowego  światła  promienie.  Mówiliśmy  poprzednio 
o  Greku  Demetrios'ie,  który  tu  podczas  soboru  bazylej- 
skiego  zawitał;  wspominaliśmy  zarazem,  że  jego  misya  była 
przedwczesną  i  próżną.  —  Niejeden  ze  scholarów  przywo- 
ził następnie  w  ciągu  stulecia  z  włoskich  uniwersytetów 
wśród  innych  nabytków  pewną  greczyzny  znajomość.  Ale 
aby  kiełkujące  w  indywiduach  skłonności  podsycić  i  upo- 
wszechnić, na  to  potrzeba  było  albo  znakomitej  nauki 
i  wielkiego  zapału,  albo  przeważnej  osobistości  Nie  był 
tego  zdolnym  Kallimach,  bo  świat  helleński  był  mu  za- 
pewne dość  obcym;  Konrad  Celtes  zakosztował  wprawdzie 
przelotnie  w  Heidelbergu  nauki  greczyzny  pod  Rudolfem 
Agricolą,  ale  nie  był  w  niej  do  tego  stopnia  biegłym,  aby 
aż  wyróść  w  tym  kierunku  na  apostoła  postępu.  Umiał 
zapewne  nieco  po  grecku  także  Jan  Ursinus,  on,  który 
we  Włoszech  bawił  na  studyach,  a  w  swoim  Modus  epi- 
stolandi  roztacza  dość  pokaźną  znajomość  rzymskiej  i  hel- 


^)  Bauch  1.  o.  3,  16. 

')  Niejakie  wiadomości  o  tej   sprawie  poda!  także  Horawits 
w  Grieohisohe  Studien,  Berlin  1884. 


HUMANIZM   I    UNIWERSYTET.  247 

leńskiej  starożytności.  Podobnie  pewne  ślady  greczyzny 
^widnieją  takie  u  starszego  Sommerfelda;  w  objaśnieniach 
gramatyki  łacińskiej  zbaczał  on  często  na  objawy  analo- 
giczne w  greckim  języku.  Natomiast  młodszy  Sommerfeld, 
Jan  Rhagius,  który  następnie  w  Niemczech  do  ugrunto- 
wania nowej  wiedzy  się  przyczynił,  dopiero  we  Włoszech, 
dokąd  z  Krakowa  w  roku  1499  podążył,  nabrał  zapewne 
^w  tym  kierunku  większego  wykształcenia. 

I  ostatecznie  światło  greczyzny  zajaśniało  Krakowowi 
nie  z  Niemiec,  lecz  z  Południa.  Bo  po  silnym  napływie 
2  Zachodu  w  drugiej  połowie  piętnastego  wieku,  zaczy- 
nają się  z  nowem  stuleciem  pojawiać  dosyć  licznie  w  Kra- 
kowie Włosi,  aby  snuć  dalej  choć  w  pewnej  części  to,  co 
wielki  ich  rodak  przedtem  był  zadzierzgnął.  W  r.  1499 
pisał  młodszy  Sommerfeld  dwukrotnie  do  Geltesa,  znaj- 
dującego się  w  Wiedniu,  jakby  zaniepokojony,  że  jakiś 
Włoch  do  Krakowa  pono  podążyć  zamierza*).  » Mistrz 
Głogowita  rozpuścił  wieść,  że  jakiś  Siculus  się  do  nas  wy- 
biera, daj  mi  o  tern  wiadomośćcc;  w  następnym  liście  po- 
wraca do  tej  sprawy.  ))Słyszę,  że  jakiś  Greczyn  głodny 
czy  Sycylijczyk  (quidam  Graeculus  esuriens  aut  Siculus) 
ku  nam  zmierza.  Zawiedzie  się  on  w  swych  nadziejach. 
Nasze  gimnazyum  bowiem  nie  kwitnie  już  tak<K,  jak  za 
Twego  w  Krakowie  pobytu.  Któż  tedy  był  ów  Grek  czy 
Sycylijczyk,  który  dążył  na  Północ  i  o  którym  Sommer- 
feld z  pewnym  wyraża  się  przekąsem?  Niewątpliwie  to 
Joannes  SyWius  Siculus  legum  doctor  Patayinus, 
zapisany  w  r.  1497  do  matrykuły  wiedeńskiej  i  powołany 
do  tamtejszego  uniwersytetu  na  katedrę  prawa  rzymskie- 
go*). Co  go  ostatecznie  do  Krakowa  ściągnęło  i  znęciło, 
nie  wiemy.  Być  może,  że  Tomicki  we  Włoszech  za  pra- 
wnikiem dla  Polski  się  oglądał  i  w  tym  właśnie  Włochu 
wiedeńskim  upatrzył  stosowny  dla  Krakowa  nabytek.  Jan 


')  Cod.  wiedeński  3448,  101  a  i  105  a. 

*)  Aschbach,  Geschichte  der  Wiener  UniversitatBd.  II,67il0i. 


248  KSIĘGA   m. ROZDZIAŁ   III. 

Sylvius  opuścił  więc  stolicę  Austryi  i  to  jeszcze  przed  ro- 
kiem 1500.  Możliwem  jest,  że  zaraz  do  Krakowa  się  udał, 
gdzie  w  r.  1504  w  każdym  razie  już  się  znajduje.  Nie 
będziemy  tu  opowiadali  całej  jego  późniejszej  karyery, 
która  go  wreszcie  zawiodła  na  stanowisko  nauczyciela 
Zygmunta  Augusta  ^).  Zdobywał  on  sobie  ludzi  swą  nauką 
i  sprytem,  raził  kłótliwością  i  obyczajami,  bardzo  rozwią- 
złymi. Na  kartach  dziejów  uniwersytetu  zaznaczyła  się 
wielorako  jego  działalność  i  ruchliwość.  W  roku  1518 
Leonardus  Coxus,  Anglik,  w  swym  panegiryku  na  uni- 
wersytet wymienia  zaszczytnie  Jana  Sylvius'a,  »który  przez 
wiele  lat  tutaj  ucząc  politiores  litteras,  niezwyczajną  tru- 
dnych (abstrusiorum)  nauk  strawą  umysł  swój  podsycał*. 
Czyż  więc  Sylyius  podobnie  jak  w  Wiedniu  w  tajniki 
prawa  rzymskiego  zaczął  wprowadzać  krakowską  mło- 
dzież? Wobec  braku  materyałów  do  dziejów  prawnego 
wydziału  stanowczego  nic  o  tem  stwierdzić  nie  możemy. 
Politiores  zaś  litterae  nie  uczył  on  na  uniwersytecie,  bo 
nazwisko  jego  w  spisie  wykładów  artystycznych  zupełnie 
«ię  nie  pojawia;  za  to  poza  oficyalnymi  wykładami  musiał 
on,  jak  zobaczymy,  wielką  w  tym  względzie  rozwinąć  dzia- 
łalność. Usposobienia  był  pieniackiego;  w  r.  1508  uspra- 
wiedliwiał się  dlatego  przed  sądem  rektorskim  z  zarzutu, 
iż  oczernił  uniwersytet  i  jego  członków  a  w  obronie  jego 
przemówił  wtedy  sam  kanclerz  Jan  Laski  ^).  Przedewszyst- 
kiem  jednak  spory  z  innym  Włochem  naówczas  w  Kra- 
kowie bawiącym,  zaprzątały  sądy  rektorskie  przez  długi 
czasu  przeciąg  od  roku  1506  począwszy.  Przyczyna  nie- 
zgody nie  jest  nam  bliżej  znaną,  a  była  prawdopodobnie 
osobistą  i  podrzędną.  Jako  przeciwnik  stanął  zaś  przed 
szrankami   Włoch  rodem    z  Pistoi,   zwany    Constanzo 

*)  Gf.  Morawski,  Beitr&ge  zur  Gesohichte  des  Hamanismus  in 
Polen,  Wien  1889. 

*)  Acta  rectoralia  1508.  Ta  interwencya  Łaskiego  jest  chara- 
kterystyczna. Czyżby  on  wygryws^  humanistów  włoskich  przeciw 
niemieckim  ? 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  249 

Claretti  de*Cancellieri.  Humanista  ten  wyniósł  za- 
pewne z  Bolonii  głębszą  znajomość  greczyzny,  której  na- 
wet publicznie  w  tem  mieście  nauczał  i).  Wcześnie  je- 
dnak opuściwszy  ojczyznę,  udał  się  na  Północ,  jeżeli  pra- 
wdą jest,  iż  około  roku  1500  jako  nauczyciel  greckiego 
języka  w  Lipsku  wystąpił*).  Z  Lipska  więc  podążyłby 
następnie  Claretti  albo  Clariti  na  dalszy  wschód  do  Kra- 
kowa. 

W  końcu  roku  1504  obydwaj  ci  Włosi  byli  już  ra- 
zem w  stolicy  Polski  i  zgodnie  jedną  myślą  byli  przejęci, 
£L  mianowicie  zaprowadzeniem  nauki  greczyzny;  charakte- 
rystycznem  zaś  jest,  że  popierał  ich  w  tych  zabiegach 
biskup  płocki  Erazm  Ciołek,  ten  śmiały  plebejusz,  który 
z  powodu  zagadkowego  swego  pochodzenia  rozlicznych 
doznał  trudności,  lecz  sięgał  chętnie  w  najwyższe  dzie- 
dziny duchowego  szlachectwa.  Już  szesnastego  grudnia 
roku  1504  przesyłał  Jan  Sylvius,  zwany  Amatus,  z  Kra- 
kowa do  Wenecyi  pismo*),  które  dla  naszej  kultury  wa- 
żnym się  stało  dokumentem.  Donosił  on  mianowicie  sła- 
wnemu kięgarzowi  Aldusowi,  że  Konstanty  Clariti  (na- 
zwany tu  Constantius  noster)  uprosił  biskupa*),  aby  mu 
wolno  było  ))W  gimnazyum  krakowskiem  gramatyki  Kon- 
stantyna publicznie  nauczać«.  Chodzi  tu  oczywiście  o  gra- 


')  Luciani  Philopseudes  Bologna  1505.  Por.  o  nim  Malagola, 
Antonio  Uroeo,  detto  Codro  (1878)  p.  102. 

*)  Joh.  Cellarius  mówi  w  swej  polemicznej  broszurce:  Nullus 
Lipsensis  respondet  nemini  Wittembergensi  (1519):  non  enim  pleris- 
qae  ignotum  est,  quendam  Claricium  Bononiensem  plus  antę  viginti 
annos  linguam  graecam  Lipsiae  docuisse.  —  Baucha  wątpliwości 
Die  Anfónge  des  Studiums  etc.  3,  6  wydają  mi  się  nieuzasadnionemi. 

*)  Pierre  de  Nolhac,  Les  correspondants  d*Alde  Manuce  (1888) 
n.  59. 

*)  Z  tekstu,  w  którym  nazwany  dopiero  biskup  płocki,  wy- 
pada prawie  z  koniecznością,  ie  Reverendissimus  płocki  udzielił  to 
pozwolenie.  Ale  jakim  prawem,  to  inne  pytanie.  Biskup  krakowski, 
jako  kanclerz  uniwersytetu  mógł  to  uczynić.  Prawa  płockiego  bi- 
skupa były  bardzo  wątpliwe. 


250 


KSIĘGA    III.  ROZDZIAŁ    Ul. 


matykę  Konstantyna  Laskarisa,  pierwszy  druk  grecki 
który  się  pojawił  w  roku  1476  w  Medyolanie  i  humani- 
stów w  świat  helleński  wprowadzał.  Jan  Sylviu8  ma  co 
do  powodzenia  swych  planów  wygórowane  nadzieje.  Po- 
wiada, że  pragnienie  nowej  wiedzy  jest  wielkie,  ie  gdyby 
tylko  były  książki  potrzebne,  to  nowa  nauka  znalazłaby 
w  uniwersytecie  nad  tysiąc,  a  w  całym  kraju  niezliczo- 
nych słuchaczy.  Ale  o  książki  właśnie  chodziło,  a  bynaj- 
mniej nie  było  łatwo.  Melanchton  we  Witten  bergu  mu- 
siał jeszcze  później  sporządzać  sobie  mozolnie  odpisy 
tekstów  potrzebnych  dla  greckich  wykładów.  Jan  Sylyius 
zwrócił  się  więc  do  Aldusa  z  prośbą  o  przesłanie  gre- 
ckich druków.  » Dzisiaj  —  pisze  —  pytaliśmy  się  słucha- 
czy, ile  egzemplarzy  byłoby  potrzebnych;  jednogłośnie 
odpowiedzieli,  że  przynajmniej  sto«.  Zapałowi  apostołów 
odpowiadała  więc  przyszłych  uczniów  gorliwość.  Biskup 
płocki  obiecywał  na  razie  fudusze  potrzebne  na  książki, 
później  jednak  Aldus  chciał  mieć  w  Krakowie  księgarza, 
któryby  służył  jako  pośrednik  i  za  sprzedaż  do  Wenę- 
cyi  przesyłał  pieniądze.  Jan  Haller  podjął  się  tego  za- 
dania *). 

Po  wdrożeniu  pierwszych  na  tej  drodze  kroków, 
udał  się  Constantius  Clariti  w  początku  r.  1505  do  Bolo- 
nii; 25-go  lutego  r.  1505  osiągnął  on  tam  stopień  doktora  me- 
dycyny, a  świadectwo  mu  wystawione  opiewa,  że  był 
))W  grece  i  łacinie  bardzo  wykształconya.  Równocześnie 
zaś  posłował  biskup  płocki  Erazm  Ciołek  do  Rzymu 
i  przypuścić  można,  że  mecenas  i  klient  humanistyczny 
albo  razem  udali  się  w  podróż,  lub  też  za  granicą  spotkali 
Clariti  przebywając  w  Bolonii  zwracał  się  myślą  za  tym 
opiekunem.  W  lipcu  roku  1505  ukazał  się  w  tern  mieście 
jego  przekład  łaciński  dyalogu  Lucyana  Philopseudes.  Tłó- 
maczenie  poświęcone  jest  Ciołkowi  Dunicum  praesidium 
et  decus  nostrum«.  Autor  opowiada,  że  dzieło  wykwintnego 


*)  Nolhac  1.  o.  n.  60  (r.  1606). 


HUMANIZM   I    UNTWSBSTTBT.  251 

greckiego  autora  czytał  wecUug  zwyczaju  z  Leonardem 
Polakiem  i  Angelus  Cospius  w  Bolonii  i  że  przy  tern  na- 
Bunęła  mu  się  myśl  tego  wydania.  Ten  Angelus  Cospi 
został  powołanym  w  początku  szesnastego  wieku  do  Wie- 
dnia, aby  tam  ożywić  studya  greczyzny  ^).  Co  do  drugiego 
lektora  wyrazić  możemy  tylko  przypuszczenie,  że  był  nim 
Leonard  Pieczy chowski,  poeta,  lekarz  i  astrolog,  który 
odznaczył  się  później  na  dworze  Zygmunta  Starego*). 
Łączyło  trzech  towarzyszów  wspólne  przywiązanie  do 
Ciołka. 

Dziełko  CIariti'ego  doszło  już  jednak  tłómacza  w  Pol- 
sce. Bo  niebawem  powrócił  on  ze  świeżo  nabytym  tytułem 
na  Północ  i  19-go  kwietnia  roku  1506  zapisał  się  do  me- 
tryki uniwersytetu  krakowskiego  jako:  Constancius  Clariti 
de  Cancellaris  Bononiensis. 

Zaczęły  się  teraz  ponowione  usiłowania  w  kie- 
runku raz  obranym.  I  Sylviu8  i  Clariti  uprawiali  tu  »litte- 
rae  politiores«  i  greczyznę;  ponieważ  jednak  ich  wykła- 
dów niema  w  oficyalnym  programie  i  spisie  prelekcyi, 
musiała  się  ta  nauka  odbywać  poza  uniwersytetem;  nie 
ścieśniało  to  zbytnio  działalności  ani  umniejszało  zasługi. 
Dwudziestego  siódmego  września  roku  1507  donosił 
Clariti  Aldusowi  o  swoich  dotychczasowych  czynnościach; 
nie  wspomina  tu  już  o  Sylviusie,  z  którym  od  roku  1506 
ciągłe  przed  sądem  rektorskim  miał  spory.  Prosi  nato- 
miast znowu  o  książki,  szczególnie  mniejsze,  »bo  mało 
jest  bardzo  w  naszej  szkole  takich,  którzyby  całego 
Demostenesa  lub  Homera  kupić  mogli;  dwie  zaś  lub 
trzy  książki  tych  autorów  z  łatwością  nabyćby  zdołali«. 
Prosi  dalej  o  nizkie  ceny,  bo  korzystniej  wiele  egzempla- 
rzy  tanio   sprzedać,   a   oprócz   tego    należy   robić   pewne 

M  O  Cospi*m  por.  Aschbach,  Geschichte  der  Wiener  Univ. 
II,  278. 

•)  O  Pieozychowskim  por.  Gricii  carmina  p.  178.  W  r.  1607 
oddawał  Aldus  Leonardowi  książki  dla  Clariti'ego  (Nolhac  1.  c. 
n.  65). 


252  KSIĘGA    III.  ROZDZIAŁ    III. 

ustępstwa  wobec  zagranicy,  skoro  już  transport  i  cła 
przymnażają  kosztów.  Najważniejszem  jednak  jest  w  tym 
liście  stanowcze  wyznanie  Claritrego,  że  zabiegi  jego 
około  ugruntowania  greczyzny  w  Polsce  odniosły  upra- 
gniony już  skutek:  Tale  hic  fundamentum  in  graecis 
literis  stabilivi,  ut  huius  institutionis  memoria  longo  tem- 
pore  sit  duratura^).  Rzadko  w  dziejach  umysłów  i  kultury 
z  równą  ścisłością  da  się  oznaczyć  data  posiewu  nowego 
ziarna.  Tu  i  czas  znamy  i  siewców;  Clariti  przed ewszyst- 
kiem  a  pośrednio  sławny  Aldus  niańczyli  pierwszym 
dźwiękom  myśli  a  raczej  formy  greckiej  na  gruncie  pol- 
skim, którym  w  szesnastym  wieku  zawtórował  głos  pol- 
ski w  tak  rodzimej  a  tak  helleńskiej  Odprawie  posłów 
Kochanowskiego.  A  gdybyśmy  nawet  nie  mieli  świadectwa 
samego  Clariti*ego,  to  z  innych  źródeł  i  świadectw  poznać 
byśmy  mogli  doniosłość  jego  działania.  Wielu,  sławnych 
późnej  humanistów  z  tej  szkoły  i  z  pod  tych  mistrzów 
wyniosło  znajomość  greczyzny  i  zapał  dla  greckiej  litera- 
tury. Młodszy  Rudolf  Agricola,  który  w  roku  1510  zapisał 
się  na  uniwersytet  krakowski,  wyraźnie  powiada,  iż  Syl- 
vius  i  Clariti  byli  jego  mistrzami  w  klasycznej  literatu- 
rze*), najsławniejszy  humanista  śląski  Caspar  Ursinus  Ve- 
lius  odbywał  w  Krakowie  zapewne  od  roku  1505/6  ho- 
fiesta  studia  i  nazywał  wyraźnie  mistrzem  swoim  Clari- 
ti'ego*).  Następnie  koło  roku  1509  jako  młody  jeszcze 
chłopiec  zużył  on  w  Lipsku  swe  krakowskie  nabytki 
i  nauczał  tam  może  jako  jeden  z  pierwszych  publicznie 
greckiego  języka*).  Z  Krakowa  także  promieniało  nastę- 
pnie to  światło  na  Wiedeń;  Georg  Rithaimer  pisze  bo- 
wiem w  r.  1520  do  Wadyana,   ))że  greckie  studya  zaczy- 


ni Nolhac  1.  c.  n.  66. 

*)  Bauch,  Rudolphus  Agricola  str.  7. 

•)  Caspar  Ursinus  Yelius  von  Bauch  (1886)  p.  8. 

*)  Ibid.  str.  11. 


HUMANIZM    I    UNIWERSYTET.  253 

nają  tu  już  w  skutek  zabiegów  Ursinusa  kiełkować « ^) 
i  wróży  im  świetną  przyszłość  i  rozwój. 

Ale  powróćmy  do  Krakowa.  W  roku  1507,  kiedy 
Clariti  chełpił  się  przed  Aldusem  ze  swoich  wielkich  re^ 
zultatów,  osiągnął  tamże  stopień  magistra  Ślązak,  który 
miał  następnie  snuć  dalej  prace,  przez  włoskiego  mistrza 
poczęte.  Był  nim  Wacław  z  Hirschberga.  Działal- 
ność tego  człowieka  nurza  się  w  pomroce  dziejowej, 
a  przecie  musiała  być  znakomitą.  Leonard  Coxe  w  mo- 
wie pochwalnej  na  uniwersytet  nazywa  go  nie  tylko  Kra- 
kowa lecz  całego  Śląska  ozdobą;  sławi  w  nim  męża  w  he- 
brajskim, greckim  i  łacińskim  języku  biegłego,  przytem  tak 
świadomego  tajemnic  natury,  że,  jak  autor  w  swej  prze- 
sadzie dodaje:  naturae  ipsi  a  secretis  esse  videatur.  W  uni- 
"wersytecie  występuje  on  zaraz  w  roku  1507  i  pojawia 
się  w  Liber  diligentiarum  aż  do  r.  1513,  wykłada  w  pier- 
wszym roku  Arystotelesa,  Cycerona  i  Owidyusza,  potem 
w  roku  1513  Metamorfozy.  Schodzi  następnie  jako  extraneu8 
z  pola,  bo  sięgnął  wnet  po  tajemnice  natury  i  został  me- 
dycyny bakgJarzem,  a  przytem,  jak  dopisek  w  Liber  pro- 
motionum  świadczy  ))żonę  pojął  w  Krakowie«.  Nie  ofi- 
cyalne  w  uniwersytecie  wykłady  zjednały  mu  rozgłos; 
sławiono  go  przedewszystkiem  za  jego  znawstwo  języ- 
ków, za  to,  że  był  trilinguis,  hebrajszczyzny,  greki  i  ła- 
ciny świadom,  za  to,  że  znajomość  tych  języków  wokoło 
siebie  szerzył^). 

Ale  czyż  w  samym  uniwersytecie  na  wykład  gre- 
czyzny  było  jeszcze  za  wcześnie?  Znajdujemy  wprawdzie 
w  Liber  diligentiarum  w  zimie  pod  rokiem  1504  zapo- 
wiedź wykładu  Marcina  Belsz  z  Krakowa:  Aritmeticam 
cum  musica  et  Homerum;  skład  ten  jednak  tak  jest  dzi- 
wacznym, a  pojawienie  się   Homera  tak  przedwczesnem, 


*)  Vad.  Briefsammlung  n.  177. 

')  Por.  Morawski,  Z  dziejów  odrodzenia  17.  —  Był  on  później 
wziętym  doktorem  i  on  zapewne  pielęgnował  Rudolfa  Agricolę  w  ostat- 
niej chorobie,  cf.  Yadianisohe  Briefsammlung  2,  n.  248. 


254  KHJĘOA    ITT.  ROZDZIAŁ    III. 

Że  chyba  na  błędzie  pisarza  polega  ta  zapowiedź,  do  któ- 
rej zbytniej  wagi  przywiązywać  nie  można. 

Za  to  w  letniem  półroczu  1520  dochodzą  nas  pewne 
i  stanowcze  o  greczyźnie  wieści  z  murów  Jagiellońskiego 
uniwersytetu.  Zapowiada  wtedy  Jerzy  z  Lignicy  grecką 
gramatykę^);  Jerzy  ten  z  Lignicy,  nazwany  Liba- 
nu s  uczył  się  na  uniwersytecie  krakowskim  około  r.  1504 
(Acta  rectoralia  n.  1967),  w  roku  1506  występuje  już  jako 
kantor  przy  szkole  Panny  Maryi  (ibid.  n.  2062)  i  odtąd 
przez  cały  lat  szereg  zajmował  w  tej  szkole  niemieckiej 
stanowisko  nauczyciela  i  kierownika.  Następnie  w  r.  1511, 
otrzymawszy  stopień  magistra,  zapowiedział  on  pierwszy 
wykład  w  uniwersytecie  o  Mancinelli*ego  modi  orandi, 
w  dwa  lata  później  o  poemacie  Seduliusza.  Jego  działalność 
przeważna  leżała  jednak  na  innem  polu;  w  uniwersytecie 
też  tylko  od  czasu  do  czasu  występował,  natomiast  magi- 
strowanie  w  szkole  Panny  Maryi  głównem  jego  było  zaję- 
ciem. Prócz  tego  uczył  zapewnie  prywatnie  tego,  co  go 
wśród  współczesnych  najbardziej  wyróżniało,  greczyzny. 
Otworzył  mu  bowiem  tajniki  tego  języka  mistrz  Warfaw 
z  Hirschberga  i  do  niego  Libanus  w  późniejszych  pi- 
smach z  wdzięcznością  za  to  dobrodziejstwo  się  zwracaŁ 
W  roku  więc  1520  postanowił  z  tem  wkroczyć  na  szer- 
szą arenę  i  zapowiedział  wykiad  o  gramatyce  greckiej 
w  Collegium.  Skłoniły  go  zapewne  do  tego  namowy  przy- 
jaciół i  mecenasów;  wobec  tego  stali  jednak  stróże  Syonu, 
którzy  uważali  greckie  studya  niemal  za  herezyę  i  bro- 
nili murów  uniwersytetu  przed  tą  zakałą.  Szczególnie  od- 
znaczał się  niechęcią  względem  Libanusa  kanonista  Grze* 
gorz  z  Szamotuł*).  Dlatego  po  tej  pierwszej  próbie  zanie- 


*)  Równocześnie  Jakób  z  Sieradza  Hezyoda,  zapewne  w  tló- 
maczeniu  lacińskiem  Nicolai  de  Valle.  Wyszło  ono  także  w  Kra- 
kowie, u  Hallera  w  r.  1621. 

*)  Mulkowski,  De  vita  et  scriptis  G.  Libani  (Grac  1836)  str.  12. 
Ten  Grzegorz  z  Szamotuł  polemizował  i  później  w  Poznaniu  z  hu- 
manistycznym pedagogiem  Christoph.  Hegendorphinus. 


IirMANIZM    I    UNIWERSYTET.  255 

chał  Libanus  publicznych  wykładów.  Cofnął  się  do  szkoły 
swojej,  kazał  w  kościele  Panny  Maryi,  wydawał  swe 
utwory,  między  innemi  greckie  dzieła,  jak  Carmina  Si- 
byllae  (1528),  przekład  Cebesa  (1522),  później  Arystotelesa. 
Bonerzy  i  Tomicki  szczególnie  popierali  jego  zabiegi.  Li- 
banus tymczasem  uskarżał  się,  że  Kraków  pozostaje  w  tyle 
za  postępem,  że  greczyzny  wszędzie  już  uczą,  »z  wyjąt- 
kiem naszego  miasta,  które  języki  tak  opornie  przyj- 
muje<(.  A  przecie  przypominał  trafnie  i  zwięzłowato:  Non 
est  sapientis  cum  suo  saeculo  pugnare.  Dopiero  też  w  in- 
nych okolicznościach,  znowu  zamierzył  Libanus  powrócić 
do  wykładów  greczyzny,  zapewne  w  roku  1535.  Namowy 
Tomickiego  i  innych  do  tego  się  przyczyniły;  jak  dalece 
jednak  rzeczywistość  odpowiedziała  zamiarom  i  gdzie  wy- 
kładał spublicecc  o  tabula  Cebetis,  nie  umiemy  dzisiaj 
określić  ^). 

Libanusowi  w  rozwoju  nauki  greczyzny  w  Polsce 
w  każdym  razie  poczestne  należy  się  miejsce.  Kiedy  on 
po  raz  drugi  publicznie  za  greczyzną  kopię  kruszyć  po- 
stanowił, stosunki  już  się  były  znacznie  poprawiły.  Bo 
lata  po  pierwszej  Libanusa  próbie  w  roku  1520  znaczą 
się  już  od  czasu  do  czasu  wykładami  z  zakresu  greczy- 
zny; w  roku  1521  zapowiada  extraneus,  Sebastyan  ze 
Lwowa,  późniejszy  kanonik  tamtejszy,  Homera.  Potem 
znów  ogłasza  wykład  o  gramatyce  greckiej  w  roku  1526 
Sebastyan  de  Halis.  Jest  to  Steinhofer  z  Hall,  muzyk 
już  nam  znany  z  otoczenia  Rudolfa  Agricoli;  w  latach 
1520 — 1527  miewał  on  w  Krakowie  jako  extraneu8  prze- 
ważnie humanistyczne  lekcye.  Wreszcie  w  r.  1527  wy- 
kładał Antoni  z  Napachania,  późniejszy  teolog,  jako  collega 
mniejszy,  gramatykę  grecką  i  Iliadę.    Dopiero  jednak  od 

»)  Szczegóły  te  wyjęte  z  Carmina  Sibyllae  Libanusa  (wyd. 
1535),  do  której  dołączoną  jest  Paraclesis  id  est  adnotatio  ad  grae- 
carum  litteranun  studiosos;  o  chronologii  por.  Zakrzewski  w  epi- 
stolae  Hosii  I  str.  39/30. 


256  KSB^A   III.  ROZDZIAŁ    Ul. 

roku  1534  wykłady  greckie  stają  się  częstszymi;  w  tym 
mianowicie  roku  pojawia  się  w  spisie  lekcyi  Euripides, 
w  następnym  Plutarchus  może  w  łacińskiem  tłómaczeniu, 
w  roku  1537  Xenophon,  a  w  roku  1538  Hezyod. 

Powoli  więc  zdanie,  że  Non  est  sapientis  cum  suo 
saeculo  pugnare,  wywalczało  sobie  uznanie  w  uniwersy- 
tecie. Widzieliśmy  jednak,  że  nauka  greckiego  pokonywać 
musiała  ogromne  uprzedzenia,  że  wietrzono  w  jej  apo- 
stołach nowinkarstwo;  szerzono  ją  też  przeważnie  poza 
uniwersytetem,  a  tylko  od  czasu  do  czasu  bardziej  przed- 
siębiorczy mistrz,  najczęściej  extraneus,  w  koUegium  sa- 
mem ją  głosił.  Kiedy  Leonard  Coxe  w  mowie  swej  uni- 
wersyteckiej z  roku  1518  przeglądał  szeregi  mistrzów 
krakowskich,  mówił  on  już  o  wielu  ludziach  —  »nietylko 
z  łaciną,  lecz  nawet  z  greczyzną  znakomicie  obznajomio- 
nych«.  Trochę  to  pewnie  zbyt  okrągłe  i  przesadne.  Bo  zu- 
pełnie podobnie  Ryszard  Crocus  w  Lipsku  otwierał  swe 
greckie  wykłady  w  roku  1515  pochwałą  na  uniwersytet 
tamtejszy  i  nadmienił:  »Adde  quod  inter  istos  non  raros 
hic  Phenices  reperire  est,  viros  graece,  latine  et  hebraice 
pulchre  gnaros«.  Wyraźnie  pochwała  ta  należała  do  con- 
cetti  czy  confetti,  któremi  humaniści  skarbili  sobie  łaski 
otoczenia. 

To  jednak  pewnem,  że  w  Krakowie  można  już  było 
w  tej  epoce  nabrać  dobrej  znajomości  greczyzny.  Mówi- 
liśmy poprzednio  o  humanistach,  którzy  stąd  ją  wynieśli 
i  zanieśli  na  Zachód.  W  roku  1513  (lato)  zapisał  się  na 
uniwersytet  krakowski  słynny  poeta  łacińsko-polski  An- 
drzej Trzecieski,  biegły  w  greczyźnie  i  łacinie;  egzamin 
na  bakałarza  złożył  on  w  siedem  lat  później,  a  dopisek 
w  Liber  promotionum  mówi:  vir  multarum  linguarum 
peritus  simul  et  humanista.  —  Biskup  Piotr  Tomicki 
w  tym  całym  ruchu,  jak  w  tylu  innych  kierunkach,  cho- 
rążym był  i  przewodnikiem,  jak  świadczą  pochwały  Li- 
banusa  i  życiorys  Hozyusza,  w  którym   czytamy,  że  To- 


HUMANIZM   I   UNlWJUMWTirr.  267 

micki  żywił  nauczycieli  hebrajskiego,  greckiego  i  łaciń- 
skiego języka  ^). 

Utrzymywał  więc  Tomicki  w  Krakowie  także  ludzi 
biegłych  w  hebrajskim  języku.  I  w  tym  kierunku  idzie 
on  za  prądem  wieku,  on,  który  greczyznę  popierał,  prawo 
rzymskie  i  wogóle  wszystko,  co  humanizm  przynosił 
w  swych  zawojach  klasycznych.  W  parciu  ku  źródłom 
pierwszym  wiedzy  i  nauki  sięgnęli  humaniści  także  po 
znajomość  hebrajskiego  języka.  Ale  studyum  to  spotkało 
się  znowu  z  licznemi  przeszkodami,  raz  dlatego,  że  ludzie 
mu  się  oddający  uchodzili  często  za  »iudaizantes«,  a  z  dru- 
giej strony  z  tej  przyczyny,  że  o  nauczycieli  i  księgi  było 
tu  jeszcze  trudniej  jak  przy  nauce  greczyzny.  Niechętnie 
zadawano  się  z  żydami,  a  chrzczonych  żydów,  których  po- 
szukiwano, nie  zawsze  znaleśó  było  łatwem  ^).  Mimo  tych 
wszystkich  jednak  trudności,  w  początku  szesnastego  wieku 
ludzie  w  trzech  językach  biegli,  trilingues  pojawiali  się 
od  czasu  do  czasu,  głównym  zaś  krzewicielem  hebrajszczy- 
zny  stał  się  wtedy  Jan  Reuchlin,  który  już  w  roku  14^ 
z  tym  językiem  zaznajamiać  się  zaczął,  a  potem  w  Hei- 
delbergu i  Tilbingen  go  nauczał.  Powoli  także  uniwer- 
sytety uchylały  swe  wrota  przed  tą  nauką  i  zaczęły 
w  początkach  szesnastego  wieku  przyjmować  ją  do  planu 
swych  lekcyi.  We  Wittenbergu  pojawia  się  w  roku  1518 
Bdschenstein  jako  pierwszy  mistrz  tego  przedmiotu;  rów- 
nocześnie zakładają  w  LfOvanium  osobne  Collegium  trilin- 
gue  dla  nauczania  trzech  starożytnych  języków.  Idzie  za 
tym  przykładem  następnie  Franciszek  I,  stwarzając  mię- 
dzy innemi  dla  języków  biblijnych  nowe  College  Royal 


')  Epistolae  Hosii  I,  CLXVL 

*)  Por.  Geiger,  Das  Studium  der  hebr.  Sprache  in  DeutsołH 
land  (Breslau  1870)  str.  16.  W  średnioh  wiekach  prssec  żydów  utrsy- 
mywała  się  sporadyczna  snajomodć  hebrajskiego  języka.  Por.  Neu- 
mana: Ueber  die  orieotalisdien  Sprach^tudien  seit  dem  XIII  Jahrh. 
Wien.  1899  p.  104. 

BUL  Uniw.  T.  H.  17 


258  KSIĘGA    m. ROZDZIAŁ   HI. 

W  roku  1529.  Bo  tymczasem  już  reformacya  ożywiła  zna- 
komicie te  studya;  jej  wyznawcy  i  przeciwnicy  walczyli 
ze  sobą  textami  pierwowzoru.  W  Wiedniu  pojawia  się 
pierwszy  profesor  hebrajskiego  języka  dopiero  w  r.  1533; 
po  nim  uczy  tam  w  roku  1544  sJynny  i  dla  kacerstwa 
później  osJawiony  Włoch  Franciszek  Stankar,  którego  Sa- 
muel Maciejowski  powołał  następnie  około  roku  1546  do 
Krakowa. 

Biskup  Maciejowski  szedł  pod  tym  względem  za 
przykładem  i  przewodem  Piotra  Tomickiego,  który  i  na 
tem  polu  był  wielkim  budzicielem  myśli  i  ludzi.  W  kraju, 
gdzie  było  tyle  żydów,  łatwiej  może  było  o  wyuczenie 
się  trudnego  języka.  Wspominaliśmy  już  Wacława 
z  Hirschberga,  który  słynął  z  tego,  iż  był  trilinguis, 
a  Libanus  zapewne  od  niego  przejął  swe  waadomoścL 
Tomicki  popierał  na  wszelki  sposób  te  studya.  Utrzymy- 
wał on  własnym  kosztem  dla  tej  nauki  ochrzczonego 
żyda,  człowieka  bardzo  w  hebrajszczyźnie  wykształco- 
nego; prawdopodobnem  jest,  iż  tenże  nauczał  młodych 
duchownych  dyecezyi  krakowskiej  i).  W  roku  1534  bawi 
następnie  w  Krakowie  Johannes  Campensis  (van  den 
Campen),  przyjaciel  Dantyszka  i  profesor  hebrajskiego 
języka  w  Lovanium.  Tomicki  go  tu  przyjmował  i  chciał 
jak  najdłużej  zatrzymać*);  ponieważ  jednak  Campen- 
sis pozostać  nie  mógł,  ani  według  życzenia  biskupa 
w  uniwersytecie  wykładać,  chciał  on  swój  wyjazd  nie- 
jako okupić  i  opłacić,  wydając  gramatykę  hebrajską 
w  Krakowie  dla  użytku  scholarów*).    Okup  ten  wkrótce 


*)  W  roka  1532  wychodzi  w  Krakowie  u  Unglera  Psalmorom 
omnium  iuxta  Hebraicam  yeritatem  paraphrastica  interpretatio  — 
autore  Jo.  Gampensi.  —  Przedmowa,  datowana  z  Norymbergi, 
swraca  się  do  Dantyszka.  —  Użyto  tu  w  kilku  miejscach  hebraj- 
skich typowi  (Znam  egzemplarz  bibl.  Czapskich  w  Krakowie). 

')  Por.  Gommentariolus  in  duas  divi  Pauli  epistolas  Crac.  1&34: 
Mansurus  sum  hic  hebdomadibus  pauois  iussu  Rev.  D.  Petri  Tomicki. 

')  Ex  yariis  libellis  Eliae...  congestum  etc.  Grac.  1534 


HUMANIZM   I   UinWSRSYTBT.  259 

miał  przynieść  owoce.  Bo  w  r.  1536  uzyskał  Krakowianin 
Waleryan  Pernus,  »artium  magister  et  philosophiae  doctor « 
promowowany  w  Paryżu,  uznanie  swoich  stopni  w  Kra- 
kowie (respondit  pro  loco)*)  i  jako  pierwszy  wykład 
zapowiedział  niebawem:  Campensis  grammaticam  he- 
braeam.  Tak  więc  hebrajszczyzna  wstąpiła  w  owej  epoce 
w  mury  uniwersytetu;  nie  doczekał  się  jednak  tego 
kroku  i  postępu  znakomity  biskup  krakowski,  bo  już 
w  roku  poprzednim  pożegnał  się  był  ze  światem  i  swo- 
jemi  dziełami. 


XI. 

Humanizm  krzewi  się  przeważnie  poza  uniwersytetem,  po  bursach 
i  prywatnych  mieszkańcach.  —  Resumptiones.  —  Bursa  węgierska 
i  niemiecka.  —  W  uniwersytecie  ubywa  słuchaczy.  —  Reformy  idą 
powoli,  a  w  wykonywaniu  dotychczasowych  statutów  wzrasta  opie- 
szałość. —  Lekcy e  wypadają,  szczególnie  arystotelesowskie.  —  Za- 
nik powolny  dysput,  których  uniwersytet  broni  różnymi  sposo- 
bami. —  Bieda  materyalna  zagraża  istnieniu  niektórych  kollegiatur. 


Był  więc  postęp  w  różnych  kierunkach  na  drodze 
ku  poznaniu  klasycznej  piękności  i  języków  starożytnych. 
Stanisław  z  Łowicza,  wydający  w  roku  1521  swój  traktat 
De  arte  componendi  epistolas  pisał  na  wstępie  o  zwy- 
cięskim rozwoju  humanizmu  w  Krakowie,  o  zaniedbaniu 
^średnio wiecznej  filozofii  i  nauki.  »Maiestas  philosophica 
nunc  apud  nostrates  vilipenditur . . .  Aliena  nunc  tyrones 
nostros  detinet  professio,  ...exsulant  yeteres  artes,  sola 
regnat  Polyhymnia».  —  Zdawałoby  się  więc,  że  wszystko 
było  na  najlepszej  drodze  ku  postępowi  i  nowym  świ- 
tom; a  jednak  inne  świadectwa  i  odgłosy  tłumią  dźwięki 
tryumfalne  tej  surmy.  Autor  wyraźnie  natchniony  świe- 
tnością pojedynczych  objawów  i  dworu  królewskiego  prze- 

^)  Liber  dilig.  (wyd.  Wislooki)  p.  356. 

17» 


MO  Koą^A  m.  —  bosdkał  iił 

milozał  i  sapombial,  że  w  ognisku  nauki  walka  jeszoze 
nie  była  rozstrsygniętą,  ie  csasem  tak  ełabo  się  tliła,  i± 
mogta  się  skończyć  gnuśnym  pokojem  i  spokojem,  ze 
szkodą  stron  obu  i  samej  nauki. 

Widzieliśmy  bowiem,  że  ruch  krzewił  się  przewa- 
żnie poza  uniwersytetem  i  mimo  uniwersytetu.  Wyzna- 
wcy nowych  haseł,  nie  znalazłszy  dosyć  miejsca  ani  od- 
dźwięku w  urzędowych  lektoryach,  szerzyli  swoje  nowiny 
i  nowinki  w  nieurzędowych  miejscach,  w  prywatnych  mie- 
szkaniach, lub  po  bursach.  Stara  instytucya  średniowie- 
czna t  z.  resumpcyi  ubierała  zapewne  ich  działalność 
w  pozory  prawidłowości,  pokrywała  niezwykłe  ich  wystą- 
pienia. Te  resumpcye  miały  być  pierwotnie  powtarzaniem, 
wyuczaniem  się  materyału  podanego  we  wykładach.  Ma- 
gistrzy lub  bakałarze  podejmowali  się  tego  zadania,  aby 
młodych  scholarów  zaprawiać  i  ćwiczyć  w  naukach,  przy- 
gotowywać do  egzaminów.  Zapewne  zaś  nie  jest  przy- 
padkiem, że  humanistyczne  wykłady,  głoszone  po  bursach 
i  prywatnych  mieszkaniach,  noszą  często  nazwę  resumpcyi. 
Podszyły  się  one  pod  dawną  i  uświęconą  tradycyą  nazwę, 
zmieniły  jednak  jej  treść  i  istotę.  Kiedy  Jan  Haller  mówi 
o  nauczaniu  greczyzny  przez  Clariti^ego,  używa  on  wyra- 
zów studia  resumptionesque  ^),  w  Lipsku  skarżono  się 
przed  rokiem  1519,  że  resumptiones  »poetów«,  czyli  pry- 
watne kursą  humanistycznych  nauczycieli  coraz  bardziej 
się  mnożą,  na  szkodę  starych  średniowiecznych  artes.  Na- 
woływano więc  do  tego,  aby  te  »resumptiones  in  poeticaa 
odrywające  od  tradycyjnych  wykładów  ograniczyć*).  Bo 
w  jednem  i  tern  samem  mieście  powstawały  w  ten  spo- 
sób niejako  dwa  uniwersytety,  jeden  stary,  ściśle  zorga- 
nizowany, drugi  nieurzędowy,  gnieżdżący  się  po  bursach 
i  innych  miejscach,  przedstawiający  ruch  i  rewolucyę. 
W  Krakowie  szczególnie  jaskrawię  się  to  uwydatnia.  Mó- 


^)  Nolhac,  Les  correspondants  d'Alde  Manuce  n.  65. 
')  Paulsen,  Geschichte  des  geL  Unterrichts  1,  104. 


mjMjjsnoM  I  jrniwwagrrmr.  961 

wiliśmy  już  o  Celtesie  i  zapowiedzi  jego  wykładu  w  bur- 
sie węgierskiej.  Mówiliśmy  dalej  o  greokich  studyaoh  i  nau- 
kach Glariti'ego  i  Sylyius'a,  których  śladu  niema  w  Liber 
diligentiarum,  w  oficyalnym  spisie  wykładów.  Gdzie  nau- 
C2sali  ci  Włosi,  nie  wiemy;  za  to  wiemy  dobrze,  gdzie 
apostołowie  z  Niemiec  przybyli  sadowili  się  i  rozpierali, 
gdzie  było  ognisko  ich  działalności  i  propagandy.  Było 
zaś  właściwie  tych  ognisk  dwa;  z  jednej  strony  bursa 
węgierska,  arena  działalności  Celtesa,  z  drugiej  strony 
sałożona  w  r.  1488  bursa  niemiecka,  zwana  często  Con- 
iubemium  Germanorum.  Bursy  te  stały  się  czemś  podo- 
bnem  do  klubów,  azylów  dla  przybyszów  niemieckich, 
przystaniami  nowych  prądów.  Tutaj  zamieszkał  młodszy 
Agricola,  który  przybył  do  Krakowa  w  roku  1510,  i  tutaj 
miewał  wykłady,  zanim  urzędowego  stanowiska  w  uni- 
wersytecie nie  zdobył;  do  contubernium  Germanorum  za- 
jechs^  także  Walenty  Eck,  który  w  swej  Ars  yersificandi 
z  r.  1515  wyraźnie  mówi  o  wykładach  (publica  enodatio), 
nie  zaznaczonych  żadnem  słowem  w  Liber  diligentiarum, 
bo  odbywały  się  poza  uniwersytetem.  Jan  Hadus  obrał 
znów  sobie  bursę  węgierską  za  miejsce  zamieszkania^), 
zapraszał  studentów  do  siebie,  zapowiadał  wykład  o  Ibis, 
poemacie  Owidyusza.  W  Acta  rectoralia  (n.  2437)  za- 
znaczono spór  jego  z  pewnym  scholarem  z  bursy  nie- 
mieckiej, który  słucha!  jego  wykładu  o  Metamorfozach. 
W  Liber  diligentiarum  znowu  niema  śladu  tych  nauczy- 
cielskich występów.  Obok  uniwersytetu  szerzyło  się  więc 
iakie  nauczanie  luzaków  humanistycznych,  śmiałych,  wol- 
nych i  lekkich  w  ruchach,  jak  luzacy. 

Stary  uniwersytet  patrzał  na  to  niechętnie,  sarkał, 
ie  młodzi  magistrzy  odciągają  mu  uczniów,  że  wpajają 
w  młodzież  lekceważenie  dla  uświęconych  porządków, 
praw  i  stopni  uniwersyteckich.  Żalono  się  na  pustki  w  au- 
dytoryach,  które  już  nie  nęciły  tak  scholarów,  jak  dawniej. 


y  Bauch  w  Yierteljahrschrift  fiir  Kultur  I,  991. 


J 


262  KSIĘGA  m. ROZDZIAŁ  m. 

w  r.  1507  pisał  Jan  ze  Stobnicy  do  młodego  księcia  Pa- 
wła Holszańskiego  poświęcając  mu  scholastyczny  traktat 
ParYulus  philosophiae  naturalis:  szlachta  pogardza  teraz 
naszą  nauką  jako  siebie  niegodną;  Ty  jednak  cenisz  ją 
i  nie  wymijasz  »scholasticorum  congregationemcc.  Takicti 
jednak  było  niewielu.  Zaczynał  się  wyraźnie  już  rozwój^ 
który  doprowadził  później  do  tego,  iż  szkoła  Jagiellońska^ 
opuszczona  przez  wyższe  warstwy,  przekształciła  się  w  stu- 
dyum  plebejskie.  W  r.  1513  za  rektoratu  Jana  z  Oświę- 
cimia uskarża  się  uniwersytet  na  niesforność  schoIarów^ 
i  opustoszenie  sal  wykładowych:  scholae  yacantia,  stu- 
dentium  murmur  et  timor  desertationis  uniyersitatis  in 
suppositis  ^).  A  tę  samą  żałobę  na  ubytek  frekwencyi  za- 
nosi znów  uniwersytet  w  roku  1526  przed  Tomickiego*)- 
Wreszcie  reformą  z  r.  1536  chciano  to  połowicznie  zaże- 
gnać, stanowiąc,  aby  podczas  ćwiczeń  w  uniwersytecie 
nie  odbywały  się  lekcye  po  bursach  ani  gdzieindziej  8). 

To  były  półśrodki  prohibitywne,  które  nie  mogły  od- 
rodzić i  odżywić  tego,  co  się  przeżyło.  Ustrój  uniwersy- 
tetu przepisywał  teraz,  jak  dawniej,  aby  Arystotelesowskio 
lekcye  i  dyalektyczne  wykłady  i  ćwiczenia  były  punktem 
ciężkości,  a  sobotnie  dysputacye  owocem  i  kwia- 
tem tej  kultury  i  dresury.  Robiono  obok  tego  nowemu 
duchowi  ustępstwa,  autorzy  klasyczni  pojawiali  się  coraz 
częściej;  rozwój  dlatego  chromał  i  położenie  było  fałszywe^ 
bo  ustawy  dawne  trwały,  a  tylko  przez  zasadniczą  ich 
przemianę  można  było  wyjść  z  fałszu  i  połowiczności. 
Gdyby  przynajmniej  poza  ustępstwami  wykonywano  su- 
miennie i  gorliwie  myśl  i  przepisy  dawnych  porządków! 
Ale  wypływem  właśnie  połowiczności  była  pewna  dezor- 
ganizacya,  która  się  wtedy  do  krakowskiego,  jak  i  do  in- 


')  Conclus.  univ.  a.  1513. 
•)  Codex  univ.  Crac.  lY,  354. 

*)  C.  U.  n.  1536:  infra  exercitia  non   permittantur  fieri  aliafr 
lectiones  in  bursis  vel  alias. 


HUMANIZM   I   UNIWERSYTET.  263 

nych  uniwersytetów  zakradła;  pewne  znudzenie  i  znuże- 
nie jest  nazbyt  widocznem.  Obowiązki  dawne  stają  się 
pętami,  z  których  magistrzy  starają  się  wbrew  prawu 
w^yzwolid. 

Zaniedbywanie  lekcyi,  ćwiczeń,  dysput  sobotnich  jest 
ze  strony  magistrów  wtedy  na  porządku  lub  raczej  nie- 
porządku dziennym.  Przyczyniały  się  do  tego  już  częste 
urlopy  i  podróże  nauczycieli.  Wycieczki  na  Południe  trwają 
teraz,  jak  dawniej,  licencye  ciągle  się  ponawiają,  a  często 
wydarza  się  i  to,  że  profesor  wbrew  prawu,  bez  licencyi 
na  dłuższy  czas  się  oddala.  Wykładanie  przez  zastępców, 
substytutów,  stawało  się  zwyczajem  i  plagą  uniwersytetu. 
Uniwersytet  chciał  występować  ostro  przeciw  tym  pro- 
fesorom absentującym  się  w  r.  1517,  w  r.  1522  znowu  się 
naradza  »de  temerario  recessu  et  absentia  quorundam«  i), 
następnie  sam  król  Zygmunt  wydawał  kilkakrotnie  su- 
rowe edykta  przeciw  nieobecnym  i  wzywał  ich  pod  grozą 
utraty  dochodów  do  powrotu  2).  Groźby  te  jednak  tylko 
stwierdzały  panujący  nieporządek.  A  następstwem  tego 
było,  iż  rozmaite  lekcye  wypadały  zupełnie.  Ale  i  ci  ma- 
gistrzy, którzy  byli  na  miejscu,  nie  szczególnie  wywiązy- 
ivali  się  ze  swych  obowiązków.  Co  chwilę  słyszymy,  że 
ktoś  niedbale  wykładał,  opuszczał  lekcyę,  kończył  przed 
godziną  |(cessavit  antę  horam),  spóźniał  się  na  wykłady 
(in  medio  horae  veniunt),  w  roku  1518  wezwano  rewi- 
zora i  regulatora  zegara  w  Collegium  maius  do  sumien- 
ności, napomniano  go,  aby  nie  przedłużał  lub  skracał  go- 
dzin według  samowoli  indywiduów — non  abbreviare  vel 
prolongare  horas  ad  vota  aliąuorum  debet  Wyraźnie  więc 
'wkradła  się  tu  jakaś  dezorganizacya,  a  tchnienie  nowych 
prądów  studziło  dawną  gorliwość  i  rozluźniało  dyscyplinę. 
Prócz  wyjazdów  inne  także  powody  błahe  i  miejscowej 
natury   przerywały  wykłady.   Szczególnie   pogrzeby  i  na- 


')  Conclus.  univ.  1517  i  1522. 

«)  W  r.   1512,   1516,  1518,  1539.  Cod.  univ.  IV.  37,  66.  71,  170. 


264  mmąaA  m.  —  boedział  m. 

bożeństwa  żałobne  odrywały  często  magistrów  od  obo- 
wiązków. Wiemy  stróż  porządku  w  uniwersytecie  Maciej 
z  Miechowa  wystąpił  przeto  w  roku  1606  jako  rektor 
w  obronie  nauk,  »quae  sedendo  et  quiescendo  addiscunturc, 
przeciw  nadużyciom  tego  rodzaju.  Uchwalono  wtedy,  że 
uniwersjrtet  powinien  brać  udział  w  exekwiach  i  pogrze- 
bach mistrzów  uczących  i  dawnych,  dobrodziejów  szkc^ 
i  monarchów,  lecz  że  w  innych  razach  tylko  pod  pewnymi 
warunkami  opuszczenie  godzin  jest  dopuszczalnem.  Za- 
kazano też  wtedy  zbyt  częstych  występów  uniwersytetu 
uroczystych  na  przyjęcie  króla  lub  biskupa  krakowskiego. 
Tylko  w  razie  dłuższej  nieobecności  monarszej  taki  hołd 
zalecono  *).  Wątpić  jednak  można,  czy  te  zakazy  podcięły 
do  gruntu  nadużycia,  które  się  zakradły.  Wskutek  roz- 
luźnionego ducha  średniowiecznego  uniwersytetu  a  silnych 
prądów  nowych  przyszło  niebawem  do  tego,  że  niektóre 
z  obowiązkowych  wykładów  (lectiones  ordinariae),  mia- 
nowicie Arystotelesowskich,  zupełnie  wypadały.  Zaznaczono 
taką  yacantia  w  r.  1524  i  w  r.  1525*).  Arystoteles  więc, 
który  z  prawa  powinien  był  w  uniwersytecie  panować 
jak  dawniej,  w  rzeczy  samej  ustępował  z  pola,  na  którem 
tak  długo  królował  wszechwładnie. 

Szczególnie  zaś  młodsi  magistrzy  i  kollegiaci  mniejsi 
wykonywali  z  niechęcią  i  niedbale  nakładane  na  nich  obo- 
wiązki. Na  wszelki  sposób  usiłowali  oni  wyzwolić  się  z  pod 
przymusu  lekcyi,  które  nie  były  w  ich  smaku.  Pod  ro- 
kiem 1524  (zima)  zaznaczono  w  spisie  wykładów,  że  ex- 
traneus  Andrzej  z  Opoczna  nie  chciał  wykładać  ordinaria 
lectio  z  zakresu  Arystotelesa,  chociaż  go  dziekan  kilka- 
krotnie upominał.  W  innych  razach  z  Arystotelesowskiemi 
lekcyami  załatwiano  się  w  inny  sposób.  Już  w  r.  1490, 
roku  Geltesa,  extraneus  Jan  Kunasz  z  Krakowa  przerywa 
wykład  o  Parva  naturalia   )>propter  auditores,   quia   non 


*)  Concliis.  univ.  1508. 

')  Liber  dilig.  str.  169  i  171. 


HUMANIZM   I   TTNIWBBSTTSr.  266 

erant«,  dla  braku  słuchaczy.  Dla  tych  samych  powodów 
zaniechał  w  r.  1512  kollegiat  mniejszy,  Felix  Laski,  wykładu 
de  generatione,  Maciej  z  Brzezia,  extraneus  z  roku  1516, 
lekcyi  Arystotelesowskiej  de  anima«  Nie  wiemy,  po  czyjej 
stronie  była  wina;  zapewne  brak  interesu  ze  strony  słu- 
chaczów zlewał  się  tu  na  jeden  skutek  z  opieszałością 
nauczyciela.  W  innych  znów  razach  zamieniano  zapowie- 
dziany urzędowo  wykład,  a  po  kilku  godzinach  chronił 
się  postępowy  extraneus  od  artes  do  auctores,  od  ciemnych 
wywodów  Arystotelesowskich  do  jasnej  piękności  klasy- 
cznej. Mamy  tego  w  spisie  wykładów  niezliczone  przy- 
kłady, począwszy  od  pierwszych  lat  szesnastego  wieku. 
Za  okrasę  i  podnietę  służą  tu  autorzy  klasyczni,  czasem 
utwory  humanistów,  jak  poezye  Mantuanusa,  innym  razem 
komedya  Leonarda  Bruni  Poliscene,  którą  po  raz  pier- 
wszy objaśnia  mistrz  bardzo  swawolnego  i  burzliwego 
życia,  Maciej  z  Przedborza  w  r.  1518.  Tak  samo  przeszedł 
już  tenże  w  r.  1515,  załatwiwszy  się  z  Meteora,  do  Bu- 
kolik Wergiliusza.  Niektórzy  młodzi  nauczyciele  systema- 
tycznie uprawiali  ten  wybieg,  szczególnie  niejakiś  Andrzej 
Pirzchałka  z  Opoczna,  jeden  z  najradykalniejszych  szer- 
mierzy w  walce  z  Arystotelesem.  U  niego  jest  to  stałą 
metodą:  jako  extraneus  w  r.  1521  załatwiwszy  się  z  To- 
pikami objaśnia  Mantuanusa,  w  roku  1522  przechodzi  od 
Meteorologików  do  Paradoxa  Cycerońskich,  w  roku  1528 
od  Theorica  planetarum  do  Somnium  Scipionis,  w  roku 
1524  wreszcie  (zima)  uporawszy  się  spiesznie  z  lekcyą 
ekonomików  przeskoczył  do  Satyr  Persyusza. 

Co  więc  nie  mogło  wejść  przez  otwarte  wrota  do 
uniwersytetu,  wchodziło  boczną  furtką.  A  objawy  te  do- 
wodzą, że  stara  warownia  się  rysowała,  że  nie  była  strze- 
żoną ani  bronioną  należycie,  aby  wytrzymać  najazd  i  za- 
mach bardziej  stanowczy.  Między  innemi  jedna  z  najwa- 
żniejszych instytucyi  w  dawnym  ustroju,  popisy  dyalektyki 
w  t  z.  actus  sobotnich  szły  w  coraz  większe  zaniedbanie. 
Na  te  akty  mieli  magistrowie  z  kolei  uczęszczać,  zarówno 


266  KSIĘGA   ra. ROZDZIAŁ   m. 

kollegiaci  więksi  i  mniejsi,  jak  extranei.  Tymczasem  sa- 
mowola i  wstręt  rosnący  do  tych  scholastycznych  turnie- 
jów coraz  bardziej  rozluźniały  dotychczasowy  porządek. 
Opuszczano  je  rozmyślnie  i  coraz  częściej  uchylano  się 
od  tego  obowiązku.  W  roku  1523  wyszła  dlatego  uchwała 
de  actibus  ordinariis,  zwrócona  przeciw  opieszałości  kol- 
legiatów,  mianowicie  starszych^);  jeżeli  zaś  ci  pod  tym 
względem  się  lenili,  to  czegóż  można  się  było  spodziewać 
po  extranei,  młodszych  mistrzach,  którym  zasadnicze  prze- 
ciwieństwo mierziło  te  dysputy.  To  też  słyszymy  co  chwilę 
o  oporności  ich  względem  tej  instytucyi;  w  zimie  roku 
1525  aż  kilku  z  tej  młodszej  braci  nie  chce  w  tych  actus 
żadnego  brać  udziału,  w  r.  1529  Jerzy  Libanus,  kiedy  na 
niego  kolej  przyszła,  postanawia  odmówić  posłuszeństwa, 
a  w  latach  1530  i  1531  inni  młodsi  mistrzowie  idą  za 
jego  przykładem*).  Słowem  ta  strona  średniowiecznego 
nauczania  wskutek  nadużycia  i  nadmiaru  dysput  przeżyła 
się  stanowczo;  to  też  w  Krakowie,  podobnie  jak  w  in- 
nych uniwersytetach  %  podtrzymywano  ją  tylko  sztucznie. 
W  końcu  jednak  nie  dało  się  to  obronić,  co  nie  odpowia- 
dało ani  ludziom  ani  czasowi. 

A  równocześnie  z  tymi  powodami  głębszymi,  po  czę- 
ści duchowymi,  bieda  materyalna  zaczęła  dawać  się  we 
znaki  w  uniwersytecie  i  nadwerężać  jego  ustrój  dotych- 
czasowy. Skargi  na  ruinę  budowli  uniwersyteckich  i  brak 
środków,  aby  temu  zapobiedz,  snują  się  od  początku  stu- 
lecia przez  cały  szereg  lat  następnych*).  Niektórym kolle- 
giaturom  groził  już  zanik  zupełny  wskutek  braku  odpo- 
wiednich  środków.   Pierwotne   dotacye    nie  odpowiadały 


»)  Conclus.  univ.  1623. 

')  Według  Liber  Diligentiarum. 

*)  Kaufmann,  Geschichte  der  deutsohen   Universitllten  II,  380. 

*)  W  r.  1500  (Arohiw.  uniw.  dok.  n.  3691)  odzywają  się  pro- 
fesorowie do  biskupa  Fryderyka:  quod  fructus,  redditus  et  proven- 
tus  beneficioruiD  ...  ad  sustentationem  ipsorum  sufficientem . . .  mini- 
me  suppetunt 


HUMANIZM   I   mnWBBSYTBT.  267 

już  często  zmienionym  warunkom  epoki,  a  pieniądze  dla 
koUegiatur  niektórych  przeznaczone  nie  wpływały  regu- 
larnie. Skargi  więc,  że  kollegiaci  ledwie  egzystować  mogą, 
ponawiały  się  ciągle.  Kiedy  się  zmniejszyła  frekwencya 
uczniów,  odciąganych  przez  luzaków  humanistycznych, 
a  potem  przez  zagranicę,  poczęło  źródło  dochodu,  napły- 
wającego z  pastus  czyli  czesnego,  powoli  wysychać.  Ciągle 
też  w  ówczesnych  dokumentach  słyszymy  o  »collegiaturae 
periclitatae<(  lub  »lap8ae«,  raz  wraz  ponawiają  się  środki 
i  półśrodki,  aby  złemu  zaradzić.  Szczególnie  było  zagro- 
żonem  Collegium  minus,  a  mistrzom  tym  mniejszym  szczu- 
płość dochodów  (tenuitas  proventuum)  ^)  przedewszystkiem 
dokuczała  dotkliwie.  Radzono  i  radzono,  wprowadzano 
oszczędności  przy  promocyach,  pieniądze  pochłaniane  przez 
uczty  graduowanych  miały  odtąd  wpływać  do  skarbu  uni- 
^wersytetu;  biskup  Konarski  uwolnił  w  r.  1506  osiem  kol- 
legiatur  mniejszych  od  opłat  w  jego  kancelaryi  *),  nastę- 
pnie biskup  Tomicki  i  sam  król  Zygmunt  usiłowali  roz- 
maitymi dowodami  łaski  przyjść  uniwersytetowi  w  pomoc. 
Ale  wszystkie  te  dorywcze  środki  nie  zdołały  usunąć  nie- 
dostatków materyalnych,  na  które  szkoła  Jagiellońska  chro- 
mała odtąd  przez  wiek  szesnasty  i  szereg  następnych  wie- 
ków. Było  to  następstwem  tego,  że  w  danej  chwili  nie 
zdobyto  się  na  radykalną  przemianę  stosunków  i  zreor- 
ganizowanie tego,  co  po  stu  latach  życia  innych  warun- 
ków na  dalsze  życie  wymagało. 


»)  Cod.  univ.  Crac.  III,  237. 

*)  Cod.  uDiv.   III,  238.  Reszta,  cztery  inne  kollegiatury  mniej- 
sze były  jnż  poprzednio  od  tego  wolne. 


£68  KAIĘGA    m. ROZDZIAŁ    m. 


XII. 

Wyższe  duchowieństwo  i  jego  usiłowania  w  oelu  podniesienia  uni- 
wersytetu. —  Jan  Konarski  popiera  humanicoL  Jego  stosun<»k  do 
wszechnicy.  —  Jan  Lubrański.  —  Erazm  Ciołek,  dyplomata  i  mece- 
nas. —  Jego  towarzysz  Mikołaj  GzepieL  —  Dzialahiośó  i  zasługi  Pio- 
tra Tomickiego.  —  Jan  Łaski,  arcybiskup  gnieźnieński. 


Wspomnieliimy  tutaj  i  tylokrotnie  już  zaznaczaliśmy 
zabiegi  wyiszego  duchowieństwa  polskiego  okoto  podnie- 
sienia stanu  wszechnicy  krakowskiej.  Zabiegi  te  wystę- 
pują dobitnie  przez  cały  początek  szesnastego  stuleoia, 
a  sztandar,  pod  którym  się  skupiają,  by)  niewątpliwie 
sztandarem  humanizmu.  Tłómaczy  się  to  tem^  źe  wśród 
duchowieństwa  znajdowali  się  ludzie  wykształceńsi,  którzy 
po  części  z  zagranicy  przynosili  zarzewia  nowej  kultury 
do  kraju,  tak  ii  przedewszystkiem  episkopat  ówczesny 
dostarczał  ruchowi  umysłów  znakomitych  chorążych  i  na- 
czelników. Mnożą  się  w  tych  czasach  uchwały  synodalne, 
mające  na  celu  reformę  uniwersytetu,  usunięcie  głó- 
wnych braków,  wskutek  których  wszechnica  krakowska 
chromała.  Synod  prowincyonalny  piotrkowski  z  r.  1510 
postanawia,  aby  archidyakon  krakowski  Piotr  Tomicki 
wespół  ze  Zygmuntem  Targo wieki m,  kanonikiem  krako- 
wskim i  biskupem-kanclerzem  uniwersytetu  ^wszystkie 
niedostatki  krakowskiej  szkoły  pod  względem  nauki  prze- 
patrzylia  i).  Próby  te  ponawiają  się  odtąd  ciągle  w  krótkich 
czasu  odstępach.  A  zabiegi  duchowieństwa  znalazły  nie- 
bawem poparcie  w  Rzymie,  gdzie  papież  Leon  X-ty  oso- 
bnem  breve  z  29  marca  roku  1518  polecił  reformę  uni- 
wersytetu   arcybiskupowi    Łaskiemu ,    biskupowi    Konar- 


^)  Archiwum  komisyi  prawniczej  I,  348. 


HUICAKIZM   I   UNIWBRSTTBT.  269 

skiemu  i  Tomickiemu^  podówczas  już  przemyskiemu  bi- 
skupowi ^). 

Kanclerzem  uniwersytetu  i  biskupem  krakowskim 
po  śmierci  kardynała  Fryderyka  w  roku  1503  został  Jan 
Konarski.  Stosunek  jego  do  powierzonej  opiece  jego 
wszechnicy  ulegał  pewnym  chwiejnościom.  Był  to  czło- 
wiek ożywiony  najszczerszemi  chęciami  dla  dobra  uni- 
wersytetu, gorąco  opiekował  się  uczonymi,  a  Piotr  To- 
micki jako  archidyakon  podsycał  w  nim  niewątpliwie  te 
sklonnońcL  Szły  one  w  kienmku  himianizmu.  W  r.  150& 
uwolnił  Konarski  ośmiu  koUegiatów  mniejszych  od  inwes- 
tytury swojej  kancelaryi  i  opłat  na  rzecz  tejże,  zastrzega- 
jąc stanowczo,  aby  w  razie  wakansu  nadawano  te  stano- 
wiska tylko  ludziom  posiadającym  odpowiednie  wykształ- 
cenie'). Stało  się  to  za  rektoratu  Macieja  z  Miechowa  i  za 
tegoż  wpływem;  szczególna  pieczołowitość  nad  mistrzami 
mniejszymi  natchnioną  była  zapewne  zamiarem  poparcia, 
i  utwierdzenia  humanizmu.  Sławił  go  za  tę  troskliwość 
później  Mikołaj  Szadek  w  swem  Judicium  astronomicum 
z  r.  1523;  dowiadujemy  się  z  tego  świadectwa,  że  Ko- 
narski nie  tylko  tem  zwolnieniem  przyszedł  w  pomoc  mniej- 
szym koliegiatom,  lecz  że  prócz  tego  dom  ich  z  własnych 
funduszów  odnowił  i  przyozdobił*).  Wyraźnie  więc  Ko- 
narski oparł  się  głównie  na  tej  młodszej  braci  w  uniwer- 
sytecie i  wszelkimi  sposobami  dźwignąć  i  poprzeć  ją  za- 
mierzył. 

Kiedy  też  w  roku  1512  Maciej  z  Miechowa,  będąa 
rektorem  po  raz  piąty,  rozwinął  wielką  działalność,  aby 
koUegiatury,  mianowicie  mniejsze  od  upadku  ratować,. 
znowu  biskup  krakowski  przychodzi  mu  z  pomocą,  na- 
dając uniwersytetowi  przywilej,  mocą  którego  mógł  obej- 

^)  Szujski,  Odrodzenie  i  reformacya  str.  33  i  131.  Na  to  brev& 
powdywują  się  późniejsze  uchwały  synodalne.  Samego  tekstu  tęga 
dokumentu  nie  udało  mi  się  odszukać. 

«)  Cod.  univ.  III.  238. 

*)  Domum  nostram  restaurasti  ornatissime. 


270  KSIĘOA   in. ROZDZIAŁ   m. 

mować  spadki  po  pewnej  liczbie  zmarłych  bez  testamentu 
duchownych*).  Następnie  25-go  listopada  r.  1512  nadał 
tenże  Jan  Konarski  rektorowi  z  zimy  1512/13  władzę  nad- 
zwyczajną dla  poskromienia  niektórych  nieporządków,  które 
zakłócały  ład  i  spokój  uniwersytetu  •). 

Po  licznych  dowodach  życzUwości  i  pieczołowitości 
znajdujemy  jednak  krótko  potem  kanclerza  i  uniwersytet 
w  otwartej  wojnie.  Jan  Konarski  nałożył  mianowicie  w  r. 
1512,  stosując  się  do  świeżej  uchwały  synodu  piotrkow- 
skiego, zobowiązującej  duchowieństwo  do  pewnych  opłat 
na  rzecz  skarbu,  kontrybucyę  na  kler  dyecezyi  krakowskiej 
nie  wyłączając  z  tego  mistrzów  uniwersytetu.  Krok  ten 
w  pierwszym  rzędzie  był  wymierzonym  przeciw  bogaciej 
uposażonym  koUegiatom,  kanonikom  katedralnym  i  człon- 
kom kapituły  św.  Floryana ').  Uniwersytet  jednak  oparł 
się  temu  rozporządzeniu,  powoływając  się  na  swoje  przy- 
wileje i  exempcye,  a  biskup  rozgniewany  ogłosił  wskutek 
tego  tymczasem  exkomunikę  na  opornych  i  zagroził  in- 
nemi  jeszcze  karami^).  Walka  była  zaciętą;  magistrowie 
apelowali  do  papieża  i  sprawę  ostatecznie  wygrali.  W  obrę- 
bie samej  wszechnicy  zarysowały  się  jednak  przy  tem  pe- 
wne przeciwieństwa;  bo  25-go  i  26-go  lutego  r.  1513*)  na- 
pomniano koUegiatów  mniejszych  pod  zagrożeniem  ciężkich 
kar,  aby  we  wszelkich  postępowaniach  stali  solidarnie 
przy  uniwersytecie  (starent  in  omnibus  determinationibus 
cum  universitate)  i  połączyli  się  we  wspólnej  apelacyi 
(nuUo  modo  recedant  ab  universitatis  appellatione).  Do- 
chodzą nas  więc  odgłosy  jakiejś  walki  w  łonie  samej  wsze- 
chnicy; młodsi  mistrzowie,  a  więc  humaniści,  wyraźnie 
w  tym  sporze  przechylali  się  na  stronę  krakowskiego  bi-* 


*)  Gonclus.  univ.  r.  1512, 
•)  Cod.  univ.  IV,  40. 

*)  Szujski,  Odrodzenie  str.  88  przypuścił,  że  biskup  rozgniewał 
się  na  uniwersytet  za  jego  opieszałość  w  dziele  reformy. 
*)  Por.  o  tem  Cod.  univ.  IV,  49. 
*)  Conclus.  univ. 


HUMANIZM   I   UNIWSRSTTBT.  271 

skupa,  który  przecież  dla  nich  osobną  miał  życzliwość 
i  szczególnemi  stwierdzał  ją  łaskami. — Następcą  Konar- 
skiego został  w  roku  1523  Tomicki,  który  w  stuletnią  ro- 
cznicę objęcia  rządów  przez  Oleśnickiego  odnowić  posta- 
nowił świetne  tradycye  kanclerstwa  i  podjął  ze  zdwojoną 
energią  zabiegi  Konarskiego  w  celu  odrodzenia  wszechnicy 
krakowskiej. 

Na  stolicy  poznańskiej  zasiadał  tymczasem  w  począ- 
tku stulecia  Jan  Lubrański;  podczas  sporu  Konarskiego 
z  uniwersytetem  stanął  on  w  obronie  praw  magistrów 
i  to  mimo  tego,  iż  był  jednym  z  najgorliwszych  opieku- 
nów nauki  i  zwolenników  postępu.  Humaniści  obcy,  jak 
Aldus  i  Regius  poświęcali  mu  swe  wydania  klasycznych 
autorów,  w  Poznaniu  założył  on  szkołę,  która  dla  Wiel- 
kopolski miała  odgrywać  niemal  rolę  uniwersytetu*);  Ru- 
dolf Agricola  cieszył  się  szczególniejszem  poparciem  z  jego 
strony  za  swego  w  Polsce  pobytu.  Działalność  jednak 
Lubrańskiego,  obfita  w  skutki  dla  dziejów  ogólnej  kultury 
w  kraju,  luźnie  się  tylko  i  dorywczo  wiąże  z  dziejami  uni- 
wersytetu krakowskiego.  Wybitniejszymi  natomiast  były 
wpływy  innych  dostojników  kościelnych,  Eraznoa  Ciołka 
i  Piotra  Tomickiego.  Obydwaj  oni  tysiącznymi  węzłami 
połączyli  się  ze  szkołą  krakowską.  Pierwszy  zapisał  się 
na  uniwersytet  w  r.  1485,  drugi  w  r.  1488,  następnie  ma- 
gistrem zostaje  Ciołek  w  r.  1490,  Tomicki  w  r.  1493.  Oby- 
dwaj występują  wkrótce  potem  na  katedrach  jako  extranei; 
Ciołek  naucza  w  Krakowie  w  latach  1490  —  3,  Tomicki 
przelotnie  w  r.  1493.  Długo  więc  nie  zatrzymali  się  na 
tych  stanowiskach,  bo  myśl  i  ambicya  pędziła  ich  dalej 
i  wyżej,  na  szerszą  arenę  życia  i  polityki  Ale  obydwaj 
zachowali  przez  całe  życie  wierność  dla  sztandarów,  które 
ukochali   za  młodu.   Erazm   Ciołek  to  człowiek  nowy. 


^)  Por.  o  początkach  tej  szkoły  Hegendorphinus  w  Encomium 
terrae  Polonae  (Crac.  Yietor  1590).  Uczyli  w  niej  sam  autor,  Tho- 
mas Bedermann  i  inni. 


272  BBiĘaA  m.  —  bozdzuł  m. 

niepewnego  nawet  pochodzenia,  lecz  pełen  ambicyi,  pe- 
łen żądzy  i  zapału,  aby  od  razu  pochłonąć  wszystkie  za- 
soby kultury,  które  miały  mu  torować  drogę  przez  życie. 
Zaskarbił  on  sobie  szczególne  łaski  wielkiego  księcia  Ale- 
xandra  i  odtąd  używano  go  często  do  dyplomatycznych 
misy  i,  mianowicie  do  Rzymu;  zużył  je  w  interesach  kraju, 
ale  prócz  tego  nadużył  ich  na  rozmaite  zabiegi  i  intrygi, 
zmierzające  do  wyniesienia  własnej  osoby  a  pokrzyżowa- 
nia planów  swych  przeciwników.  Kiedy  w  r.  1501  przed 
Alexandrem  VI-tym  w  Rzymie  wystąpił,  uderzył  już  wy- 
kwintną swą  wymową  dwór  papieski  ^).  Podczas  tych  po- 
dróży zawierał  on  prócz  tego  znajomości  z  uczonymi 
słynnymi,  wzbogacał  swój  znaczny,  a  umiłowany  księgo- 
zbiór, otaczał  się  wreszcie  pewną  wystawnością,  która  mu 
skarbiła  dworaków  i  popleczników.  Towarzystwa  jednak 
rodaków  unikat,  a  najchętniej  otaczał  się  cudzoziemcami, 
zwłaszcza  Niemcami').  Śmierć  przedwczesna  przerwała 
jego  życie  w  Rzymie  w  r.  1522  i  przerwała  zarazem  wą- 
tek jego  marzeń,  w  których  nawet  o  kardynalskiej  śniło 
mu  się  purpurze. 

Był  to  w  każdym  razie  człowiek  wybitnych  zdolno- 
ści i  wielkiego  w  rozwoju  naszej  kultury  znaczenia.  »Pod 
jego  opiekę  tulili  się  drukarze  i  wydawcy,  jemu  przypi- 
sywali wydane  przez  się  dzieła^').  Sławny  włoski  huma- 
nista Beroaldus  dedykował  mu  traktat  De  terrae  motu, 
w  r.  1505  pojawił  się  w  Bolonii  dyalog  Lucyana  Płiilo- 
pseudes  również  z  przedmową  wystosowaną  do  Ciołka. 
A  najpiękniejszym  pomnikiem  wykwintnych  jego  upodo- 
bań jest  pyszne  Pontificale  z  ślicznemi  i  ciekawemi  mi- 
niaturami, wykonanemi  prawdopodobnie  przez  tego  sa- 
mego  mistrza,   co   miniatury   słynnego   kodexu  Behema. 


')  Optima  pronuntiatione  et  aptitudine,  jak  pisze  Joh.  Burchard 
w  Diarium  (ed.  1883)  III,  122.  Por.  tamie  o  Sapieie,  124. 
')  Lukas,  Erazm  Ciołek  (1878)  str.  101. 
')  Lukas  1.  o.  109. 


HUMANIZM   I   UNIWBBSYTBT.  27i^ 

Dzieło  to  Bporządzonem  zostało  z  polecenia  Ciołka,  a  na- 
tchnionem  może  przykładem  Jana  Burcharda,  który  w  Rzy- 
mie ceremonie  papieskie  w  tych  czasach  opisał,  a  jako 
dworak  wpływowy  Alexandra  VI-go  obeznał  się  z  niemi 
dokładnie  *). 

Na  ulicy  Kanonnej  w  Krakowie  zbudował  sobie 
Ciołek  dom  wystawny  dmagniiicentissimum  palatiuma, 
ozdobiony  pięknemi  odrzwiami  i  oknami;  kształty  jego  wpra- 
wły  w  zachwyt  włoskiego  medyka  Adama  Gadius*a*). 
A  na  dworze  biskupim  w  Płocku  kwitło  szczególnie  bujne 
życie  umysłowe,  podsycane  przez  cudzoziemców.  Słyszymy 
o  sekretarzu  Ciołka  Karolu  Antonim  Moncinereus  z  Bo- 
lonii ^).  Znalazł  się  także  w  jego  otoczeniu  hiszpański  pra- 
wnik Garsias  Quadros,  doktor  praw  bolońskiej  szkoły  i  pro- 
fesor, który  w  roku  1510  zapisał  się  do  matrykuły  kra- 
kowskiej. Król  prosił  Ciołka,  aby  tenże  przysłał  go  do 
Krakowa  »dla  uświetnienia  uniwersytetu <e  ^),  a  życzeniu 
temu  stało  się  zadość,  skoro  dopisek  w  Album  studiosorum 
nazywa  go  ))pro  iure  pontificio  lector  nostri  studii  conti- 
nuus.«  Wyraźnie  więc  Ciołek  w  licznych  swych  podró- 
żach zamawiał  tych  ludzi  dla  siebie  i  kraju. 

Nie  podobnem  zaś  przy  jego  nazwisku  nie  wspom- 
nieć innego  człowieka,  który  ma  wiele  rysów  pokrewnych, 
a  często  z  Ciołkiem  na  dyplomatycznej  współdziałał  are- 
nie. Mamy  na  myśli  Mikołaja  Czepiela.  Stopień  aka- 
demicki magistra  uzyskał  on  także  w  Krakowie  i  nazwi- 
sko jego  pojawia  się  odtąd  przez  czas  dłuższy  (1487 — 1516) 


*)  Por.  Lukas,  Erazm  Ciołek  108;  Sokołowski,  Kwartaloik  lii- 
stor.  z  r.  1889,  Rocznik  III,  zeszyt  4,  738  i  nast. 

»)  Acta  Tomiciana  IV,  86. 

')  Bauch,  Rudolph  Agricola  p.  29. 

*)  Acta  Tomiciana  I,  111.  W  bibliogr.  Estreichera  zapisano 
pod  r.  1512  nieznane  dziełko  tego  autora:  Breviarium  iuris  utriusque 
(Crao.  Haller).  Prócz  tego  znam  z  biblioteki  Hr.  Czapskich  w  Kra- 
kowie jego  traktat  o  stopniach  pokrewieństwa:  Lecturae  arborum 
consanguinitatis,  wydane  po  jego  śmierci  u  Unglera  1522. 
HUt.  Uniw.  T.  u.  18 


274  KSIĘGA   Ul. ROZDZIAŁ   UL 

na  kartach  księgi  diligentiarum.  Ale  to  tylko  pozorne  było 
nauczycielstwo;  bo  Gzepiel  wykładał  stale  przez  zastępców, 
a  sam  używał  czasu  do  przebijania  się  bardziej  korzy- 
stnego przez  życie  i  dobijania  o  coraz  intratniejsze  bene- 
ficya.  Urodzenie  jego  plebejskie  stawało  mu  na  przeszko- 
dzie w  tej  pogoni;  nie  wiedzieć  jakim  sposobem  podszył 
on  się  jednak  pod  szlachectwo  herbu  Korab  i  podobnie 
jak  Ciołek,  mimo  podejrzeń  i  szkalowań  na  »plebejusza«, 
tyle  z  biegiem  czasu  nałowił  stanowisk,  że  liczba  ich  we- 
dług przycinków  współczesnych  dorównywała  liczbie  dni 
pełnego  roku*).  Był  to  więc  typ  kortezana;  w  Rzymie 
dużo  on  przebywał*)  i  polował  na  coraz  nowe  tytuły. 
Został  w  ten  sposób  doktorem  dekretów  promotionis  Ro- 
manae  i  otrzymał  godność  hrabiego  palatini  Lateranensis. 
Syt  lub  prawdopodobnie  niesyt  chwały  i  zaszczytów 
umarł  on,  podobnie  jak  Ciołek,  w  stolicy  papieskiej  w  r. 
1518,  wyprzedzając  o  cztery  lata  zgon  dostojnego  swego 
opiekuna. 

Jego  biblioteka  poświadcza,  że  obok  » krzątania  się 
około  wiela«  i  to  bardzo  skutecznego,  miał  Czepiel  wyż- 
sze naukowe  interesa,  że  podróże  swe  wyzyskiwał  także 
dla  idealnych  celów.  Wśród  przybytków,  które  z  jego  za- 
pisu dostały  się  do  biblioteki  Jagiellońskiej,  wyróżniają  się 
wczesne  druki  greckie,  Apollonius'a  z  Rodu,  komedyi  Ary- 
stofanesa,  Suidas'a8).  Humanistą  więc  był  Czepiel  zawo- 
łanym, przystającym  dobrze  do  osoby  Ciołka,  z  którym 
dzielił  sumiennie  dyplomatyczne  zabiegi,  a  czasem  także 
i  mniej  sumiennie  pieniądze,  z  kraju  dla  popierania  ró- 
żnych interesów  przesyłane*).  Człowiek  to  pełen  giętko- 
ści w  życiu,  a  zapewne  i  w  zasadach,  które  naginał   we- 


*)  Por.  Cricii  Carmina  (ed.  Morawski)  p.  182. 

•)  Już  w  r.  14:85  (Acta  rect.  983). 

■)  Por.  Wislocki,  Catalogus  Incunabulonim  sub  Czepiel. 

*)  Por.  Stanisław  Lukas,  Erazm  Ciołek  p.  88. 


HUMLANIZM   I    UNIWERSYTITr.  275 

dług  potrzeby  i  według  niezliczonych  potrzeb  doczesnych, 
otrzymujących  jego  umysł  i  wolę  w  ciągłem   naprężeniu. 

Mężem  daleko  wybitniejszym  od  Ciołka  i  jego  Acha- 
tesa  był  Piotr  Tomicki.  Słyszymy,  że  studya  swoje  za- 
<3zął  od  szkoły  w  Gnieźnie,  że  potem  przez  czas  pewien 
przebywał  w  Lipsku,  gdzie  między  innemi  dokładnej 
znajomości  języka  niemieckiego  nabrał,  że  wreszcie  sto- 
pnie akademickie  pozyskał  w  Krakowie.  Biograf  jego  Ho- 
zyusz  opowiada,  że  już  jako  uczeń  odznaczył  się  swą  bie- 
głością i  zręcznością  w  subtelnych  dysputach  uniwersy- 
teckich. Wiedzę  tę  i  kulturę  pogłębił  on  następnie  we 
Włoszech,  gdzie  nabrał  ostatecznie  tej  wszechstronnej 
ogłady,  wykształcenia  i  tej  żądzy  nauki  dla  siebie  i  in- 
nych, która  go  nam  przedstawia  jako  najpiękniejszy  nie- 
omal kwiat  odrodzenia,  i  przekształciła  go  w  najznako- 
mitszego szermierza  humanizmu.  Był  on  —  według  słów 
Erazma  z  Rotterdamu — jakoby  przez  Boga  stworzonym 
<ila  dobra  ludzi  i  korzyści  publicznej  ^).  W  końcu  roku 
1500  powrócił  Tomicki  z  Rzymu  do  Krakowa  i  został  na 
razie  kanclerzem  arcybiskupim  przy  boku  kardynała  Fry- 
deryka. To  było  pierwszym  stopniem  świetnej  późniejszej 
karyery,  która  go  do  biskupstwa  krakowskiego  i  podkan- 
<5lerstwa  koronnego  doprowadziła. 

Tomicki  był  już  za  młodu,  kiedy  wystąpił  na  chwilę 
jako  nauczyciel  w  uniwersytecie,  i  później  wielkim  zwo- 
lennikiem nowych  kierunków  i  tych  ludzi,  którzy  je  w  kraju 
szerzyli.  Zaznaczyliśmy  już  wielokrotnie  jego  zasługi  około 
podniesienia  uniwersytetu.  W  roku  1510  synod  piotrkow- 
ski polecił  mu  reformę  wszechnicy,  a  odtąd  pozostał  on 
wiernym  tej  myśli,  szczególnie  odkąd  po  Konarskim  na 
biskupstwie  zasiadł  krakowskiem.  Wielkie  myśli  i  wielkie 
natchnienia  on  do  uniwersytetu  wnosił,  torował  drogi 
wszelkiemu  postępowi,  czy  to  kiedy  chodziło  o  języki  sta- 
rożytne, czy  o  język  hebrajski  lub  prawo  rzymskie.  Jeżeli 


Morawski,  Nidecki  str.  S^. 

18» 


276  KSI^A  IIL  ROZDZIAŁ   in. 

mówią,  że  przyjazd  Bony  stanowi  przełom  w  naszej  kul- 
turze, to  przynajmniej  równie  poczestne  miejsce  obok 
włoskiej  królowej  przynależy  się  znakomitemu  biskupowi 
krakowskiemu.  Zbigniew  Oleśnicki  byłby  z  pewnością 
niejedną  miękkość  zganił  w  jego  polityce,  zresztą  poznałby 
w  szlachetnych  jego  i  wzniosłych  dążnościach  myśl  z  swo- 
jej myśli  i  krew  z  krwi  swojej  i  uznałby  w  nim  godnego 
siebie  na  stolicy  krakowskiej  następcę. 

Arcybiskup  gnieźnieński,  Jan  Laski  był  człowie- 
kiem innego  nastroju  i  inne  zajmuje  on  też  stanowisko 
w  ówczesnym  ruchu  umysłów.  Nie  opiera  się  on  stano- 
wczo nowym  hasłom;  za  jego  przecież  wpływem  Leon 
X-ty  w  r.  1518  wydał  breve  polecające  reformę  uniwer- 
sytetu. Ale  nie  ma  on  wykwintnego  wykształcenia  innych 
dostojników  kościelnych,  a  zalew  cudzoziemszczyzny,  szcze- 
gólnie niemieckiej,  budzi  w  nim  odrazę  i  obawy.  Nie  tylko 
polityka,  ale  i  te  przeciwieństwa  przyczyniły  się  do  nie- 
przyjaźni  między  nim  a  Tomickiego  obozem.  Wszyfirtko 
go  od  tych  ludzi  przedziela;  kiedy  tamci,  posiadłszy  "wy- 
kwintne wykształcenie  wieku,  przechylają  się  do  możno- 
władztwa rodowego  i  duchowego,  lgną  do  zagranicy,  mia- 
nowicie niemieckiej  i  tym  wpływom  w  dziedzinie  cywi- 
lizacyi  i  polityki  szerokie  otwierają  pole,  to  szlachcic  ten 
sieradzki  staje  na  stanowisku  ciaśniejszem,  rodzimom  i  na- 
rodowem,  przedstawia  i  chce  przedstawiać  domorosłe  kie- 
runki szlachty,  a  wobec  niemczyzny  głosi  zawsze  i  wszę- 
dzie odporność,  wywiesza  sztandar  polski,  pod  którym  za- 
mierza zwalczać  żywioł  zbytecznie  w  Polsce  rozpanoszony, 
odniemczyć  miasta  rządzące  się  prawem  magdeburskiem  *). 

Nie  odebrał  on  wychowania  uniwersyteckiego  ani 
w  Krakowie  ani  za  granicą;  mistrz  krakowski  Andrzej 
Góra  wpoił  weń  tylko  pewne  wiadomości  prawa,  potrze- 
bne  do   życia*).    Wobec  humanistów,  którzy  posiedli  sól 

*)  Zakrzewski  w  Ateneum  1882,  2  str.  216. 
•)  Ten  Andrzej  de  Góra  umarł  1520  »veluti  alter  iustus  Simeonc 
według  Archiwum  uniw.  Cod.  69,  40. 


BUBIANIZM   I    U^WERSYTJCT.  ^77 

bierni,  zwie  się  on  z  ironiczną  skromnością  w  swym  te- 
stamencie »nieuczonym  i  niepotrzebnyma,  indoctus  et  in- 
utilis*),  lecz  mimo  tego  chciałby  nie  gorzej  od  tamtych 
mędrców  służyć  rzeczypospolitej.  Wrodzone  zdolności  i  po- 
parcie szlachty,  na  którą  rachował,  przysporzyły  mu  też 
godności  i  znaczenia.  W  każdym  razie  jest  to  typ  wybi- 
tny pewnej  reakcyi  przeciw  kierunkom,  które  w  wyższych 
łgarstwach  narodu  szerzyć  się  zaczęły,  a  wątpić  nie  mo- 
żna, że  wśród  tłumu  wielu  podzielało  nieufność  tego  szla- 
-chcica  sieradzkiego  względem  nowych  żywiołów,  wierzyło 
raczej  w  rodzime  zdolności,  lub  rodzime  nawet  nieuctwo 
niż  w  mędrkowatość  wykwintnych  lecz  nieco  miękkich  uczo- 
nych'i  dyplomatów,  którzy  ze  szkoły  humanizmu  wychodzili 
Wspomnieliśmy,  że  Łaski  nie  zamknął  się  stanowczo 
przed  tynnd  wpływami.  Zdawaćby  się  jednak  mogło,  że  on 
popierał  ludzi  romańskich  przeciw  najazdowi  niemieckiemu. 
W  r.  1508  wstawiał  się  Laski,  naówczas  proboszcz  po- 
znański i  kanclerz  koronny,  za  Włochem  Janem  Siculu8'em, 
pozwanym  przed  sąd  rektorski  o  obrazę  uniwersytetu 
i  bronił  osobiście  tego  człowieka,  zwąc  go  swym  familia- 
ris*).  Potem  około  r.  1526  bawi  w  otoczeniu  arcybiskupa 
poeta  francuski  Anianus  i  kruszy  za  dostojnym  swym 
opiekunem  kopie  w  turnieju  poetycznym  między  Łaskim 
a  Tomickim  •).  Przypuścić  więc  można,  że  te  przyjaźnie 
i  otoczenia  były  wypływem  antyniemieckich  uczuć  kanclerza. 
Stosunek  Łaskiego  do  uniwersytetu  i  tem  się  zazna- 
czył, że  arcybiskup  gnieźnieński,  uzyskawszy  w  r.  1515 
tytuł  legata  a  latere,  mieszał  się  chętnie  do  jego  spraw 
i;vewnętrznych,  uważał  siebie  za  wyższą  instancyę,  wkra- 
czając niejako  w  prawa  i  w  dziedzinę  biskupa  krakow- 
skiego, kanclerza  krakowskiej  wszechnicy.  Już  w  roku 
1517  podczas  sporu  dwóch  doktorów  medycyny  o  pier- 
si Zeissberg,  Johannes  Łaski  und  sein  Testament  (Wien  1874) 
«tr.  169. 

*)  Acta  rectoralia  n.  2137.' 
•)  Cricii  Carmina  p.  156/7. 


278  KSIĘGA    ra. ROZDZIAŁ   IIL 

wszeństwo  w  uniwersytecie  (ratione  prioris  loci)  apelował* 
jeden  z  tych  mistrzów  do  arcybiskupa.  Król  Zygmunt  prze- 
słał wtedy  Łaskiemu  upomnienie,  aby  miał  wzgląd  na  po- 
wagę i  prawa  kanclerza,  x>a  przez  takie  odległe  ape- 
lacye  nie  zamącano  spokoju  i  zwyczajów  wszechnicy^). 
Później  z  r.  1523  znowu  protestował  uniwersytet  przeciw 
pewnym  uroszczeniom  arcybiskupa,  który  »zelo  non  bono 
contra  universitatem  concepto«  chciał  ograniczyć  prawa 
i  jurysdykcyę  t.  z.  konserwatorów.  Ponowiono  tu  protez 
przeciw  obcym  sędziom  przed  których  spory  wewnętrzne 
szkoły  zanosić  nie  należy  *).  W  zamiarze  reformacyi  szkoły 
był  on  w  zasadzie  zgodnym  z  innymi  biskupami  jak  To- 
micki; w  szczegółach,  w  poglądach  na  defectus,  które  usu- 
nąć należało  i  w  środkach  ku  temu  zalecanych  była  nie- 
wątpliwie różnica  zdań,  której  my  dziś  już  jednak  dokla- 
dnie  określić  nie  zdołamy. 


XIII. 

Pewne  reformy  w  początku  stulecia.  —  Fundacye  Miechowity  i  To- 
mickiego. —  Przeobrażenia  jednak  idą  powoli  i  mają  cechę  polowi- 
cznoścL  —  Dlatftgo  niedostatki  trwają  i  walka  się  przedłuża.  —  Nie 
wynik  ale  czas  walki  był  świetnym.  —  Kraków  ogniskiem  postępu 
w  różnych  naukach.  —  Historyografia  po  Długoszu.  —  Miechowita.  — 
Król  Alexander  i  jego  plany  historyczne.  —  W  pierwszej  polowie 
szesnastego  wieku  wiele  uniwersytetów  upada,  podobnie  i  Kraków.  — 
Frekwencya  uniwersytetu  się  zniża,  szczególnie  napływ  obcych 
ustaje.  —  Przyczyny  tego  objawu.  —  Powody  ogóhio-polityczne  i  lo- 
kalne, krakowskie.  —  Kraków  się  polszczy,  a  uniwersytet  staje  się 
szkolą  polską  i  plebejską.  —  Świetność  Zygmuntowskiej  epoki  wy- 
pływa z  innych  źród^. 

Wszystkiej  te  zabiegi  i  nawoływania  synodów  i  bi- 
skupów długo  nie  odnosiły  należytego  i  stanowczego  sku- 
tku; w  obrębie    uniwersytetu   długo  jeszcze   nie  zdobyto 


*)  Acta  Tomiciana  IV,  198. 

*)  Conclusiones  uniyersitatis  z  r.  1523. 


\ 


HUMANIZM   I    UNIWERSYTET.  279 

się  na  radykalną,  zasadniczą  reformę.  Wprawdzie  widzieli- 
śmy, jak  humanizm  wdzierał  się  na  uniwersytet,  jak  apo- 
stołowie jego  i  lekcye  się  mnożyły,  widzieliśmy  dalej  walkę^ 
jej  koleje  i  zwycięstwa,  ale  te  dorywcze  postępy  należało 
ująć  w  pewien  ład  i  porządek,  określić  statutami  rozwój 
i  ^j^ć  go  w  pewne  prawidła,  uznać  lekcye  z  nowego  za- 
kresu za  równoważne  i  równie  obowiązujące,  jak  średnio- 
wieczne wykłady,  a  przecie  do  tego  nie  przyszło.  Mamy 
z  początku  wieku  pewne  próby  reformy,  nieśmiałe,  poło- 
wiczne, nie  dosięgające  rdzenia  sprawy  i  położenia.  Ra- 
dzono ciągle  o  niedostatkach  ale  nie  zdobyto  się  na  kroki 
stanowcze. 

Do  tych  prób,  zdążających  do  uchylenia  braków  śre- 
dniowiecznego ustroju,  zaliczyć  musimy  fundacyę  Miecho- 
wity z  r.  1522.  Wiadomem  jest,  że  nauka  i  nauczanie 
średniowiecznego  uniwersytetu  chromało  po  części  z  tego 
powodu,  że  magistrowie  nie  mieli  ściśle  określonego  za- 
kresu, lecz  postępując  z  jednego  stanowiska  na  drugie^ 
zmieniali  wraz  z  beneficyum  i  koUegiaturą  przedmiot  wy- 
kładu, przebiegali  z  średniowieczną  encyklopedycznością 
wszystkie  siedem  sztuk,  wykładali  raz  meteorologię,  to 
znów  astronomię,  to  znów  metafizykę.  Brak  specyalności 
i  zagłębienia  się  w  jednej  nauce  wytwarzać  musiał  pe- 
wną płytkość  i  powierzchowność  wykładu.  Maciej  Miecho- 
wita zrobił  tedy  wyłom  w  dotychczasowej  praktyce.  Wy- 
posażył on  hojniej  stanowisko  astrologa  w  uniwersytecie, 
zastrzegł  jednak,  aby  ta  kollegiatura  nie  podlegała  odtąd 
opcyi,  t.  j.  nie  dostawała  się  z  kolei  w  ręce  coraz  innego 
koUegiata,  lecz  żeby  uniwersytet  wybierał  na  to  stano- 
wisko męża  zdolnego  i  uczonego,  »któryby  na  niem  przy- 
najmniej piętnaście  lat  pozostawał  z  korzyścią  dla  nauki 
i  jej  postępu...  propter  maiorem  experientiam  conąuiren- 
dam«  1).  Był  to  więc  krok  stanowczy,  zrywający  z  dotych- 
czasową tradycyą,  otwierający  zbawienne  szlaki  dla  po- 
stępów przyszłości. 


_J 


^80  Kffl^GA   m.  —  BOZDZTAŁ   in. 

w  r.  1531  uczynił  coś  podobnego  biskup  Tomicki 
%  inną  koUegiaturą,  z  wyraźnym  zamiarem  poparcia  i  utwier- 
dzenia humanizmu.  W  r.  1406  wyposażył  był  ks.  Nówko 
kollegiaturę  gramatyki  lub  retoryki  w  uniwersytecie  Ja- 
giellońskim, połączoną  z  altaryą  św.  Alexego  w  katedrze 
krakowskiej.  Dochody  jej  miały  płynąć  z  domu  naro- 
żnego na  placu  św.  Andrzeja,  zwanego  Zerwikaptur.  Kol- 
legiatura  ta  z  biegiem  czasu  bardzo  podupadła,  należała 
do  periclitatae,  bo  dom  ów  na  ulicy  Grodzkiej,  mocno 
zrujnowany  przysparzał  raczej  kłopotów  niż  dochodów. 
W  pierwszej  połowie  szesnastego  wieku,  w  r.  1530  prz^ 
szedł  on  też  od  uniwersytetu  na  własność  kapituły  kra* 
kowskiej.  Podupadłą  kollegiaturę  Nowkona  należało  teraz 
ratować.  Kapituła  krakowska  ofiarowała  wtedy  domowi 
większemu  uniwersytetu  patronat  nad  kościołem  parafial- 
nym w  Zielonkach;  a  do  tego  beneficyum  inkorporowano 
ową  altaryę  św.  Alexego.  Pleban  Zielonek,  wybrany  przez 
kollegiatów  większych,  miał  być  odtąd  zobowiązanym  do 
lekcyi  in  theologia  sive  in  artibus.  Równocześnie  przed- 
siębrał biskup  Tomicki  kroki  dla  uratowania  i  uposażenia 
katedry  Nowkona,  czyli  Oratoriae  lectura,  »która  nie  tylko 
dla  uniwersytetu,  lecz  dla  całego  królestwa  jest  bardzo 
pożyteczną  i  konieczną.«  Środki  po  temu  są  bardzo  zna- 
mienne dla  epoki  i  dla  Tomickiego  zarazem.  Altarysta 
ołtarza,  znajdującego  się  w  wielkiej  izbie  kollegium  wię- 
kszego, ma  odtąd  trzynaście  grzywien  wypłacać  rocznie 
dla  kollegiata  Nowkona.  A  lektor  ten  wymowy  ma  w  przy- 
szłości nie  drogą  opcyi  dostawać  się  na  to  stanowisko, 
lecz  z  wyboru  kollegiatów  większych,  którzy  baczyć  mają 
na  jego  zdolności  w  tym  kierunku,  nie  zważając  na  prawo 
starszeństwa,  ani  na  stopnie  uniwersyteckie.  Elekt  może 
być  nawet  żonatym.  Ma  on  w  zimowem  i  letniem  półro- 


>)  Cod.  univ.  IV,  87. 


HUMANIZM   I   UNIWBRSTTBT.  281 

czu,  prócz  tego  podczas  kanikuły  wykładać  wymowę  »opie- 
rając  się  zawsze  o  klasycznych  autorówa,  Cycerona,  Kwin* 
tyliana  i  Liwiusza,  prócz  tego  w  uroczystych  chwilach 
występować  z  mową  w  imieniu  uniwersytetu.  Uniwersy- 
tet ze  wspólnych  dochodów  swoich  doda  mu  wreszcie 
cztery  grzywny.  —  Cała  ta  reforma,  w  r.  1631  przedsię- 
^wzięta  ^),  nosi  na  sobie  stanowcze  piętno  nowości,  wpro- 
wadza zasadę  wyboru  i  otwiera  wrota  uniwersytetu  dla 
humanistów  wędrownych  i  młodych  oratorów,  którzyby 
w  jego  murach  zamierzyli  roztaczać  błyski  nowej  kultury 
i  kultury  tej  kierunki  szerzyć.  Tomicki,  jak  zawsze,  tak 
i  w  tym  wypadku,  śmiało  kroczy  naprzód  i  śmiało  działa 
w  imieniu  sprawy,  której  po  imieniu  nazwać  się  nie  waha. 
Zdobiono  tak  dorywczo  na  dachu  gmach,  którego 
fundamenta  i  podstawy  były  nadwątlone.  Reforma  stano- 
wcza, bardzo  pożądana,  tymczasem  opóźniała  się  ciągle. 
Nie  pomogły  na  defectus  i  braki  takie  środki,  jak  zmniej- 
szenie kosztów  promocyjnych,  które  w  początkach  wieku 
obniżono  po  kilkakroć.  W  r.  1521  mamy  ślad  reforma- 
cyjnej  pracy  w  nowo  spisanych  statutach  fakultetu  teo- 
logicznego; wprowadzały  one  lepszy  porządek,  ale  nie  za- 
wierały zarzewia  prawdziwego  postępu.  Po  długich  zwło- 
kach, dopiero  w  roku  1536  wzięto  pod  zasadnicze  obrady 
upadek  fakultetu  artystów  i  wydano  pewne  konstytucye, 
które  miały  złemu  zaradzić.  Ale  jakiego  były  one  rodzaju? 
Obostrzono  środki  przeciw  magistrom  niedbałym,  aby  ra- 
tować ćwiczenia  (exercitia),  od  których  stronili  mistrzo- 
wie i  słuchacze;  zalecono,  aby  przy  tych  ćwiczeniach  dbano 
więcej  o  styl  ozdobny  i  zwięzłość  (quod  illa  exercitia... 
ad  cultiorem  stilum  et  compendiosiorem  modum...  redu- 
cerentur);  przypomniano  dalej  obowiązek  słuchania  lekcyi 
filozoficznych  i  logicznych;  napomniano  wreszcie  do  uczę- 


')  Cod.   univ.  IV.  107.  Nowy  kollegiat,  jeżeli  by  był  żonatym, 
może  mieszkać  poza  kollegium. 


282  KRIĘGA    in. ROZDZIAIi    lU. 

szczania  na  actus  sobotnie,  przy  których  bakałarze  mają. 
swe  twierdzenia  nie  teologicznymi  lecz  filozoficznymi  ar- 
gumentami popierać*).  Reforma  ta  z  r.  1536  bynajmniej 
więc  uchodzić  nie  może  za  przełom  stanowczy  i  świt  no- 
wej epoki.  Te  same  mniej  więcej  urządzenia  i  zarządze- 
nia średniowieczne  miały  trwać  nadal,  tylko  w  ozdobniej- 
szej  występować  szacie.  Jakby  tu  o  szatę,  a  nie  o  istotę 
rzeczy  i  treść  chodziło.  Reformy  szły  odtąd  tak  powoli,  iż 
w  społeczeństwie  bardziej  łaknącem  postępu,  niż  konser- 
watywny uniwersytet,  zaczęły  się  wyradzać  pewna  nieu- 
fność i  pogarda  względem  Jagiellońskiej  szkoły.  W  roku 
1538  ograniczono  liczbę  exercycyów,  w  r.  1548  zmieniono 
ich  nazwę  na  progymnasmata,  określono  inaczej  nieco  ich 
zadania,  aby  tą  główną  minionych  wieków  spuścizną,  sub- 
telnościami scholastycznemi  nie  razić  i  nie  odstraszać 
młodzieży.  Równocześnie  niektóre  książki  przedawnio- 
ne zastępowano  nowszemi,  przydatniejszemi  dla  potrzeb 
i  smaku  chwili.  W  r.  1550  znowu  starano  się  określić 
istotę  i  zadania  exercycyów.  Niektóre  zupełnie  odpadły,  inne 
miały  być  rodzajem  powtarzania  lekcyi,  czemś  do  da- 
wnych resumpcyi  zbliżonem...  »aby  wstrętne  miano 
exercycyów  nie  odstraszało  młodzi  od  takich  ćwiczeń«.  Osta- 
tecznie jednak  dopiero  reforma  Górskiego  z  roku  1579 
zapewniła  t.  z.  humaniora  studia  winne  znaczenie  i  zu- 
pełną swobodę.  Tak  dużo  więc  czasu  było  potrzeba,  aby 
uniwersytet  wyzwolił  się  z  petów  średniowiecznego  ustroju, 
które  hamowały  wszelki  postęp,  a  śmielszych  ludzi  zmu- 
szały do  ciągłego  łamania  i  lekceważenia  istniejących  po- 
rządków i  przepisów*). 

Walka   była  długą,   ale    tylko  chwilami  zaciętą  i  to 
opóźniało  ostateczne   starcie   się  dwóch  światów  i  wynik 

^)  Muczkowski,  Lib.  prom.  LII. 

•)  Por.   o   tern  wszystkiem   Liber   Promotionum   LYU,  LVIII, 
LXIII,  LXIX. 


HTTMAKIZH   I    UNIWIERSTTBT.  283 

stanowczy.  Walka  ta  poczęła  się  w  dwóch  ostatnich  pię- 
tnastego stulecia  dziesiątkach  i  wrzała  żywiej  i  dobitniej 
przez  pierwszą  ćwierć  następnego  wieku.  To  zaś  było  dla 
uniwersytetu  złowrogiem,  że  się  nie  skończyła  ani  stano- 
wczą klęską,  ani  stanowczem  zwycięstwem;  nie  znalazł 
się  bowiem  w  uniwersytecie  przeważny  i  śmiały  człowiek, 
któryby  doraźnie  i  stanowczo  przechylił  szalę  na  rzecz 
postępu;  po  przygaśnięciu  wielkich  zapałów  i  złagodzeniu 
ostrych  przeciwieństw  ludzie  poza  uniwersytetem  stojący, 
jak  Tomicki,  przeważnym  swym  wpływem  dyktowali  wa- 
runki dalszego  istnienia,  wreszcie  duch  czasu  regulował 
to  powoli,  co  duchy  znaczących  indywiduów  byłyby  za- 
prowadziły raźniej  i  doraźniej.  A  duch  czasu  przepro- 
wadza zawsze  mniej  doniosłe  reformy,  bo  nie  mają  one 
piętna  indywidualności,  która  wnosi  do  postępu  ciepło 
i  energię. 

Ale  sam  czas  walki  był  świetnym,  pełnym  życia, 
bujności,  różnorodności  interesów  i  żywiołów.  Jakwwiel- 
kiem  ognisku  zestrzelały  się  wtedy  w  Krakowie  myśli 
przewodnie  zagranicy,  przedstawiane  przez  takich  ludzi, 
jak  Kallimach,  Celtes,  tylu  wędrownych  humanistów,  po- 
chodzących z  Niemiec,  Szwajcaryi  i  Anglii.  A  na  odwrót 
z  tego  ogniska  promieniało  światło  na  cały  nieomal  Za- 
chód; z  Krakowa  ruch  helleński  w  Niemczech  silne  otrzy- 
mał poparcie  i  życiodajne  tchnienia.  U  krakowskich  też 
mistrzów  szukano  światła  dla  poznania  nieba  i  praw  nie- 
bieskich; słońce  Kopernika  zawisło  odtąd  nad  tą  kolebką 
nowoczesnej  teoryi.  Między  innemi  znalazła  historya  w  tych 
latach  wśród  mistrzów  uniwersytetu  gorące  poparcie.  Kiedy 
wielki  dziejopis  średnich  wieków,  Jan  Długosz,  kończył 
w  roku  1480  wiekopomne  swe  dzieło,  zwracał  się  on  do 
uniwersytetu  z  prośbą,  aby  snuto  w  jego  murach  dalej 
przędzę  przez  niego  zadzierzgniętą.  Ta  prośba  ^)  jest  pełną 
wymowy  i  szczerego  uczucia.  »Proszę  ja  i  błagam...  mia- 


')  Hist  V,  701. 


284  K8IĘGA    Ul. ROZDZIAŁ   lU. 

nowicie...  doktorów,  profesorów,  magistrów,  studentów, 
pisarzy...  uniwersytetu  krakowskiego,  aby  po  moim  zgo- 
nie... roczniki  me  dalej  prowadzili.  Go  więcej,  proszę  ich 
i  zaklinam,  aby  jedną  kollegiaturę  do  lepszych  należącą 
wyłączyli  i  oddali  magistrowi  wybitnemu,  biegłemu  w  nauce 
i  pisaniu  (studiorum  et  literarum  humanitatis  peritum), 
któryby  od  innych  zajęć  i  trudów  wolny,  tylko  roczni- 
kom pracę  swoją  poświęcił,  nad  nimi  przemyśliwał,  nimi 
się  radował,  w  dzień  i  w  nocy  sam  ze  sobą  i  z  innymi 
o  nich  rozmawiał,  troszczył  się  o  korzyść,  pożytek  i  chwałę 
ojczyzny,  więcej  jednak  o  chwałę  Bożą  i  prawdę.«  Słowa 
te  nie  poszły  na  marne.  Nie  słyszymy  wprawdzie  o  prze- 
7;naczeniu  osobnej  katedry  w  uniwersytecie  dla  historyka 
narodu,  ale  wiemy,  że  wśród  mistrzów  znalazł  się  nieba- 
wem jeden,  który  podjął  pracę  Długosza  i  myśli  Długosza. 
Pióro  zmarłego  dziejopisa  dostało  się  w  godne  ręce  i  prze- 
szło na  człowieka,  równie  górnymi  ożywionego  ideałami 
Talent  pisarski  Miechowity  jest  z  pewnością  mniejszy;  ale 
człowiek  ten,  którego  w  medycynie  krępowały  częstokroć 
zabobony  i  przesądy,  uderza  na  polu  historyograiii  szero- 
kością swego  horyzontu,  ciekawością  umysłu  i  spostrze- 
żeniami pełnemi  trafności  i  trzeźwego  rozsądku.  A  zanim 
Miechowita  spisał  i  wykończył  swe  dzieło,  przyszło  dla 
historyograiii  poparcie  ze  strony,  z  której  niewiele  pod- 
niet dla  nauki  spodziewać  się  było  można.  Król  Alexan- 
der,  krótko  przed  swoim  zgonem  w  r.  1506,  nakazy w^at 
żupnikowi  krakowskiemu,  aby  przez  jeden  rok  wypłacał 
tygodniowo  po  kopie  groszy  Mikołajowi  Rozemberskiemu, 
któremu  »poleciliśmy,  aby  napisał  historyę  narodu  i  da- 
wnych dziejów  Polski.a  Historyograf  był  człowiekiem  zna- 
nym z  dyplomatycznych  misyi  do  Niemiec  w  celu  przy- 
gotowania wspólnej  na  Turków  wyprawy.  Biegły  w  mo- 
wie miał  teraz  piórem  królowi  i  narodowi  służyć.  O  ile 
plan^)  ten  dojrzał,   nie  wiemy  zupełnie;  ale  znamiennem 


Por.  o  nim  Liber  Quitantiarum  Alexandri  regis  p.  216  i  Cha- 


HUUAKIZM   I    UNIWER8TTET.  285' 

dla  epoki,  a  zaszczytnem  dla  króla  jest  podjęcie  myśli 
Długosza;  dawny  jego  wychowaniec  wypłacał  tak  w  czę- 
ści dług  wdzięczności  wobec  mistrza,  którego  słowa  nie 
znalazły  pełnego  i  zupełnego  oddźwięku  w  murach  uni- 
^wersytetu.  Wielki  następca  Alexandra  Stefan  Batory  na 
schyłku  stulecia  gorliwiej  i  skuteczniej  działał  w  tym  sa- 
mym kierunku;  prawda,  że  dla  tych,  co  mieli  męża  śpię- 
^wać  i  wojnę,  znalazł  się  wtedy  monarcha  pełen  dzielnością 
mąż,  który  mógł  natchnąć  nie  tylko  historyka,  lecz  wie- 
szczów.—  Później  jeszcze  odżyła  pierwotna  myśl  Długosza 
i  znalazła  wyraz  w  samym  uniwersytecie.  Wskrzesił  ją 
^w  r.  1621  słynny  uczony  Sebastyan  Petrycy  i  uposażył 
katedrę  historyografa  w  łonie  wszechnicy  Jagiellońskiej* 
Plan  średniowiecznego  dziejopisa  doczekał  się  tak  wre- 
szcie urzeczywistnienia;  przypadło  ono  jednak  na  epokę^ 
w  której  magistralne  pióro  już  się  nie  znalazło,  a  może 
i  magistralne  czyny  pojawiały  się  rzadziej,  niż  za  czasów 
Długosza. 

Że  wynik  walki,  która  zawrzała  pod  koniec  średniowie- 
cza w  Krakowie,  nie  odpowiedział  jej  świetności,  że  uniwer- 
sytet po  tych  zapasach  popadł  w  jakieś  znużenie  i  upa- 
dek, na  to  złożyły  się  ogólne  czasów  powody  i  przyczyny 
bardziej  miejscowej  natury.  Mówiliśmy  już  o  niektórych. 
Wiek  szesnasty  ze  swą  rozterką  religijną  i  niepokojem 
sprowadził  i  gdzieindziej  pewien  zastój  i  zanik  świetności. 
Upadek  ten  stanowczy  objawia  się  w  rozmaitych  uniwer- 
sytetach; rozluźnienie  dyscypliny  wśród  uczniów  i  profe- 
sorów, opieszałość  mistrzów,  zubożenie  średniowiecznych 
tych  instytucyi  —  wszystko  to  złożyło  się  na  zwyrodnienie. 
Wiedeń  około  r.  1525  w  zupełnym  jest  rozstroju,  Erfurt 
upada  w  trzecim  wieku  dziesiątku,  Rostock  i  Greifswald 
w  tych    samych   czasach   prawie    zupełnym   zanikiem  są 


ritas,  księga  zbiorowa,  Petersburg  1894  str.  49^:  Pawiński,  Nieznany 
dziej  opis  polski. 


286  KSIĘGA    m. ROZDZIAŁ   III. 

zagrożone.  Burza  czasu  powiała  nad  tworami  średnich 
wieków  i  zmroziła  ich  żywotność.  Zupełnie  podobne  ob- 
jawy mamy  w  Krakowie. 

Mimo   tylu   ludzi  świetnych,  którzy  w  początku  stu- 
lecia głos  z  katedr  krakowskich  zabierali,  mimo  wszelkich 
zabiegów  Tomickiego  i  samego  króla  Zygmunta,  szkota 
krakowska  staczała  się  z  wyżyn  swojego  światowego  zna- 
czenia   na    stanowisko    bardziej    nikłe   narodowej   szkoły, 
a  i  tego  zadania  nie  dorosła  wkrótce  i  nie  zdołała    zado- 
wolić górniejszych  i  szerszych  aspiracyi.  Frekwencya  w  pier- 
wszych  dwóch   dziesiątkach   wieku  jest  jeszcze  znaczna, 
w  r.  1520   zapisuje    się    w   matrykułę    krakowską  jeszcze 
294  scholarów.  Jak  dawniej  prócz  z  Polski  płyną   tu  bar- 
dzo   liczni    studenci    z   Moraw,    Śląska  i  Węgier,  bo  kra- 
kowski uniwersytet  był  przecie  właściwą  szkołą  tych  kra- 
jów; co  chwila  jeszcze  błyskają  nazwiska  z  dalszych  dzie- 
dzin Zachodu.  Prędko  jednak  ta  świetność  zaczyna   przy- 
gasać. W  trzecim  lat  dziesiątku  zmniejsza  się  liczba  gra- 
duowanych,   w   r.    1528,   w  letniem  półroczu  jeden  tylko 
student  składa  egzamin  na  bakałarza.  To  jest  wprawdzie 
wypadek   wyjątkowy,  ale  ogólnie   można   w  tych    latach 
dostrzedz  zastoju  w  tym  kierunku.  Frekwencya  scholarów 
zmniejsza    się    także   i   zmienia  jej  istota.     Począwszy  od 
roku    1524,   w    latach    1526,  1527,  1528  znajdujemy  słabe 
wpisy;      napływ      scholarów      upada,       a    przedewszy- 
stkiem     siła    attrakcyjna,    którą     szkoła    krakowska      na 
obcych    ludzi    wywierała,    począwszy    od    r.   1524  słabnie 
coraz    bardziej.     Na   ten   upadek   frekwencyi  składały  się 
najrozmaitsze  przyczyny,  ogólniejszej  i  więcej   miejscowej 
natury. 

Przyczyniła  się  do  tego  ówczesna  polityka  polska; 
ci  sami  humaniści,  którzy  ideom  i  prądom  świata  zamie- 
rzali torować  drogi  w  Polsce  i  wrota  na  oścież  otwierać, 
w  dziedzinie  czynu  prowadzili  miękką  politykę  ustępstw 
i  abdykacyi,  osłabili  znaczenie  górujące  Polski  i  węzły, 
które  ją  ze  światem  łączyły.  Szydłowiecki  Krzysztof,  wielki 


HUMANIZM   I   UNIWERSYTET.  287 

humanista  i  mecenas,  i  pokrewny  mu  duchem  Piotr  To- 
micki, wyznawcy  habsburgskiej  polityki,  zapewnili  na  kon- 
gresie wiedeńskim  z  r.  1515  ewentualną  sukcesyę  Habs- 
burgów w  Czechach  i  Węgrzech,  a  już  w  roku  1526  zni- 
knęła dynastya  Jagiellońska  z  widowni  w  tych  krajach. 
Rok  przedtem  inna  abdykacya,  także  podyktowana  przez 
miękkich  humanistycznych  polityków,  doprowadziła  do  se- 
kularyzacyi  Prus.  »Jeżeli  to  prawda,  rzekł  wtedy  kanclerz 
cesarski  Gattinara  do  Dantyszka  w  Madrycie,  jeżeli  to  król 
wasz  uczynił,  skończyło  się  z  jego  pomiędzy  książętami 
chrześcijańskimi  powagą.a  Potęgę  Polski  na  Wschodzie, 
powagę  na  Zachodzie  znacznie  te  zdarzenia  uszczupliły, 
a  to  musiało  się  odbić  na  wszelkich  objawach  życia.  Co 
do  Węgrów,  uczęszczających  na  uniwersytet  krakowski 
cyfry  mówią  za  siebie;  w  latach  1493  — 1506  wpisywało 
się  corocznie  przeciętnie  28  Węgrów  w  każdem  pół- 
roczu, w  latach  1507  — 1515  liczba  ta  spada  na  22; 
później  w  okresie  lat  1516  — 1525  spotykamy  przeciętną 
liczbę  15-stu  scholarów;  następnie  w  latach  1526  — 1539 
na  2272  studentów  wpisanych  uczy  się  w  Krakowie  już 
tylko  138  Węgrów,  wreszcie  w  dziesiątku  lat  1540 — 1550 
(włącznie)  liczba  ich  ogólna  wynosi  zaledwie  trzydziestu 
sześciu  ^).  A  równocześnie  w  początkach  szesnastego  wieku 
znad  także  stopniowe  zmniejszanie  się  zastępu  niemieckich 
scholarów  w  Krakowie.  Złożyły  się  na  to  znów  różnoro- 
dne powody.  W  początku  szesnastego  wieku  powstały 
w  Niemczech,  w  miejscach  ku  wschodowi  wysuniętych 
dwa  uniwersytety,  spóźnione  kwiaty  wielkiej  epoki  śre- 
dniowiecznych fundacyi;  Wittenberg  otrzymał  uniwersytet 
w  r.  1502,  Frankfurt  nad  Odrą  w  r.  1506.  Już  to  mogło 
się  tedy  przyczynić  do  odciągnięcia  napływu,  który  dotąd 
ku  Krakowowi  się  kierował.  Przyszła  następnie  zamieszka 
religijna,   która   przerzedziła  jeszcze  bardziej  szeregi  kra- 


*)  Por.   Dr.   Karol   Schrauf,   Regestrum  bursae   Hungarorum 
Craooviensis,  Wien  1893  str.  XVII/XVIII. 


288  KJBIĘGA   nL ROZDZIAŁ   III. 

kowskich  scholarów.  Religijne  i  narodowe  przeciwieństwa 
zarysowały  się  silniej,  wielu  młodzieńców  nęciło  więcej 
świtające  nowe  życie  Wittenberga  niż  Kraków,  gdzie 
wśród  walki  nowych  i  starych  prądów  poległa  świetność 
uniwersytetu.  A  i  Polacy  zwabieni  » nowinkami «  zaczęli 
chętnie  do  niemieckich  uniwersytetów  uczęszczać,  Witten- 
berg i  Lipsk  szczególnie  ich  przyciągał^).  Musiało  to  nie- 
bawem znaczne  przybierać  rozmiary,  skoro  w  roku  1534 
król  Zygmunt  wydał  zakaz  udawania  się  na  zagraniczne 
uniwersytety.  Wola  jednak  królewska  nie  położyła  z  pe- 
wnością tamy  wyjazdowi  z  kraju.  Młodzież  chciwa  nowi- 
nek i  tak  udawała  się  na  obczyznę,  a  również  ci,  którzy 
głębszej  pożądali  nauki,  nie  szukali  jej  w  Krakowie,  lecz 
na  włoskich  uniwersytetach.  Z  jednej  więc  strony  refor- 
macya,  a  z  drugiej  strony  humanizm  włoski  pędził  na- 
ówczas  polskich  młodzieńców  w  świat  daleki. 

A  w  dalszym  ciągu  hamować  zaczęły  napływ  nie- 
miecki lokalne  stosunki  Krakowa.  Wspominaliśmy  o  nie- 
mieckiem  mieszczaństwie  tu  zagęszczonem,  o  sile  attrak- 
cyjnej,  którą  ono  wywierało  na  zachodnich  przybyszów. 
W  początku  szesnastego  wieku  stosunki  te  zaczęły  się 
zmieniać.  Zamieszkałe  w  Krakowie  rodziny  polszczyły  się 
powoli,  nowe  przybytki  stawały  się  rzadkimi;  raczej  wio- 
ska immigracya  znaczyła  się  od  przybycia  Bony  silniej  od 
niemieckiej.  Bardzo  ciekawemi  pod  tym  względem  są  wy- 
znania listowne  Rudolfa  Agricola.  25-go  sierpnia  r.  1519 
pisze  on  do  Vadianus'a*):  Chodzą  tu  wieści  o  buncie  Po- 
laków przeciw  Niemcom;  wszyscy  byliśmy  na  to  przygo- 
towani, król  to  uspokoił,  lecz  nie  w  zupełności.  —  Kupcy 
szczególnie  byli  zaniepokojeni,  bo  przeciw  ich  przewadze 
zwracał  się  zapewne  ruch  ten  w  pierwszym  rzędzie.  — 
W  rok  potem  (n.  213)  pisze  znów  Agricola  do  Yadianus  a, 
że  chciałby  opuścić  Kraków,  zbyt  nieżyczliwy  Germanom. 


*)  Por.  Morawski,  Archiwum  komisyi  literackiej  1884,  t.  V. 
*)  Die  Yadian.  Briefsammlung  n.  165. 


HUMAIOZM   I    UNIWBB8TTBT.  289 

Skarży  się,  że  tu  Niemcem  więcej  gardzą  niż  Żydami 
(n.  216),  użala  się  przedewszystkiem  na  spolszczonych 
Niemców  —  polonicati  Germani.  Umysły  były  wtedy  pod- 
niecone wojną,  która  na  północy  miała  ostatecznie  roz- 
strzygnąć długoletnie  spory  między  Zakonem  i  Polską. — 
Równocześnie  prawie  Jan  Hadus  rzucał  na  Kraków  obelgi^ 
lAT  którym  dla  braku  znajomości  języka  przepłacać  musiał 
^wszelkie  towary.  Wyraźnie  więc  ruch  odpolszczający  zger- 
manizowane  miasto  znaczne  już  był  zrobił  postępy.  Pro- 
ces ten  znalazł  wreszcie  wymowny  wyraz  w  dekrecie 
królewskim  z  r.  1537.  Dotąd  główny  kościół  Panny  Ma- 
ryi w  rynku  był  katedrą  niemieckiego  mieszczaństwa; 
teraz  za  zgodą  senatu  i  za  dekretem  królewskim  prymas 
Andrzej  Krzycki  przeniósł  kaznodzieję  niemieckiego  do 
sąsiedniego  kościoła  św.  Barbary^). 

Około  roku  1530  staje  się  więc  uniwersytet  krakow- 
ski przeważnie  szkołą  polską;  podczas  gdy  dawniej  był 
zakładem  międzynarodowym,  odtąd  schodzi  na  stanowisko 
krajowej  instytucyi  Jest  to  objaw,  który  i  gdzieindziej 
się  zaznacza;  ze  zmrokiem  średnich  wieków,  w  których 
potęgi  uniwersalne  łączyły  narody  w  jedną  rodzinę  chrze- 
ścijańską, wyrosły  granice  i  słupy  graniczne  między  na- 
rodami. W  Lipsku  skarżono  się  również,  że  uniwersytet 
nabiera  charakteru  ciasnego  szkoły  »magis  privatae  eru- 
ditionis  quam  universalis  academiaeoc,  a  skarga  lipska  da 
się  w  całej  pełni  zastosować  do  Krakowa.  Szkoła  krako- 
wska przestała  być  w  szesnastym  wieku  prócz  tego  szkołą 
wszystkich  warstw  narodu.  W  piętnastem  stuleciu  gar- 
nęli się  do  niej  prostacy  i  członkowie  pierwszych  rodów; 
wśród  mistrzów  wydziału  kanonicznego  przeważał  od  sa- 
mego początku  stan  szlachecki'),  wszystko  co  zajaśniało- 
na  widowni  publicznej,  przebyło  kiedyś  studya  w  krakow- 


>)  Cricii  Carmina  XLI/II. 

*)  Ks.  dr.  FijaZek,  Studya  do  dziejów  uniwersytetu  krakowsk. 
(1898)  str.  54. 

Hiat.  Uniw.  T.  U.  ^^ 


290  KOOIGA   in. ROZDZIAŁ   IIL 

skim  uniwersytecie.  W  szesnastym  za  to  wieku  nabiera 
uniwersytet  znamienia  plebejskiego.  Wśród  mag'i8trów 
rzadko  już  zabłyśnie  nazwisko  szlacheckie,  nauczają  prze- 
ważnie mieszczanie  lub  wieśniacy;  a  to  samo  dzieje  się 
ze  scholaramL  »0d  roku  1525  mniej  więcej  bogata  sztar 
chta  rodowa  stale  uniwersytet  Jagielloński  mija  i  synów 
swoich  na  naukę  tu  nie  posyła.  Od  tego  czasu  też  zapi- 
suje się  co  kursu  do  metryki  uniwersyteckiej  tylko  szla- 
chta całkiem  drobna,  mieszczanie  i  włościaństwo,  a  tylko 
kiedyś  niekiedyś  jawi  się  w  ich  rzędzie  jaki  potomek 
z  możnłejszego  domu«  *). 

Doszło  więc  do  tego,  że  uniwersytet  opuszczony 
przez  swoich,  zubożały  pod  względem  pieniędzy  i  ludzi, 
nie  podsycany  przez  przybyszów,  którzy  napuszczali  do 
szkoły  krakowskiej  nowe  soki  i  życie,  marnieć  zaczął 
i  więdnąć,  czekając  daremnie  na  zbawcę  i  zbawienie,  na 
spadkobierców  ducha  Jadwigi  i  Jagiełły,  którzy  mu  za- 
kreślili zadania  tak  wysokie  i  szerokie,  myśli  przewodnie 
tak  wzniosłe,  że  mogły  one  zapewnić  pracę  i  wypełnić 
dusze  całych  pokoleń  i  wieków.  Skarga  na  to  zacieśnienie 
myśli  i  ludzi,  która  w  drugiej  połowie  wieku  wyszła  z  ust 
szlachetnego  Jakóba  Górskiego*),  już  w  tych  wcześniej- 
szych czasach  byłaby  była  uzasadnioną.  )>Takowe  głupie 
rozsądki  i  mowy,  mówi  Górski,  szkołę  krakowską  i  kot 
legia  popsowały  i  psują,  gdy  pan  doktor  nie  patrzy,  je- 
dno na  swego  ziemka,  na  swego  serwitora,  nie  baczy, 
czego  kto  godzien,  jedno  swojemu  choć  niegodnemu  po- 
maga... Nie  tylko  na  Polaki  szkoła  budowana,  nie  tylko 
na  Krakowczyki,  Lwowczyki  i  Poznaóczyki —  A  teraz 
co?  gdzie  Węgrowie,  gdzie  Niemcy,  gdzie  inszy  z  powia- 
tów dalszych  ?«  Jest  to  żal  na  nepotów,  którzy  w  staico- 
dawnej   Alma   Mater  synów  prawowitych  nauki  wyparli, 


*)  Wielooki,  O  wydawnictwie  Liber  diligentiaram  (1886)  str, 
.12  i  20. 

*)  Rada  Pańska,  wyd.  Czermak  str.  84. 


HUlCAinZM   I   UMIWKBSTTBT.  891 

skarga  na  zwężenie  widnokręgu,  wśród  którego  wielkośoi 
rogatkowe  najbujniej  wyrastają  i  najczarniejsze  rzucajii 
też  cienie.  Na  tle  tych  wszystkich  powodów  przedstawia 
się  ówczesny  upadek  uniwersytetu,  przypadający  na  chwile^ 
w  których  światło  innych  wszechnic  zachodnich  takie 
przygasać  zaczęło  i  tracić  dotychczasowe  swe  blaski  Przy- 
pominamy tutaj,  że  przesławny  uniwersytet  paryski  w  pier- 
wszej połowie  szesnastego  wieku  pozostawał  jeszcze  i  upie- 
rał się  przy  zadawnionym  systemie  nauczania  i  przesta- 
rzałych metodach.  Scholastyka  ciężyła  tam  wielką  jeszcze 
przewagą;  a  kiedy  humanista  Berquin  porywał  się  na 
walkę  z  tym  ustrojem,  pisał  do  niego  Erazm  z  Roterdamu 
z  przestrogą:  Wróg  Twój  nie  umiera;  fakultet  jest  nie- 
śmiertelnym. Równocześnie  zaś  wytrzymywał  i  przetrzy- 
mywał ten  fakultet  dotkliwe  razy,  spadające  z  ręki  naj- 
zjadliwszego  satyryka  wieku  i  wszystkich  wieków  Fran- 
ciszka Rabelais  ^).  —  Fakultet  tedy  krakowski  chciał  ró- 
wnież być  nieśmiertelnym,  tą  nieśmiertelnością,  której  głó- 
wnym wrogiem  jest  życie. 

Uniwersytet  więc  ostatecznie  w  epoce,  o  której  mó- 
wimy, obiecanej  ziemi  nie  posiadł,  ani  nie  wprowadził 
stanowczo  narodu  w  jej  granice.  A  tymczasem  poza  nim 
przynosili  z  tej  ziemi  i  Włosi  i  Polacy  całe  pęki  dojrza- 
łych owoców  i  kwiatów,  które  się  złożyły  na  krasę  i  ozdo- 
bność  Zygmuntowskiej  epoki.  Czego  uniwersytet  nie  dał 
<)ałemu  narodowi,  to  wyborowi  ludzie  i  wybrańcy  społe* 
<;zeństwa  na  innej  zdobywali  drodze.  I  zakwitła  ta  bujna 
poezya  łacińska,  Trzycieskiego,  Krzyckiego,  Janickiego 
i  Dantyszka,  natchniona  w  znacznej  części  wpływami 
i  kulturą  na  obczyźnie  zdobytą,  a  dwór  Zygmuntowski 
zajaśniał  tworami  włoskiego  ducha  i  talentu,  który  tu  na 
Północy  stwarza  prawdziwe  klejnoty  architektury.   Kiedy 


*)  Por.  o  paryskim  uniwersytecie  około  r.  1530,  Gothein,  Igna- 
tius  von  Loyola,  sir.  244  i  nast 

19* 


292  icai^A  m  —  rozdział  m. 

"W  uniwersytecie  padają  ostatnie  strzały  walczących  ze 
sobą  obozów  przed  zawieszeniem  broni,  które  wszystka 
pozostawiło  w  zawieszeniu,  na  dworze  polskim  odbywa 
sią  tymczasem  obrzęd  weselny  króla,  który  wygląda  jak 
wielki  przegląd  szermierzy  i  wyznawców  nowych  prądów^ 
jak  święto  zbratania  się  Południa  z  Północą,  tryumfu  muz 
klasycznych  i  gracyi  odrodzenia.  Zjazd  wiedeński  z  roku 
1515  już  był  takim  kongresem  wędrownych  humanisty- 
cznych poetów;  w  roku  1518  dali  oni  sobie  hasło  spotka- 
nia się  w  Krakowie.  Bona  Sforza  zawitała  wtedy  do  sto- 
licy, a  z  nią,  jak  już  współcześni  głosili  piewcy,  włoska 
kultura  zjeżdżała  na  Północ  odległą.  Oprócz  turniejów 
rycerskich  odbył  się  istny  turniej  poetycki,  w  którym  pi- 
sarze jak  Dantyszek,  Krzycki,  Agricola,  Ursinus  Yelius, 
Laurentius  Corvinus  szli  o  lepsze  w  natchnieniu.  Cale 
zastępy  Włochów  —  orszak  Bony  wynosił  287  osób  —  zje- 
chały wtedy  do  Polski;  oni  to  podsycali  i  wytwarzali  tą 
błyskotliwą  i  świetną  kulturę,  która  na  dworze  królew- 
skim i  na  dworach  wielkich  panów  wtedy  się  przyjęta^) 
i  która  w  wieńce  kwiatów  przystroiła  naszą  Zygmuntow- 
ską  epokę. 

Płużono  sobie  w  tych  rozkoszach  i  słodyczach,  a  za- 
pomniano o  marniejącej  Jagiellońskiej  szkole 

gdzie  przed  tym  jeżdżali  cudzoziemcy. 

Kochanowski,  który  zakosztował  jej  nauki  i  poznał 
jej  mistrzów,  brać  ich  musiał  w  obronę  przed  rodakami 
pisząc,  iż 

Na  dziesięć  grz3rwien  jednak  dosyć  wymyślają. 

Grosze  Jadwigi,  które  kiedyś  wytworzyły  cuda,  nie 
dorastały  już  nowych  czasów,  ale  nie  dorastało  do  tych. 
cudów  także  społeczeństwo. 

^)  Por.  Sokołowski,  Repertorium  fiir  'Kunstwissenschaft  8  Bd. 
(1885):  Die  itaL  Kiinstler  in  Krakau  i  Morawski,  Z  dworu  Zygmunta 
Starego  (Przegląd  Polski  1886/7  IV,  p.  201  i  531). 


ROZDZIAŁ  IV. 

Do  dziejów  matematyki  i  astronomii 
w  Krakowie. 


Órednie  wieki  i  znawstwo  przyrody.  —  Matematyka  i  naaka  jej 
w  Krakowie.  —  Arytmetyka  i  algorytmy.  —  Marcin  Król  z  Zórawicy 
około  połowy  wieku  piętnastego  przyczynia  się  do  postępu  na  polu 

matematyki.  —  Trygonometrya. 
Astronomia.  ~  Nauka  o  sferze  i  teorya  planet.  —  Katedra  Stobnera 
i  przywiązane  do  niej  obowiązki.  —  Kalendarze  ówczesne.  —  Katedra 
Marcina  Króla.  --  Judicia  czyli  prognostyki.  —  Warunki  hamujące 
rozwój  astronomii  w  średnich  wiekach.  —  Tabulae  i  brak  obserwa* 
oyi.  —  Od  polowy  piętnastego  wieku  znaczy  się  pewien  postęp  na 
tern  polu.— Marcin  Król.— Piotr  Gaszowice  i  jego  obserwacye.  —  Marcin 
Bylica  z  Olkusza.  —  Działa  przeważnie  za  granicą;  stosunki  jego  z  Re- 
giomontanusem  we  Włoszech.  —  Pobyt  na  Węgrzech;  Bylica  cieszy 
flię  laskami  Macieja  Korwinus'a.  —  Stosunki  Bylicy  z  Polską  i  wpływ 

na  naukę  w  Krakowie.  —  Dary  jego  dla  Krakowa. 
Wojciech  Brudzewski,   astronom  i  humanista.  —  Działalność  jęga 
i  znaczenie  na  polu  astronomii,  uczniem  jego  Kopernik.  —  Inni 

astronomowie  ówcześni  w  Krakowie. 
Jan  z  Głogowa  i  Michał  z  Wrocławia  zajmują  się  astronomią  pra- 
ktyczną, a  raczej  astrologią.  —  Astrologia  iudiciaria  i  przepowiednie 
ówczesne.  —  Skłonność  tej  epoki  do  cudactw  i  zabobonu.  —  Alche- 
mia, chiromancya,  nekromancya.  —  Faust  i  Kraków.  —  Domówienie.  — 
Astronomowie  obcy,  wyszli  ze  szkoły  krakowskiej. 


294  csEĘOA  ni.  —  sozdział  iy. 

Wydział  artystów  miał  młodych  scholarów  zaprawiać 
we  wszystkich  siedmiu  sztukach  wyzwolonych,  które  roz- 
padały się  na  dwa  działy,  tworzyły  dwa  stopnie,  pierwszy 
niższy,  t  z.  trivium,  obejmujące  nauki  formalne,  grama- 
tykę, retorykę  i  dyalektykę  i  stopień  wyższy,  na  którym 
uczono  arytmetyki,  muzyki,  geometryi  i  astronomii,  ozna- 
czonych jedną  nazwą  quadrivium.  Początkujący  scliolar, 
gotujący  się  do  bakalaryatu  powinien  był  się  przede wszyst- 
kiem  zaznajomić  z  trzema  sztukami  t  z.  trivium,  słuchał 
więc  pilnie  komentarzy  do  Alexandra,  do  nowej  poetyki^ 
objaśnień  ksiąg  Arystotelesa;  poza  tem  żądano  od  niego 
pewnych  wiadomości  astronomicznych,  potrzebnych  dla 
układu  roku  kościelnego  i  jego  świąt,  uczono  go  t.  z.  Com- 
putus  i  wykładano  mu  Sphaera  materialis  ^).  Kształcący 
się  na  magistra  zaznajamiał  się  dalej  z  trudniejszemi  księ- 
gami Arystotelesa,  mianowicie  temi,  które  się  zajmowały 
życiem  człowieka  i  przyrody,  a  do  tego  przystępowały 
cztery  nauki,  składające  się  na  quadrivium. 

Mówiliśmy  już  o  stanowisku  i  roli  tych  wszystkich 
nauk  w  ciągu  piętnastego  stulecia;  średnie  wieki  dyale- 
ktyce  oddały  pierwszeństwo  nad  siostrzycami,  rozpierała 
się  ona  na  uniwersytetach  z  wielką  przewagą  i  szkodą 
innych  przedmiotów.  Odrodzenie  humanistyczne  potem 
wysunęło  na  plan  pierwszy  poetykę  i  retorykę,  chciało  je 
wyzwolić  z  pod  panowania  dyalektyki,  która  sztuki  w^y- 
zwolone  ujarzmiła.  Jeżeli  dla  nauk  przyrodniczych  i  ści- 
słych panowanie  dyalektyki  nie  mogło  być  korzystnem, 
to  nowe  hasła  nie  zapowiadały  na  razie  stanowczej  po- 
prawy losu. 

Średnie  wieki  nie  zaznały  więc  bujniejszego  ruchu 
ani  na  polu  matematyki,  ani  w  dziedzinie  znawstwa  przy- 
rody. Pierwsza  żyła  drobnymi  okruchami  greckiej  nauki 
i  traktowaną  była  po  macoszemu;  drugiemu  nie  sprzyjał 
duch  ani  nastrój  tych  stuleci.  Kult  dla  księgi  przekazanej 


Muczkowski,  Lib.  Promot.  XIII. 


MATBIIATTKA   I   AfirTRONOlUA.  295' 

i  tradycyi  przytępiał  wzrok  dla  otaczającej  rzeczywistością 
nie  dopuszczał  jej  badania;  zamiast  czytać  w  przyrodzie^ 
czytano  o  niej  w  dawnych  pożółkłych  rękopisach,  w  któ- 
rych dawne  obserwacye  plątały  się  z  całym  balastem  pó- 
źniejszych komentarzy.  W  księgach  Arystotelesa  szukano 
przedewszystkiem  objaśnienia  praw  jej  i  tajemnic.  Wy- 
kładano więc  jego  dzieło  De  coelo  et  mundo,  de  gene- 
latione  i  de  anima,  objaśniano  jego  Metheora,  a  księgi 
Physicorum  były  podstawą  całego  studyum;  każdorazowy 
dziekan  urządzał  zawsze  ćwiczenia  z  tego  zakresu,  t  z. 
Exercitium  physicorum.  Arystoteles  był  więc  tu  najwyższą 
powagą  i  ostatniem  słowem;  komentarze  Scotusa  i  Alberta 
Magnus  miały  dawać  znów  klucz  do  jego  tajemnic,  jak 
on  sam  do  zagadek  natury.  O  postępie  nauki  w  ta- 
kiem  położeniu  mowy  być  nie  mogło;  a  postęp  znaczył 
się  chyba  w  coraz  zawilszych  spekulacyach,  które  tekst 
dawnego  filozofa  opajęczały  coraz  grubszemi  warstwami- 
Dyalektyka  przy  tem  odgrywała  przeważną  rolę;  fizyka 
Arystotelesowska  była  też  raczej  filozoficzną  księgą  i  wy- 
woływała filozoficzne  komentarze.  Jedyną  »fizykalną«  na- 
uką w  nowszem  tego  słowa  znaczeniu  w  uniwersytetach 
średniowiecznych  była  optyka  lub  perspektywa,  której  nau. 
czano  według  Perspectiya  communis  Franciszkanina  Pec- 
kama  (-f-  1292)  *).  W  Krakowie  żądano  tej  znajomości  przy 
egzaminie  na  magistra. 

Tak  uczono  w  Krakowie  i  tak  nauczano  w  innych 
uniwersytetach.  Żaden  się  pod  tym  względem  nie  odró- 
żniał, ani  nie  wyróżniał;  rozwoju  w  tem  nie  było  i  hi- 
storya  może  dlatego  pospiesznie  przejść  obok  objawu, 
który  nie  miał  warunków  historyi  i  prawa  do  niej  nie 
posiada. 

Matematyka  i  astronomia  w  średnich  wiekach  podo- 
bnie jak  nauki  przyrodnicze  mało  wykazywały  życia 
i'  postępu.     Mówimy  tu  przedewszystkiem  o  wieku  czter- 


Giinther,  Oeschiohte  des  mathem.  Unterrichts,  191. 


296  x8D|aA  m. — bozdzsiał  iv. 

nastym  i  pierwszej  połowie  piętnastego;  bo  zaprzeczyć 
się  nie  da,  że  w  wieku  trzynastym  pod  zbawczym  wpły- 
wem prac  arabskich  zapanował  pewien  bujny  ruch  na 
polu  przyrodoznawstwa  i  matematyki,  że  zaświtał  jakiś 
brzask  w  tej  dziedzinie,  którego  wybitną  chwałą  byt 
^największy  matematyk  europejski  średniowiecza^  Leo- 
nardo Fibonacci  z  Pizy^).  Ale  to  śmielsze  spojrzenie  na 
świat  i  jego  prawa  było  przemijającym  objawem.  W  wieku 
powstawania  północnych  uniwersytetów  panował  na  tem 
polu  znów  zastój  i  pewna  martwota  i  dopiero  w  drugiej 
połowie  piętnastego  wieku  znaczy  się  ruch  wybitniejszy, 
szczególnie  w  dziedzinie  matematyki  a  więcej  jeszcze  na 
polu  związanej  z  nią  ściśle  astronomii.  Kraków  nie  dat 
się  w  tym  względzie  wyprzedzić  przez  resztę  świata, 
a  w  wielu  kierunkach  nawet  ją  wyprzedzał  i  rzucał  hasła 
postępu. 

Mniej  wiemy  o  matematyce,  której  rozwój  był  słab- 
szym i  powolniejszym.  Mówiliśmy  już  o  tem,  że  odno- 
wiony w  roku  1400  uniwersytet  krakowski  posiadał  pra- 
wie od  początku  istnienia  stałą  katedrę  dla  matematyki 
i  astronomii;  każdy  kollegiat  Stobnera  był  do  wykładów 
z  tego  zakresu  zobowiązanym,  a  szczęśliwem  było  zrzą- 
dzeniem, jeżeli  wytrwał  na  niej  długo,  nie  posuwając  się 
na  lepsze  beneficya,  bo  to  zapewniało  ciągłość  jego  pracy 
i  ciągłość  nauczania.  Między  innemi  miał  on  uczyć  Eukli- 
desa i  arytmetyki.  Niestety  katedra  ta  była  słabo  wypo- 
sażoną, należała  do  podrzędniejszych,  więc  podobnie  jak 
i  gdzieindziej  początkujący  mistrzowie  objaśniali  matema- 
tyczne dzieła*). 

Ogólnie  powiedzieć  można,  że  nauka  arytmetyki  ogra- 
niczała   się    wtedy    na  przyswojeniu  sobie  głównych  pra- 


')  Zeuthen,  Geschichte  der  Mathematik,  Kopenhagen  1896  str.  315. 

')  Kaufmann,  Geschichte  der  deutschen  Universit&ten  II,  48L 
Por.  Giinther,  Gesohichte  des  mathem.  Unterrichts  im  d.  Mittelalter 
(Berlin  1887)  S.  210. 


UATmCATTKA   I   AOTBOMOIOA.  297 

i^ideł  rachowania,  geometrya  na  przerabianiu  nie  zbyt 
glębokiem  pierwszych  ksiąg  Euklidesa.  Co  do  Krakowa, 
to  pewnem  jest,  ie  w  uniwersytecie  od  roku  1404  zna- 
nym on  był  i  wykładanym,  mianowicie  zaś  jego  Elementa, 
które  były  zakonem  geometrycznej  nauki  w  średnich  wie- 
kach. Używano  go  i  czytano  w  przekładzie  łacińskim 
i  z  komentarzami  Jana  Campanus.  Magistrowie  krakow- 
scy objaśniali  go  kawałkami,  po  dwie  lub  trzy  księgi  na 
semestr,  zwykle  od  pierwszej,  rzadziej  od  innych  zaczy- 
nając. Arytmetyka  nie  stała  tu  nigdy  wysoko  aż  po  sam 
koniec  szesnastego  wieku,  w  którym  bujniej  się  zazna- 
<czyła;  pisma  Fibonacci^ego  nie  dostały  się  do  nas  nigdy,  jako 
też  i  gdzieindziej  mało  znanemi  pozostały.  Nauka  zaś  naj- 
pospolitszej arytmetyki  szła  w  Krakowie  podobnie  jak 
w  innych  uniwersytetach  z  małego  pisemka  De  algorithmo 
albo  De  arte  numerandi  Jana  z  Holywood  (Joannes  de 
Sacrobusto),  tudzież  tak  samo  zatytułowanych  pisemek 
innych  bezimiennych  autorów.  Odróżniano  Algorithmus 
integrorum,  działania  na  liczbach  całkowitych  i  Algorithmus 
minutiarum,  działania  na  ułamkach,  najczęściej  także  Al- 
gorithmus linealis,  gdzie  na  liniach,  niejako  metodą  po- 
glądową, uczono  dodawania,  odejmowania  i  innych  dzia- 
łań i). 

Stan  rzeczy  podniósł  się  nieco  ponad  ten  poziom 
nizki  i  elementarny  w  połowie  piętnastego  stulecia.  Wy- 
tyczną i  wybitną  osobistością  był  wtedy  w  Krakowie 
Marcin  Król  z  Żórawicy.  Mówiliśmyjużonim,  o  jego 
zasługach  i  jego  stosunkach  ze  słynnym  Feuerbachem. 
Jeżeli  Feuerbach  wielkie  zasługi  położył  około  wprowa- 
dzenia trygonometryi  Ftolemeusza  i  Arabów  do  Europy  •)» 


*)  Takich  algorytmów  kilka  mamy  w  Cod.  Czartor.  3910,  rę- 
kopisie bardzo  ciekawym  dla  poziomu  nauki  w  Krakowie.  Są  tam 
traktaty  o  muzyce  i  przepisy  o  poprawnem  czytaniu  łaciny  w  bre- 
wiarzach i  mszałach  (p.  81),  wyjęte  de  tractatulo  accentuum  Mathiae 
de  Miechów. 

')  Zeuthen  1.  c.  328. 


298  KSIĘGA  in.  —  &ora>ziAf«  IT. 

to  działalność  Marcina  w  Polsce  pokrewne  miała  oele 
i  skutki.  Za  jego  sprawą  zawitała  po  raz  pierwszy  trygo- 
nometrya  do  Krakowa  i  to  nie  stara  Ptolemeusza,  gdzie 
prócz  cięciw  (chordae)  innej  funkcyi  niema,  ale  ta,  którą 
Arabowie,  jak  Geber  (Dschabir  ibn  Aflah),  przejąw8zy  całą 
grecką  matematykę  wydoskonalili.  W  grubym,  astrono- 
micznym, dotąd  niewydanym  traktacie  Marcina  Króla  znaj- 
dujemy już  przy  obliczeniach  ustawicznie  wspominane 
sinus,  sinus  versus,  umbra  recta  i  umbra  versa,  a  więc 
wiadomości  z  zakresu  goniometryi;  co  zaś  do  właściwej 
trygonometryi,  to  zna  on  to,  co  ma  Almagest  Ptolemeusza, 
ale  nadto  i  to,  co  ma  ważny  a  długo  nieznany  traktat 
Gebera,  który  o  znaczny  krok  postąpił  dalej,  niż  wszyscy 
poprzednicy,  Grecy  i  Arabowie.  To  się  już  u  nas  nie  za- 
gubiło; i  choć  może  rzadko  tego  uczono  z  katedr  uni- 
wersyteckich, to  poza  uniwersytetem,  w  prywatnem  nau- 
czaniu i  w  tradycyi  uczonych  wiadomości  te  pozostały  ży- 
wemi.  Brudzewski  w  końcu  wieku  posługiwał  się  we  wy- 
kładach obliczeniami  trygonometrycznemi,  uczeń  jego  Mar- 
cin Biem  z  Olkusza  wykonywał  rachunki  trygonometry- 
czne, jako  rzecz  ogólniej  znaną.  Z  obliczeń  Marcina  Króla 
okazuje  się,  że  miał  on  już  pod  ręką  jakieś  tablice  try- 
gonometryczne, zapewne  Blanchini'ego,  które  w  końcu 
r.  1449  lub  1450  przywiózł  ze  sobą  do  Krakowa,  Marcin 
Król  napisał  także  geometryę  praktyczną,  jak  już  powyżej 
zaznaczyliśmy,  która  była  zapewne  nie  oryginalną,  nie 
mniej  przeto  pierwszym  traktatem  miernictwa  w  Polsce. 
Peuerbach  był  tu  znów  jego  wzorem  i  przewodnikiem, 
podobnie  jak  na  polu  arytmetyki.  W  każdym  razie  od  tej 
osobistości  począł  się  w  Krakowie  pewien  ruch  bardziej 
żywy  w  zakresie  nauk  matematycznych.  Rozumiemy  też 
na  tle  tego  słowa  Eneasza  Silvius*a,  który  stwierdzał  około 
połowy  stulecia  sławę  Krakowa  w  dziedzinie  nauk  ma- 
tematycznych. 

Astronomia  była  ściśle  z  matematyką  związana,  a  gó- 
rowała   nad    nią    znaczeniem    i    zajęciem,    które    budziła. 


MATEMATTKŁ   I   ASTRONOMIA.  299 

Związaną  była  ściśle  z  filozofią  Arystotelesa  i  to  już  je- 
dnało jej  adeptów,  a  prócz  tego  i  uboczne  praktyczne 
względy  zapewniały  jej  poczestne  stanowisko.  Ona  prze- 
oież  stanowiła  porządek  i  ład  świąt  kościelnych  i  kalen- 
darza; w  życiu  kościelnem  i  codziennem  odgrywała  więc 
rolę  dosyć  ważną.  Rozpadała  się  ta  astronomia  na  dwa 
działy,  naukę  o  sferze  i  teoryę  planet  Pierwszą  wykła- 
dano powszechnie  według  dzieła  De  sphaera  Jana  de  8a- 
crobosco,  które  miało  aż  do  szesnastego  wieku  zupełny 
monopol  w  tej  dziedzinie.  Dawał  tu  autor  definicyę  sfery, 
objaśniał  jej  skład,  omawiał  wschody  i  zachody  gwiazda 
różnice  długości  dni  i  nocy,  dalej  odrębności  klimatów^ 
wreszcie  ruchy  planet  i  zaćmienia.  Był  to  krótki  traktat, 
kompilacya  pierwszych  rudymentów  nauki,  a  były  prze- 
cież uniwersytety,  które  ograniczały  naukę  i  wiedzę  astro- 
nomiczną do  tych  elementów.  U  nas  żądano  przy  egza- 
minie na  bakałarza  jej  znajomości  ^).  Od  magistranda  wy- 
magano natomiast  obeznania  się  z  theorica  planetarum. 
Używano  w  tym  celu  Teoryk  Gerharda  de  Sabbionetta, 
autora  czternastego  wieku,  którego  dzieło  odznaczało  się 
^eloma  błędami  i  zamieszaniem.  Na  niem  jednak  opie- 
rało się  powszechnie,  w  Krakowie  aż  do  ostatniej  ćwierci 
piętnastego  stulecia,  wyższe  studyum  teoretycznej  astro- 
nomii. 

Do  astronomii  właściwej  przyłączyły  się  dalej  wy- 
kłady o  kalendarzu  kościelnym,  Computus  ecclesiasticus, 
z  którym  bakałarz  krakowski  powinien  był  być  obezna- 
nym, a  wreszcie  astrologia,  która  opierała  się  na  astro- 
nomii, a  posiłkowała  medycynę.  T.  z.  Tetrabiblos  Ptole- 
meusza tworzył  podstawę  tej  dyscypliny,  a  prócz  tego 
używano  łacińskich  przekładów  podręczników  arabskich, 
przede  wszy  stkiem  zaś  traktatu  Alkabitius'a:  Astronomiae 
iudiciariae  praecepta. 


*)  Por.  Gtinther.  Geschichte  des  mathem.  Unterrichts  184;.  Mu- 
czkowski,  Liber  Promot.  XIII. 


300  KSIĘGA   m. ROZDZIAŁ   lY. 

Katedr  w  Krakowie  dla  nauczania  matematyki  i  astro- 
mii  było  dwie.  Pierwsza  i  starsza  Stobnera  zobowiązy- 
wała do  nauczania  Euklidesa,  perspektywy,  arytmetyki 
i  muzyki,  do  objaśniania  Teoryk  planet,  tablic  Alfonsa 
i  Algorytmu  minutiarum  *).  Statut  z  r.  1476  wprowadził 
w  tym  programie  pewne  zmiany,  odpowiadające  postę- 
powi, nakładał  prócz  tego  na  tego  koUegiata  zapowiedź 
zaćmień  i  wskazywanie  środków  odwracających  złe  ich 
wpływy  i  wróżby*).  Collegiatus  Stobnerianus  miał  prócz 
tego  corocznie  ofiarowywać  uniwersytetowi  kalendarz  czyli 
Almanach.  Kalendarz  ten  jednak  w  piętnastym  wieku 
w  dziwnem  znajdował  się  zamieszaniu  wskutek  tego,  ie 
rzeczywista  długość  roku  zwrotnikowego  była  o  IIY5  mi- 
nut krótszą  od  długości  roku  Juliańskiego  (365^4  dni); 
a  tymczasem  wierzono,  że  ekwinokcyum  wiosenne,  tak  jak 
to  miało  miejsce  podczas  soboru  nicejskiego,  przypadać 
musi  na  dzień  21  marca.  Ani  próby  poprawy  Mikołaja  Cusa, 
ani  obrady  soboru  bazylejskiego,  w  których  Tomasz  ze 
Strzempina  brał  także  udział,  błędności  tej  nie  usunęły. 
Zamieszanie  rosło  ciągle,  a  zadaniem  koUegiata  Stobnera 
było  tylko  zapoznawać  swych  towarzyszów  z  istniejącymi, 
a  obowiązującymi  niedostatkami,  które  każdy  Almanach 
piętnastego  wieku  z  roku  na  rok  powtarzał,  objaśniać  to, 
co  w  rzeczywistości  ani  wyjaśnionem  ani  usprawiedliwię- 
nem  być  nie  mogło.  Krakowskie  almanachy  doszły  do  po- 
pularności i  rozgłosu;  w  Krakowie  pono  drukowano  ka- 
lendarz po  raz  pierwszy,  a  w  Wiedniu  ukazywała  się 
jeszcze  w  dziewiętnastym  wieku  książeczka  p.  t  Krakauer 
Kalender*).  Katedra  Stobnera  była  w  każdym  razie  wa- 
żną sprężyną  w  życiu  naukowem  krakowskiego  uniwer- 
sytetu, a  chociaż  swem  ubogiem  uposażeniem  nie  mogła 
na  długo  nęcić  ruchliwszych  mistrzów,  przyczyniła  się  ona 


>)  Conclus.  domus  Maioris  1449. 

")  Cod.  univ.  Crac.  III,  47. 

*)  Zeissberg,  Polnische  Gesichtsschreibung  404,  2. 


UATBMATYKA  I  ASTRONOMIA.  301 

jednak  nie  mało  do  chwały  uniwersytetu,  do  postępu  nauki^ 
zabłysła  niejednem  nazwiskiem,  w  rocznikach  nauki  i  wsze- 
chnicy znakomicie  zapisanem. 

Druga  katedra  w  tej  dziedzinie  powstała  około  po- 
lowy wieku  piętnastego.  Mówiliśmy  i  o  niej  i  o  jej  zsiło- 
życielu  Marcinie  Królu.  Jeżeli  Stobner  myślał  o  matematyce 
i  astronomii,  to  Marcin  Król  uposażył  katedrę  dla  astro- 
logii, którą  nazwano  astronomii  »n£lrrisches  T5chterlein« 
i  której  ta  ostatnia  mimo  błędów  i  obłędów  astrologów 
tak  wiele  zawdzięcza.  KoUegiat  Marcina  Króla  miał  obja- 
śniać Quadripartitus  Ptolemeusza,  tegoż  Centiloąuium,  da- 
lej rozmaite  traktaty  Arabów  z  tej  dziedziny,  wreszcie 
przedstawiać  uniwersytetowi  corocznie  iudicium,  tj.  skła- 
dać prognozy  na  rok  nadchodzący,  zawierające  wróżby 
o  urodzajach,  aurze,  położeniu  krajów,  ziem  i  pojedynczych 
stanów.  Pierwszą  tego  rodzaju  próbę  ogłosił  sam  Marcin 
Król  na  rok  1451,  »Judicium  anni  Domini  1451«;  później 
pojawiały  się  te  iudicia,  albo  prognostyki,  lub  praktyki  co- 
rocznie; autorzy  jak  Jan  z  Głogowa,  Michał  z  Wrocławia, 
Mikołaj  z  Szadka  walczyli  o  lepsze  w  przepowiedniach;, 
żydzi  zawsze  w  nich  otrzymywali  lwią  część  wszelkich 
katastrof,  które  rok  nadchodzący  ukrywał  w  swych  zawojach. 
Te  iudicia  przyczyniały  się  także  do  rozsławienia  Krakowa; 
chwała  to  jednak  wątpliwej  wartości.  W  początku  sze- 
snastego wieku  sam  uniwersytet  troszczący  się  o  podnie- 
sienie katedry  Króla  z  upadku  utyskiwał,  że  owe  iudicia 
3>babskiemi  plotkamicc  zapełnione  na  cały  świat  się  roz- 
chodzą i  zniesławiają  go  przed  światem^). 

Od  tych  przydatków  przejdźmy  jednak  do  właściwej 
naukL  Astronomia  w  średnich  wiekach  należycie  rozwi- 
nąć się  nie  mogła  dla  rozmaitych  powodów.  Przedewszyst- 
kiem  stawał  jej  na  przeszkodzie  brak  obserwacyi  a  na- 
wet pewien  wstręt  do  obserwowania,  t  j.  do  patrzenia 
wprost    w    niebo    i   przyrodę;   były  Canones  astronomici, 


*)  Cod.  univ.  Crao.  IV,  93  (1624). 


sos  K8iqOA  III.  ROZDZIAŁ   lY. 

Tabulae,  były  wreszcie  dla  wybredniejszych  Teoryki  z  prze- 
pisami do  użycia  i  wszelkiemi  ułatwieniami;  wierzono 
w  te  księgi  tak  mocno,  iż  wręcz  twierdzono,  że  niema 
potrzeby  spoglądania  na  niebo.  Chciał  wiedzieć  ówczesny 
astronom,  kiedy  słońce  wschodzi,  zachodzie  lub  księżyc, 
gdzie  się  znajduje  w  oznaczonym  czasie  jedna  lub  druga 
planeta  na  niebie,  kiedy  przypada  zaćmienie  i  jakie  przy- 
bierze rozmiary,  to  wolał  on  nieraz  wśród  czterech  ścian 
to  obrachowywać,  niż  spojrzeć  śmiało  w  przyrodę,  wolał 
swą  astronomię  »in  tugurio  exercere«,  jak  drwiąco  ma- 
wiał Regiomontanus.  Doszło  do  tego,  że  kiedy  zapowia- 
dane zaćmienia  się  nie  pojawiały,  lub  niezapowiedziane 
zaskoczyły  zarówno  świat  jak  uczonych,  astronomowie  tego 
pokroju  i  nastroju  twierdzili  poważnie,  że  coś  zaszło  czy 
się  zepsuło  w  mechanice  niebieskiej,  bo  przecież  tablice, 
któremi  się  posługiwano,  mylić  się  nie  mogą.  A  przecież 
te  tablice  astronomiczne  i  Alfonsa,  które  największej  za- 
żywały powagi,  i  Jana  Lineriusa  i  wreszcie  Blanchini*ego 
były  błędnemi  już  dla  tego,  że  oparte  były  na  fałszywym, 
geocentrycznym  mechanizmie  układu  planetarnego,  a,  po- 
wtóre  z  tej  przyczyny,  że  nawet  według  tego  systemu 
obliczone  były  miejscami  niedokładnie  albo  nawet  sku- 
tkiem pomyłek  rachunkowych  wręcz  błędnie. 

Ten  brak  obserwacyi  ciężył  więc  na  całej  astronomii 
średniowiecznej  złowrogo  i  udaremniał  wszelki  rozwój 
nauki.  Księga  i  litera  zabijała,  tu  jak  na  tylu  innych  po- 
lach, ducha,  jego  prawa  i  swobodę.  Z  pierwszej  połowy 
stulecia  wymienić  chyba  przyjdzie  jedynie  Piotra  ze  Zwa- 
nowa  działającego  około  1434,  który  w  Krakowie  na  ka- 
tedrze Stobnera  ruchliwszą  działalnością  się  odznaczył. 

Około  połowy  wieku  stosunki  zmieniły  się  nieco  na 
lepsze.  Szczególnie  w  Wiedniu  bujniejsze  wtedy  zakwitło 
życie  na  polu  matematyki  i  astronomii;  około  roku  1450 
zaczął  tam  wykładać  Georg  von  Feuerbach,  po  nim  wy- 
stąpił uczeń  jego,  największy  matematyk  stulecia,  Johan- 
nes Maller,  zwany  Regiomontanus.    Wpływ  tych  przewa- 


KATBMATTKA    I   AerTRONOMIA.  303 

isnyoh  osobistości  odbił  się  wielorako  na  Krakowie.  Mówi- 
liśmy już  o  tein,  że  Marcin  Król  ze  Żórawicy  miał  wyra- 
źne stosunki  z  Feuerbachem,  z  którym  przebywał  w  Pa- 
dwie w  r.  1448,  że  działalność  jego  podobnemi  rozwija 
się  kolejami  i  podobnemi  zasługami  znaczy.  Feuerbacha 
prace  na  polu  trygonometryi  i  geometryi  znajdują  odgłos 
w  pokrewnych  pracach  Króla,  który  niejedno  wprost  od 
tamtego  przejmuje.  W  dziełach  Króla  znajdują  się  między 
innemi  już  częste  wzmianki  o  Magna  Constructio  Ftole- 
meusza,  t  z.  z  arabska  Almageście;  był  to  najznakomitszy 
utwór  greckiego  uczonego,  kodex  greckiej  astronomii. 
A  wiadomem  przecie,  że  Feuerbach  i  Regiomontanus  przez 
swoją  pracę  nad  Almagestem  głównie  się  przyczynili  do 
odświeżenia  nauki  Ftolemeusza  na  Fółnocy^). 

Tak  jak  Marcin  Król,  tak  też  i  inny  astronom  wybi- 
tniejszy tych  czasów  był  lekarzem  królewskim  (physicus 
regius),  a  może  objął  po  tamtym  dworską  posadę.  Fiotr 
Gaszo  wiec  z  L  odmierza  zajmował  nas  już  poprzednio  jako 
profesor  medycyny,  jako  wpływowy  w  uniwersytecie  i  spo- 
łeczeństwie człowiek.  Tutaj  o  jego  działalności  astronomi- 
cznej słów  kilka  zamieścić  wypada.  Jan  z  Głogowa  wspo- 
minał później  w  swem  Introductorium  compendiosum  z  r. 
1506  o  spostrzeżeniach  jego  astronomicznych.  Wyraźnie 
zasługi  jego  były  wybitniejsze  i  przeżyły  człowieka  zmar- 
łego przed  rokiem  1474.  Dochowały  się  te  obserwacye 
w  kopii  z  r.  1492/3  *),  a  dotyczyły  gwiazd  stałych.  Jest  ich 
razem  piętnaście;  wykonał  je  Gaszowiec  za  pomocą  astro- 
labium,  które  już  wcześnie  miano  w  Krakowie.  Celu  tych 
obserwacyi  możemy  się  dzić  tylko  domyślać.  Fisano  mia^ 
nowicie  podówczas  w  Europie  dosyć  wiele  o  t.  z.  motus 
octavae  sphaerae,  t.  j.  o  (pozornym)  ruchu  gwiazd  stałych, 
będącym  faktycznie  tylko  następstwem  cofania  się  punktów 
równonocnych  czyli  precesyi.     Zjawisko  to  odkryte  przez 


^)  Wolf,  Geschicbte  der  Astronomie  (1877)  sir.  199. 
')  Wislocki,  Katal.  rękopisów  2703  str.  272. 


304  KSI^OA   m. ROZDZIAŁ  IV. 

Hipparcha  śledzili  dalej  Arabowie;  prawa  jednak  tego  zja- 
wiska z  powodu  bardzo  leniwego  ruchu  zaledwie  z  grub- 
sza określono.  Fałszywe  obserwacje  dopełniły  miary  za- 
mieszania pojęć,  jakie  pod  tym  względem  panowało  w  ca- 
łych wiekach  średnich  aż  do  Kopernika.  Jedni  byli  zdania, 
ie  ten  ruch  (pozorny)  wszystkich  gwiazd  stałych  odbywa 
się  ciągle  w  jedną  stronę  z  zachodu  na  wschód,  inni, 
jak  twórcy  tablic  Alfonsa,  że  jest  jakoby  wahadłowym  1  j. 
że  czas  jakiś  odbywa  się  z  zachodu  na  wschód,  później 
przez  kilka  wieków  odwrotnie  ze  wschodu  na  zachód, 
ażeby  potem  znowu  ruch  w  dawnym  kierunku  rozpocząć. 
Była  to  jedna  z  najbardziej  spornych  kwestyi  astronomi- 
cznych w  piętnastym  wieku.  Kto  tu  zrozumiał,  że  nie 
dyalektyką  ją  się  rozstrzygnie,  lecz  obserwacyami,  ten  był 
niezawodnie  poważniejszym  uczonym  i  wyrastał  ponad 
pokolenie.  Piotra  Gaszowca  więc  do  tego  nielicznego  po- 
cztu zaliczyć  można;  miejsca  gwiazd  obserwowanych,  zna- 
lezione na  niebie,  porównywał  on  z  określeniami  tychże 
miejsc  podanemi  w  Almageście  Ptolemeusza  i  w  Tabli- 
cach Alfonsa.  Świadczy  to  o  zmyśle  spostrzegawczym 
i  krytycznym  krakowskiego  uczonego. 

Wybitniejszym  jednak  następcą  Króla,  który  umarł 
przed  rokiem  1460,  był  uczeń  jego  Marcin  BylicazOl- 
kusza^).  Jeżeli  mistrz  jego  stykał  się  w  życiu,  zajęciach 
i  pracach  z  Jerzym  Feuerbachem,  to  uczeń  Bylica  zawarł 
blizkie  stosunki,  które  zaważyły  na  jego  życiu  i  działal- 
ności, ze  sławnym  uczniem  Peuerbacha  Regiomontanusem. 
Nie  myślimy  tu  życia  jego  obszernie  opisywać;  spędził 
on  większą  jego  część  za  granicą  i  przeważnie  tylko  po- 
średnio oddziaływał  na  losy  i  koleje  nauki  w  uniwersy- 
tecie krakowskim.  Pochodził  z  miasta  Olkusza,  które  wtedy 
licznych  scholarów  słało  na  wszechnicę  Jagiellońską;  By- 
licowie  i  Biemy  odznaczyli  się  szczególnie  wśród  innych. 


^)  For.  o  nim  wyczerpującą  monografię  Birkenmajera,  Kra- 
ków 1892. 


MATBMATTKA   I   ASTRONOMIA.  305 

Marcin  Bylica  zapisał  się  na  uniwersytet  w  roku  1452^ 
bakałarzem  został  w  r.  1456,  magistrem  r.  1459.  W  liber 
promotionum  nie  zaniechano  w  tych  miejscach  pochle- 
bnemi  zapiskami  opatrzyd  jego  nazwiska  i  sławid  go  jako 
maximus  astrologorum.  W  r.  1459  wystąpił  przelotnie  na 
katedrze  w  Krakowie  z  wykładem  o  Computus  chirome- 
tralis.  Z  następnych  dwóch  lub  trzech  lat  niema  o  nim 
wiadomości,  bo  źródła  odpowiednie  na  chwilę  wysychają. 
»Po  tablicach  ruchu  planet  (na  południk  krakowski)  na 
lata  1460  i  1461  następuje  kilkoletnia  przerwa  w  docho- 
wanych rękopisach,  podczas  której  ani  tablic  ani  judiciów 
doszukać  się  nie  można.  Najbliższe  tablice  są  rachowane 
na  rok  1467,  a  więc  już  w  r.  1466  i  to  nie  stereotypowo 
według  opleśniałych  kanonów  alfonsyńskich,  ale  po  raz 
pierwszy    według   świeżo    powstałych    kanonów    Joannis 

Blanchini,  profesora  astronomii  we  Ferrarze Pierwsze 

pojawienie  się  w  Krakowie  tablic  Blanchiniego,  obliczo- 
nych na  południk  Ferrary,  daje  się  oznaczyć  już  na  rok 
1456«  ^). 

Może  być  więc,  że  Marcin  Bylica  pozostał  najbliższe 
lata  po  r.  1459  w  Krakowie.  Niebawem  jednak  udał  się 
na  wędrówki,  idąc  w  ślady  mistrza  swojego  Króla,  a  te 
wędrówki  oderwały  go  stanowczo  od  kraju.  Prawdopo- 
dobnie spotkał  się  on  w  Padwie  w  roku  1463  po  raz 
pierwszy  z  Regiomontanem.  Odtąd  stykali  się  w  ró- 
żnych czasach  i  na  różnych  polach.  ))W  sierpniu  r.  1463 
zostaje  Marcin  przez  reformatorów  Akademii  bolońskiej 
sprowadzonym  (conductus)  do  Bolonii  dla  wykładania 
astronomii  i  to  niezawodnie  z  Padwy,  skąd  Bolończycy 
zazwyczaj  swych  doktorów  medycyny  i  astrologów  spro- 
wadzali.<(  Zapoznał  się  Bylica  w  tych  czasach  ze  znako- 
mitymi Węgrami  we  Włoszech,  jak  z  Janem  z  Cesmicze,, 
późniejszym  biskupem  Pięciu  Kościołów  i  słynnym  jako 
poeta  pod  nazwiskiem  Jana  Pannonius,  a  te  stosunki  od- 


*)  Birkenmajer  1.  c.  str.  27/28. 
Hkt.  Uniw.  T.  n.  20 


306  KSIĘGA   ni. ROZDZIAŁ   lY. 

biły  się  na  późniejszych  jego  losach.  Po  krótkim  pobycie 
i  nauczaniu  w  Bolonii  znalazł  się  Bylica  w  roku  1464 
w  Rzymie.  Pojawił  on  się  tutaj  jako  astrolog  a  zarazem 
konklawista  jednego  z  kardynałów,  zamykanych  dla  od- 
bycia conclave  po  śmierci  Piusa  II-go.  Badania  nowsze^) 
wykazały,  że  tym  kardynałem,  z  którym  Bylica  w  latach 
1463  — 1466  lub  1467  w  bliższych  przestawał  stosunkach 
(zwie  go  Dominus  meus)  był  Piętro  Barbo,  od  roku  1464 
papież  Paweł  Il-gi  i  bezpośredni  Piusa  II-go  następca^ 
Książę  ten  a  później  sternik  Kościoła  był  zawołanym  astro- 
logiem; to  tłómaczy  jego  dla  Bylicy  łaskawość,  która  się  pó- 
źniej nadaniem  rozmaitych  beneficyów  kościelnych  stwier- 
dziła. Bo  te  nauki  popłacały  wtedy  i  cieszyły  się  powa- 
żaniem szczególnem;  przecież  Regiomontanusa  zasługi 
astronomiczne  wynagrodzono  aż  nadaniem  biskupstwa. 

Regiomontanus  znajdował  się  w  roku  1464  również 
w  Rzymie  i  cieszył  się  szczególną  opieką  kardynała  Bes- 
sariona,  który  w  latach  1461/3  posłował  do  Wiednia, 
a  wróciwszy  do  Rzymu  stał  się  według  wyrażenia  hu- 
manisty »Litterarum  patronus,  cui  Apollo  jtotum  se  con- 
cessit*)«.  Ogrody  jego  opiewał  wówczas  młody  Kallimach, 
a  może  tu  spotkał  się  on  z  mieszkańcami  kraju,  który  na- 
stępnie stał  się  jego  przybraną  ojczyzną. 

Echa  blizkich  stosunków  a  nawet  zażyłości  między 
Regiomontanem  a  Bylica  zachowały  się  w  pisemku  (pier- 
wszego pod  tytułem:  Disputatio  inter  Yiennensem  et  Cra- 
coviensem  super  Cremonensia  in  planetarum  |theoricas 
deliramenta,  w  którem  Cracoviensis  jest  niewątpliwie  na- 
szym Bylica,  a  rozmowa  zmierza  do  wykazania  błędności 


*)  Prof.  Birkeamajer  wyraził  to  przypuszczenie,  Marcia  Bylica 
str.  33  i  122;  późaiej  zaalazl  potwierdzenie  w  pisemku  Bylicy  astro- 
nomiczno-astrologioznem  o  komecie  z  r.  1468,  zachowanem  w  rę- 
kopisie w  Monachium. 

*)  Zawiązały  się  te  stosunki  zapewne  w  Bolonii,  gdzie  później- 
szy papież  był  archidyakonem  katedralnym. 

^  Ks.  Fijalek,  Eos  1897,  str.  70. 


ICATBMATTKA   I   A8TR0N0MIA.  307 

teoryk  planetarnych,  kursujących  pod  nazwą  Gerharda 
z  Kremony.  Cracoyiensis  tu  występuje  z  epitetem  amico- 
nim  dulcissimus.  W  pierwszym  więc  prawie  napadzie 
Regiomontanusa  na  wadliwość  panującej  astronomii  By- 
lica  odegrał  pewną  rolę. 

Krótko  potem  losy  obydwóch  przyjaciół  przerzuciły 
na  Północ,  na  inne  pole  działania.  Król  Maciej  Gorvinus 
węgierski  bolał  nad  tern,  że  Węgry  po  nieudanych  i  prze- 
lotnych próbach  w  Pięciukościołach  i  Budzie  nie  posia- 
dały własnego,  narodowego  uniwersytetu.  W  roku  1465 
przedsięwziął  on  dlatego  usilne  starania  u  stolicy  apo- 
stolskiej, aby  ten  niedostatek  usunąć.  Jan  Vitez  znany 
nam  ze  stosunków  z  Grzegorzem  z  Sanoka  i  Janus  Pan- 
nonius  popierali  te  górne  zamysły  swego  monarchy  i  wy- 
twarzali na  Węgrzech  ogniska  cywilizacyi  i  nauki.  Papież 
Paweł  II-go  wydał  wskutek  tego  w  roku  1465  breve  na 
erekcyę  węgierskiego  studyum^),  a  założono  je  w  Presz- 
burgu  jako  Academia  Istropolitana.  Należało  tylko  ścią- 
gnąć uczonych  ze  świata.  Gorvinus  i  inni  mecenasi  nie 
szczędzili  przy  tem  zachodu,  a  we  Włoszech  najłatwiej 
było  ich  pozyskać.  W  tych  tedy  czasach,  około  r.  1465 
i  Bylica  i  Regiomontanus  podążyli  do  Węgier.  Pospieszył 
tam  także  humanista  i  astrolog  włoski  Martius  Galeotti 
z  Nami,  niegdyś  nauczyciel  Janusa  Pannoniusa  w  Fer- 
rarze,  gładki  dworak  na  przybytkach  książęcych  i  w  przy- 
bytkach Muz  i  nauki  *).  Zaczęło  się  życie  bujne  odrodze- 
nia pod  znakiem  i  hasłami  Korwina;  na  Polskę  szły  stąd 
wielorakie  wpływy,  bo  między  obydwoma  krajami  była 
•ciągła  wymiana  myśli  i  ludzi.  Potężni  mecenasi  ściągali 
na  Węgry  uczonych,  a  po  Korwinie  i  jego  otoczeniu  bo- 
gaci Turzonowie  odznaczyli  się  w  tym  kierunku. 

Bylica  odtąd  aż  do  końca  życia  pozostał  we  Węgrzech^ 
Trzymały  go  tu  obowiązki,  godności,  wreszcie  blizki  z  kró- 


*)  Denifle,  Die  UniversiUten  des  Mittelalters  I,  422. 
')  Fraknoi,  Mathias  Corvinus  295. 

20* 


808  WBSĘOA   m. BOZDZIAŁ  IV. 

lem  stosunek,  który  rozmiłowany  w  astrologii  rzadko  się 
z  polskim  uczonym  rozstawał,  potrzebował  w  podróżach 
i  wyprawach  wojennych  jego  wskazówek  i  porady.  Kiedy 
akademia  w  Preszburgu  w  roku  1472  zanikła,  powstała 
w  roku  1475  nowa  akademia  w  Budzie  i  Bylica  znowu 
należał  do  jej  ozdób  i  członków  najwybitniejszych. 

Tymczasem  Regiomontanus,  który  do  roku  1471  na 
Węgrzech  przebywał,  walczył  tu  dalej  za  postępem  nauki, 
przeciw  tradycyom,  które  jej  postęp  hamowały,  a  Bylica 
był  mu  w  tej  pracy  częstokroć  pomocnym.  W  roku  1467 
znajdujemy  obydwóch  uczonych  na  zamku  arcybiskupim 
w  Ostrzy chomiu  u  prymasa  Jana  Yitóza;  Regiomontanus 
oblicza  tam  wspólnie  z  Bylica  tablice  astronomiczne,  wy- 
dane później  kilkakrotnie  pod  tytułem  Tabulae  directio- 
num;  jest  to  rodzaj  astronomii  sferycznej,  traktat  rozwią- 
zywania rozmaitych  trójkątów  sferycznych,  powstałych  na 
pozornej  kuli  niebios  przez  przecięcie  się  wzajemne  wiel- 
kich kół  takich,  jak  równik,  ekliptyka,  poziom,  koła  zbo- 
czeń i  t  d.  Równocześnie  wykrywał  Regiomontanus  blą- 
dnośd  i  deliramenta  teoryk  planetarnych  Gerharda,  spisy- 
wał swój  dyalog  z  Bylica,  miany  rzekomo  w  Rzymie 
w  roku  1464.  Novae  theoricae  Jerzego  Feuerbacha  znaj- 
dują więc  w  Regiomontanie  i  Bylicy  żarliwych  krze- 
wicieli. 

Prace  te  i  zabiegi  Bylicy  oddziaływały  na  Kraków, 
o  którym  polski  uczony  nigdy  nie  zapomniał.  Przypomi- 
nali mu  Kraków  jacyś  przeciwnicy,  zawistni  rywale,  aemuli 
et  oblocutores,  między  innymi  dawny  jego  uczeń  magister 
Joannes  Stercz,  który  zapisany  w  r.  1458  do  uniwersytetu 
krakowskiego  może  po  wyjeździe  Bylicy  objął  w  nim 
funkcye  astrologa.  Pozostało  po  nim  kilka  pism  drobnych, 
odnoszących  się  do  pewnych  zjawisk  astronomicznych 
i  kilka  prognoz  ^).  Dzielił  on  życie  między  Kraków  i  Wę- 
gry;   był   tu   przelotnie  w  roku  1467  i  wobec   króla  Ma- 


')  Birkenmajer,  Marcin  Bylica  39. 


MATBUATTKA  I  ASTRONOMIA.  309 

cieja  i  magistrów  odbył  dysputę  »concertationem  astrolo- 
gicamcc  z  By  lica,  w  której  znakomitszy  przeciwnik  zupel** 
nie  go  pokonał. 

Wkrótce  potem  przesłał  Bylica  mimo  tych  zatargów 
^sławnemu  uniwersytetowi  krakowskiemua  rękopis  owycli 
Tabulae  directionum,  zestawionych  przez  Regiomontanuscu 
z  jego  pomocą  w  Ostrzychomiu  ^).  Była  to  zapowiedź  inr 
nych  jeszcze  darów,  niosących  hołd  rodaka  i  zarzewia  żyi- 
<5ia  dla  nauki  od  wiernego  syna  ojczyzny  i  troskliwego 
o  postęp  narodowej  szkoły  uczonego.  Wkrótce  bowiem 
potem  przesyłał  zapewne  Bylica  do  Krakowa  w  celu  usur 
nięcia  błędnych  Teoryk  Gerharda  Novae  Theoricae  Jerzego 
Feuerbacha  )>wspaniały  swą  ozdobnością  odpis,  niegdyi 
dla  Jana  Yitóza  sporządzony,  dzisiaj  w  bibliotece  Jagiel- 
lońskiej (N.  599)  się  znajdujący,  istne  cacko  pod  względem 
formy  zewnętrznej,  kaligrafii,  barwnych  i  złocistych  ini- 
cyałów.a  Bylicy  więc  pośrednią  zasługą  było,  że  wyszy- 
dzone przez  Regiomontana  Gerhardowe  teoryki  w  Kra- 
kowie około  roku  1475  ustępują  z  widowni,  że  konserwa- 
tywny uniwersytet  nie  sprzeciwił  się  wprowadzeniu  Theo- 
ricae novae  planetarum,  które  w  ich  miejsce  wstępują. 
Stało  się  tedy,  że  Kraków  pod  tym  względem  uprzedził 
niektóre  zagraniczne  i  sławne  uniwersytety. 

Po  odjeździe  Regiomontanusa,  po  zgonie  Yitóza  w  r. 
1472  pozostał  Bylica  nadal  w  swej  przybranej,  węgierskiej 
ojczyźnie,  ścieśniając  coraz  bardziej  węzły  zażyłości  z  kró- 
lewskim opiekunem,  rosnąc  w  godnościach  i  powadze. 
Niejedna  praca  astronomiczna  wyszła  natenczas  z  pod 
jego  pióra;  między  innemi  wyznaczył  on  w  roku  1474 
i  następnych  obserwacyami  astronomicznemi  szerokości 
geograficzne  dla  licznych  miast  Węgier;  może  to  pozosta- 
wało w  związku  z  przygotowywaną  przez  Korwina  mapo- 
grafią  Węgier.     Królowi  towarzyszy  on  ciągle;  w  r.  1485 


*)  Por.   Birkenmajer,   Marcin  Bylica   129.  —  Rpis.   bibl.   Jagieł. 
697  i  596. 


310  WSSĘOA.  m. BOZDZIAZi   IT. 

jest  z  nim  w  Wiednia  i  wyrabia  posłuchanie  dla  korzą* 
cego  się  przed  zdobywcą  węgierskim  uniwersytetu.  Prze- 
żył on  nawet  swego  mecenasa  potężnego,  który  w  roku 
1490  rozstał  się  ze  światem.  Z  ostatnich  lat  życia  Bylicy 
godzien  jest  zapisania  fakt,  stwierdzający  ponownie  go- 
rące jego  dla  uniwersytetu  krakowskiego  uczucia.  Zasilał 
on  już  niejednokrotnie  uczonych  krakowskich  przesyłkami 
traktatów  naukowych.  W  Conclusiones  uniwersytetu  czy- 
tamy pod  rokiem  1494,  że  10  września  zwołano  profe- 
sorów »ad  yidenda  instrumenta  astronomica  aenea  missa 
ex  Hungaria  per  mgrum  Martinum  de  Ilkusch  plebanimi 
Budensem.c(  Znowu  tu  więc  mowa  o  oflerze  Bylicy  na  rzecz 
uniwersytetu.  Umarł  on  zapewne  około  roku  1494.  W  roku 
tym  bowiem  pojawiają  się  w  murach  uniwersytetu  roz- 
maite księgi  matematyczne,  astronomiczne  i  astrologiczne^ 
których  dawniej  nie  było  w  krakowskich  księgozbiorach. 
Bardzo  tedy  jest  prawdopodobnem  przypuszczenie,  ie  za 
wolą  Bylicy,  może  ostatnią,  przeszły  one  na  własność  kra- 
kowskiej wszechnicy.  Równocześnie  zaś  wzbogacił  się 
uniwersytet  rozmaitymi  przyrządami  pomocniczymi  przy 
nauce  astronomii,  które  niegdyś  do  Bylicy  należały.  Z  za- 
piski w  Conclusiones  sądzićby  można,  że  jeszcze  sam 
Marcin  Bylica  do  Krakowa  je  wysłał.  Był  to  globus  nieba, 
jedyny  globus,  sporządzony  w  chrześcijańskim  świecie 
przed  upływem  piętnastego  stulecia,  jaki  nam  się  zacho- 
wał, torquetum  mosiężne,  wykute  w  latach  1471  —  2 
w  Norymberdze  ręką  samego  Regiomontanusa,  wreszcie 
dwa  astrolabia.  Cenne  to  pamiątki  nauki  i  pomniki  ofiar- 
ności uczonego,  który  tyloma  dowodami  stwierdzał  swe 
poczucie  związku  z  Krakowem  i  gorące  uczucia  dla  opu- 
szczonej ojczyzny.  "Wpływy  te  jego  pośrednie  zaważyły 
niewątpliwie  wielorako  na  rozwoju  astronomii  w  Krako- 
wie. Był  on  i  pod  tym  względem  pośrednikiem,  że  zdo- 
bycze i  teorye  naukowe  największego  matematyka  i  astro- 
noma wieku  Regiomontanusa  przez  niego  doszły  do  wia- 


MATBMATT1CA   I   ASTRONOMIA.  311 

domości   mistrzów   krakowskich    i   w  szkole  krakowskiej 
się  utwierdziły. 

W  tych  latach  szkoła  krakowska  podniosła  się  tym- 
czasem do  wybitnej  w  zakresie  astronomii  działalności. 
Mówiliśmy  o  Gaszowcu,  który  po  Marcinie  Królu  zajaśniał 
na  tem  polu;  umarł  on  około  roku  1474.  A  właśnie  w  tym 
roku  posuwał  się  na  stopień  magistra  młody  człowiek, 
który  jak  nikt  przedtem  i  potem  przyczynił  się  do  pod- 
niesienia stanu  astronomii  w  szkole  krakowskiej.  Woj- 
ciech z  Brudzewa  zapisał  się  w  poczet  scholarów  uni- 
wersytetu w  roku  1468,  a  w  roku  1474  zakończył  swoje 
nauki  na  artystycznym  wydziale*).  Niebawem  rozwinął 
on  tu  działalność,  która  i  jego  nazwisko  i  całą  szkołę 
świeżą  opromieniła  sławą.  Jak  wielcy  jego  na  polu  nauk 
ścisłych  poprzednicy  w  Wiedniu,  Feuerbach  i  Regiomon- 
tanus,  łączył  on  interes  dla  matematyki  i  astronomii  z  za- 
pałem dla  budzącego  się  humanizmu.  Chociaż  wykłady 
jego  z  tego  zakresu  mogą  podlegać  wątpliwości,  to  nie- 
wątpliwe światło  rzucają  na  jego  osobę  stosunki  z  Celte- 
sem,  który  w  nim  czcił  mistrza  i  niemal  synowskie  miał 
dla  niego  uczucia.  Z  głębokiem  wykształceniem  łączył  on 
dziwną  jasność  i  dobitność  wykładu;  uczniowie  tę  jasność 
umieli  sobie  cenić').  Nad  nauką  współczesną  panował 
zupełnie;  o  ile  ją  wyprzedzał,  o  ile  z  ust  jego  mogły  paść 
słowa,  budzące  w  duszy  najwybitniejszego  z  jego  uczniów 
Kopernika  wątpliwości  co  do  uznanego  systemu  świata, 
rzucające  posiew  nowych  teoryi  i  prawd,  tego  nigdy  może 
należycie  określić  nie  będzie  można.  Podniesiono  słusznie 
niektóre  doniosłe  jego  spostrzeżenia;  on  zapewne  pierwszy 
twierdził,  że  księżyc  przebiega  drogę  owalną*);  z  bystro- 


*)  Po  szozogóly  biograficzne  odsyłam  do  wydania  Prof.  Bir- 
kenmajera  CommeDtarii  in  theoricas  Peurbachii  (Graco viae  1900) 
i  do  wstępu  tam  zamieszczonego. 

*)  Por.  świadectwo  Sommerfelda  w  Modus  Epistolandi  (Cali- 
machus  Hieronymo  Aretino). 

•)  Birkenmajer  L  c.  XV. 


312  KSiąOA   IIL  BOZDZIAŁ   lY. 

ścią  nauczs^  że  zawsze  jedną  stroną  zwrócony  jest  do 
ziemia  a  wnosił  to  z  kształtów  plam  na  nim  widocznych. 
Kopernik  czerpał  z  pism  jego  wywody  swe  i  natchnienia; 
a  to  wszystko  stawia  Wojciecha  z  Brudzewa  w  rzędzie 
pierwszorzędnych  uczonych  epoki. 

Na  uniwersytecie  wykładał  matematykę,  astronomię 
jako  kolega  mniejszy  od  roku  1476,  większy  od  roku  1483: 
obok  tego  objaśniał  pisma  Arystotelesa.  Od  roku  1490 
skoro  został  bakałarzem  teologii  wszystkie  jego  publiczne 
lekcye  odnosiły  się  do  dyalektycznych,  Arystotelesowskich 
materyi*).  Poza  wykładami  publicznymi  mógł  jednak 
uczyć  prywatnie  i  niewątpliwie  światło  między  scholarami 
rozszerzał.  Wśród  tych  zajęć  nie  zaniedbywał  on  pracy 
piśmienniczej,  rozszerzył  tabulae  directionum,  przesłane 
z  Węgier  przez  Marcina  Bylicę  (Cod.  Jag.  596),  pisał  ko- 
mentarz do  teoryk  planetarum  Feuerbacha,  wydany  w  r. 
1495  w  Medyolanie  i  inne  drobniejsze  prace*). 

Rok  1494  położył  jednak  koniec  jego  nauczycielskiemu 
zawodowi.  Za  wolą  kardynała  Fryderyka  udzielił  wtedy 
uniwersytet  Wojciechowi  rocznego  urlopu,  aby  mógł  udać 
się  na  służbę  (ad  serviendum)  do  wielkiego  księcia  lite- 
wskiego Alexandra.  Wojciech  z  Brudzewa  objął  więc  w^tedy 
obowiązki  sekretarza  na  dworze  litewskim.  Była  to  nie- 
wątpliwie misya  politycznej  i  religijnej  natury.  Brudzewski 
będący  bakałarzem  teologii  wydał  się  człowiekiem  stoso- 
wnym do  takiego  zadania,  jego  rozum  i  nauka  zwrócił)' 
nań  uwagę  książąt.  Mówiliśmy  już  o  tej  misyi  poprzednio. 
Ważne  sprawy  pogodzenia  kościołów  zajmowały  wtedy 
umysły,  małżeństwo  zamierzone  wielkiego  księcia  z  pra- 
wosławną było  przedmiotem  rozpraw  i  narad.  Brudzewski 
napisał  wtedy  zapewne  traktat  prawdopodobnie  teologi- 
czny   p.  t  Conciliator  8),    którego    dotąd    nie    odnaleziono. 


^)  Por.  między  innymi  Prowe,  Nicolaus  Coppernicus  I,  139. 
')  Spis  ich  u  Birkeamajera  XXXIX  i  nast. 
')  Birkenmajer  1.  c.  XLI. 


MATEMATYKA  I  ASTRONOMIA.  313 

Zabrał  więc  głos  w  sprawach  bieżących  i  spornych,  jak 
później  zabierał  głos  w  imieniu  uniwersytetu  Jan  z  Oświę- 
cimia z  podobną  misyą  po  śmierci  Wojciecha  z  Brudzewa 
na  Litwę  posłany.  Misya  tego  ostatniego  wcześnie  się 
skończyła,  skoro  już  w  kwietniu  roku  1495  rozstał  się  ze 
światem. 

Znaczenie  jego  pozgonne  wzrosło  niepomiernie  przez 
ucznia  jego,  który  największej  rewolucyi  dokonał  w  poj- 
mowaniu wszechświata.  Kopernik  w  roku  1491  zapisał 
się  na  uniwersytet  krakowski  i  niewątpliwie  dużo  sko- 
rzystał z  nauk  powszechnie  już  cenionego  Wojciecha 
z  Brudzewa.  Mistrz  Kopernika  dokonał  tego,  że  odtąd 
nazwisko  Krakowa  stało  się  wśród  matematyków  i  astro- 
nomów tak  rozgłośnem.  Miejscowe  świadectwa  tym  nau- 
kom przypisywały  palmę  pierwszeństwa  na  wszechnicy; 
a  Hartmann  Schedel  pisał  w  swej  kronice  z  r.  1493  o  Kra- 
kowie: astronomiae  studium  maxime  viget  Nec  in  tota 
Germania....  illo  clarius  reperitur.  Jeżeli  Celtes  dla  tej 
sławy  do  Krakowa  przybył,  to  i  później  astronomia 
zwabiała  z  dalekich  okolic  scholarów,  żeby  tylko  wspom- 
nieć Jana  Aventinusa  i  Jana  Vierdung'a  z  Hassfurtu,  który 
dłużej  w  Krakowie  przebywał,  a  następnie  w  Heidelbergu 
jako  profesor  matematyki  zasłynął. 

W  ostatnich  wieku  dziesiątkach  namnożyli  się  tym- 
czasem w  Krakowie  mistrzowie,  zajmujący  się  astronomią 
i  pokrewnemi  dziedzinami  wiedzy.  Wyraźnie  skłonność 
ta  była  w  powietrzu  i  obok  budzącego  się  humanizmu 
najwięcej  porywała  umysły.  Kilku  z  nich  na  wspomnie- 
nie i  wyszczególnienie  zasłużyło.  Wymienimy  więc  Woj- 
<;iecha  z  Pniew,  magistra  z  roku  1477,  który  wykładał 
Arystotelesa,  a  obok  tego  objaśniał  sferę,  Tabulas  ecli- 
psium,  Theoricas  Planetarum  i  działał  do  roku  1497. 
Umarł  on  w  roku  1504  ^).  —  Bernard  z  Biskupiego,  zwany 


*)  Birkenmajer,  Marcin  Bylica  str.  114  wyraził  nieśmiałe  przy- 
puszczenie, czy  on  nie  jest  identycznym  z  Albertus  de  Polonia,  który 


314  KSI^A  ni.  BOZDZIAŁ   IV. 

Episcopius,  działa  obok  niego  aż  do  roku  1503,  wykłada 
też  Arystotelesa,  a  obok  tego  astrologię  i  astronomię.  Zo- 
stał on  około  roku  1492  bakałarzem  medycyny.  —  Stani- 
sław Bylica  z  Olkusza,  bratanek  Marcina,  został  magistrem 
w  roku  1484;  odtąd  działał  we  wydziale  artystów  w  uni- 
wersytecie do  roku  1499,  w  którym  poszedł  między  ka- 
noników kollegiaty  św.  Floryana.  Po  Brudzewskim  zajął 
on  pewnie  w  roku  1490  stanowisko  na  katedrze  Stobnera, 
a  wykładał  podobne  przedmioty,  jak  jego  poprzednicy.  W  bi- 
bliotece Jagiellońskiej  znajduje  się  rękopis  (n.  579)  zawie- 
rający w  sobie  efemerydy  krakowskie,  obliczone  na  rok 
1492  dla  południka  krakowskiego,  czyli  Almanach  spo- 
rządzony dla  uniwersytetu.  —  Za  zawołanego  astrologa 
(astrologus  summae  experientlae)  uchodził  w  tych  czasach 
Leonard  z  Dobczyc,  zwany  Yitreator,  członek  rodziny, 
która  się  wyróżniała  naukowem  wykształceniem  i  zdol- 
nościami i  wielu  magistrów  przysporzyła  uniwersytetowi^^ 
Magistrem  został  on  w  roku  1489  i  odtąd  do  roku  1507 
wykładał  często  matematykę  i  astronomię,  szczególnie  je- 
dnak uprawiał  astrologię.  Uchodził  za  mathematicus  acu- 
tissimus');    a    przedsiębrał   samodzielne   spostrzeżenia,  co 


wykładał  w  Bolonii  w  latach  1554/6  astronomię  i  matematykę.  Daty 
te  są  za  wczesne  dla  Wojciecha  z  Pniew.  Zauważyć  tu  jednak  na- 
leży za  Birkenmajerem,  że  dosyć  wielu  Polaków  w  drugiej  polowie 
XV-go  wieku  wykładało  w  Bolonii  przedmioty  matematyczne  i  astro- 
nomiczne, jak  Jacobus  de  Polonia  (1469/70),  Joannes  de  Bossis  Po- 
lonus (1471/2),  Joannes  Polonis  (1472/3),  Joannes  Polachus  (1474^'5; 
zapewne  to  ciągle  ten  sam  Jan);  Georgius  de  Russia  (1478/9),  Nico- 
laus  de  Insulamarie  Polonus  (1479/80),  Nicolaus  de  Leopoli  (1480^). 

^)  Pisze  o  niej  Mikołaj  z  Szadka  w  Judicium  Astrologicom 
z  roku  1525,  poświęconem  członkowi  tej  rodziny  Erazmowi,  opa- 
towi mogilskiemu.  Tam  w^ymieniono  chwały  rodzinne. 

')  Miał  on  jakieś  stosunki  z  Ludolfus  Ludolfi  de  Brunszwyci k, 
który  przyszedł  na  uniwersytet  krakowski  w  r.  1485  i  był  Leonarda 
kolegą.  Ten  Ludolf  nazwiskiem  Borchtorp  był  synem  doktora  me- 
dycyny padewskiego,  pochodzącego  ze  Sickte  pod  Brunświkiem. 
Wyprawiając  syna  do  Krakowa  dał  mu  astrolabium,    do  zroKOBiie- 


HATBHATYKA  I  ASTRONOMIA.  315 

go  wyróżnia  wśród  innych.  —  Wreszcie  wspomnieć  tu  wy- 
pada innego  krewniaka  słynnego  Marcina  Bylicy,  wnuka 
jego  po  bracie,  Marcina  Biema  z  Olkusza,  magistra  z  roku 
1491,  którego  żywot  sięgnął  aż  roku  1540.  Zajmował  on 
się  dużo  astronomią  i  astrologią,  a  kiedy  Leon  X-ty  na 
soborze  lateraneńskim  ujął  w  rękę  reformę  kalendarza 
i  wezwał  uniwersytety  do  współdziałania,  krakowscy  mi- 
strzowie jemu  powierzyli  to  zadanie.  Stąd  powstała  jego 
Nova  Calendarii  Romani  reformatio,  która  jeszcze  czeka 
na  ocenę  i  rozbiór^). 

Przebiegliśmy  tak  szereg  mistrzów  ówczesnych;  z  ka- 
tedry Stobnera  lub  Króla  wykładali  oni  swą  naukę,  lub 
na  innem  stanowisku  poświęcali  się  astronomicznym  pro- 
blemom. Są  to  w  części  koledzy,  w  części  uczniowie  Woj- 
ciecha z  Brudzewa,  który  po  nad  nich  wszystkich  wyrasta. 
Uprawiają  swoją  ciaśniejszą  naukę,  a  obok  tego  dyalektykę 
Arystotelesa.  Pierwsza  o  tyle  mogła  się  rozwijać,  o  ile 
druga  jej  nie  stłumiała,  nie  zamykała  oczu  na  przyrodę 
i  nie  wysuwała  na  pierwszy  plan  scholastycznych  speku- 
lacyi.  A  właśnie  niektórzy  z  mistrzów  ówczesnych  upra- 
wiali   astronomię    ze    stanowiska    ściśle    scholastycznego. 

Tu  non  pensavi  ch^io  loico  fossi! 
mogli  ci  astronomowie  powiedzieć  za  Dantem.  Arysto- 
teles uchodził  u  nich  za  największą  powagę;  wpajali 
więc  w  uczniów  przekonanie,  że  niepodobna  nic  mędr- 
szego,  przedewszystkiem  prawdziwszego  powiedzieć  i  na- 
pisać nad  pisma  Arystotelesa  i  jego  komentatorów.  Kto 
wyszedł  z  tego  zaczarowanego  koła  dystynkcyi,  defmicyi 
i  śmielszem  okiem  spojrzał  na  przyrodę,  ten  miał  rzeczy- 
wistą zasługę;  tymczasem  właśnie  ludzie  największej  eru- 

nia  wykładów  przydatne,  dotąd  w  Krakowie  zachowane.  Por.  Bir- 
kenmajer,  Marcin  Bylica  101  i  nast.  —  Miody  Ludolf  w  r.  1491  zro- 
bił litery  ruskie  dla  Sweybolda  Fioła.  Por.  Acta  Consul.  ab  a.  Ił&i:. 
Por.  str.  286. 

*)  Cod.  Jag.  n.  1853,  drugi  egzempl.  w  zbiorach  watykańskich* 


316  KSI^A    m. BOZDZIA2.    IT. 

dycyi  niczego  dla  sprawy  poznania  przyrody  nie  zdziałalL 
Działali  nietylko  bezowocnie,  lecz  wprost  szkodliwie,  bo 
utrwalali  swoją  powagą  system  panujący,  stłumiali  usiło- 
wania śmielsze  i  bardziej  niezawisłe.  Chwała  ich  u  współ- 
czesnych rozwiewa  się  też  przy  bliższem  badaniu  prawie 
całkowicie;  pokolenia  potomne  odmawiają  uznania  powa- 
gom, które  zbyt  wiele  uznania  znajdowały  u  w^spółcze- 
snych.  Mamy  tu  na  myśli  przedewszystkiem  Jana  Gło- 
gowczyka  i  Michała  z  Wrocławia. 

Obydwaj  oni  wsławili  się  swemi  pracami  w  dzie- 
dzinie dyalektyki  i  scholastycznej  filozofii.  Jan  z  Gło- 
gowa, który  od  roku  1468  aż  do  roku  1507  nauczał  w  uni- 
wersytecie krakowskim,  jest  typem  średniowiecznego  ency- 
klopedysty i  uczonego.  Poza  dyalektyką  uprawiał  on  naj- 
rozmaitsze dziedziny  wiedzy,  napisał  fizyonomikę  według 
powag  greckich  i  arabskich^),  w  której  według  zewnę- 
trznych kształtów  i  wyglądu  oznaczał  ludzkie  charaktery, 
w  komentarzu  do  dzieła  Jana  Yersora  de  anima  (Crac. 
1505)  poruszał  kwestye  kraniologii,  objaśniając  istotę  i  prze- 
znaczenie cellulae  mózgowych*).  Szczególnie  jednak  pra- 
cował i  pisał  dużo  w  dziedzinie  astronomii  lub  raczej  astro- 
logii; pełno  rękopisów  jego  pozostało  rękopisami,  inne 
doczekały  się  druku,  a  wszystkie  te  traktaty  stoją  na  po- 
graniczu astronomii  i  astrologii,  raczej  do  drugiej  się  skła- 
niają i  mają  za  przedmiot  praktyczne  kwestye  kalendarzy 
i  przepowiedni.  Tak  jak  na  polu  dyalektyki  Jan  z  Gło- 
gowa chciał  pośredniczyć  eklektycznie  między  rozmaitemi 
szkołami,  tak  też  wśród  astrologicznych  sporów  zajmo- 
wał on  stanowisko  ugodne.  Stara  i  nowa  szkoła    spierała 

»)  Wiszniewski,  Hist.  Lit.  III,  263;  Tytuł:  Phisionomia  hinc 
inde  ex  illustribus  soriptoribus  recoUecta  Crac.  1518.  Agricola  ją 
wydal  i  poświęcił  Włochom  Bony. 

')  Wiszniewski  III,  266  i  nast.  Podobne  problemy  wyjaśniał 
Melanchton  w  dziele  de  anima.  Było  to  więc  tradycyą  średniowie- 
czną. Por.  Grohmann,  Annalen  der  Universit&t  zu  Wittenberg  (1801) 
.1,  186. 


MATEMATYKA    I    ASTRONOMIA.  317 

się  o  to,  czy  tak  zwaną  rectificatio  nativitatum  należy 
wykonywać  według  Quadripartitus  Ptolemeusza,  księgi 
uświęconej  tradycyą  wieków,  czy  też  według  zasad  nie- 
dawno wygrzebanego  Hermesa  i  jego  głównego  rzecznika 
Abrahama  ibn  Esdrasa^).  Głogowita  chciał  obie  te  szkoły 
pogodzić,  stanął  między  starymi  i  młodymi*).  Potrzeby 
studentów  skłoniły  go  do  pisania  podręczników;  in  com- 
munem  studentium  utilitatem  opracował  Introductorium . . . 
in  tractatum  sphere  materialis  Jana  de  Sacrobusto  (Grac. 
1506),  gdzie  między  innemi  mówi  o  jednej  z  kolumn  Her- 
kulesa jeszcze,  jak  go  zapewniano,  stojącej;  dawał  on  na  po- 
parcie swych  twierdzeń  bałamutnych  objaśnienia  z  Wergi- 
liusza,  Owidyusza  i  Boccacia.  —  Jego  introductorium  astro- 
nomie (Grac.  1514)  jest  również  dziełem  astrologicznem  *); 
computus  chirometralis,  wydany  w  roku  1507,  uczy  o  cy- 
klu słonecznym,  liczbie  niedzielnej,  świętach  ruchomych, 
idach  i  kalendach.  Prócz  tego  zostały  po  Głogowczyku 
kalendarzowe  produkta,  jak  Galendarium  Gracov.  pro  a. 
Dni  1500. 

Była  to  wielkość  prawdziwie  efemeryczna  bez  ża- 
dnego donioślejszego  znaczenia  w  nauce;  posiadł  to,  co 
wiek  mu  podawał  i  to  jest  cenną  jego  właściwością.  Po 
nad  to  nie  podniósł  się  niczem  i  w  niczem,  płużąc  sobie 
w  zdobyczach  przeszłości,  które  miały  niebawem  rozpry- 
snąć się  jak  bańki  za  słowem  tego,  który,  może  z  niedowie- 
rzaniem, uczonych  jego  wywodów  słuchał  z  ławy  scho- 
lara. Pokrewną  mu  duchem  osobistością  jest  Michał 
z  Wrocławia.  Miał  on  zasługi  na  innych  polach;  dzia- 
łając   na   wydziale    artystów    aż    do   roku  1512  wykładał 


*)  Birkenmajer,  Marcin  Bylica  144 

')  Rękopis  Ossolińskich  764  i  Introductorium  in  scientiam  na- 
tivitatum. 

")  Weidler,  Historia  astronomiae  p.  336:  auctor  nontamusum 
ephemeridum  in  astronomia  quam  in  thematibus    astrologicis   con- 

dendis  docet.  —  Do  tej  samej  dziedziny  należy  Tractatus in   lu- 

diciis  astrorum.  Por.  Wiszniewski  IV,  164  i  różne  pomniejsze  prace. 


318  KsnfGA  in.  —  bozd2siał  iy. 

często  astronomiczne  i  astrologiczne  przedmioty.  Jego  dzieło 
Introductorium  Astronomie...  elucidans  Almanach  (Craa 
1506)  jest  astrologią  raczej  niż  nauką  ^);  mówi  on  w  niem 
o  naturze  i  wpływach  gwiazd  na  ziemię  i  ludzi.  Był  on 
jednym  z  filarów  scholastycznego  w  nauce  niewolnictwa. 
Szczególnie  jednak  Jan  z  Głogowa  uchodził  pow^szechnie 
za  największą  na  polu  astrologii  powagę  —  maximus  sagax 
vir  in  omni  scientia,  jak  go  nazywa  źródło  współczesne  *). 
Astrologia  kwitnęła  przez  całe  średnie  wieki  i  usuwała 
częstokroć  astronomię  na  drugi  plan,  tłumiąc  jasność  jej 
pojęć,  jasność  wzroku  i  poglądu  na  przyrodę.  Córka  ta 
narwana  astronomii,  jak  ją  Kepler  nazwał,  durzyła  umy- 
sły wszechwładnie.  Początki  jej  sięgają  zamierzchłej  prze- 
szłości Ze  Wschodu  od  Chaldejczyków  przeszła  do  Gre- 
ków, stamtąd  do  Arabów,  przez  arabskie  pisma  rozlała 
się  szeroko  po  dziedzinach  średniowiecznych  ludów.  Miała 
ta  astrologia  pewne  uprawnienie;  przecież  i  dzisiaj  od- 
żyła w  racyonalniejszej  formie,  w  badaniu  wpływu  księ- 
życa, plam  słonecznych  na  ziemskie  objawy.  Ale  w  śre- 
dnich wiekach  występowała  ona  przedewszystkiem  jako 
astrologia  iudiciaria,  zamierzała  z  gwiazd  przepowiadać 
szczególne  zdarzenia  i  fakta,  z  postawy  gwiazd  przy  uro- 
dzeniu wysnuć  natiyitas,  stawiać  dla  człowieka  ho- 
roskopy*), z  nieba  wróżyła  przyszłość  na  całe  lata  i  dla 
całych  narodów.  Zajmowała  ona  wtedy  najznakomitsze 
umysły  i  słusznie  zwrócono  uwagę  na  jej  zasługi,  które 
mimo  obłędów  nauce  oddała.  Wielu  obserwacyi  nie  by- 
liby ludzie  dokonali,  wiele  obliczeń  nie  byłoby  zrobionych, 
gdyby  astrologia  do  tego  nie  była  skłoniła*).  Przez  błędy 
i    obłędy    służono    więc   tu    prawdzie,   tak  jak    alchemia 


')  Weidler  1.  o.  340:  astronomica  argumenta  hic  frastra  quu 
reqairat 

')  Script.  rerum  polon.  II,  340. 

*)  Rudolf  Wo  f,  Geschiohte  der  Astronomie  (1877)  str.  23. 

*)  Wolf  L  c.  71;  Gunther,  Gesohichte  des  mathem.  Unterrichts 
str.  189/90. 


MATEICATTKA   I   ASTRONOKIA.  319 

niejedną  chemii  oddała  usługę.  —  W  piętnastym  wieku  na 
polu  astrologii  nowe  zakwitło  życie.  ^Wszechwładne  pa- 
nowanie czworoksięgu  Ptolemeusza  zakończyło  się,  a  nie- 
uniknione Electiones,  ludicia  i  horoskopy  bywają  sporzą- 
dzane według  licznych  traktatów  świeżo  z  ukrycia  wy- 
dobytycha  ^).  Ponieważ  przy  stawianiu  prognoz  na  przy- 
szłość posługiwano  się  tablicami  astronomicznemi,  a  pro- 
gnozy te  i  iudicia  bardzo  często  zawodziły,  dlatego  zaczęto 
badaó  poprawność  tych  tablic  i  nawoływać  do  ich  poprawy. 
Pod  tym  więc  względem  astrologia  przysłużyła  się  nauce; 
»ten  jedyny  wzgląd  wystarcza,  aby  na  nią  nie  rzucać  ka- 
mieniem potepienia.ee 

W  Polsce  astrologia  i  wróżby  astrologów  od  dawna 
się  przyjęły;  przepowiadano  na  dworze  Jadwigi  i  Jagiełły, 
Kazimierz  Jagiellończyk  posługiwał  się  astrologami  bardzo 
często*).  Pod  koniec  wieku  skłonność  ta  jeszcze  się  roz- 
wielmożniła;  humanizm  przecie  hołdował  jej  namiętnie, 
a  wyznawcy  nowego  ruchu,  uprawiający  często  mistyczną 
filozofię,  nurzali  się  z  lubością  w  spekulacyach  nad  ta- 
jemniczym związkiem  między  makrokosmos  i  mikrokos- 
mos  *),  korzyli  się  przed  siedmiu  rządzcami  rodu  ludzkiego 
i  gwiazdom  tym  o  wielkich  tego  świata  i  mecenasach 
najświetniejsze  kazali  opowiadać  wróżby. 

W  Krakowie  zaś  praktyki  astrologiczne  znalazły  głó- 
wne nieomal  swe  ognisko,  mnożyły  się  tu  prognostyki, 
almanachy,  iudicia;  wątpić  nie  można,  że  do  krakowskich 
mędrców  często  się  udawano  z  prośbą  o  poradę  i  wątpli- 
wej wartości  światło.  Przecież  współczesny  Antonio  Bon- 
fini  z  Ascoli,  historyograf  Węgier,  mówił  o  coniectores 
i  astrologi   rojących   się  w  Krakowie,  quibus  referta  Cra- 


^)  Birkenmajer,  Marcin  Bylica  42. 

*)  Birkenmajer,  Krakowskie  tablice  syzygiów  (1891)  p.  16;tenże 
Marcin  Bylica  str.  116;  Wiszniewski,  Hist.  Lit.  IV,  163.  O  Włady- 
sławie Warneńczyku  było  pełno  proroctw  górnych  w  obiegu,  w  Pol- 
sce i  za  granicą.  Por.  ks.  Fijalek,  Jakób  z  Paradyia  str.  208. 

1  V.  Bezold,  Konrad  Celtis  w  Hist  Zeitschrift  49  (1883)  str.  202. 


320  KSIĘGA   m. ROZDZIAŁ   IV. 

covia  est*),  a  uniwersytet  wyznawał  z  dumą,  że  astrolo- 
gia rozniosła  sławę  jego  nauki  »apud  exteras  remotissi- 
masąue  nationes  *)«.  Pisano  to  w  r.  1524;  krótko  przedtem, 
w  r.  1522  Maciej  z  Miechowa  fundacyą  swoją  uposaiyt 
zbyt  ubogą  koUegiaturę  astrologiczną  Marcina  Króla,  która 
była  główną  przedstawicielką  astronomii  a  zarazem  tej 
sławnej,  a  dziś  osławionej,  wyrodnej  jej  córki.  Miechowita 
dzielił  swego  wieku  i  pokolenia  wyobrażenia;  nie  wyró- 
żniał się  ani  na  korzyść  ani  na  niekorzyść  wśród  innych. 
Nawet  szesnasty  wiek  nie  wyzwolił  się  z  tych  wierzeń 
i  zabobonów  i  dopiero  w  następnem  stuleciu  straciły  gwia- 
zdy swe  demoniczne  znaczenie  i  wpływy. 

A  z  tą  demonologią  gwiazd  szła  ręka  w  rękę  demo- 
nologia inna,  wiara  w  cudactwa  i  zdolność  człowieka  do 
cudactw,  sztuk  tajemnych,  obcowania  z  duchami  i  wy- 
woływania zmarłych.  Pokolenie,  które  przepowiadjrfo  przy- 
szłość i  wierzyło  w  te  przepowiednie,  musiało  być  do  ta- 
kich wierzeń  szczególnie  usposobionem.  Neoplatonizm 
zaś,  wskrzeszony  przez  humanistów,  podsycał  tylko  de- 
monistyczne  i  magiczne  sztuki  i  sztuczki,  przekazane  przez 
średnie  wieki®). 

I  tak  alchemia  cieszyła  się  w  piętnastym  wieku  i  pó- 
źniej gorliwą  uprawą  i  wytwarzała  bogatą  literaturę.  Sły- 
szymy, że  w  Krakowie  zajmowano  się  nią  w  klasztorze 
Dominikanów,  że  w  roku  1462  bracia  fabrykujący  złota 
wzniecili  pożar,  który  wielkie  sprawił  zniszczenie*);  sły- 
szymy dalej,  że  członek  tego  zakonu  Wincenty  Koffski, 
czy  Kowski,  zmarły  w  roku  1488  w  Gdańsku,  zasłynął 
alchemicznym  traktatem  ^). 

Inną   sztuką   ulubioną  w  owych  czasach  była  chiro- 


')  Deo.  V,  lib.  II,  p.  715  p.  r.  1491. 
»)  Cod.  univ.  IV.  93. 
•)  V.  Bezold  1.  c.  205. 

*)  Długosz   Hist.   V,  342:  alchimiae  opera   certis  fratnbus  la- 
borantibus. 

*)  Wiszniewski.  Hist.  lit.  IV,  133. 


MATBMATYKA   I   A8TRON01CIA.  821 

mancya,  zgadywanie  z  ręki  charakteru  człowieka,  wró- 
żenie przyszłych  jego  losów.  W  szesnastym  wieku  włoski 
medyk  i  filozof  Hieronim  Cardanus  ujął  tę  sztukę  w  re- 
guły i  system,  ale  już  dawno  krzewiła  się  ona  wśród 
uczonych  i  tłumu.  Wielka  powaga  uniwersytetu  Jan  Gło- 
gowczyk  poświęcił  chiromancyi  osobny  traktat:  Recollectio 
chiromantie  in  florigera  Cracov.  Universitate  i).  Że  zaś 
w  uniwersytecie  nią  się  trudniono,  tego  dowód  mamy 
z  roku  1506,  w  którym  dwóch  scholarów  Melchiora  ba- 
kałarza i  Marka  z  Gdańska  ukarano  przed  sądem  rektor- 
skim karą  pieniężną  »ob  exercicium  ciromanciea  -). 

Nekromanci  lub  nigromanci  byli  już  raczej  czarno- 
księżnikami, bo  ich  zadaniem  było  wywoływać  duchy, 
a  przy  tem  i  inne  gusła  składały  się  na  ich  sztukę.  Sztuka 
ta  bardzo  też  była  rozpowszechnioną;  w  Krakowie  w  roku 
1505  stają  dwaj  bakałarze  Petrus  de  Monte  nivis  z  ko- 
lońskiej  dyecezyi  i  Kasper  de  Gdana  z  krakowskiej  przed 
sądem  rektorskim,  bo  ich  przychwycono  »in  certis  acti- 
bus  nigromanticis«  *).  Wyjątkowe  to  echo  częstych  pra- 
ktyk, które  się  uchylały  z  pod  oka  współczesnych  i  uchy- 
liły się  tem  bardziej  z  przed  oczu  potomności.  Od  zaklęć 
duchów  do  zaklęcia  djabła  był  tylko  krok  jeden.  Wią- 
zania się  i  układy  z  szatanem  były  więc  wtedy  również 
dosyć  częstym  objawem.  Opowiadania  coraz  nowe  gło- 
siły o  takich  paktach,  o  wyprawach  razem  z  djabłem 
przedsięwziętych.  Typem  tych  czarnoksiężników  był  Faust, 
który  się  urodził  około  roku  1480,  według  niektórych  po- 
dań w  Sondvedel  albo  Salzwedel  niedaleko  Magdeburga. 
Zwał  się  on  sam  fons  necromanticorum  i  posiadł  rzeczy- 
wiście wszystkie  tajniki  czarnoksięskiej  sztuki.  Czy  on 
był  kiedy  w  Krakowie,  tego  oczywiście  rozstrzygnąć  stano- 


wi Dziś  niestety  nieznany.     Wiszniewski   mówi   o  nim  Hist* 
Lit  III,  271. 

^  Acta  Reot.  n.  2052. 

*)  Acta  Reot.  n.  1988. 

Blfl.  Uniw.  T.  U.  21 


322  K8qoA  m.  —  rozdział  it. 

wczo  nie  można.  Znamiennem  jest  w  każdym  razie  to,  że 
późniejsi  zawsze  go  do  Krakowa  na  studya  prowadzą 
i  twierdzą,  iż  tu  z  katedr  uniwersyteckich  magii  publi- 
cznie nauczano.  Melanchthon  opowiadał  co  następuje:  hic 
cum  esset  scholasticus  Gracoviensis,  ibi  magiam  didicerat, 
sicut  ibi  olim  fuit  magnus  usus  et  ibidem  fuerunt  publi- 
cae  eiusdem  artis  professiones.  To  samo  twierdzą  Ler- 
cheimer  i  Gamerarius  ^).  Że  Faust  przebywał  w  Heidel- 
bergu i  Erfurcie,  to  wiemy  stanowczo;  krakowski  jego 
pobyt  nie  poświadczony  dokumentami,  choćby  był  legendą, 
w  swej  legendarnej  nawet  postaci  staje  się  dla  krakow- 
skiej wszechnicy  ważnem  kulturalnem  świadectwem.  Je- 
żeliby Faust  pochodził  rzeczywiście  ze  Salzwedel,  to  cie- 
kawym w  każdym  razie  szczegółem  jest  to,  że  oddalona 
ta  od  Krakowa  mieścina  za  życia  Fausta  licznych  słała 
na  Jagielloński  uniwersytet  scholarów;  w  roku  1487  za- 
pisanym jest  w  metryce  niejakiś  Herman  de  Zoldwedel, 
który  w  roku  1489  posuwa  się  na  bakałarza;  w  tym  sa- 
mym roku  zostaje  bakałarzem  Hynyngus  de  ZoltwedyL 
W  roku  1493  znowu  dwóch  scholarów  ztamtąd,  Hermami 
i  Teodoryk  zapisuje  się  do  wszechnicy  krakowskiej.  A  więc 
może  i  Faust  zawitał  sam  w  własnej  osobie  niegdyś  do 
Krakowa,  aby  nad  Wisłą  wyuczyć  się  sztuk  kuglarskich, 
które  go  rozsławiły  i  zniesławiły  po  świecie.  Późniejsze 
jego  losy  trzymają  go  z  daleka  od  Polski;  tutaj  natomiast 
wyrasta  w  jego  miejsce  postać  Twardowskiego,  odbicie 
opowiadań  i  baśni,  które  bujnie  owiły  postać  najsławniej- 
szego czarnoksiężnika  na  przełomie  dwóch  wieków'). 


Przebiegliśmy  tak  koleje  myśli  ludzkiej  w  uniwer- 
sytecie Jagiellońskim   w  zmierzchach  średniowiecza  i  za- 

*)  Por.  Housse  (Luxemburg  1862)  Die  Faustsage  and  der  hist 
Faust  i  Georg  Witkowski:  Deutsche  Zeitschrift  fur  Geschichtswis- 
senschaft  N.  F.  I  (1897)  sir.  346,  347,  350. 

*)  Niemamy  jeszcze  monografii  o  stosunku  tych  dwóch  postacL 


KATSBCATYKA   I  ASTBOHOIOA.  82S 

Taniu  nowej  epoki.  Błąkała  się  ona  między  zagadnieniami 
chorującej  na  przedojrzenie  teologii,  a  bogami  Olimpu, 
między  stropami  niebios  a  panem  podziemi  Wątpić  nie 
było  można,  że  to  szukanie  drogi,  którą  ludzkość  nadal 
pójdzie,  że  po  zboczeniach  i  manowcach  musi  przyjść  ja- 
kieś słowo  i  hasło  wytyczne  prostujące  i  wskazujące  kie- 
runki. Zaczęto  go  szukać  w  słowach  Chrystusa,  o  których 
pojęcie  i  zrozumienie  zawrzała  niebawem  straszna  walka 
dusz  i  sumień.  Wyłoniły  się  przeciwieństwa;  świat  chrze- 
ścijański podzielił  się  na  dwa  obozy,  z  których  jeden  rzu- 
cił rękawicę  ubiegłym  wiekom  i  przypisał  sobie  wyłączną 
zdolność  i  władzę  tłómaczenia  i  wyjaśnienia  prawdy,  drugi 
Opierając  się  na  tradycyi  postanowił  odrzucić  to,  co  była 
zwyrodnionem,  pogłębić  siebie  a  przez  to  ożywić  i  po- 
głębić wierzenia  przekazane  przez  objawienie  i  tradycyę. 
Zawrzała  walka,  która  rozdaria  ludzkość  zachodniej  Eu- 
ropy na  dwie  połowy,  wytworzyła  odrębne  światy  uczuć 
i  cywilizacyi,  która  pod  tym  rysem  w  budowie  i  pod  tym 
obuchem  zasadniczych  przeciwieństw  straciła  dotychcza- 
sową jednolitość;  a  do  tylu  różnic  dzielących  ludzkość 
przyszło  teraz  przeciwieństwo,  sięgające  szpiku  i  głębin 
istoty  człowieka.  Z  nastaniem  tego  przełomu  skończyła 
się  rola  średniowiecznych  uniwersytetów,  które  były  co 
do  nazwiska  i  istoty  studia  universalia. 

Na  domówienie  tego  rozdziału  pozostaje  nam  jedno. 
Mówiliśmy  o  zasługach  i  pracach  uniwersytetu  krakow- 
skiego w  dziedzinie  astronomii  i  pokrewnych,  u  niej  za- 
wieszonych nauk.  Braki  rzucały  się  nam  w  oczy,  płynące 
z  fałszywych  przesłanek  i  fałszywych  rojeń.  Na  swoją 
epokę  stanął  jednak  uniwersytet  w  kierunku  tych  nauk 
wysoko,  promieniał  na  zewnątrz  rozgłosem  i  znaczeniem, 
ściągał  uczniów  i  wydawał  uczonych.  Wojciech  z  Bru- 
dzewa zawsze  zachowa  wybitne  stanowisko  w  rozwoju 
myśli  ludzkiej  i  postępu  jej  ku  prawdzie  naukowej.  Z  kra- 
kowskiego uniwersytetu  wyszli  uczeni,  znani  później  na 
obczyźnie.    Przypominamy   Jana   Yierdunga   z  Hassfurtu, 

21» 


384f  KfilĘOA  m. ROZDZIAŁ   ly. 

który  był  na  studyach  w  Krakowie,  a  następnie  zajaśniał 
nauką  w  Heidelbergu^),  dalej  Stefana  Rosslin  albo  Roń- 
nus,  który  w  Krakowie,  zapewne  w  r.  1496  został  ma- 
gistrem 2),  a  potem  w  r.  1601  poszedł  do  Wiednia  i  za- 
słynął tam  jako  wybitny  matematyk  i  astronom  •).  Podobnie 
i  inne  uniwersytety  zasilały  się  ludźmi  w  Krakowie  wy- 
kształconymi. A  nad  wszystkimi  góruje  wielkie  imię 
tego,  co  pchnął  z  posad  bryłę  świata  i  dokonał  najwię- 
kszej rewolucyi  na  niebie  i  ziemi,  tego,  którego  nazwisko 
błyszczy  w  metryce  uniwersytetu  krakowskiego  na  wie- 
czną jego  pamięć  i  chwałę,  nazwisko  przyciemniające 
wszelkich  nauczycieli  i  uczniów:  Nicolaus  Nicolai  de  Thu- 
ronia. 


^)  Zapisanym  jest  w  metryce  krakowskiej  Joh.  Johannis  de 
Hasworth  w  r.  1484;  w  r.  1486  zostaje  bakalarzem  (Liber  prom.  str 
97).  To  zapewne  Vierdung. 

•)  Stephanus  de  Augusta,  Liber  Prom.  p.  121. 

")  Por.  Aschbach,  Geschichte  der  Wiener  Universit&t  U,  348; 
Giinther,  Geschichte  des  mathem.  Unterriohts  254. 


-^łh 


KSIĘGA  CZWARTA. 

z  ŻYCIA  SCHOLARÓW  I  MAGISTRÓW. 

pszTCzma  do  poziaiia  OBOAnziCTi  unvEi8TTBnr. 


I. 
Scholarzy  uniwersytetu,  ich  stan  i  pochodzenie. 


Wiek  scholarów  ówczesnych.  —  Oplata  przy  wpisie.  —  Limitacya.  — 
Depositiol  beaniae.  —  Pochodzenie  scholarów.— ^flódź  zakonna  w  uni- 
wersytecie, szcz^^lnie  Cystersi  i  Dominikanie.  —  Ślązacy  i  Prusacy.  — 

Węgrzy. 


W  ciągu  dotychczasowym  mówiliśmy  kilkakrotnie 
o  napływie  scholarów  do  nowej  Jagiellońskiej  wszechnicy, 
o  tej  fali  różnorodnej  i  z  różnych  źródeł  płynącej,  a  z  ma- 
łemi  wahaniami  wzrastającej  przez  szereg  lat  piętnastego 
stulecia.  Szedł  taki  młodzian  na  uniwersytet  w  średnich 
wiekach  przeważnie  w  bardzo  nizkim  jeszcze  wieku, 
z  mniejszem,  niż  dzisiejsze,  przygotowaniem,  bo  dopiero 
fakultet  artystów  miał  mu  w  wielkiej  części  dać  wykształ- 
cenie, którem  dzisiaj  służy  gimnazyum.  Jako  minimum 
wieku,  uprawniającego  do  immatrykulacyi  uważano  po 
wielu  uniwersytetach  rok  czternasty  życia;  statut  Heidel- 
bergski  z  r.  1464  wyraźnie  to  określił.  Przeważna  liczba 
studentów  zapisujących  się  liczyła  zatem  od  czternastu 
do  szesnastu  lat  A  oczywiście  przygotowanie  w  tych  la- 
tach nie  mogło  być  zbyt  gruntowne.  Coś  znajomości  ta- 
oiny  z  jakiej  szkoły  partykularnej  przynieść  należało,  bo 
przecież  cała  nauka  wszechnicy  odbywała  się  w  tym  ję- 


328  KS^GA  lY. 

zyku;  ale  i  pod  tym  względem  zachodziły  niewątpliwie 
wyjątki  Wrota  uniwersytetu  stały  daleko  szerzej  otworem^ 
niż  w  dzisiejszych  czasach;  przyjmowano  niekiedy  chłop- 
ców z  zupełnie  niewystarczającem  przygotowaniem,  na- 
wet analfabetów^).  Prywatna  nauka  musiała  dlatego  po- 
tem zaradzać  brakom  i  braki  te  wypełniać. 

Szli  na  uniwersytet  potomkowie  wszelkich  stanów 
od  książąt  do  ubogich  synów  mieszczańskich,  lub  czasem 
włościańskich.  Niezamożni  przeważali,  co  najwymowniej 
się  uwydatniało  przy  wpisie.  Scholar,  który  się  intytulo- 
wał,  powinien  był  złożyć  dla  uniwersytetu  pewną  opłatę; 
wynosiła  ona  osiem  groszy,  a  do  nazwiska  tego,  który  je 
złożył,  dopisywano,  że  uiścił  się  z  całości,  solvit  totum. 
Zdarzały  się  wypadki,  że  bogatsi  ofiarowali  pewne  nad- 
płaty, n.  p.  podwójne  wpisowe,  co  im  za  szczególną  wspa- 
niałomyślność— liberalitas,  poczytywano.  Słyszymy  także 
o  daninach  w  naturze,  o  scholarach,  składających  uniwer- 
sytetowi beczki  wina,  barilia  malmatici.  Ale  takie  hojno- 
ści nie  były  częstym  objawem,  rzadką  nawet  opłata  cał- 
kowita. Przeważnie  uiszczali  się  scholarze  tylko  z  części 
wpisowego,  płacili  pół  grosza  do  sześciu;  inni  obiecywali, 
że  wypłacą  się  później,  (promisit  dare),  inni  wreszcie  jako 
ubodzy,  pauperes,  korzystali  z  uwolnień  i  przywilejów 
ubóstwa.  Uniwersytet  pozwalał  więc  im  się  zapisać  za 
darmo,  gratis  pro  Deo  lub  propter  Deum. 

Młody  chłopiec,  przybywszy  na  uniwersytet,  potrze- 
bował jakiegoś  oparcia,  wskazówki  i  rady,  aby  rozpocząć 
studya  i  nowe  życie.  Trzeba  mu  było  tej  opieki  szukać 
między  mistrzami  i  kolegami  i  stosunek  swój  do  nowego 
otoczenia  uregulować  i  określić.  Uniwersytet  w  tym  celu 
sam  wskazywał  drogę,  nakazując  młodemu  scholarowi, 
aby  zaraz  po  wpisie  wybrał  sobie  którego  z  magistrów, 
któryby  odtąd  troszczył  się  o  jego  osobę,  studya  i  postępy. 


')  Por.  Bezold  w  Histor.  Zeitschrift  N.  F.  44,  3  str.  466. 


z    ŻTGIA    SCHOLARÓW    I    MAGISTRÓW.  329 

Akt  taki  zwal  się  limitacyą  —  se  magistris  limitare  ^).  A  ma- 
gister w  tym  celu  wybrany  miał  »suos  limitantes«  wpro- 
wadzić na  lekcye,  wskazać  im  ich  dobór,  kierować  pier- 
wszymi ich  krokami').  Cięższe  przejścia  czekały  nato- 
miast scholara  z  kolegami  z  wieku  i  położenia.  Młodego 
studenta  uważano  bowiem  za  stworzenie  poślednie,  nie- 
godne obcowania  i  bliższych  stosunków  ze  starszymi.  Za- 
nim go  ci  do  towarzystwa  swego  przypuścili,  musiał  się 
on  poddać  rozmaitym  obrzędom  i  operacyom,  które  we- 
dług epoki  i  usposobienia  młodzieży  mniej  lub  bardziej 
przykre  przybierały  kształty,  mniej  lub  więcej  niedoświad- 
czonemu młodzikowi  dawały  się  we  znaki.  Nazywał  on 
się  bejaunus,  według  najprawdopodobniejszej  etymologii 
z  francuskiego  hec  jaune,  a  więc  żółtodziób,  pisklę.  Śpie- 
"wano  o  nim  wierszem  akrostychicznym 

Beanns  est  animal,  nesciens  vitam  studiosomm, 

przypisywano  dzikie  obyczaje  (mores  agrestes),  rozmaite 
właściwości  zwierzęce,  które  otrząść  należało,  zanim  przy- 
puszczono młodego  scholara  do  swego  towarzystwa'*).  To 
złożenie  beanii,  depositio  beaniae,  którą  Muczkowski  traf- 
nie otrzęsinami  nazwał,  odbywało  się  rozmaicie;  symbol 
degenerował  często,  mianowicie  w  Niemczech,  w  bardzo 
namacalne  i  dotykalne  obrzędy,  wśród  których  znęcano 
się  nad  niedoświadczonym  młodzikiem  i  ograbiano  go 
nawet  z  pieniędzy:  władze  uniwersyteckie  musiały  dla- 
tego niejednokrotnie  występować  przeciw  tym  wybrykom 
i  gwałtom. 

W  Krakowie  obyczaj  ten  także  się  zagnieździł  i  de- 
pozycye  rozmaite  przybrały  tu  kształty.  Wydarzało  się,  że 
»Btarsi    scholarze    w  dziwaczne   przybrani  stroje «  wycho- 


')  Muczkowski  Liber  Promot.  XXXIX. 

•)  L.  c.  p,  LIV. 

*)  Por.  o  tern  Rashdall,  The  universities  of  Europę  II,  2,  628 
i  Winter,  O  Źivotd  na  wysokych  śkolach  praiskyoh  (Praga  1899), 
8tr.  218. 


330  KSIĘGA   lY. 

dzili  za  miasto  naprzeciw  młodzikom  zdążającym  do  kra- 
kowskiej wszechnicy.  Tutaj  napadali  na  przybyszów,  bili 
ich  i  zaciągali  do  karczem  (officinas  cauponum)  i  tam  ka- 
zali się  opłacać  sowitym  poczęstunkiem.  Czasami  obrzędy 
te  czy  wybryki  odbywały  się  po  bursach  lub  nawet  w  do- 
mach magistrów,  zawsze  ze  szkodą,  krzywdą  i  stratą  ma- 
teryalną  młodych  scholarów.  Dowiadujemy  się  o  tem 
wszystkiem  z  konkluzyi,  powziętej  przez  uniwersytet  w  r. 
1511  za  rektoratu  Adama  de  Bochyn.  Nadużycia  musiały 
już  przybrać  duże  rozmiary,  skoro  uniwersytet  się  skarży, 
iż  te  »enormitate8«(  odstraszały  uczniów  od  przybywania 
do  Krakowa,  i  wydaje  zakaz  tak  stanowczy.  Pieniędzy 
na  to  wydawanych,  mają  raczej  młodzi  scholarze  użyć  na 
książki  i  inne  potrzeby^). 

Scholar,  zapisujący  się  na  uniwersytet,  zastawał  w  Kra- 
kowie w  piętnastem  stuleciu  różnorodne  żywioły  i  bardzo 
różnorodne  towarzystwo.  Odmienne  pojęcia,  narodowości, 
języki  stykały  i  ścierały  się  tu  ze  sobą;  łączyła  W8Z]^tko 
jedna  religia,  jeden  kościół  i  jedna  łacina,  która  była  wspól- 
nym i  ogólnym  organem  nauki.  Mówiliśmy  już  o  stano- 
wisku przeważnem,  jaki  krakowski  uniwersytet  zajął  i  zdo- 
był na  Wschodzie,  jako  ognisko  i  macierz  nauki  i  cywi- 
lizacyi.  Wspominaliśmy  też  po  kilkakroć,  że  nawet  z  dal- 
szych okolic,  z  nad  Renu  i  Szwajcaryi,  z  krańców  półno- 
cnych Niemiec  pojawiali  się  tu  studenci,  że  wreszcie  wśród 
spisów  błyskają  niekiedy  nazwiska  skandynawskie  i  nawet 
przypadkowo  włoskie.  W  skutek  wojen  religijnych  i  ru- 
chów narodowych  zbladła  w  początku  piętnastego  wieku 
gwiazda  praskiej  wszechnicy,  a  spuścizną  po  niej  i  po- 
słannictwo przejął  na  siebie  Kraków. 

Krainy  polskiej  korony  w  rozmaity  sposób  zasilają 
i    obsyłają   swą    wszechnicę;    obok    uczniów    z    Krakowa 


')  Por.  Conclus.  univ.  1511;  prócz  tego  Muczkowski,  Mieszka- 
nia i  postępowania  uczniów  krak.  (184:2)  str.  88. 


z    ŹTOIA    BCHOŁARÓW   I    MAGISTRÓW.  331 

i  Małopolski,  Wielkopolska  prawie  ciągle  pokaźnymi  w  me- 
trykach uniwersyteckich  znaczy  się  wpisami;  nie  tylko 
miasta  większe,  jak  Poznań,  lecz  i  mniejsze,  jak  Kościan 
licznych  do  Krakowa  posyłają  studentów.  Tymczasem  Ma- 
zowsze występuje  rzadziej;  czasem  tylko  silniejsza  fala 
przynosi  do  Krakowa  większe  stamtąd  poczty.  I  tak  w  r. 
1474  zapisało  się  w  metryce  aż  dwudziestu  naraz  scho- 
larów z  Warszawy^). 

Obok  świeckich  napływało  dalej  przez  cały  wiek 
piętnasty  dosyć  silnie  młódź  zakonna  do  wszechnicy 
krakowskiej.  »Z  powstaniem  i  rozszerzaniem  się  uniwer- 
sytetów podniósł  się  znacznie  poziom  umysłowy  w  kla- 
sztorach «*).  Słali  więc  do  Krakowa  dosyć  licznych  ucz- 
niów Premonstratensi  czyli  Norbertanie,  liczniejszych  Bo- 
żogrobcy miechowscy;  od  Benedyktynów  z  Tyńca  pojawia 
się  sześciu  braci  już  w  roku  1403,  Karmelici  występują 
w  tym  samym  roku,  potem  dość  często  pojawiają  się 
w  większej  liczbie,  n.  p.  w  latach  1466  i  1483.  Franci- 
szkanów pędziła  do  uniwersytetu  pokrewność  celu  i  zadań; 
przecież  oni  zamierzyli  pracą  swoją  cywilizować  i  chry- 
styanizować  wschodnie  dziedziny,  a  potężnem  narzędziem 
tego  posłannictwa  stał  się  uniwersytet  krakowski.  Ale  wśród 
wszystkich  zakonów  występuje  względnie  na  pierwszy  plan 
w  tej  wczesnej  dobie  uniwersytetu  zakon  Cystersów. 
»Równocześnie  gdy  kapituła  generalna  Cystersów  posta- 
nawia raz  po  raz  reformę  wszystkich  swoich  klasztorów 
w  Niemczech  i  sąsiednich  krajach  słowiańskich,  twórca 
szkoły  Jagiellońskiej,  król  Władysław,  wyjednywa  w  roku 
1401  w  Rzymie  u  chętnego  sobie  papieża  Bonifacego  IX-go 
przywilej,  by  wszyscy  mający  się  kształcić  Cystersi  kla- 
sztorów polskich,  pod  groźbą  kary  ekskomuniki  uczyli 
się  i  osiągali  stopnie  akademickie  w  teologii  nie  gdziein- 


*)  Powody  takich  nagłych  przyrostów  bliżej  by  zbadać  nale- 
żało, jak  w  ogóle  skład  metryki  krakowskiej  według  ziem  Polski. 
*)  Ks.  dr.  Fijałek,  Jakób  z  Paradyża  (1900)  p.  15. 


332  KSIĘGA   lY. 

dziej,  tylko  w  uniwersytecie  krakowskima  ^).  Zakres  tego 
zarządzenia  wkrótce  miano  jeszcze  rozszerzyć.  Za  opata 
Jana  Stechira,  który  krewniakowi  swemu  Mikołajowi  Trą- 
bie towarzyszył  na  sobór  w  Konstancyi,  a  wskutek  za- 
biegów jego  i  przedstawicieli  uniwersytetu,  wydał  w  roku 
1417  Jan,  jeneralny  opat  Cystersów,  rozporządzenie,  »niocą 
którego  wszyscy  scholarowie  cysterscy,  zarówno  z  kla- 
sztorów polskich  jak  i  prowincyi  sąsiednich,  ostrzychoń- 
skiej,  praskiej,  magdeburskiej,  ryskiej  i  dyecezyi  kamień- 
skiej na  Pomorzu  zostali  zobowiązani  pobierać  nauki  teo- 
logiczne wyłącznie  w  akademii  krakowskiej,  lub  starym 
zwyczajem  w  paryskiej,  jak  przepisywały  dawne  statuty 
zakonne."  Do  wydania  pierwszego  nakazu  przyczynił  się 
może  Cysters  Jan  Sczekna,  który  brał  żywy  udział  w  za- 
łożeniu uniwersytetu  krakowskiego,  a  następnie  -w  pier- 
wszych latach  jego  istnienia  działał  w  Krakowie  jako  pro- 
fesor teologii.  Drugie  rozporządzenie  wywołanem  było  po- 
trzebą wykształcenia,  którego  braki  zaznaczyły  się  w  Kon- 
stancyi tem,  że  Cystersi  bardzo  małą  odegrali  rolę  na 
wielkiem  kościelnem  zgromadzeniu;  prócz  tego  ostrze 
jego  zwracało  się  przeciw  husyckiej  Pradze  i  niebezpie- 
czeństwom husytyzmu. 

Posłów  polskiego  uniwersytetu  czekało  po  powrocie 
do  kraju  znakomite  wiano  z  ręki  królewskiej;  wiano  to 
miało  w  równej  mierze  przypaść  Cystersom.  W  r.  1417 
obiecał  był  mianowicie  król  Jagiełło  jenerałowi  Cystersów, 
że  założy  dla  młodzi  zakonnej  osobne  kollegium  -w  Kra- 
kowie na  pomieszkanie.  W  grudniu  zaś  następnego  roku 
nadał  Jagiełło  uniwersytetowi  swojemu,  a  zarazem  opa- 
towi mogilskiemu  prawa  patronatu  nad  kościołem  św. 
Anny.  Z  tym  kościołem  św.  Anny  złączyły  się  tedy  na 
razie  losy  scholarów  cysterskich.  Ponieważ  bowiem  za- 
mierzone kollegium  nie  przyszło  do  skutku,  przeznaczono 


>)  Ks.  Fijalek  1.   c.   15.  —  Mówiłem  już  o  tern  w  tomie  I,  str. 
179,  tu  jednak  dodaję  niektóre  szczegóły. 


z    ŻTCTA    SCHOLARÓW    I    MAOISTRÓW.  338 

lymczasem  na  pomieszczenie  Cystersów  plebanię  św.  Anny, 
gdzie  odtąd  przez  długi  lat  szereg  znajdowali  ognisko 
i  przytułek.  Mimo  tych  wszystkich  nakazów  i  ułatwień 
napływ  scholarów  cysterskich  do  Krakowa  pozostał  jednak 
dość  słabym,  a  dalsze  pozakoronne  klasztory  zupełnie  od 
uniwersytetu  krakowskiego  stroniły.  Tylko  w  r.  1420  pod 
pierwszem  wrażeniem  upomnień  i  przywilejów  pojawia 
się  zastęp  liczniejszy  w  metryce,  bo  aż  dziesięciu  Cyster- 
sów; później  liczba  ta  spada  i  tylko  sporadyczne  nazwi- 
ska stwierdzają  jakiś  luźny  z  Krakowem  związek^).  Mo- 
giła jeszcze  stosunkowo  najwięcej  przysyłała  tu  uczniów, 
bo  i  blizkość  położenia  to  ułatwiała  i  opat  mogilski  był 
jednym  z  konserwatorów  uniwersytetu;  rozmaite  więc 
węzły  łączyły  ten  klasztor  z  wszechnicą.  —  Po  za  tem  nie 
zaradziły  apatyi  żadne  nawoływania.  Jeszcze  w  r.  1520*) 
pisał  Zygmunt  Stary  do  biskupa  Erazma  Ciołka,  że  Cy- 
stersi u  stolicy  apostolskiej  wyrobili  polecenie  posyłania 
zakonnej  młodzi  do  Lipska.  Zygmunt  użala  się  na  to  i  na 
powstrzymywanie  miejscowych  Cystersów  od  krakow- 
skiej nauki  i  szkoły.  Grzechy  jednak  opuszczenia  przyczy- 
niły się  do  tej  opieszałości  i  oporności;  bo  koUegium  oso- 
bne dla  Cystersów  mimo  częstszych  napomnień  ze  strony 
kapituł  generalnych  w  latach  1469,  1486  i  1499')  nie 
przychodziło  ciągle  do  skutku.  —  W  przedostatnim  dzie- 
siątku stulecia  zaszła  tylko  ta  zmiana,  że  młodych  Cyster- 
sów z  plebanii  św.  Anny,  którą  dotąd  zajmowali,  przenie- 
siono do  bursy  Jerozolimskiej  i  część  tej  budowli  prze- 
znaczono na  ich  użytek^). 

Jeżeli  więc  w  zaraniu  uniwersytetu  się  zdawało,  że 
zakon  ten  odegra  w  jego  dziejach  i  rozwoju  prze- 
ważną rolę,  to  rachuby  te  zawiodły  bezsprzecznie.  Przyspo- 


*)  Por.  o  tem  wszystkiem  ks.  Fijalek  1.  c.  str.  22  i  nast. 
«)  Acta  Tomioiana  V.  321. 

»)  Zbiór  dyplomów  klasztoru  mogilskiego  104/106. 
*)  Uniwersytet  to  utwierdza  w  Conclus.  Uniy.  z  12  Octobris 
1488. 


334  KsncaA  iy. 

rzył  on  jednak  wszechnicy  Jagiellońskiej  jednego  z  naj- 
znakomitszych teologów  wieku,  Jakóba  z  Paradyża,  i  tern 
nazwiskiem  związał  się  chwalebnie  z  historyą  krakowskiej 
szkoły. 

Można  było  przypuścić,  że  wybitniej  jeszcze  od  Cy- 
stersów zaznaczą  się  Dominikanie  w  dziejach  rozwoju 
krakowskiego  uniwersytetu.  Przecież  zakon  ten  w  śre- 
dnich wiekach  zajaśniał  przed  wszystkimi  swoją  nauką, 
a  pielęgnowanie  wiedzy  uważał  za  jedno  z  głównych  za- 
dań swojego  istnienia;  uniwersytety  nawet  brały  cz^to- 
kroó  ze  studyów  dominikańskich  wzory  nauki  i  ludzi  do 
nauczania^),  i  łączyły  się  z  klasztorami  dominikańskimi 
jakimś  ściślejszym  węzłem,  który  miai  zapewnić  wymiam 
myśli,  ludzi,  modlitw  i  zasługi.  Pierwszym  nieomal  aktem, 
który  wyszedł  w  r.  1221  od  niedawno  zs^ożonego  uniwersy- 
tetu paryskiego,  było  pismo  wystosowane  do  zakonników  św. 
Dominika,  świeżo  osiadłych  w  Paryżu.  Magistrowie  proszą 
w  niem,  aby  mogli  jako  bracia  mieć  udział  w  błogosta- 
wieństwach  wypływających  z  działań  zakonu,  proszą  dalej 
o  łaskę,  aby  im  pozwolono  grzebać  się  w  jego  kościele. 
W  r.  1383  wypłynęła  z  tych  samych  pobudek  unia  lub 
coUigatio  między  uniwersytetem  praskim  a  Dominikanami 
Na  podstawie  układu  członkowie  uniwersytetu  mają  znów 
współuczestniczyć  w  łaskach  Bożych,  na  zakon  spływa- 
jących, a  bracia  zakonni  mają  się  modlić  za  członków  uni- 
wersytetu. W  zamian  znów  za  to  pozw^ala  się  Domini- 
kanom i  wzywa  ich,  aby  się  kształcili  w  uniwersytede 
i  tu  starali  się  o  stopnie*).  Coś  podobnego  przychoda 
tedy  do  skutku  w  Krakowie  w  r.  1450,  zbratanie  się  Do- 
minikanów z  uniwersytetem,  albo,  jak  to  także  nazywajir 
inkorporacya  zakonu ").  Rektorem  był  naonczas  Benedykt 
Hesse,  przeorem  klasztoru  śt.  Trójcy  Jakób  z  Bydgoszczy. 


^)  Por.  Schwab,  Johannes  Gerson  p.  6^. 
")  Monum.  Univ.  Prag.  II.  276.  III,  68. 
*)  Conclus.  Qniv.  z  28  Augusti  1450. 


z   ŻTCIA    SOHOŁABÓW  I   MAGISTRÓW  335 

Ten  ostatni  przeprowadził  tę  inkorporację,  powoływając 
się  przy  tern  na  przykłady  Paryża  i  Kolonii.  Miała  ona 
zapewnić  Dominikanom,  którzyby  w  uniwersytecie  stu- 
dyowali  i  osiągali  stopnie,  wszelkie  prawa  ztąd  wypły- 
wające, zapewnić  im  miejsce  i  wpływ  w  Jagiellońskiej 
wszechnicy.  Zrozumimy  wobec  tego  pismo  jenerała  zakonu 
Salvus'a  Cassetta  roku  1481  %  w  którym  tenże  uniwersy- 
tetowi, »który  dla  zakonu  naszego  szczególną  ma  ży- 
czliwośó<c  zapewnia  uczestnictwo  we  wszelkich  łaskach 
i  błogosławieństwach  Bożych,  któreby  przez  zasługę  sy- 
nów Św.  Dominika  na  ludzkość  spłynęły. 

A  jednak  mimo  tych  aktów  uroczystych  i  zapewnień 
miłosnych  związek  uniwersytetu  krakowskiego  z  Domini- 
kanami pozostał  zawsze  dosyć  luźnym.  Pierwsi  bracia  za- 
konni pojawiają  się  u  nas  w  metryce  w  r.  1407;  potem 
od  połowy  piętnastego  wieku  następuje  większe  zbliżenie; 
bracia  dominikańscy  kształcą  się  i  biorą  odtąd  częściej  teo- 
logiczne stopnie  w  naszym  uniwersytecie.  Wogóle  jednak 
]»frekwentacya  dominikańska  w  akademii  krakowskiej 
jest  w  porównaniu  nawet  z  franciszkańską  niezmiernie 
mała')<c.  Między  profesorami  teologii  rzadko  bardzo  wy- 
stępują Dominikanie.  Jednym  z  nielicznych  w  piętnastem 
stuleciu  jest  Jakób  Godziemba  z  Bydgoszczy,  prowincyał 
zakonu  w  Polsce,  ten  sam,  który,  jako  przeor  klasztoru 
krakowskiego,  przeprowadził  ową  unię  z  uniwersytetem 
i  zmarł  w  roku  1478.  Następcą  jego  został  Wojciech 
z  Siecina,  którego  Długosz  zwie  profesorem  teologii  i  słu- 
sznie «):  bo  według  konkluzyi  uniwersytetu  z  r.  1474  wy- 
stępował wtedy  na  obradach  »frater  Albertus  conventu8  s. 
Trinitatis  s.  theol.  professor«. 

Wogóle  więc  powiedzieć  można,  że  napływ  zakonów 
do  uniwersytetu  i  wpływ  na  tegoż  rozwój  i  losy  nie  był 


»)  Cod.  uniy.  Crac.  III,  88. 

*)  Ks.  dr.  FijaZek  fStudya  do  dziejów  uniwersytetu  krak.€  116. 

•)  Lib.  Benef.  III,  452. 


1 


336  KSIICGA    lY. 

bardzo  znacznym.  Wątpić  jednak  nie  można,  że  uniwer- 
sytet w  pewnej  mierze  się  przyczynił  do  polonizacyi  kra- 
jowych klasztorów,  do  wyparcia  cudzoziemskiego  ducha 
z  przystani,  w  których  obce  żywioły  dotąd  przeważnie 
panowały. 

Zakonnicy  cudzoziemcy  ginęli  na  uniwersytecie 
w  wielkiej  liczbie  obcych  scholarów,  którzy  przez  cały 
wiek  piętnasty  garnęli  się  gromadnie  do  Krakowa.  Poja- 
wiali się  tu  przybysze  z  odległego  Zachodu  i  z  Północy. 
Morawy  nie  tylko  do  Pragi,  lecz  i  do  Krakowa  słały  li- 
cznych scholarów.  Silnego  kontyngensu  Niemców^  dostar- 
czały szczególnie  Śląsk  i  Prusy.  Śląsk,  który  Polska  osta- 
tecznie utraciła  za  Kazimierza  Wielkiego,  był  krajem 
tylko  w  połowie  niemieckim,  a  pozostał  przez  cały  wiek 
piętnasty  w  promieniu  polskiej  cywilizacyi;  kraje  zakonu 
też  z  Krakowa  czerpały  światło  i  wiedzę.  Próby  założenia 
własnych  uniwersytetów  w  Chełmnie,  a  później  w  Wro- 
cławiu spełzły,  jak  wiadomo,  na  niczem. 

Śląsk  słał  więc  do  Krakowa  masę  uczniów  i  zasilił 
uniwersytet  znaczną  liczbą  uczących  magistrów.  Miasta 
jak  Kluczborg,  Racibórz,  Brzeg,  Wrocław,  Nissa,  Głogów 
znaczą  się  co  chwila  w  spisach  uczniów  i  mistrzów;  w  lecie 
r.  1464  n.  p.  zapisuje  się  117  scholarów  na  uniwersytety 
a  z  nich  31  pochodzi  z  Wrocławia  lub  dyecezyi  wrocław- 
skiej. Czasem  błyśnie  w  metryce  nazwisko  jakiego  Piasta 
śląskiego.  W  roku  1447  intytuluje  się  książę  Przemko 
opawski,  w  r.  1464  jego  potomek,  tego  samego  imienia  *). 

Prusacy  szli  tłumnie  do  Lipska  i  Krakowa.  Wyra- 
chowano, że  w  latach  1400  do  1524  zapisało  się  w  me* 
tryce   krakowskiej    962    scholarów  z  Prus   pochodzących, 


^)  Ten  pierwszy  umarł  jako  kanonik  wrocławski  w  r.  14:78^ 
drugi  na  tej  samej  godności  w  r.  1493.  Por.  Grotefend,  Stammtafełn 
der  sohles.  Fiirsten  Tab.  XI.  Pierwsze  dwa  lata  uczył  się  artes 
w  Krakowie,  poczem  zamierzył  na  innych  uniwersytetach  aplikować 
się  do  kanonów,  a  uniwersytet  wystawił  mu  ciekawe  świadectwo 
pilności  i  list  polecający.   Por.  Lewicki,   Cod.  epistolaris  III,  39. 


z    ŻYCIA   SCHOLARÓW   I    BCAGISTRÓW  337 

Z  których  190-ciu  osiągnęło  stopień  akademicki  w  fakul- 
tecie artystów.  Na  katedrach  uniwersyteckich  odegrali 
jednak  oni  w  Krakowie  rolę  daleko  mniejszą  od  Śląza- 
ków^), znikającą  wśród  licznego  pocztu  magistrów. 

Ważnym  i  przeważnym  żywiołem  w  Krakowie  byli 
dalej  Węgrzy.  Kraj  ten  przecież  mimo  prób  w  tym  kie- 
runku przedsiębranych  w  końcu  czternastego  wieku,  nie 
miat  prawie  przez  cały  ciąg  następnego  stulecia  własnego 
uniwersytetu,  a  sąsiedztwo  Polski  i  blizkość  Krakowa 
musiało  z  natury  rzeczy  popchnąć  w  tę  stronę  żywioły, 
pragnące  wykształcenia  i  wiedzy.  Stosunki  polityczne  prócz 
tego  wpływały  na  zacieśnienie  węzłów  między  Węgrami 
i  Polską.  Ziemia  spiska,  zastawiona  w  r.  1412  Jagielle, 
znajdowała  się  w  następnych  czasach  w  zależności  od 
Polski'),  a  w  ciągu  wieku  sięgnęli  dwa  razy  Jagiellonowie 
po  koronę  św.  Szczepana  ze  skutkiem.  To  wszystko  tłó- 
maczy  wymownie  znaczenie  cywilizacyjne  Krakowa  dla 
sąsiednich  Węgier.  Główną  arteryę  stosunków  polsko- 
węgierskich  przedstawiała  wtedy  linia  Sącz-Peszt,  a  na  tej 
linii  leżały  takie  miasta,  jak  Bardyjów,  Preszów  (Eperies) 
i  Koszyce,  które  razem  z  Lewoczą  stanowiły  »quattuor 
civitates  Hungariae  superioris  principalesa.  Tą  drogą,  kie- 
rując się  w  dalszym  ciągu  na  Erlau  (Agria)  szły  w  pię- 
tnastym wieku  główne  pochody  polskie').  Szczególnie 
miasta  Spiżu  i  północnych  Węgier  nasyłały  licznych  scho- 
larów do  Krakowa;  ale  prąd  ten  nie  ograniczał  się  by- 
najmniej do  tej  granicznej  strefy.  Pojawiali  się  więc 
w  Krakowie  liczni  studenci  ze  środkowych  Węgier,  z  De- 
breczinu  i  Waradynu;  południe  przysyłało  ich  z  Pięcio- 
kościołów,  Kalocsa,  Temeswaru,  wielu  ze  Szegedinu;  od 
czasu  do  czasu  zabłąkał  się  scholar  aż  z  południowego 
krańca,    ze  Salankemen,    jak   n.  p.  w  latach  1467  i  1468. 

»)  Perlbach,  Pnissia  scholastica  (1895)  X,  i  XXVII. 
*)  Por.  Maur.  Dzieduszycki.  Przewodnik  naukowy  (Lwów)  187ft 
8tr.  704  i  nast.;  945. 

•)  Por.  Papśe.  Archiwum  komisyi  hist.  VIII  (1898)  str.  438. 
Hiit.  Unlw.  T.  n.  22 


338  KSIĘGA    IV. 

Wielu  prócz  tego  Siedmiogród  zian,  pochodzących  z  Kolos- 
varu  i  Tordy    szukało  nauki  w  Krakowie.     Wpływ    więc 
szkoły   Jagiellońskiej    obejmował   całą    ziemię    dzisiejszej 
węgierskiej     korony.     Napływ    ten     zaznacza    się     zaraz 
w  pierwszych    latach   po   1400;   z  początku  jednak  liczby 
są  mniej  pokaźne  i  frekwencya  węgierska  nie  dorównywa 
frekwencyi    Ślązaków.     Około    połowy  wieku  podnosi  się 
ona  jednak  znakomicie;  w  roku  1444  wielu  już  Węgrów, 
a  jeszcze    więcej  w  roku    1446    zapisuje    się    do  metrykL 
W  dziesięcioleciu    1431 — 1440    wpisano   ich    w  Krakowie 
61  i  j.  5-4o/o  ogólnej  liczby.  W  latach  1441—1450  jest  ich 
91,  i  stanowią  wtedy  5'87o  całej  frekwencyi;  w  następnem 
dziesięcioleciu  1451 — 1460  liczba  wzrasta  do  122,  czyli  do 
6-60/^;  w  latach  1461— 1470  jest  znów  w  Krakowie  208  Wę- 
grów na  nauce,  co  wynosi  10-2«^  ogólnego  wpisu-  W  na- 
stępnych wreszcie  dwóch  dziesiątkach  wieku  znajdujemy 
ich  185  i  209 ").  Liczby  to  bardzo  pokaźne.  W  r.  1493  na 
ogólną  cyfrę  382   scholarów  jest  83  Węgrów,  113  innych 
scholarów    niepolskich.      Cyfry     więc     same     wymownie 
świadczą   o   szerokim  i  dalekonośnym  wpływie  Jagielloń- 
skiej wszechnicy.  Węgrzy   ci  odznaczali  się  nie  tylko  po- 
kaźnemi  liczbami  przy  wpisach,  ale  i  zabiegli wością  w  na- 
uce.   W   spisach    bowiem    młodzieży    osiągającej     stopnie 
uderzają  liczne  ich  nazwiska,   koło  roku  1468  przeważają 
one  stanowczo.  A  i  później  znajdujemy  niekiedy  podobne 
objawy.  I  tak  w  egzaminie    na  bakałarzy  w  lecie  r.  1491 
osięgło  stopnie  bakałarza,  dwóch  Polaków,  jeden  Niemiec, 
a  wobec  tego  siedmiu  Węgrów.  Fakt,  że  wśród  graduowa- 
nych  niestosunkowo  licznie  pojawiają  się  obce  nazwiska, 
tem  się  tłómaczy,    że   scholarze    z  dalszych  stron  przyby- 
wający byli  przebranym  elementem,   że  w  dalekie  strony 
wysyłano  przeważnie   takich,   którzy    poważne    mieli   za- 
miary i  po  których  poważnej  spodziewano  się  pracy. 


*)  Tę   statystykę  przeprowadził  prof.  Birkenmajer  w  dziełku 
Marcin  Bylica,  str.  132. 


z   ŻTCIA   SCHOŁABÓW  I   MAGISTRÓW.  339 

Kto  wie,  czy  ci  liczni  wychowankowie  krakowskiej 
wszechnicy  nie  zaważyli  nieco  na  korzyść  Polski  wśród 
licznych  walk  o  owładnięcie  korony  św.  Szczepana  w  pię- 
tnastym stuleciu?  Napływ  ich  znaczny  do  Krakowa  wy- 
^wołał  nawet  z  biegiem  czasu  potrzebę  osobnej  instytucyi, 
która  przybyszów  z  za  Karpat  miała  skupiać  pod  jednym 
dachem,  a  wzmocnić  i  upewnić  tem  ich  stanowisko  wśród 
obcego  otoczenia. 


^»-t- 


9f» 


IL 

Mieszkania  scholarów  i  bursy. 


System  hospicyalny  i  koUegialny.  —  KoUegia  w  Krakowie  i  ich 
przeznaczenie.  —  Borsy:  bursa  ubogich  czyli  Isnera,  Jeruzalem,  ka- 
nonistów.  —  Zai^ugi  Długosza  około  uposażenia  burs.  —  Pomniejsze 
bursy:  filozofów,  medyków,  divitum.  —  Bursa  węgierska  i  jej  dzieje. 
—  Bursa  niemiecka,  założona  przez  Jana  z  Głogowa.  —  Pod  koniec 
wieku  uniwersytet  zmusza  do  mieszkania  w  bursach.  —  Studenci 
w  kollegiach  i  szk<^ach  parafialnych.  —  Organizacya  burs. 


Naprowadza  nas  to  na  ogólną  sprawę  mieszkań  kra- 
kowskich scholarów^).  Z  chwilą  założenia  jakiegokolwiek 
uniwersytetu  trzeba  było  równocześnie  pomyśleć  o  mie- 
szkaniach i  przytułku  dla  scholarów,  obmyśleć  jakieś  środki^ 
któreby  zapewniały  młodzi  schronienie,  a  nawet  opiekę. 
Kazimierz  Wielki  w  dokumencie  erekcyjnym  wspomnii^ 
dlatego  o  gospodach,  »hospitia«  dla  magistrów  i  uczniów; 
opłatę  i  jej  wysokość  mieli  określać  dwaj  obywatele  kra- 
kowscy wespół  z  dwoma  studentami*).  Pojawia  się  więc 
tu  wyraz  ))hospitia«,  znamienny  dla  wszystkich  uniwer- 
sytetów przeważnie  do  czternastego  wieku,  szczególnie  zaś 
dla  uniwersytetów  włoskich.  Według  tego  systemu  hospi- 


^)  Por.  Muczkowski,  Mieszkania  i  postępowania  uczniów  kra- 
kowskich (184:2)  i  Karbowiak,  Mieszkania  żaków  krakowskich.^ 
Lwów  1887. 

*)  Cod.  univ.  I,  2. 


z   ŻTOA   SCHOLARÓW  I   MAOIBTBÓW  S41 

cyalnego  wolno  było  studentowi  najmować  sobie  gospodę 
»camera«,  czy  to  dla  siebie  samego,  czy  to  na  mieszkanie 
wspólne  z  innymi  kolegami.  System  ten  nie  dawał  młodzi 
napływającej  na  uniwersytety  dostatecznego  oparcia  ani 
opieki;  to  też  zapanował  on  i  utrwalił  się  w  szkołach 
włoskich,  jak  Padwa  i  Bolonia,  gdzie  główny  nacisk  spo- 
czywał na  nauce  prawa,  a  starsi  już  tych  nauk  adepci 
mogli  bez  ścisłej  opieki  radzić  o  sobie  i  swych  zajęciach. 
Uniwersytety  włoskie  zachowały  wskutek  tego  bardziej 
świecką  organ  izacyę. 

Tymczasem  wobec  tego  systemu  powstał  w  Paryżu 
inny,  t  zw.  kollegialny,  który  z  biegiem  czasu  przetwo- 
rzył uniwersytet  w  zbiorowisko  rozmaitych  domów  ma- 
gistrów i  uczniów;  w  mieszkaniach  tych  związano  się 
wspólną  organizacyą,  którą  zapewniono  oparcie  i  opiekę 
dla  młodzi.  Uniwersytet,  który  tak  znakomicie  uprawiał 
teologię,  wycisnął  też  na  całym  swym  ustroju  duchowne 
jakieś  piętno.  Stworzono  więc  szereg  koUegiów  z  kla- 
sztornym porządkiem,  a  z  Paryża  ustrój  ten  i  nastrój  po- 
woli się  rozszerzył  na  wszystkie  uniwersytety  Wschodu 
i  Północy^). 

Kiedy  Władysław  JagieSo  zakładał  swój  uniwer- 
sytet, przeznaczył  on  zarazem  kollegium  dla  mistrzów 
artystycznych  i  teologów  w  domu  przy  ulicy  św.  Anny. 
System  paryski  znalazł  tu  więc  od  razu  oddźwięk  i  na- 
śladownictwo. A  za  tem  pierwszem  kollegium  poszły  nie- 
bawem inne,  prawnicze  w  r.  1403,  mniejsze  w  r.  1449. 
System  kollegialny  przeniesiono  więc  od  razu  na  Wschód, 
jako  coś  gotowego.  A  jednak  mimo  naśladowania,  wscho- 
dnie te  koUegia  różniły  się  znacznie  od  koUegiów  pary- 
skich; te  bowiem  były  w  pierwszym  rzędzie  przeznaczone 
dla  ubogich  scholarów,  a  w  drugim  dopiero  rzędzie  dla 
magistrów.  KoUegia  tymczasem  wschodnie  zawierały  mie- 


>)  K&mmel,  Die  Universit£Lten  d.  Mittelalters  (Schmid,  Oeschidite 
der  Ersiehung  U),  p.  610. 


342  KSIĘGA   IV. 

szkania  dla  magistrów  i  lektorya,  rzadko  tylko  i  w  dro- 
bnej mierze  dawały  przytułek  scholarom.  Władysław  Ja- 
giełło przeznacza  dom  w  ulicy  św.  Anny  »na  mieszkanie 
magistrów  i  na  codzienne  wspólne  miejsce  scholarów^, 
którzy  tam  wykładów  i  dysput  słuchać  będą.  Ostatecznie 
więc  założenie  kollegiów  w  Krakowie  w  niczem  nie  za- 
łatwiało sprawy  trudnej  rozmieszczenia  scholarów  i  pe- 
wnej nad  nimi  opieki. 

Zapewne  że  i  twórca  uniwersytetu  i  ci,  co  jego  myśl 
przeprowadzali,  byliby  chętnie  nie  tylko  mistrzów,  lecz 
i  studentów  ujęli  w  pewne  karby  i  pęta  klasztornego  po- 
rządkiL  Na  razie  jednak  uskutecznić  się  to  nie  dało;  bo 
uniwersytet  nie  posiadał  ani  domów,  ani  fundacyl,  któ- 
reby  dostarczyły  miejsca  i  przytułku  dla  licznych  zastępów 
młodzieży.  Dla  urzeczywistnienia  tych  zamiarów  czekać 
więc  należało  ofiar  ze  strony  społeczeństwa  i  dalszego 
rozwoju  instytucyi.  Tymczasem  zaś  mieszkali  w  Krakowie 
scholarze  nadal  po  hospicyach,  umieszczali  się  w  prywa- 
tnych domach,  czasem  u  jakiego  magistra,  który  ciągnął 
stąd  zyski,  czasem  wreszcie  przy  jakiej  szkole  parafialnej. 
A  uniwersytet  musiał  się  starać,  aby  jakikolwiek  do- 
zór, lub  choćby  cień  dozoru  nad  tą  rozproszoną  mło- 
dzią wykonywać.  Z  biegiem  czasu  dopiero  zadanie  to  stało 
się  łatwiejszem,  skoro  pojawiły  się  fundacye.  które  usu- 
wały zwolna  niedostatki,  skupiając  i  wiążąc  w  jakąś  or- 
ganizacyę  to,  co  było  luźnem  i  do  rozluźnienia  prowadzić 
mogło.  Zakładano  mianowicie  domy,  w  których  scholarze 
za  opłatą,  zwaną  bursa,  znajdowali  przytułek,  a  zarazem 
nadzór  ze  strony  magistra  lub  bakałarza,  mianowanego 
seniorem  takiego  zakładu.  Od  opłaty,  którą  jednak  ubogim 
opuszczano,  domy  takie  nazwano  bursami. 

Kraków  w  piętnastym  wieku  doczekał  się  całego 
szeregu  takich  instytucyi,  mnożących  się  w  jego  murach. 
Wspaniałomyślność  i  ofiarność  pojedynczych  osobistości 
wywołały  ich  istnienie  i  byt  zapewniły;  nazwiska  tych 
dobrodziejów  zasługują  na  osobne  wspomnienie.  Wyszcze- 


z    ŻYCIA    SCHOLARÓW    I    MAGISTRÓW.  343 

gólnił  się  zaś  w  tych  usiłowaniach  około  ubezpieczenia 
bytu  i  nauki  ubogich,  około  wprowadzenia  ładu  w  uni- 
wersytecie wielki  historyk  narodu,  Jan  Długosz.  Z  jego 
nazwiskiem  łączy  się  zarówno  kilka  fundacyi,  jak  i  ule- 
pszenia zaprowadzone  wśród  dawniejszych. 

Najstarszą  z  krakowskich  jest  bursa  Isnera,  zało- 
żona w  roku  1409  i  następnym.  Jan  Isneri,  profesor  teo- 
logii, nabył  w  tym  celu  w  r.  1409  dom  kamienny  przy 
ulicy  Wiślnej  i  w  ostatniej  swej  woli  z  r.  1410  przezna- 
czył go  na  następujące  cele:  »ma  on  służyć  do  użytku 
ubogich  magistrów,  bakałarzy,  studentów  a  przedewszy- 
stkiem  ma  się  tu  przyjmować,  jeżeli  się  znajdą,  Li- 
twinów i  Rusinów  zdolnych  do  teologicznego  studyum 
lub  studyum  artium...;  tył  domu  będzie  schroniskiem  dla 
ubogich,  na  froncie  zaś  mają  mieszkać  bogatsi,  którzy 
będą  opłacać  czynsz  dla  wspomnianej  ubogiej  młodzieży*. 
Nie  wiemy,  czy  we  wszystkiem  uszanowano  wolę  testa- 
tora.  To  pewnem,  że  ta  bursa  niebawem  weszła  w  życie, 
że  dom  narożny  przy  ulicy  Wiślnej  i  dzisiejszej  Gołębiej^) 
dawał  wcześnie  przytułek  scholarom,  a  w  myśl  fundatora 
przyjmował  Litwinów.  Studenci  ze  Wschodu  wystę- 
pują bowiem  dosyć  często  w  jego  murach,  jak  kniaź 
Andrzej  Świrski*),  lub  »nobilesa  Janusz  i  Stanisław  z  Li- 
twy*). A  prócz  scholarów  niekiedy  i  magistrzy  znajdują 
tu  pomieszczenie,  jeśli  miejsce  na  to  pozwala*).  Zawsze 
zaś  mieszkał  tu  mniejszy  kollegiat,  który  był  seniorem 
bursy  ubogich  i  miał  obowiązek  nią  zarządzać,  wykła- 
dając przytem  w  kollegium*).  W  późniejszych  czasach, 
w  r.  1461  doznała  ta  bursa  pewnego  rozszerzenia.  Kupił 
mianowicie  wtedy  Jan  Długosz  w  ulicy  Wiślnej  dom  są- 
siedni,  obydwa  domy   połączył  i  wyrestaurował  i  w  tym 

')  Dziś  własność  banku  austro-węgierskiego. 

•)  Por.  Acta  rect.  1216,  1729.  2190,  2191,  2208,  2229. 

')  Cf.  Pawiński,  Liber  Quitantiarum  Regis  Casimiri  (1897)  p.  174 

*;  Acta  rect.  1785. 

*)  Conclus.  Univ.  p.  r.  1601. 


344  KsmoA  IV. 

zwiększonym  rozmiarze  oddał  na  użytek  scholarów  ^).  To 
był  pierwszy  jego  czyn  wspaniałomyślny  na  korzyść  uni- 
wersytetu podjęty. 

Przedtem  już  jednak  działał  on  w  interesach  i  sprar 
wach  uniwersytetu  jako  pośrednik  między  wielkim,  swym 
opiekunem,  kardynałem  Zbigniewem,  a  wszechnicą  i  jako 
egzekutor  ostatniej  woli  znakomitego  księcia  Kośdota. 
Krótko  przed  śmiercią  w  r.  1453  kupił  był  bowiem  Zbi- 
gniew plac  i  dom  przy  ulicy  Garncarskiej,  teraz  Gołębiej, 
na  miejscu,  gdzie  dziś  się  wznosi  część  Collegium  noTum 
od  strony  ulicy  Gołębiej  i  Jagiellońskiej.  Miejsce  to  nazy- 
wało się  Jeruzalem.  Zbigniew  postanowił  tutaj  zgotować 
wielkie  mieszkanie  dla  znaczniejszej  liczby  scholarów. 
Zastał  na  niem  już  jednak  jakieś  budowle;  pismo  kon- 
sulów krakowskich  z  r.  1460  mówi  o  dwóch  domach  na- 
rożnych przez  Zbigniewa  nabytych').  Zbigniew  więe 
przebudował  te  domy  i  rozbudował,  wydając  na  to  w  r.  1463 
około  tysiąca  grzywien,  później  zaś  przeznaczył  w  r.  1464 
dalszy  tysiąc  na  dokończenie  dzieła,  a  rezultatem  tych 
nakładów  był  pokaźny  dosyć  gmach  ceglany,  który  za- 
chował i  nadal  cechę  dwoistości.  Według  testamentu 
Zbigniewa,  z  r.  1454  ^)  miał  on  zawierać  aż  50  izb  i  dawać 
Btu  uczniom  schronienie.  Czynsz  doroczny  miał  jego 
istnienie  zabezpieczać;  a  biblioteka  przez  kardynała  prze- 
kazana zapewniać  scholarom  pokarm  duchowy.  W  rok  po 
śmierci  Zbigniewa  (1456),  za  staraniem  egzekutora  jego 
ostatniej  woli  Jana  Długosza  bursa  ta  została  otwartą 
^Collegium   Jerusalem   inter   ceteras  bursas  insigne 


*)  Cod.  univ.  Grac.  II.  203  i  Liber.  Benef.  I,  615.  W  vita  Dlu- 
gossii  (Opera  I,  VI)  powiedziano:  Ampliavit  coUegiumi  qaod  paupenun 
nunoupatur;  nam  veteri  aedifioio  instaarato,  to  tam  partem,  quae  in 
postico  est,  demptis  roinis  et  oasulis  ąuibusdam  semiratis  et  obsoletis 
statim  ex  integro  aedificavit.  Według  rysunków  w  zbiorach  p.  pre- 
2ydenta  Friedleina  był  to  doży  gmach  z  pięknemi  odrzwiami  i  oka- 
załą attyką. 

•)  Cod.  univ.  n,  197.     »)  Cod.  univ.  II.  166. 


z   ŻTdA   SCHOŁABÓW   1    MAGISTRÓW.  345 

«t  in  aliis  partibus  famatiu8^)a.  Kiedy  następnie,  może 
w  r.  1462  ogień  zniszczył  tę  bursę,  Długosz  wyrestaurowai 
ją  wspaniale  •).  Senior  wybierany  z  łona  uniwersytetu 
zarządzał  nią  podobnie,  jak  się  to  działo  w  bursie  ubo- 
gich. »Prawo  wstępu  miało  przysługiwać  wszystkim  bez 
względu  na  pochodzenie,  stan  i  narodowość.  Stało  się 
tedy,  że  w  bursie  w  Jeruzalem  mieszkali  obok  scholarów 
niegraduowanych  bakałarze  i  magistrzy,  obok  księży  świe- 
<$kich  alumni  rozmaitych  zakonów,  obok  Polaków  scho- 
larze z  Niemiec,  Węgier  i  innych  krajów  ')«.  W  statutach, 
wydanych  w  r.  1456  *),  zastrzeżono,  aby  konsyliarzy  domu 
Tirybierano  z  rozmaitych  narodowości  —  passim  ex  natio- 
nibus  pro  tunc  in  domo  exi8tentibus.  Ponieważ  zaś  bursa 
tak  liczna  odznaczała  się  pewną  burzliwością  i  częstemi 
zamieszkami  mąciła  spokój  uniwersytetu,  ponawiały  się 
odtąd  coraz  nowe  statuty  i  tychże  obostrzenia,  mianowicie 
w  łatach  1495  i  1498  za  rektoratów  Macieja  z  Szydłowa 
i  Jana  z  Wysokiej.  Pod  względem  naukowym  stała  ona 
otworem  dla  scholarów  rozmaitych  wydziałów,  zarówno 
dla  artystów,  jak  dla  prawników  i  teologów. 

Ciaśniejszy  tymczasem  zakres  i  przeznaczenie  miała 
inna  bursa,  założona  wyłącznie  dla  młodych  prawników. 
Pierwsza  fiindacya  o  takim  celu  nastąpiła  około  połowy 
piętnastego  wieku;  w  r.  1451  spotykamy  się  już  z  wzmianką 
o  bursie  jurystów^).  Znajdowała  się  ona  na  ulicy  Ka- 
nonnej  po  lewej  ręce  idąc  od  zamku^)  i  zwała  się  także 
bursa  pisarum,  czyli  Grochową,  a  wyszła  z  daru  kapituły 
krakowskiej,  która  z  przyzwoleniem  kardynała  Zbigniewa 


^)  Oonclus.  univ.  a.  1495. 
*)  Vita  Dlugossii,  Opera  Vol.  I,  p.  VI. 

■)  Karbowiak,  Ustawy  bursy    krakowskiej    Jeruzalem    (1888) 
str.    10. 

*)  L.  o.  p.  14.  26. 

•)  W  Acta  officialia  Grac.  I.  (1461,  8  Junii). 

*)  Dziś  dom  pod  liczbą  3. 


346  KSIl^A    lY. 

dom  swój  na  użytek  scholarów  kanonistów  odstąpiła  uni- 
wersytetowi. Dom  ten  był  jednak  mocno  podrujnowany. 
Dlatego  już  w  r.  1454  uchwalono  w  uniwersytecie,  aby  go 
restaurować  ^),  bo  prawie  się  już  nie  nadawał  do  zamie- 
szkania. Fundacya  była  prócz  tego  o  tyle  nieodpowie- 
dnią, że  ciasny  budynek  niewielu  tylko  mógł  pomieścić 
scholarów  *). 

W  r.  1469  jednak  nastąpiły  zamiany  i  przemiany, 
które  utorowały  drogę  do  usunięcia  tych  niedostatków, 
a  główną  w  tym  postępie  zasługę  miał  znowu  historyk 
Jan  Długosz.  Wtedy  mianowicie  on  i  młodszy  Jan  Dłu- 
gosz, kanonicy  krakowscy,  przeprowadzili  układ  ze  żydami, 
który  ostatecznie  usunął  ten  żywioł  z  najbliższego  są- 
siedztwa uniwersytetu.  Za  koliegium  artystów  mieli  oni 
jeszcze  naówczas  w  pierwotnej  swojej  dzielnicy  stare  dwie 
synagogi,  szpitale  i  cmentarze  dla  swojej  gminy.  Długoszo- 
wie  weszli  więc  z  nimi  w  układy  i  skłonili  ich  do  odstąpienia 
tych  budowli  i  gruntów  w  zamian  za  dom  i  miejsce  przy 
ulicy  Spiglarskiej  obok  kościoła  św.  Szczepana ').  Według 
biografii  Długosza*)  przeznaczył  on  miejsce  w  ten 
sposób  pozyskane  na  koliegium  Cystersów,  które  im  już 
przez  Jagiełłę  obiecanem  zostało,  ale  dotąd  nie  było 
otwartem,  a  nawet  i  teraz  w  życie  nie  weszło.  W  lutym 
r.  1469  prowadziły  się  tymczasem  już  układy  między  uni- 
wersytetem a  kapitułą  krakowską.  Uniwersytet  zwrócił 
mianowicie  kapitule  dawną  darowiznę,  ową  bursę  gro- 
chową na  ulicy  Kanonnej,  a  w  zamian  za  to  otrzymał 
ów  plac  świeżo  od  żydów  przez  Długosza  nabyty  ^).  Równo- 
cześnie przemyśliwał  Długosz  o  nowej  fundacyi  dla  ubo- 
giej młodzi,  oddającej  się  studyom  kanonistycznym.  Kupił 
on  wtedy  dom  murowany  na  ulicy  Grodzkiej,  w  blizkości 


*)  Conclus.  univ. 

»)  Cod.  univ.  Grac.  II,  264. 

»)  Cod.  univ.  Crac.  II,  262. 

*)  Opera  I,  XV. 

*)  Cod.  univ.  Crac.  II,  263. 


z    ŻYCIA    SCHOLARÓW   I    MAGISTRÓW.  347 

ŚW.  Andrzeja,  dom  zwany  Warchołowska  naprzeciw  kol- 
legium  jurystów  ^)  i  już  w  roku  1471,  jak  świadczy  ta- 
blica dziś  wmurowana  w  stronę  skrzydła  wschodniego 
biblioteki  Jagiellońskiej,  erygował  w  nim  bursę  ubogich 
kanonistów.  W  tymże  samym  celu  odbudował  go  zu- 
pełnie i  odstąpił  na  własność  uniwersytetu;  ponieważ 
w  r.  1483  budowla  nie  była  jeszcze  zupełnie  skończoną, 
postanowił  uniwersytet  po  śmierci  fundatora  choćby  na 
własny  koszt  dzieła  dokonać*).  Fundacya  weszła  już  je- 
dnak przedtem  w  życie,  jeszcze  przed  zgonem  Długosza; 
mamy  bowiem  wzmiankę  o  scholarach,  w  niej  pomie- 
szczonych w  r.  1479.  Statuta  jej  wypracowano  w  r.  1485 
za  rektoratu  Macieja  z  Kościana'*).  Według  nich  seniorem 
miał  być  doktor  dekretów,  lub  licencyat  albo  bakałarz  ka- 
nonów, wybrany  przez  uniwersytet  Testament  Jakóba 
z  Szadka  opatrzył  ten  seniorat  altaryą  św.  Jana  antę  por- 
tam  Latinam  w  kościele  katedralnym  z  siedemnastu  grzy- 
wnami dochodu  i  określił  jego  obowiązki:  czwarta  księga 
dekretałów  miała  być  przedmiotem  jego  wykładów  *). 

Najznakomitsza  to  więc  fundacya  Jana  Długosza, 
tyle  zasłużonego  około  rozwoju  krakowskiego  uniwersy- 
tetu, owa  bursa  Longinus'a,  jak  biografia  Długosza  się 
wyraża,  największa  podpora  wydziału  prawników  —  ca- 
nonicae  facultatis  maximum  robur.  To  też  nie  dziwimy  się, 
że  na  pogrzeb  wielkiego  historyka  w  r.  1480  prócz  pocztu 
książąt  i  tiumów  ludu  wyległ  uniwersytet,  jak  świadek 
współczesny  opowiada,  aby  uczcić  męża,  który  piórem 
i  czynem  rzucił  tyle  myśli  i  tyle  zasiewów  pod  rozwoje 
przyszłych  wieków^). 

')  Ibid.  m,  38. 

•)  Couclus  univ.  1483. 

■)  Por.  Wiszniewski,  Hist.  lit.  IV,  381. 

*)  Por,  rozporządzenie   z  r.  1491   w  Cod.  univ.  Grac.  III,  174. 

•)  Długosz,  Opera  I,  XVI.  Zburzonj  m  został  ten  dom  w  r.  1836; 
front  jego  ozdobiony  rzeźbą  i  podwórze  było  dosyć  okazałem,  jak 
widać  ze  starych  rysunków  w  zbiorach  prezydenta  Friedleina. 


348  K8IĘOA   IV. 

Prócz  tych  burs  wspomnianych,  które  były  wieikiemi 
instytucyami,  dającemi  przytułek  licznym  scholarzom,  sły- 
szymy o  pomniejszych,  które  pośledniejsze  zajmowały  sta- 
nowiska i  nie  miały  tak  pewnych  warunków  trwałoicL 
Mamy  mianowicie  świadectwa  o  bursach  przeznaczonych 
dla  uczniów  wydziałów  innych  na  modłę  bursy  jury- 
stów, która  dla  kanonistów  stała  otworem.  I  tak  liczne 
dosyć  wzmianki  odnoszą  się  do  bursy  filozofów,  znaj- 
dującej się  przy  ulicy  Gołębiej  obok  bursy  Jeruzalem. 
Wiekiem  pono  sięgała  ona  początków  uniwersytetu;  zna- 
czeniem jednak  ustępowała  innym  bursom.  Seniorami  jej 
bywali  magistrzy,  ale  niekiedy  nawet  bakałarze  artystów  ^). 
W  r.  1494  wspomnianym  jest  student  mieszkający  w  »do- 
mu  medyków <c,  a  w  tym  samym  roku  znajdujemy 
wzmiankę  o  seniorze  bursy  medyków*).  Gdzie  się  ona 
znajdowała,  nie  powiedziano;  prawdopodobnem  jest,  ie 
stare  kollegium  medyków  na  ulicy  Grodzkiej,  choć  było  zruj- 
nowanem  i  nieodpowiedniem  dla  profesorów  i  wykładów, 
wystarczało  jeszcze  dla  scholarów,  którzy  tu  szukali  schrch 
nienia.  Mało  także  występuje  w  życiu  uniwersytetu  bursa 
di  vi  tum  czyli  bogatych.  Wspomnienie  o  niej  pierwsze 
znajdujemy  pod  r.  1447*),  choć  zapewne  przedtem  już 
istniała.  Przytykała  ona  do  ulicy  Gołębiej,  w  blizkośei 
bursy  filozofów,  z  której  rzucano  kamieniami  do 
jej  okien*).  W  roku  1476  przeniesiono  następnie  do 
domu,  który  ta  bursa  bogatych  zajmowała,  kollegium 
mniejsze,  a  wzmianki  o  niej  kończą  się  z  pomienioną  datą^ 
Zdaje  się  więc,  że  nie  miała  stałych  funduszów,  któreby 
byt  jej  na  zawsze  zapewnić  mogły. 


*)  N.  p.  w.  r.  1478.  Acta  Rect.  n.  717:  Walenty  de  Grilnberg. 

«)  Acta  Rect.  n.  1671  i  1724 

')  Cod.  Jag.  n.  1859:  Explicit  nova  Gompilacio  Algorismi  a.  d. 
1447  in  bursa  divitum. 

«)  Acta  Rect  314. 

*)  Por.  Codex  umv.  Grac.  III,  46.  Mucskowski,  Mieszkania 
etc.  p.  37. 


z    ŻYCIA   8GHOŁABÓW   I    MAGISTRÓW.  349 

Do  tego  rodzaju  burs,  nie  mających  stałego  wyposa- 
żenia, należały  wreszcie  dwie  inne  bursy,  które  prócz  tego 
tern  się  wyszczególniają,  że  w  pierwszym  rzędzie  były 
przeznaczone  dla  obcych  scholarów,  w  Krakowie  zosta- 
jących na  studyach.  Mamy  na  myśli  bursę  węgierską 
i  niemiecką,  które  na  przełomie  piętnastego  i  szesnastego 
wieku  wielką  w  uniwersytecie  odegrały  rolę. 

Mówiliśmy  już  kilkakrotnie  o  Węgrach  w  Krakowie 
i  o  wielkim  wzroście  tego  żywiołu  wśród  uniwersytetu, 
znaczącym  się  w  połowie  wieku.  W  tym  też  czasie  poja- 
wiła się  pierwsza  myśl,  aby  im  zapewnić  stały  i  jednolity 
przytułek.  Jakiś  szlachcic,  nazwiskiem  Mikołaj  Belonka  czy 
Bielonka  sporządził  wtedy  testament,  mocą  którego  w  ko- 
ściele Św.  Anny  miał  powstać  ołtarz  św.  Mikołaja,  a  za- 
razem nowa  kollegiatura  w  Collegium  minus.  Altarysta 
przedstawiony  przez  Collegium  maius  władzy  kościelnej 
miał  wykładać  w  Collegium  minus,  a  opatrzenie  pobierać 
z  domu  darowanego  przez  Belonkę,  leżącego  naprzeciw 
(ex  opposito)  mniejszego  kollegium.  Dom  ten  miał  on  jako 
bursę  wydzierżawiać  Węgrom,  a  gdyby  tych  niedostawało, 
Niemcom.  Węgrzy  i  Niemcy  są  więc  połączeni  w  tej 
pierwszej  fundacyi  lub  w  zamyśle  fundacyi,  a  przekonamy 
się  później,  że  te  dwa  obce  żywioły  w  Krakowie  często- 
kroć się  jednoczyły.  W  r.  1457  zatwierdził  to  rozporzą- 
dzenie Mikołaj  z  Kalisza,  yicarius  in  spiritualibus,  po 
śmierci  fundatora  Belonki  ^).  Fundacya  jednak  albo  zupełnie 
w  życie  nie  weszła,  albo  po  przemijającej  próbie  zwichnięta 
została.  Bo  w  konkluzyach  uniwersytetu  z  r.  1501  czytamy, 
jak  zebranie  profesorów  naradza  się  nad  domem  Belonki,. 
który  zajęła  Pani  Tęczyńska,  wdowa  po  Mikołaju;  zapada 
wtedy  uchwała,  aby  dom  ten  wydobyć  z  rąk  tej  niewiasty 
i  aby  w  nim  i  na  nim  fundować  koUegiaturę  mniejszą 
według  dokumentów  i  przywilejów  w  tym  celu  wydanych. 
Nie    słyszymy  znów    jednak,   aby    ta    uchwała    jakiekol- 


*)  Cod.  univ.  Crac.  H,  186  i  nast. 


350  Ksn^A  lY. 

wiek  pociągnęła  za  sobą  skutki;  kollegiata  Belonki  nie 
znajdujemy  i  nadal  wśród  członków  mniejszego  kolIegiunL 
Jakieś  przeto  nieznane  trudności  musiały  i  teraz  uda- 
remnić zamiar  fundatora. 

Tymczasem  w  r.  1464  nabył  uniwersytet  od  Spy&a 
i  Jana  z  Melsztyna  dom  rozległy  na  ulicy  Brackiej*).  Uni- 
wersytet zapłacił  na  razie  przy  zakupnie  900  florenów 
węgierskich.  W  akcie  pośredniczył  Długosz,  który  we- 
dług starej  biografii  »namówił  Jana  z  Melsztyna,  aby  dom 
ten  na  użytek  studentów  przekazał  *)«.  Jaki  był  pierwotny 
zamysł  uniwersytetu  przy  tym  układzie,  w  jakim  celu  prze- 
prowadzono ten  interes,  dziś  nam  nie  jest  wiadomem. 

Pierwsze  zaś  użycie  nowego  gmachu  na  Brackiej 
ulicy  tylko  pośrednio  wyszło  na  korzyść  scholarów. 
W  lutym  r.  1464  zawarto  kontrakt,  a  w  kwietniu  tegoż 
roku  występuje  ten  dom  w  Conclusiones  już  jako  Colle- 
gium Novum;  mają  tu  mianowicie  odbywać  się  niektóre 
wykłady  prawa  i  medycyny,  a  przedewszystkiem  lekcye 
artystów,  którzy  po  pożarze  Collegium  mniejszego  nie 
znajdowali  pomieszczenia  odpowiedniego ;  prócz  tego 
w  domu  tym  miano  urządzać  niektóre  akty  uniwersytetu, 
jak  n.  p.  dysputacye.  Potrwał  taki  stan  aż  do  roku  1476, 
w  którym  bursę  divitum  przeznaczono  i  oddano  na  mie- 
szkanie i  użytek  mniejszych  kollegiatów. 

Później  zaś  ten  dom  na  Brackiej  stał  się  ogniskiem 
Węgrów.  Mówiliśmy,  że  już  około  roku  1462  powstała 
myśl  założenia  bursy  dla  tych  scholarów  i  że  w  r.  1467 
zatwierdzoną  ona  została.  Otóż  w  r.  1470  spotykamy  się 
już  ze  stanowczą  wzmianką  o  bursie  węgierskiej^). 
Gdzie  ona  w  początkach  się  znajdowała,  czy  w  onym 
domu  Belonki  ^naprzeciw  kollegium  mniejszegoa,  tego 
określić   nie    można.   Kiedy  jednak    w    roku   1476  stwo- 


^)  Dziś  dom  p.  Stan.  Żeleńskiego. 

*)  Por.  Vita  Dlugossii  w  Opera  I,  VII  i  XV. 

*)  Acta  Rectoralia  n.  162. 


z    ŻYCIA    SCHOLARÓW    I    MAGISTRÓW.  351 

rzono  nowe  koUegium  mniejsze,  wtedy  bursę  tę,  jak  się 
zdaje,  przeniesiono  na  stałe  do  opróżnionego  domu  Mel- 
sztyńskich  na  ulicy  Brackiej.  Już  bowiem  pod  r.  1476  to 
zaznaczono^),  a  w  roku  1482  bursa  ta  nazwaną  jest  wy- 
raźnie Collegium  dominorum  de  Melsztyn  *).  Na  tem  więc 
miejscu  rozwinęła  się  ona  na  dobre  i  stalą  się  jedną  z  prze- 
ważnych instytucyi  całego  uniwersytetu,  w  którym  na- 
pływ Węgrów  tak  znaczne  wykazywał  cyfry.  Czterdziestu 
scholarów  mogło  w  niej  znaleśó  pomieszczenie*);  rzadko 
korzystali  z  tego  schroniska  Polacy,  częstą  za  to  wśród 
mieszkańców  była  przymieszka  niemiecka.  Przecież  w  roku 
1483  brał  ją  nawet  jeden  z  mistrzów  w  arendę  dla  swych 
niemieckich  scholarów  —  pro  Almannis  studentibus  suis. 
Słyszymy  dalej,  że  np.  w  roku  1513  był  jej  seniorem  znany 
nam  Wacław  z  Hirschberga,  tutaj  wreszcie  znalazł 
jv  r.  1526  przytułek  niemiecki  poeta  Johannes  Hadus.  Se- 
niora wybierali  mieszkańcy  z  pośród  siebie  *).  Miał  on  nie- 
wątpliwie trudne  zadanie  z  powodu  żywego  temperamentu 
^węgierskiego  i  licznych  tarć  i  starć  bursarzy  z  innymi 
scholarami,  podsycanemi  pewnym  antagonizmem  ple- 
miennym. 

Dom  bursy  należał  do  uniwersytetu,  który  go  pu- 
szczał przedsiębiorcom  w  arendę,  aby  ci  finansową  stronę 
interesu  prowadzili  i  należytości  z  mieszkańców  ściągali. 
Wypłacali  ci  dzierżawcy  za  to  pewną  sumę  uniwersyte- 
towi*). W  r.  1483  podjął  się  tej  arendy  Jan  z  Głogowa, 
który  i  w  następnych  latach  układ  taki  ponawiał,  a  w  r. 
1488  Jan  de  Sonfmerfeld  •).  W  końcu  piętnastego  stulecia, 
jak  już  wspominaliśmy,  bursa  ta  stała   się  ogniskiem  hu- 


*)  Maczkowski,  Mieszkania  etc.  str.  26. 
•)  Acta  Rect.  n.  879. 
T  Conclus.  univ.  a.  1491. 
*)  Acta  Rect.  n.  2078. 

*)  Podobnie  w  r.  1529  zostaje  puszczoną  w  arendę  bursa  Lon- 
ginusa.  Wyraźnie  było  to  zwyczajem  ówczesnym.  Acta  Rect.  n.  2970. 
«)  Conclus.  uniw.  1483  i  1488. 


358  KBnąs^A  IV. 

manizmu  i  przystanią  humanistów.  Niejeden  wykład,  który 
gdzieindziej  nie  byłby  mógł  znaleźć  audytoryum,  tutaj  się 
odbywał,  żeby  tylko  nazwać  Celtesa  i  wyżej  wspomniane 
zapowiedzi  jego  prelekcyi. 

Z  początkiem  jednak  szesnastego  wieku  świetność 
jej  powoli  zaczęła  przygasać.  Wprawdzie  Zygmunt  Stary 
okazywał  jej  i  jej  mieszkańcom  szczególną  życzliwość,  dając 
im  n.  p.  w  roku  1510  prawo  pobierania  za  darmo  kilku 
banków  soli  ^)  z  Wieliczki.  Później  jednak,  kiedy  liczba 
Węgrów  topnieć  zaczęta,  przyszło  między  bursą  a  uni- 
wersytetem do  poważnych  nieporozumień.  W  roku  153& 
uskarżał  się  już  uniwersytet,  że  czynsz  z  domu  tego  mało 
przynosi,  bo  liczba  Węgrów  jest  nieznaczną;  gniewana 
się,  że  Węgrzy  dom  ten  za  swoją  własność  uważają,  choć 
on  kupionym  został  przez  uniwersytet;  wspomniano  jui 
wtedy,  że  należałoby  Węgrów  stąd  wydalić*).  W  roku 
też  1541  została  dlatego  bursa  ta  rzeczywiście  zamkniętą'); 
następnie  w  roku  1557  pozwolono  Węgrom  mieszkać 
w  bursie  dawniejszej  germańskiej,  zwanej  bursa  noya, 
ale  i  to  postanowienie  nie  ostało  się  długo,  bo  w  roku 
1558  ostatecznie  rozwiązała  się  dotychczasowa  organizacya 
Węgrów  —  desiit  communitas  haec  Hungarorum  *).  Nie 
było  wówczas  już  żywiołów  dosyć  licznych  dla  wytwa- 
rzania osobnej  korporacyi. 

Z  bursą  niemiecką,  pokrewną  co  do  przezna- 
czenia wiąże  się  nazwisko  Jana  z  Głogowa.  Mówiliśmy 
już,  że  dla  swych  studentów  niemieckich  wynajął  on  w  r. 
1483  dom  Melsztyńskich.  To  było  jednak  tylko  półśrod- 
kiem. Jan  z  Głogowa  przemyśliwał  w  dalszym  ciągu  o  le- 
pszem  i  bardziej  stałem  pomieszczeniu.  Otóż  w  r.  1486 
egzekutorowie  testamentu  historyka  Jana  Długosza  odstą- 
pili za  pewien  czynsz    »plac   niegdyś    żydowski  za  koUe- 

*)  Cod.  univ.  Crac.  IV,  31. 

•)  Conclus.  univ.  1635. 

')  Schrauf  Regestrum  bursae  Hungarorum,  Wien  1898  p.  XVIII. 

*)  Ibidem  p.  33,  34. 


z   ŻTdA   SCHOIiABÓW  I   MAGISTRÓW.  86B 

głiim«  Janowi  Glogier,  który  tam  zamierzył  wystawić  dom 
dla  scholarów  ^).  Zamiar  raz  powzięty  przyszedł  niebawem 
do  skutku,  a  osobistymi  zachodami  i  własnym  kosztem 
Ołogowity  budowla  wnet  dokonaną  została').  Już  w  roku 
1487  zaczynają  się  dlatego  pojawiać  scholarze  de  bursa 
Alemannorum  *)  zarówno  Niemcy  jak  Węgrzy,  krótko  zaś 
potem  w  aktach  rektorskich  wspomniano  pod  rok  1488 
o  bursie  świeżo  zbudowanej,  noviter  extructa*);  wspomi- 
nają wreszcie  dom  ten  na  ulicy  św.  Anny  konkluzye, 
a  w  księdze  przywilejów  uniwersytetu  mowa  jest  o  bu- 
dynku drewnianym  fundowanym  dla  Niemców  przez  Jana 
Głogowitę,  zwanym  Bursa  nova*). 

Jan  Głogowczyk  był  wogóle  wielkim  Niemców 
opiekunem  i  dobrodziejem.  Założenie  zaś  bursy  w  sze- 
^^S^  }^g^  dobrodziejstw  stanowczo  uchodzić  może  za 
najważniejsze  dzieło.  Budynek  jej  drewniany  znajdował 
się  na  tyłach  koUegium  większego  •).  Kiedy  w  roku  1523 
pożar  go  zniszczył,  nie  było  już  właściwie  naglącej  po- 
trzeby odnowienia  i  odbudowania,  szczególnie  wobec 
stanowczego  ubytku  Niemców  w  uniwersytecie.  Zastą- 
piła go  wtedy  1  z.  bursa  nova,  o  której  jako  o  założonej 
(constructa)  przez  magistra  Benedykta  z  Koźmina  czytamy 
pod  r.  1535  w  Conclusiones  uniwersytetu.  Mistrz  Bene- 
dykt miał  za  swoje  nakłady  nią  zarządzać,  a  wynajmować 


')  Por.  Acta  univ.  Faso.  268  n.  5905.  A  więc,  chociaż  ten  plac 
odstąpiono  w  r.  1469  (por.  str.  346)  na  korzyść  uniwersytetu,  sa- 
chował  Długosz  i  późaiej  pewne  doń  prawa. 

*)  Por,  Cod.  Jag.  n.  59  p.  58  (Brevi8  historia  Acad.  Crac), 
W  jakim  związku  z  tern  przedsięwzięciem  stoi  dom  w  r.  1467  na- 
byty przez  Glogowczyka  od  pewnego  Marcina  cpro  universitate  com- 
parata  et  emptac  (Acta  Elector.  n.  1107),  nie  umiemy  powiedzieć.  Może 
przykupil  on  ten  dom  w  celu  wystawienia  bursy. 

•)  Acta  Rect  1097. 

*)  Acta  Rector.  1180. 

*)  Konkluzye  uniwersytetu  z  r.  1488  i  Muozkowski,  Mieszkania 
eto.  p.  39. 

*)  Muczkowski  L  c.  39. 

Hiat.  Unlw.  T.  U.  88 


354  KS^GA   !▼. 

Połakom,  Niemcom  lub  Węgrom^).  Przypominamy,  że 
w  tym  samym  roku  zamierzono  wydalić  tych  ostatnidł 
z  domu  Melsztyńskich,  który  dotąd  zajmowali 

Obydwie  te  więc  bursy,  węgierska  i  niemiiecka,  po- 
wstały i  zakwitły  podczas  największego  rozkwitu  naszego 
uniwersytetu,  obydwie  w  bujnem  życiu  końca  i  początku 
stulecia  wielki  brały  udziaŁ  Kiedy  zaś  napływ  obcych  do 
Krakowa  się  zmniejszył,  znikły  one  z  widowni  wraz 
z  racyą  ich  istnienia.  Nie  było  bowiem  stałego  uposażenia, 
któreby  byt  ich  sztucznie  przedłużyło  i  na  inne  zwró- 
ciło cele. 

Uniwersytet  cieszył  się  z  rozkwitu  i  powstawania 
burs  nowych,  bo  ówczesne  pojęcia  widziały  w  tern  wa- 
runek nauki  i  obyczajności.  Bursy  miały  ujmować  w  karby 
bujne  temperamenty  młodzieży,  nagiąć  ich  życie  do  sta- 
łych kolei  i  przed  wykolejeniem  chronić.  Uniwersytety 
średniowieczne  nakłaniały  dlatego  i  zmuszały  młodzież 
do  mieszkania  po  bursach  i  domach  przez  uniwersytet 
uznanych.  Wobec  młodego  wieku  scholarów  troska  ta 
i  przymus  były  bardzo  zrozumiałemi.  W  r.  1382  uchwa- 
lono statut  w  Pradze,  nakazujący  młodzieży  mieszkać  po 
bursach  i  koUegiach,  w  r.  1421  powzięto  w  Wiedniu  podo- 
bne postanowienie.  Kiedy  więc  uniwersytet  krakowski  roz- 
porządzał w  końcu  wieku  piętnastego  znaczniejszą  liczbą 
takich  instytucyi,  zrobiono  i  tutaj  krok  pokrewny  w  po- 
dobnym kierunku.  Ponawiające  się  często  nieporządki 
i  gwałty  były  jego  bezpośrednią  przyczyną;  powzięto  więc 
w  r.  1491  uchwałę  mającą  temu  położyć  tamę,  »aby  stu- 
denci od  nauki  nie  byli  odrywani,  pieniądze  ze  zbożnych 
nadań  lub  z  majątku  rodziców  grzesznie  trwoniąccc.  Posta- 
nowiono w  myśl  tego,  aby  odtąd  żaden  z  baksJarzy  i  stu- 
dentów uniwersytetu  nie  ważył  się  mieszkać  w  domu  lub 


')  Por.  Conclus.  uniw.  pod  r.  1534f  i  Cod.  Jag.  n.  59.  Zwano 
ten  dom  później  domus  classium;  w  późniejszych  czasach  założył 
tu  Wioch  Jo.  Maria  Padovano  pracownię  kamieniarską. 


z   ŹTGIA   SCHOŁABter   I   HAGISTBÓW.  35& 

gospodzie  najętej;  natomiast  »każd]r  jest  obowiązanym 
w  bursach  lub  szkołach  pod  nadzore«a  przebywać  ^)«. 
Uchwała  ta  jednak  od  razu  dopuściła  wyjątki  dla  tych,  co 
mieli  w  mieście  krewniaków,  dalej  dla  studentów  ubogich, 
przyjmujących  służbowe  obowiązki,  dla  synów  wreszcie 
magnatów,  którzy  mogą  mieć  i  powinni  prywatnych  opie- 
kunów i  pedagogów. 

Uchwała  sama  była  rezultatem  długo  już  odczuwąjiej 
potrzeby,  której  poczucie  stopniowało  się  w  chwilach  ni^ 
pokojów;  już  w  r.  1483  n.  p.  upominał  rektor  niespokoj- 
nych scholarów,  aby  się  z  podejrzanych  hospicyów  wypro- 
wadzili i  weszli  »do  burs,  lub  szkół,  lub  kollegium ')«. 
Z  drugiej  jednak  strony  przyznać  trzeba,  że  i  po  wydaniu 
tego  zarządzenia  liczne  wyjątki  przełamywały  nowy  porzą- 
dek. Bo  rektorzy  nie  postępowali  jednolicie,  czasem  pod  pe- 
wnymi warunkami  zezwalali  na  pozostanie  w  hospicyum, 
czasem  zaś  wyznaczali  kary  na  opornych  scholarzy  ^).  Mie- 
szkać prywatnie  nazywało  się  wtedy  expensas  ad  aliguem 
habere,  expensas  alicui  saliare^).  Przez  cały  też  nieomal 
wiek  szesnasty  powtarzaj  się  napomnienia  ze  strony 
władzy,  aby  scholarze  trzymali  się  wydanych  przepisów. 
Tak  samo  działo  się  w  Paryżu  i  w  Oxfordzie;  i  tu  przed- 
sięwzięto w  piętnastem  stuleciu  kroki,  aby  scholarów 
zmusić  do  mieszkania  w  domach  nadzorowanych.  Ale 
jeszcze  w  roku  1486  skarżono  się  w  Paryżu,  podobnie  jak 
w  Krakowie,  że  wielu  z  tych  przepisów  się  wyłamywało  — 
quod  multi  temeriter^  starent  extra  coUegia  et  essent  va- 
gabundi,  errabundi. 

Ustawa  z  r.  1491  wspomina  między  innemi  o  mie- 
szkaniu scholarów  w  kollegiach.  To  był  jednak  objaw 
wyjątkowy,  bo  jak  nadmieniliśmy  poprzednio,  w  kollegiach 
krakowskich    nie    było    właściwie  miejsca  dla  studentów.. 

')  Liber  Prom.  XLII. 

>)  A.  Rect.  n.  916. 

1  Acta  Rect  2180,  2182,  2375. 

*)  Por.  o  tern  komornem  A.  Rect  1412. 

28* 


S5'6  KssĘo^A  nr. 

Drobna  tylko  liczba  znajdowała  tu  pomieszczenie,  czy  to 
w  charakterze  pensyonarzy  prywatnych,  przyjmowanych 
przez  niektórych  magistrów,  czy  teź  częściej  w  chara- 
kterze shiiących  lub  przytulonych  gracyalistów.  Żacy  ser- 
witorzy  obsługiwali  bowiem  magistrów  w  koUegiach  za- 
mieszkałych; za  to  dawało  im  koUegium  wolne  mieszkanie 
i  część  wiktu;  drugą  zaś  część  dostarczali  magistrzy,  każdy 
swemu  serwitorowi  ^).  Bywali  wśród  nich  prości  studenci, 
ale  także  i  bakałarze.  Ustawa  z  roku  1446  ograniczała  ich 
liczbę,  nakazywała,  aby  każdy  magister  na  koszt  kolie- 
gium  trzymał  jednego  tylko  serwitora;  oznaczs^a  dalej 
opłaty,  które  magister  za  nadliczbowych  serwitorów  do 
kollegium  miał  uiszczać. 

Gracyalistami  wreszcie  nazywano  tych  ubogich  ża- 
ków, którym  w  drodze  łaski  dano  w  kollegium  wolne 
mieszkanie.  Za  wikt  musieli  się  oni  opłacać*).  Czasami 
przyjmował  który  z  mistrzów  takiego  gracyalistę  do  swego 
mieszkania,  układał  się  z  nim  o  warunki  i  następnie 
opłacał  pewną  sumę  do  kasy  kollegium  *).  Że  w  koUegiach 
nie  było  właściwie  miejsca  dla  scholarów,  to  stąd  wypada, 
iż  przyjęci  tu  z  łaski  scholarze  mieszkać  częstokroć  mu- 
sieli po  korytarzach  i  sieniach;  chyba  że  łaskawy  magi- 
ster do  własnej  izby  ich  przyjął. 

Znaczniejsza  natomiast  część  scholarów  czepiała  się 
szkół  parafialnych  krakowskich.  Znajdowała  w  nich  przy- 
tułek najniższa  kategorya  żaków,  t  j.  uczniowie  szkół  pa- 
rafialnych, ale  obok  nich  mieszkali  i  żacy,  uczniowie  uni- 
wersytetu. Co  chwilę  słyszymy  dlatego  w  aktach  o  stu- 
dentach, mieszkających  w  szkole  św.  Szczepana,  lub  św. 
Anny,  albo  zamkowej,  czy  też  Wszystkich  Świętych,  lub 
Bożego  Ciała  i  św.  Ducha  czyli  Szpitalnej.    Liczono  tych 


')  Karbowiak,  Mieszkania  żaków  krakowskich  sir.  13. 

^  Karbowiak  1.  c.  14. 

')  Acta  Rector.  3039  pozwany  zostaje  mistrz  Adam  Matla: 
racione  cameralium  occasione  gracialistae,  quem  foYobat  in  propria 
habltatione. 


z   ŻTCIA   SCHOLARÓW   I   KAGISTBÓW.  367 

8zkół  w  Krakowie  w  piętnastym  wieku  i  później  dw«r 
naścia  Rektor  szkoły  lub  jego  pomocnicy  dawał  scholar 
rzom  mieszkanie,  a  oni  w  różny  sposób  musieli  się  za  to 
wy^giwaó,  szczególnie  w  nabożeństwach.  Młodzież  uboga^ 
która  tu  znajdowała  przytułek,  szukała  chleba  w  rozmaity 
sposób,  nie  cofała  się  przed  żebraniną,  bo  to  w  średnich 
wiekach  nie  uchodziło  za  coś  uwłaczającego  dla  scho- 
lara. Z  tych  szkół  paraflainych  puszczali  się  studenci- 
żebracy,  mendicantes  na  miasto,  aby  prośbą,  czy  śpiewem, 
lub  żartami  wyłudzać  pieniądze  potrzebne  na  życie  lub  za* 
bawy  *).  Słyszymy  też  o  pewnych  opłatach,  które  scholarze 
rektorom  szkoły  uiszczali,  o  introitalia  czyli  wpisowem 
i  lignalia  czyli  opałowem*). 

Główną  jednak  instytucyą  dia  zabezpieczenia  po* 
rządku  w  uniwersytecie  pozostały  wspomniane  bursy;  0110 
to  miały  ująć  scholarów  w  to  życie  korporacyjne,  prawie 
klasztorne,  które  było  znamieniem  i  właściwością  średnich 
wieków  i  średniowiecznych  uniwersytetów.  Na  czele  tych 
burs  spotykamy  prowizorów  i  seniorów.  »Prowizor  wybie^ 
rany  zazwyczaj  z  grona  starszych  profesorów  mieszkał 
poza  bursą,  administrował  jej  funduszami,  zaopatrywał 
ją  w  drzewo,  węgiel  i  wiktuały,  dbał  o  całość  jej  bu- 
dynków, nadzorował  seniora,  załatwiał  w  pierwszej  in- 
stancyi  spory  wynikłe  między  seniorem  a  bursarzami 
i  roztrząsał  oskarżenia  wniesione  przeciw  niemu  przez 
bursarzy').«  Seniorami  byli  zazwyczaj  profesorowie,  cza- 
sami młodzi  extranei;  w  bursie  ubogich  był  zawsze  se* 
niorem  jeden  z  młodszych  kollegiatów,  w  bursie  prawników 
profesor  kollegium  prawniczego*).  W  węgierskiej  bursie 
seniorowali  przeważnie  Węgrzy,  zapewne  przez  samych 
bursantów  wybierani.  Senior  mieszkał  stale  w  bursie  i  byt 


•;  Karbowiak  L  c.  16—17. 
>)  Acta  Rect  n.  1056,  1624  1626. 
*)  Karbowiak,  Mieszkania  żaków  2! 
^)  Cod.  aniv.  Crac.  III,  175  i  nast 


868  KssąaA  nr. 

jej  bezpośrednim  przełożonym,  kierownikiem  i  dozorcą^). 
Od  niego  zależał  też  dobry  nastrój  i  porządek  domowy, 
wszelkie  niezadowolenia  bursantów  w  pierwszym  rzędzie 
przeciw  niemu  się  zwracały,  a  przychodziło  przytem  na- 
wet do  obicia  przełożonych.  Jednym  z  takich  seniorów, 
którzy  w  ciągłych  niesnaskach  żyli  ze  scholarzami,  byt 
słynny  Michał  z  Bystrzykowa  w  bursie  JeruzalenL  W  r. 
1489  został  on  obity  i  nawet  poraniony'),  a  z  wjrroku, 
wydanego  w  r.  1490  *)  okazuje  się  stanowczo,  że  dopuszczał 
się  nadużyć  i  wykraczał  przeciw  swym  obowiązkom,  że 
wreszcie  był  kłótliwym  w  codziennych  stosunkach.  Marcin 
z  Leżajska,  senior  bursy  ubogich,  dawał  się  także  we 
znaki  jej  mieszkańcom;  i  jego  napomniano^),  aby  się  za- 
chowywał spokojnie,  aby  z  prawa  swego,  przyznającego 
mu  pewne  przywileje  przy  stole,  skromny  robił  użytek, 
wybierając  porcyę  obfitszą  lecz  nie  zbyt  wielką...  potiorem 
sed  non  valde  magnam. 

W  gospodarczych  sprawach  zastępowali  seniora 
prepozyt,  wybierany  kolejno  z  pośród  bursarzy  i  szafarz. 
Pieniądze  na  utrzymanie  i  żywność  płynęły  z  wkładek 
scholarów,  którzy,  jeżeli  specyalny  przywilej  nie  udzieli! 
im  zwolnienia,  opłacali  wstępne  (introitalia),  opałowe,  (li- 
gnalia)  i  komorne  (cameralia)  ^).  Stół  wspólny  łączył  bur- 
santów, seniora  i  mieszkających  niekiedy  w  bursie  magi- 
strów o  pewnych  dnia  godzinach^).  Senior  przyjmował 
scholarów  do  bursy  i  miał  przytem  żądać  świadectwa  inty- 
tulacyi,  od  której  studenci  często  się  uchylali,  porządnego 
ubrania,  tj.  zastosowanego  do  przepisów- uniwersyteckich, 
które  wymagały  szat  podobnych  do  sukni  duchownej.  Prócz 


>)  Karbowiak,  1.  c.  29. 
*)  Acta  Rect  n.  1221. 
«)  n.  1326. 
«)  Acta  Rect.  2180. 
•)  Acta  Rect.  1056,  1240,  2579. 

^  Bliższe  szczegóły  u  Wiszniewskiego  IV,  881  (bursa  kano- 
nistów)  i  u  Karbowiaka,  Ustawy  bursy  krak.  Jeruzalem. 


z   irODUL   8GH0ŁABÓW  I   1IA018TBÓW.  359 

zarządu  domu,  ciężyły  na  seniorze  pewne  obowiązki 
naukowe.  W  bursach  odbywały  się  bowiem  często 
resumpcye,  t  j.  powtarzania  i  przygotowywania  do  egza- 
minów. Senior  albo  sam  tych  resumpcyi  udzielał,  albo 
je  kontrolowaŁ  Powinien  był  przytem  pilnować,  aby  te 
resumpcye  nie  przeszkadzały  w  uczęszczaniu  na  wykłady 
obowiązkowe  albo  essencyalne  ^).  Kontrola  bowiem  nad 
wykładami,  nad  przykładaniem  się  scholarów  do  nauki 
także  ciężyła  na  jego  barkach.  O  seniorze  bursy  ubogich 
powiedziano  w  konkluzyach  uniwersytetu,  że  obowiązki 
jego  polegają  na  dysputach,  na  zarządzie  domu  i  odby- 
waniu lekcyi  w  koUegium  —  actus  disputando,  domum  et 
inhabitatores  regendo  et  lectionem  in  CoUegio  perficiendo. 
A  więc  seniorzy  burs  —  bo  tak  samo  się  działo  w  bursie 
Jeruzalem  •)  —  byli  zobowiązani  do  urządzania  pewnych  dy- 
sput w  murach  bursy,  które  uzupełniały  to,  co  sam  uniwer- 
sytet pod  tym  względem  dawał  i  mnożyły  liczbę  tych 
ćwiczeń  tak  ulubionych,  a  tak  uprzywilejowanych  we 
wiekach,  które  turnieje  myśli  nadewszystko  ceniły*). 

Wykłady  miały  się  odbywać  w  kollegiach;  uniwersytet 
przestrzegał  tego  prawa  i  walczył  przeciwko  wykrocze- 
niom. A  mimo  tego  nie  zaradził  temu,  iz  w  końcu  wieku 
młodzi  szczególnie  magistrzy  w  bursach  niektórych  wy- 
kłady dosyć  często  wygłaszali.  Było  to  rozluźnienie  prawa, 
wyłamywanie  się  z  pod  kontroli,  która  strzegła  nauki 
i  chciała  ją  zamknąć  w  murach  urzędowych  i  w  urzę-, 
dowym  zakresie. 


>)  Acta  Rect.  1209. 

•)  Cf.  Ustawy  29  i  88. 

^  Por.  Bauch.  Geschichte  des  Leipz.  Fruhhumanismus  (1899)  S.  10. 


-0-<- 


m. 

Zachowanie  się  młodzleiy  i  Jnrysdykcya 
uniwersytetiL 


Wybryki  scholarów.  —  Antagonijcmy  prowineyooalDe.  —  Hmsariy 
eelem  osęstych  prsydnkdw.  —  Praeciwieństwa  Harodowośeiofwa  — 
W^rsy  i  Niemcy  w  Kralcowie.  —  Sądownictwo  retora.  —  Sądy 
domowe  w  lioll^iach  i  Imraach.  —  JnrysdylLcya  konserwatorów.  — 
Konflikta  s  W^pramL  —  Sscsególy  procedury  i  wymiar  kary. 


Uniwersytety  więc  wysilały  się,  aby  młodzież  na- 
pływającą do  nich  ująć  w  pewne,  stałe,  stanowczo  okre- 
ślone porządki  Związek  tych  studyów  z  kościołem,  który 
stał  często  u  ich  kolebki,  wpływał  na  ten  kierunek  i  miał 
i  zewnętrzny  znaleźć  wyraz.  Nauka  bowiem  była  w  ^- 
ibie  teologii,  pani  wszech  nauk,  mistrzowie  byli  du- 
chownymi, a  więc  i  scholarze,  którzy  w  części  szli  na 
księży,  mieli  się  poddać  ustrojowi  duchownemu,  prawie 
klasztornemu.  Ich  ubranie  miało  być  podobnem  do  sukni 
duchownej,  owa  dłu^a  kapota  ciemnego,  najczęściej  bru- 
natnego koloru  z  kapiszonem  lub  bez  kapiszona,  yestitus 
clericalis,  którego  żądano  od  scholara,  uważając  inne  szaty 
za  nieprzystojne  —  vestis  indecens.  Ale  i  w  tym  zakresie 
spotykano  się  z  ciągłymi  wyjątkami  i  wykroczeniami 

Duch  młodzieży  nie  łatwo  wdrażał  się  w  pęta,  które 
nań    nakładano.    Co   chwilę    spotykamy  się  z  wybrykami 


z    iTOIA   SCHOLARÓW   I   MAGISTRÓW.  361 

i  wyskokami  gwałtownych  średniowiecznych  natur,  które 
przełamywują  porządki  z  góry  nałożone.  Reguł  było  więcej, 
więc  i  wykroczeń  większa  liczba.  Jest  tu  jednak  niebez- 
pieczeństwo, aby  rzeczy  sobie  nie  przedstawiać  w  zbyt 
czarnych  kolorach.  Stare  świadectwa  nie  mówią  nigdy 
o  tern,  co  szło  uznaną  i  uświęconą  koleją;  przypadki  buntu 
i  odporności  znalazły  za  to  wymowny  w  nich  wyraz  i  od- 
bicie. Nie  należy  więc  malować  zbyt  czarnych  obrazów, 
zbytecznie  uogólniać  tego,  co  nie  było  ogólnem.  Ale  wątpić 
z  drugiej  strony  nie  można,  że  krewka  natura  średniowie- 
cznej młodzi  nie  łatwo  dawała  się  ujarzmić,  że  zrywała  się 
często  do  wybryków  i  gwałtu,  przerywając  i  przełamując 
wszystkie  surowe  ustawy  władzy,  burs  i  stróżów  porządku. 

Mówiliśmy  już  o  tych  wybrykach  mimochodem.  Swar- 
ność  i  kłótliwość  tej  młodzi  była  wielką.  Obrazy  słowne 
sypały  się  jak  grad  wśród  zawieruchy;  —  fur,  filius  me- 
retricis  było  zwyczajnem  wyzwiskiem.  Dobrze  jeszcze,  gdy 
się  na  tych  injuryach  kończyło;  ale  od  słów  przychodziło 
do  bicia,  targania  za  włosy  (capillatio),  tratowania;  od 
bicia  porywano  się  do  broni,  do  pałasza  lub  sztyletu, 
a  wielokrotne  zakazy  noszenia  broni  niewiele  tu  wskó- 
rały. Balwierze,  barbitonsorcs  opatrywali  potem  rannych 
i  ugodzonych.  Że  i  mistrzowie  nie  byli  bezpiecznymi  przed 
słowem  i  bronią  scholarów,  wspominaliśmy  już  kilkakro- 
tnie. W  Aktach  rektorskich  sprawy  tego  rodzaju,  kłótnie 
i  bójki  zapełniają  całe  stronice.  Sprawy  majątkowe  także 
zakłócały  często  spokój  między  scholarzami;  krawcy  i  sze- 
wcy mieli  dużo  zachodu,  zanim  doszli  do  swoich  należy- 
tości.  W  tych  bowiem  sprawach  sumienia  owych  wieków 
były  jeszcze  luźniejsze  i  pojęcia  szersze,  niż  dzisiaj. 
Kradzieże  wreszcie  i  przywłaszczanie  sobie  cudzej  wła- 
sności należały  do  częstych  wybryków;  książki  i  futerka 
stawały   się   przedmiotem   tysiącznych   pożądań  i  sporów. 

A  z  domów  przenosiły  się  nieporządki  niekiedy  na 
ulicę  mimo  tysiącznych  ustaw  przeciw  scholarzom  włó- 
czącym się  po  ulicach,  mianowicie  w  nocnych  godzinach. 


368  KSIĘGA  lY. 

Słyszymy  o  dosyć  częstych  zasadzkach,  bójkach  na  uUcy, 
przy  których  przychodziło  do  krwi  rozlewu;  rzucano  ka- 
mieniami do  okien,  na  co  znów  odpowiadano  strzelaniem 
z  łuku^);  przesiadywanie  po  karczmach  podniecało  i  tak 
gorące  umysły.  O  zabawach  młodzieży  mało  słyszymy  ze 
starych  świadectw;  mało  widocznie  o  nie  dbano  i  nie  bar- 
dzo odczuwano  ich  potrzebę.  Krewkość  młodzieńcza,  nie 
znajdująca  tego  upustu,  objawiała  się  dlatego  tem  częściej 
w  kłótniach  i  bójkach.  Niektóre  gry,  jak  kostki  i  karty 
bywały  karane,  uchodziły  za  ludi  inhonesti.  W  r.  1505 
karze  rektor  bakałarza  i  magistra,  którzy  wspólnie  grze 
się  oddawali  ^,  w  r.  1529  pozwał  rektor  studenta  Macieja 
z  Piotrkowa,  trawiącego  życie  na  nadmiernej  grze  w  karty 
i  kości ..  in  superfluo  lusu  cartharum  et  taxiIlorum  *).  Wy- 
stępki przeciw  obyczajom,  nad  którymi  uniwersytet  surowo 
czuws^,  wykluczając  kobiety  z  mieszkań  mistrzów  i  scho- 
larów, rzadko  tylko  występują  w  sądach  rektorskich^); 
liczba  tych  przypadków  prawie  znika  wobec  innych  wy- 
kroczeń, które  określiliśmy  powyżej. 

Wśród  młodzieży  zarysowywały  się  pewne  stron- 
nictwa i  stronnicze  przeciwieństwa.  Były  tarcia  pomiędzy 
bursami,  często  żyjącemi  na  stopie  wojennej,  były  pewne 
uprzedzenia  i  nienawiści  prowincyonalne.  Szczególnie  Ma- 
zurzy cierpieli  pod  tym  względem  dużo  od  reszty  mło- 
dzieży. Uchodzili  oni  z  jednej  strony  za  głupkowatych, 
z  drugiej  strony  za  szczególnie  przebiegłych.  Właści- 
wości ich  natchnęły  już  w  piętnastym  wieku  poetę,  który 
ich  ostrą  wysmagał  satyrą,  w  Carmen  Zaphicum,  którego 
treść  Qualis  naturalitas  Mazovitarum  *).  Powiedziano  już 
tu,   że   Mazurzy   ślepo   się   rodzą,   że    są    niewyczerpani 


>)  Por.  Acta  Rect  2669. 

•)  Acta  Rect.  2029. 

>)  Ibid.  2956. 

*)  N.  p.  n.  797. 

•)  Cod.  bibl.  Jag.  2086. 


z   ŻTOIA   SOHOŁABÓW   I   MAGISTRÓW.  368 

Mir  zdradzie,  kradną  i  wszelką  kalają  się  chciwością.  Innj 
epigram  tej  epoki  nie  był  dla  nich  pochlebniejszym. 

Dico  Yobis  ńte,  fdgite  consortinm  MazoYite 
Qiiia  frans  et  inyidia  regnat  in  Mazoyia^). 

Te  uprzedzenia  odbiły  się  echem  w  uniwersytecie. 
Wyszydzano  tu  Mazowszan,  przezywano  ich  scrofae  mazo- 
yianae*),  śmiano  się  z  ich  języka,  obfitującego  w  niezwykłe 
wyrażenia;  w  roku  1513  przyszło  do  kłótni  między  »pol' 
skimia  i  »mazurskimia  scholarami  w  bursie  ubogich. 
Pierwsi  biegali  po  izbach,  pytając  się,  czy  nie  Judasz  przy- 
niósł Mazurom  wiarę,  wyliczając  ich  samogłoski  o  dziwa- 
cznych nazwach ').  Dochodziło  przy  tem  do  wielkiego  roz- 
goryczenia, które  się  tym  razem  oparło  o  trybunał  rektora. 
Jakiej  opinii  zażywali  Mazurzy,  to'i  stąd  widoczne,  że,  kiedy 
w  r.  1558  chciano  ostatnich  mieszkańców  rozwiązanej  bursy 
węgierskiej  przenieść  do  bursy  filozofów,  Węgrzy  łaski 
tej  nie  przyjęli,  »bo  trudnoby  jagniętom  przebywać  wśród 
wilków  mazowieckicha,  inter  lupos  Mazoyitas^). 

Prowincyonalne  niesnaski  nie  były  jednak  tak  groźne, 
jak  tarcia  narodowościowe.  W  uniwersytetach,  w  których 
różne  nacye  się  zbiegały,  przychodziło  do  nich  często, 
a  w  Pradze  stosunki  zaostrzone  sprowadziły  wreszcie 
dynny  exodus  obcych  studentów.  Walki  te  narodowo- 
ściowe studenckie  odbywały  się  na  pięści,^  albo  także  na 


^)  Monum.  Polon.  V,  1010.  Mówiono:  Mazovita  interpretatur 
qaa8i  malarum  aocionum  zelator,  odiens  veritatem  iramqae  teneas 
amarissimam. 

«)  Acta  Rect  1680. 

*)  Ten  język  mazowiecki  wyszydzano  często,  na  przykład 
w  humorystycznych  uniwersałach,  wydanych  przez  Boi.  Erzepkiego 
w  Rocznikach  Tow.  Przyj,  nauk  Pozo.  XXI.  Por.  tenże  ibid.  XXII.  — 
Kłótnia  owa  opisana  w  Acta  Rector.  2189,  2191.  Na  brzegu  Mazur 
dopisał  przy  owych  słowach  Mazurom  przypisywanych:  tho  pyssal 
▼ygebany  łotr  y  osczerca  y  zdrayca. 

*)  Schrauf,  Regestrum  bursae  Hungar.  p.  35. 


SM  KSIĘGA    IV. 

pióra.  Cała  masa  ulotnych  pisemek  i  epigramatów  tak  po- 
wstawała, które  szerzono  piśmiennie  i  ustnie,  przylepiano 
na  murach  dla  powszechnego  widoku.  Czesi  rzucali  na 
Niemców  ostre  inwektywy 

Teutonici  snnt  nati,  yenernnt   de  cało  Pilati, 
Bohemi  sunt  tristi,  yenerant  de  corpore  CrisfL 

Łacina  odpowiadała  nastrojowi  tych  poetycznych 
utworów.  Inne  pieśni  studenckie  szarpały  scholarów 
różnych  narodowości  w  Pradze  przebywających,  przyczem 
Polacy  zwykle  jako  złodzieje  odbierali  dotkliwe  ci^gi: 

Hos  attingit  Hungarorum 
Natio  crassomm  momm 
Radis  atque  barbara. 

Infra  illos  snnt  Poloni 
Ad  furandnm  valde  proni 
Et  Lithyani  paaperes. 

Marcomanni  et  Bohemi 
Snnt  haeretici  blasphemi 
Madidi  Austńaci  ^). 

Nie  w  tak  gwałtowny  sposób,  jak  w  Pradze,  ale 
zawsze  podobnie  ujawniały  się  antagonizmy  narodowe 
w  Krakowie.  Z  Węgrami,  których  było  dużo  i  którzy 
odznaczali  się  żywością,  łatwo  przyjść  mogło  do  zwady. 
Mnożyły  się  też  bójki  zobopólne*);  w  r  1507  oskarżono 
Węgrów,  że  pobili  jakiegoś  Polaka,  oni  zaś  się  usprawie- 
dliwiali tem,  że  to  nastąpiło  w  dzień  młodzianków,  a  u  nich 
obyczajem  narodowym  karcić  chłopców  przy   tej   uroczy- 

*)  Por.  Tadra,  Kulturni  styky  Cech  s  cizinou  (Praga  1897) 
str.  387,  391. 

*)  Acta  Rect  2131  (r.  1507)  2318  (1515). 


z    ŻYOUL   BGHOŁABÓW   I   IIAGISTBÓW.  36& 

stości.  Rektor  ich  jednak  zgromił,  że  Kraków  nie  miejscem 
na  takie  obyczaje.  Wycieczki  złośliwe  na  Węgrów  przy- 
twierdzano i  rozlepiano  na  drzwiach  kollegium,  bursy  wę- 
gierskiej i  po  innych  miejscach.  W  r.  1522  obywatel  kra- 
kowski Jan  Medyk  przytwierdził  takie  paszkwile  na  bursie 
węgierskiej,  na  drzwiach  kaplicy  Węgrów  w  kościele 
Św.  Franciszka  i  na  innych  kościołach^).  Sąd  wkroczył 
następnie  w  tę  literacką  walkę.  Zaostrzała  się  ona  w  po- 
czątkach szesnastego  wieku,  w  czasie  kiedy  antagonizmy 
narodowe  wystąpiły  silniej  i  odparły  w  końcu  prąd  cu- 
dzoziemców dotąd  do  Krakowa  napływających. 

Mówiliśmy,  że  w  tych  samych  latach  i  Niemcy  za- 
częli się  obawiać  w  Krakowie  o  swoje  bezpieczeństwo. 
Przychodziło  już  jednak  dawniej  do  sporów  między  nimi 
a  Węgrami')  lub  Polakami.  W  r.  1474  niejaki  Bernard 
z  Lubiszowa,  szlachcic  i  scholar,  mieszkający  w  bursie 
divitum,  przyszedł  zbrojny  przed  bursę  Jeruzalem,  zaczął 
lżyć  Niemców  w  niej  mieszkających,  zowiąc  ich  Kodryań- 
czykami,  żydami,  powtarzając  znaną  piosnkę,  że  Niemcy 
z  tyłka  Piłata  się  zrodzili,  a  do  pocisków  słowa  dołączył 
kamienie').  Senior  bursy  pozwał  go  przeto  przed  sąd  re- 
ktorski. Skończyły  się  wreszcie  te  swary  tym  powolnym 
exodus'em  Niemców,  którzy  w  pierwszej  ćwierci  szesnastego 
wieku  zaczynają  rzadnieć  w  metryce  krakowskiej,  a  pó- 
źniej prawie  zupełnie  znikają.  Inne,  ważniejsze  przyczyny, 
były  przytem  w  grze,  jak  reformacya;  ale  i  podrzędniejsze 
draźliwości  przyczyniły  się  do  rozłączenia  narodów,  które 
kiedyś  u  jednego  źródła  czerpały  światło  i  wiedzę. 

Bursy  były  więc  instytucyą,  która  miała  przyczynić 
się  do  zaprowadzenia  i  utwierdzenia  ładu  w  uniwersy- 
tecie.  Tego  ładu  miała   przytem    pilnować    jurysdykcya. 


')  Acta  Rect.  1697.  1705,  2337. 
*)  Acta  Rect  1660  (r.  1493). 

*)  Acta  Rect  316.  Codrius,  Codrianus^mizerak.  Codriani  wła- 
ściwie osnaoza  bursarzy  ubogich ;  przezywano  tak  bursarzy  wogóle. 


366  KfinoaA  ly. 

władz  uniwersyteckich,  a  w  szczególności  władza  sądowa 
rektora  —  ut  ordo  debitus  et  rigor  ordinatus...  per  sco- 
lares  iugiter  obseryetur.  Dokument  erekcyjny  Jagidty^ 
tak  jak  akta  fundacyjne  innych  uniwersytetów  kompe- 
tencyę  tę  stanowczo  określił.  » Chcemy  —  czytamy  tamie, — 
aby  scholarze  przybywający  do  Krakowa,  którzy  tam  dla 
studyów  zamierzają  się  zatrzymać,  własnego  mieli  rektora, 
któryby  ich  sądził  w  sprawach  cywilnych  i  miał  sądową 
władzę  (iurisdictionem  ordinariam)  nad  wszystkimi; 
któremu  oni  pod  przysięgą  winniby  byli  posłuszeństwo 
i  oddawali  cześć  należną.  I  niechaj  nikt  by  się  nie  ośmielS 
kiedykolwiek  w  cywilnych  sprawach  studentów  uniwersy- 
tetu krakowskiego,  jakiegokolwiekby  byli  stanu,  pozyixrać 
przed  obcego  sędziego,  duchownego  lub  świeckiego.  Od 
wyroku  zaś  rektora  nikt  nie  ma  apelować  ani  się  z  proś- 
bami zwracać,  ani  starać  się  o  restitutio  in  integrum, 
a  gdyby  apelował,  to  apelacya  jego  nie  ma  być  przy- 
jętą, a  apelujący  przez  żadnego  sędziego  duchownego 
lub  świeckiego  nie  ma  być  słuchanym,  lecz  wyrok  rektora 
ma  być  utrzymanym  bez  żadnej  zmiany.  Gdyby  jednak 
zarzucano  wyrokowi  rektora  nieważność  i  niesłuszność, 
to  radcy  (consiliarii)  uniwersytetu  mają  ważność  jego 
i  słuszność  zbadać  i  oni  zawyrokować,  co  się  prawnie  na- 
leży. Po  nadto  rektor  wspomniany  ma  scholarów  sądzić 
w  sprawach  karnych  lżejszych,  np.  gdy  chodzi  o  targanie 
za  włosy,  pobicie  ręką  lub  pięścią  aż  do  krwi  rozlewu 
i  w  każdej  sprzeczce  nie  nadmiernej  i  dla  tych  spraw  nie 
mają  być  scholarze,  ani  ich  towarzysze  lub  służba  pozy- 
wani, ani  pociągani  przed  obce  sądy  (extranea  iudicia). 
Gdyby  zaś,  co  Boże  uchowaj,  scholarz  lub  kto  ze  wspo- 
mnianych, przejętym  został  na  kradzieży,  cudzołoztwie, 
nierządzie,  zabójstwie  lub  jakiej  zbrodni  wielkiej  i  ha- 
niebnej, to  rozsądzenie  tych  spraw  nie  ma  iść  przed  re- 
ktora, lecz  student,  na  którego  takie  oskarżenie  padnie, 
jeżehby  był  klerykiem,  pozwanym  być  ma  przed  sąd  bi- 
skupi, a  jeżeli  świeckim,  przed  nasz  sąd  królewskL« 


z   ŻYCIA   SOHOŁABÓW   I   1IAGI8TBÓW.  367 

To  są  główne  postanowienia  aktu  Jagiełły.  Jest  tu 
więc  podział  na  cywilne  sprawy  i  kryminalne,  jest  inna 
zasada  co  do  duchownych  i  laików.  Głównym  więc  sędzią 
uniwersytetu  i  jego  członków  w  najczęstszych  przewinie- 
niach miał  być  rektor;  ponieważ  jednak  uniwersytet  roz- 
padał się  na  rozliczne  korporacye,  przeto  dziwić  się  nie 
można,  że  z  tern  sądownictwem  rektorskiem  konkurowały, 
a  raczej  obok  niego  powstały  różne  kompetencye,  które 
razem  z  rektorem  przestrzegały  ładu  w  swoim  zakresie, 
a  pośrednio  w  uniwersytecie.  Były  więc  tak  zwane  »do- 
mowe  sądycc,  iudicia  domestica,  które  miały  załatwiać  spory 
i  sprawy  wewnętrzne  pewnych  instytucyi;  od  nich  wolno 
było  w  potrzebie  odnieść  się  do  rektora.  Mieli  więc  taką 
jurysdykcyę  intra  muros  prepozyci  koUegiów^),  mieli  se- 
niorowie burs  2),  którzy  wraz  z  rajcami  (consiliarii)  wybie- 
ranymi z  bursarzy  sprawy  rozsądzali;  w  razie  sporów 
między  bursarzami  a  seniorem,  wkraczał  tu  prowizor*), 
Ł  j.  ten  z  pośród  profesorów,  który  administrował  fundu- 
szami bursy,  nadzorował  seniora,  zaopatrywał  ją  w  arty- 
kuły potrzebne  do  życia.  Chodziło  o  to,  aby  spraw  wnę- 
trza domowego  nie  rozwłóczono  poza  dom  —  ne  causae 
rixosae  et  litigiosae  in  domo  exortae  ad  extra  yolarent, 
sed  in  domo  consopirentur.  Kłótnie  i  injurye  słowne 
w  ten  sposób  miały  niemieć  w  tych  samych  murach,  któ- 
rych spokój  zakłóciły. 

Znajdujemy  dalej  pewną  jurysdykcyę  konserwatorów 
uniwersytetu.  Urząd  ten  powstał  w  tym  celu,  aby  za- 
pewnić uniwersytetowi  stałego  stróża  jego  praw,  wolności, 
własności  i  przywilejów.  Jagiełło  w  r.  1400  powierzył  go 
biskupowi  krakowskiemu*)  W  roku  1410  ustanowił  na- 
stępnie  Jan    XXIII  aż   trzech  konserwatorów,  dziekanów 


*)  Acta  Rect.  788. 

»)  Ibidem  3067. 

*)  Ibidem  1325  i  3114 

*)  Cod.  univ.  Grac.  I,  29. 


368  Ksi^A  nr 

kapituł  gnieźnieńskiej,  krakowskiej  i  wrcH^awskiej  *).  Dzie- 
kan krakowski  był  z  natury  rzeczy  principalis  conservator, 
bo  samo  miejsoe  szczególnie  go  do  tego  zalecało.  Później 
jednak  zajął  jego  stanowisko  opat  z  Mogiły.  W  roku 
1439  występuje  on  juź  w  tym  charakterze,  który  zacłiowat 
i  nadal  *).  Do  tego  konserwatora  można  było,  jak  się  zdaje, 
apelować  w  pewnych  wypadkach  od  wyroku  rektora'). 
Specyalnie  zaś  należały  przed  jego  forum  sprawy,  w  któ- 
rych uniwersytet  lub  jego  członek  doznał  jakiejś  krzywdy, 
lub  uszczuplenia  praw  swych  albo  własności.  Konserwator 
zastępował  się  najczęściej  w  tych  zadaniach  przez  sub- 
konserwatora,  którego  subdelegował  do  badania  i  sądzenia 
spraw  spornych.  Był  nim  zawsze  magister  uniwersytetu. 
Ponieważ  do  kompetencyi  konserwatora  należało  i  to, 
że  mógł  on  nawet  z  innych  miast  i  dyecezyi  pozywać 
ludzi,  którzy  rzekomo  krzywdzili  uniwersytet  lub  członków 
uniwersytetu^),  przeto  zakres  tej  władzy  był  dosyć  sze- 
rokim. A  rozszerzano  go  czasem  może  nad  miarę  i  do- 
wolnie. Prowadziło  więc  takie  postępowanie  do  konfliktów, 
mianowicie  z  Węgrami.  Jeżeli  bowiem  jaki  student  kra- 
kowski miał  sprawę  z  Węgrem,  udawał  się  on  "w  takim 
razie  często  do  konserwatora  i  wyrabiał  pozew  na  prze- 
ciwnika, który  w  razie  niestawienia  się  ulegał  wyrokowi 
kontumacyalnemu  konserwatora.  Miastu  Koszycom  dała 
się  ta  jurysdykcya  częstokroć  we  znaki,  jak  akta  po  daś 
dzień  zachowane  to  poświadczając).  Nawet  kupcy  kra- 
kowscy niekiedy  tą  drogą,  przez  uniwersytet,  chcieli  do- 
chodzić swych  żądań  na  Węgrzech.  Sprawy  takie  ciągnęły 


')  Ibidem  84. 

')  Ibidem  165. 

•)  Acta  l^ect.  2288. 

*)  Cod.  univ.  Crao.  I.  166. 

*)  Zwrócił  na  nie  uwagę  pierwszy  Dr.  Fryderyk  Papóe  w  swej 
Wiadomości  o  archiwach  węgierskich  (Archiwum  komisyi  histor. 
8,  443).  Zarząd  archiwum  przesiał  łaskawie  te  akta  autorowi  ni- 
niejszej pracy. 


z   ŻTaA   SCHOLARÓW   I   MAGISTRÓW.  369 

sig  przez  cały  wiek  piętnasty  począwszy  od  r.  1417  ^).  Wy- 
wołało to  protesty  ze  strony  Węgrów;  w  r.  1422  wystąpił 
przeciw  tej  „ prerogatywie «  uniwersytetu  król  Zygmunt, 
potem  w  r.  1446,  »praelati,  barones,  nobiles  et  proceres 
regni  Hungariaecc,  wreszcie  w  r.  1454  zastrzegł  się  król 
Władysław  przeciw  tej  jurysdykcyi,  mocą  której  »niektórzy 
ludzie,  zarówno  obcy,  jak  i  korony  węgierskiej  poddani, 
mianowicie  studenci  w  studyum  krakowskiem  przeby- 
wający ...  obywateli  węgierskich  poza  granice  królestwa, 
zwłaszcza  przed  uniwersytet  krakowski  pozywają«.  Prze- 
ciw tym  rzekomym  przywilejom  papieskim  uniwersytetu 
wystawiano  tu  prawo  węgierskie,  mocą  którego  żaden 
z  mieszkańców  królestwa  sądom  obcym  podlegać  nie  ma. 
Wskutek  sądownictwa  uniwersytetu  przyszło  więc 
do  kollizyi  międzynarodowych.  Nadużycie  zaś  jurysdykcyi 
konserwatorów  było  szczególnie  jaskrawem,  jeżeli  ktoś  poza 
uniwersytetem  stojący  wpisywał  się  umyślnie  do  matrykuły 
z  tym  zamiarem,  aby  konserwatorów  użyć  do  przeprowa- 
dzenia osobistych  spraw  i  sporów.  Nie  chciał  tego  stanu 
i$cierpie<5  arcybiskup  Jan  Łaski;  skarżył  się,  że  konserwatoro- 
wie  pozywają  ludzi  z  jego  dyecezyi  i  innych  do  Krakowa. 
Wskutek  tego,  w  r.  1522  postanowił  rzecz  całą  wyjaśnić 
i  określić,  prawa  konserwatorskiego  sądownictwa  ścieśnić 
i  wyraźnie  opisać.  —  Zelo  non  bono  contra  universita- 
tem  concepto  —  powiedziano  w  konkluzyach  uniwersytetu 
—  Yoluit  et  nitebatur  conservatoria  privilegia...  destruere 
et  provinciam  ab  ea  (sic!)  purgare.  Uniwersytet  jednak  nie 
omieszkał  się  bronić  i  za  prawami  temi  obstawać.  W  r. 
1523,  gdy  skargi  przed  króla  zanoszone  się  powtarzały, 
ułożono  za  zgodą  uniwersytetu  i  prymasa  komisyę,  która 
miała  całą  sprawę  rozpatrzyć.  Weszli  do  niej  Jan  Chojeński. 


*)  W  tym  roku  Franciszek  Creysewicz,  subdelegowany  przes 
dziekana  krsdc.  pozywa  ad  instantiam...  Georgii  Debringer,  studenta 
krak.,  Katarzynę  Dorstin  z  Koszyc  i  wydaje  na  nieobecną  wyrok. 
Oeorgius  Debringer  de  Casschovia  zapisał  się  w  poczet  uczniów 
w  r.  U17.  Por.  Album  I,  str.  40. 

Hlst.  Unlw.  T.  U.  24 


370  KsnssA  IV. 

Piotr  Myszkowski,  Stanisław  Biel,  Jakób  z  Arciszewa  i  re- 
ktor uniwersytetu.  Rezultatem  obrad  było  zastrzeżenie^ 
iż  interwencyi  konserwatorów  mogą  tylko  używać  osoby 
czynne  w  uniwersytecie  (actu  laborantes)  i  studenci  rze- 
czywiści. Usunięto  zaś  od  tego  ludzi,  niegdyś  graduowa- 
nych  i  inkorporowanych  i  dalej  tych,  którzy  dla  jakiegoi 
procesu  pozornie  się  wpisywali  w  poczet  członków  uni-' 
wersytetu^).  Laski  więc,  który  niechętnie  cierpiał  obce 
ingerencye  w  swojej  dyecezyi,  a  jako  prymas  i  legat 
lubiał  wkraczać  w  cudze  kompetencye,  jak  uniwersytetu, 
przyczynił  się  do  wyjaśnienia  stosunków.  Czy  »zelu8a  nie 
był  w  tym  razie  dobrym,  trudno  nam  oceniać.  Że  jednak 
draźliwość  jego  uniwersytet  mierziła,  zupełnie  jest  zrozu- 
miałem. 

Konflikta  zdarzały  się  i  na  polu  zwykłego  sądowni- 
ctwa rektorskiego.  Ustawa  Jagiełły  była  wprawdzie  jasną 
i  jasno  określała  kompetencye  rozmaitych  trybunałów. 
A  mimo  tego  przychodziło  i  tu  do  starć  i  wątpliw^ości; 
uchylano  się  od  sądu  rektora  nawet  w  sprawach  do 
niego  należących,  wnoszono  je  przed  inne  trybuna^  — 
aliena  fora  —  z  uszczupleniem  praw  uniwersytetu  — 
in  enervationem  iurium  universitatis.  Wyraźnie  granica 
między  kompetencyą  biskupa,  albo  oficyała  a  sądem  re- 
ktorskim była  chwiejną.  Rektor  odsyłał  niekiedy  przed 
oficyała  sprawy,  w  których  chodziło  o  rzeczy  raczej  ko- 
ścielne, uznając  swoją  niekompetenoyę  —  quod  non  pertinet 
ad  eum  iudicare   de   rebus  ecclesiasticis  *).     A  prócz  tego 


*)  Por.  Oonclus.  univ.  1523.  Dodano  tu:  item  praefati  domini 
etiam  invenerunt,  quod  nedum  pro  bonis  universitatis,  veniin 
etiam  pro  privatis  patrimonialibus  bonis  seii  personalibus  taJes  ma- 
nentes  circa  universitatem  possunt  uti  illo  conservatorio,  tali  tamen 
sub  moderatione  quod  prius  tales  a  dominis  temporalibus  sive  spiri- 
tualibus  sive  saecaluribus  ąuibus  talia  sobsunt  bona,  ąuaercre  debent 
ei?  administrari  iustitiam  eliam  cum  intercessione  per  litteras  ad 
eosdem  rectoris. 

*)  Acta  Rect.  84.  569.  W  statucie  Dobrocieskiego  z  roku  1604 
(Archiwum  do  dziejów   lit.  II,  377)  wyraźnie   powiedziano:  si  causa 


z   ŻTCIA    SCHOLARÓW    I    MAGISTRÓW.  371 

kleryoy-scholarze  często  wbrew  statutowi,  który  ich  sprawy 
cywilne  rektorowi  rozsądzać  .kazał,  twierdzili,  iż  wskutek 
duchownego  swego  charakteru  nie  powinni  iść  przed  forum 
rektora^).  Powstawały  konflikta,  remisye  od  jednego  fo- 
rum przed  drugie,  a  te  chwiejności  narażały  na  szwank 
powagę  i  dyscyplinę  uniwersytetu. 

Rektor  sądził  zazwyczaj  wspólnie  z  radcami,  consi- 
liarii,  powołanymi  z  pośród  magistrów*).  A  od  jego  wy- 
roku, jeżeli  był  samoistnie  wydanym,  mogły  strony  apelo- 
wać do  tych  konsyliarzy,  gdy  uważały  wyrok  za  nieg^szny, 
od  konsyliarzy  wreszcie  apelowano  w  trzeciej  instancyi 
do  uniwersytetu,  a  raczej  do  jego  przedstawicieli,  dzieka- 
nów •).  Rektor  natenczas  wraz  z  dziekanami  trzech  wydzia- 
łów teologicznego,  kanonicznego  i  artystycznego  sprawę 
na  nowo  badał  i  rozsądzał^). 

Kary  najczęstsze  były  pieniężne;  wysokość  ich  odmie- 
rzano według  ciężkości  występku,  a  skala  była  różnorodna 
i  drobnostkowa;  często  też  pojawia  się  wykluczenie  czyli 
exkomunikacya,  rzadziej  kara  karceru.  Kary  zaś  cielesnej 
niema  w  uniwersytecie  średniowiecznym;  dopiero,  kiedy 
klasyczne  studya  się  odrodziły,  pojawiła  się  i  rózga  w  aka- 
demickich lektoryach  ^). 

Ktokolwiek  czyta  akta  dyscyplinarne  krakowskiej  szko- 
ły, tego  nie  uderzy  z  pewnością  jakieś  nadzwyczajne  zepsucie 
ówczesnych  pokoleń,  któreby  świadczyło  na  ich  stanowczą 
niekorzyść  w  porównaniu  z  nowszymi  czasami;  lecz  uderzą 
za  to  każdego  te   mnogie   wyskoki   żywości  i   krewkości 

faerit  inter  professores  beneficiatos,  ad  episcopum   Crac recurri 

debet  iuxta  privilegium  Yladislai  regis. 

^)  Acta  Rect.  1379,  2907. 

*)  Ibid.  2311. 

•)  Acta  Rect.  2312. 

*)  Acta  Rect.  1752:  dominus...  conyocatis  decanis  trium  facul- 
tatum,  theol.,  canon.,  et  art.,  ad  quos  finaliter  pertinet  omnes 
differencias  per  appellacionem  devolutas  determinare. 

*)  Rashdall,  The  universities  of  Europę  II,  2,  610. 

24* 


372  KSIĘGA   lY. 

Ówczesnych  natur,  które  od  słowa  do  pięści,  od  pięści  do 
noża  porywały  się  z  niezmierną  gwałtownością.  Razić  nas 
będą  dalej  pewne  szorstkości  i  dzikości  wśród  scholarów 
i  magistrów.  Kultura  nie  usunęła  złego  na  świecie,  lecz 
złagodziła  jego  formy,  postawiła  obok  moralności  i  prawa 
na  trzeciem  miejscu  decorum,  które  bywa  hamulcem 
złego,  ale  także  jego  osłoną  lub  nawet  dekoracyą.  Bo 
kultura  występuje  często  raczej  w  roli  mistrza  ceremonii 
niż  w  roli  moralisty. 


<!>- 


IV. 
Stopnie  uniwersyteckie. 


Cel  studyów  uniwersyteckich  w  średnich  wiekach.  —  Karyera  du- 
chowna. —  Przygodni  scholarze. 
Stopnie  w  wydziale  artystów.  —  Egzamin  na  bakalarza  i  jego  wa- 
runki. —  Zajęcia  bakalarzy.  8tudya  ich  i  następujące  stopnie:  licen- 

cyata  i  magistra. 
Frekwcncya  scholarów  na  innych  wydziałach  dużo  mniejsza.  —  Ba- 
kalarze   medyczni.   —  Ich    zajęcia  i    praktyka   ograniczona.  —  Li- 
cencyatura.  —  Pierwsza  promocya  na  doktorów  medycyny  w  Kra- 
kowie w  r.  1627. 
Stopnie  na  wydziale  jurystów.  —  Długie  trwanie  studyów  teologi- 
cznych. —  Pierwszy    stopień:   Cursor.  —  Sententiarius.  —  Bacca- 
laureus   formatus.  —  Licentiatus  i  magister.  —  Magisterium  w  teo- 
logii jest  rządkiem. 
Uznawanie  stopni  nabytych  w  innych  uniwersytetach  przez  uniwer- 
sytet krakowski. 


Zadanie  uniwersytetu  nie  ograniczało  się  oczywiście 
do  opieki  i  kontroli  nad  młodzieżą;  pozostawał  drugi  nie- 
mniej ważny  względem  scholarów  obowiązek,  aby  ich 
popchnąć  i  wprowadzić  w  koleje  nauki  i  na  tych  kole- 
jach utrzymać.  Bo  to  było  przecież  głównym  celem  wsze- 
chnicy; miała  ona  dawać  naukę  i  szerzyć  ją  między  mło- 
dzieżą, kupiącą  się  koło  katedr  magistrów.  Scholarze  przy- 
chodzili pod  tem   wezwaniem,  choć  oczywiście   zamiary 


374  KS^OA   lY. 

byty  różne  i  różne  ich  przeprowadzenie.  Jedni  chcieli 
nabyć  tylko  powierzchownej  wiedzy,  zakosztować  jej  w  dro- 
bnej mierze,  inni  przybywali  z  poważnemi  myślami  o  grun- 
townych studyach  i  egzaminie.  Stopnie  akademickie  nie 
byty  wprawdzie  niezbędnym  warunkiem  dla  życia,  ale 
pewne  wykształcenie,  a  tem  bardziej  stopień  uniwersy- 
tecki bywał  skutecznem  poleceniem  na  przyszłość.  Uni- 
wersytet stanowił  wielkie  odrzwia  prowadzące  do  kościoła, 
kościół  zaś  był  wtedy  bramą  do  wszelkiej  wybitniejszej 
karyery.  Kto  tedy  o  takim  postępie  myślał,  przychodził  na 
uniwersytet,  najczęściej  z  zamiarem,  aby  zostać  księdzem, 
lub  przynajmniej  niższemi  święceniami  pozyskać  sobie 
jakie  stanowisko  lub  beneficium*).  Profesorowie  i  scho- 
larze do  tego  dążyli;  jedni  z  nich  dzierżyli  już  kościelne 
prebendy,  inni  znów  za  niemi  gonili.  I  to  tłómaczy  ko- 
ścielny ustrój  i  nastrój  uniwersytetów  średniowiecznych, 
ich  yestitus  clericalis,  który  był  szatą  rzeczywistą  i  szatą 
uniwersytetu  w  przenośnem  tego  eiowa  znaczeniu.  Za- 
pewne, że  nie  wszyscy  scholarze  przyjmowali  niższe  nawet 
święcenia  i  nie  wszyscy  zostawali  później  księżmL  Ale 
zapisanie  się  na  uniwersytet  zbliżało  ich  do  kościoła, 
usposabiało  i  usposabiać  miało  do  kościelnej  służby,  a  szata 
miała  przypominać,  że  się  człowiek  zaciągnął  do  milicyi 
Chrystusa,  w  której  należało  być  żołnierzem  lub  choćby 
tylko  żołdakiem.  Ta  myśl  o  żołdzie  i  przyszłej  karyerze 
skłaniała  też  wielu  wśród  scholarów  do  przyjmowania 
święceń.  Wiedeńskie  statuta  mienią  dlatego  całą  gminę 
uniwersytecką  clerus  uniyersitatis,  w  Rostocku  nazy- 
wał lud  scholarów  półksiężmi  —  Halfpapen').  A  o  Kra- 
kowie pisał  biskup  Tomicki  jeszcze  w  r.  1534:  mało  jest 


')  O  dochodzenia  przez  studya  do  sftanowisk  kościelnyoh  por. 
Emil  Michaei  S.  I.:  Geschichte  des  deatoehen  Yolkes  dto.  II,  435  i  n. 

')  Por.  Paulsen  w  Hist  Zeitoohrift  45,  404.  O  stosonka  scho- 
larów do  duchowieństwa,  Rashdall,  The  uniyersities  of  Europę  II, 
2,  644.  Oczywiście  słusznie  autor  ten  zaznacza  str.  698,  ie  niłszy 
kler  wcale  przez  uniwersytet  nie  przechodził;  składali  go  prócz  tego 


z   ŻTGIA  80HOŁA1ÓW   I   MAGISTRÓW.  375 

U  nas  studentów,   którzyby  nie  byli  klerykami  i  nie  mieli 
święceń  ^). 

Większości  więc  scholarów  zapisujących  się  na  uni- 
wersytet myśl  o  duchownej  karyerze  i  zdobyciu  stano- 
wiska przez  karyerę  duchowną  przyświecała  niewątpliwie 
jako  cel  i  gwiazda  przewodnia.  Mówiliśmy  o  wyjątkach; 
synowie  wielkich  panów  zjawiali  się  na  uniwersytecie 
w  celu  nabrania  pewnej  ogłady  i  wiedzy,  do  których 
zobowiązywało  urodzenie.  Inne,  liczniejsze  wyjątki  wy- 
twarzało życie  i  rzeczywistość.  Wielu  scholarów  dorywczo 
spełniało  swe  obowiązki  i  pobywszy  w  szkole  czas  pe* 
wien  opuszczało  ją  bez  wielkich  nab]rtków,  ani  zadatków 
na  życie.  Szczególnie  prze^  najniższy,  ale  zarazem  najli- 
czniejszy wydział  artystów  i  jego  naukę  przesuwał  się 
rok  rocznie  cały  zastęp  młodzieży,  który  niezbyt  gorliwie 
Tvypełniał  zadania  naukowe,  a  nie  nabrawszy  żadnych 
zobowiązań  wracał  do  codziennego  życia,  aby  się  w  niem 
przepychać  własnym  przemysłem.  Niejeden  nie  ścierpiał 
długo  petów,  które  uniwersytet  nakładał;  po  krótkim  po- 
bycie opuszczał  więo  szkołę  z  tęsknoty  do  wolności,  lub 
w  przeświadczeniu,  niż  już  był  nauczony  człowieka,  jak  się 
to  ojcu  Mikołaja  Reja  po  rocznych  studyach  syna  wydało. 
Inny  znów  zmierził  sobie  wcześnie  »twarde  a  wichro- 
wate a  nauki,  zmieniał  też  co  rychlej  siedem  sztuk  wy^ 
zwolonych  na  bardziej  wyzwolone  zajęcia,  tęskniąc  do 
życia  swobodnego  i  czynnego.  Jtiż  w  dwunastym  wieku 
postawiono  wobec  siedmiu  sztuk,  które  kler  uprawiała 
siedm  dzielności  czy  probitates  ryoerza,  jako  to  konną 
jazdę,  pływanie,  strzelanie  z  łuku,  bicie  na  pięści,  łowy, 
gry  w  szachy  i  pisanie  wierszy.  A  do  tych  probitates 
z  pewnością  niejeden  wcześnie  uozut'  powołanie,  zakoszto- 


ludzie,  którzy  krótka  na  oniwersytecie  pobywszy  żadnego  nie  osią- 
gnęli stopnia. 

*)  Ms.  Czart.  278,  443:  Pauoi  afud  nos  sunt  sdiolares,  qui  non 
flint  clerici  et  sacris  initiati. 


376  KSIĘGA   IV. 

wawszy  abstrakcyi  i  subtelności  dyalektycznycb,  któremi 
uniwersytet  karmił  scholarów. 

Oxoniain  malti  yeninnt  redeant  qaoqae  stolti 

śpiewano  wtedy  o  oxfordzkich  studentach;  to  samo  miało 
miejsce    wszędzie  i   podobnie    się    działo    w    Krakowie. 

Kto  natomiast  chciał  poważnie  pracować  i  stopnie 
zdobywać,  musiał  na  kilka  lat  rozłożyć  sobie  pracę  i  za- 
stosować się  do  warunków  i  żądań  uniwersytetu.  Roboty 
miał  dużo,  roboty  tern  urozmaiconej,  że  lekcye  przepla- 
tały się  z  ćwiczeniami,  a  dysputy  dawały  pole  do  popisu 
i  okazania  nabytej  wiedzy.  Rozrywek  było  niewiele,  za 
to  świąt  rozmaitych  sporo;  uroczystości  też  kościelne,  pro- 
cesye,  kazania  były  rzeczywistem  wytchnieniem  dla  scho- 
lara, przerywały  tok  życia,  skądinąd  dosyć  szarego  i  za- 
cieśnionego. Prócz  wakacyi,  o  których  później  będziemy 
mówili,  wstrzymywały  tok  pracy  liczne  festiyitates,  dnie, 
w  których  nie  wykładano,  dies  non  legibiles.  W  Toulouse 
liczono  takich  dni,  w  których  wykłady  wypadały,  a  często 
kazanie  wstępowało  w  ich  miejsce  93,  w  Angers  92^). 
W  Krakowie  krótko  po  r.  1400  oznaczono  cały  szereg 
wigilii,  świąt  pańskich  i  patronów,  w  których  na  wydziale 
artystów  lekcye  i  dysputacye  miały  ustawać*).  Cały  kurs 
na  tym  wydziale  trwał  od  trzech  do  pięciu  lat  Po  roku 
lub  w  Krakowie  po  dwóch  latach,  mógł  się  kandydat 
ubiegający  się  o  stopnie  zgłosić  do  egzaminu  pierwszego 
i  najniższego  na  bakałarza.  Odbywały  się  te  egzamina 
cztery  razy  do  roku  przed  suchymi  dniami,  a  więc  w  po- 
czątku wielkiego  postu,  w  tygodniu  Zielonych  świątek, 
we  wrześniu  i  grudniu'),  a  chociaż  późniejsza  ustawa 
tylko  dwa  termina,  na  wiosnę  i  w  jesieni  zalecała^),  nie 


^)  Kftmmel  w  Schmid,  Geschichte  der  Erziehung  II,  429. 
•)  Muczkowski,  Liber  Prom.  XXI. 
')  Mucikowski,  Liber  Prom.  VII. 
*)  Ibid.  p.  XXXVni. 


z    ŻTCIA    SCHOLARÓW    I    MAOISTBÓW.  377 

odstąpiono  w  praktyce  i  w  końcu  wieku  od  utartego  zwy- 
czaju. Student  musiał  w  tym  egzaminie  wykazać  znajo- 
mość nauk,  należących  do  trivium,  a  więc  gramatyki 
retoryki  i  logiki ;  dowieść,  że  jest  wtajemniczonym  w  dya- 
lektyczną  doktrynę,  na  podstawie  Arystotelesa  zbudo- 
waną i).  Zgłaszając  się  musiał  prócz  tego  stwierdzić,  że 
uczęszczał  na  lekcye  i  ćwiczenia,  niezbędne  dla  tego  egza- 
minu, gradum  baccalariatus  concementes^) ;  przypuszczenie 
miało  zależeć  od  tego,  czy  dwóch  lekcyi  »stopnia  doty- 
czącychcc  jednego  dnia  słuchał  ^).  Dopuszczano  tu  jednak 
wyjątki;  minimalnem  żądaniem  wobec  kandydata  ubiega- 
jącego się  o  stopień  było  to,  aby  stwierdził,  że  przynaj- 
mniej trzy  razy  na  tydzień  pojawiał  się  na  lekcyach  i  exer- 
cycyach  ^).  Prócz  tego  żądano  od  niego  dowodu ,  że  nie 
omieszkał  brać  udziału  w  tem,  co  uniwersytet  uważał 
nieomal  za  najważniejszy  akt  nauki  i  za  najskuteczniejsze 
ćwiczenie,  w  dysputach.  Ponieważ  student  nie  ma  być 
tylko  biegłym  w  nauce,  lecz  także  powinien  umieć  tej 
nauki  używać,  zobowiązywano  dlatego  scholarów,  ubiega- 
jących się  o  stopień  bakałarza,  aby  przynajmniej  w  osta- 
tniem  półroczu  przed  egzaminem  uczęszczali  na  disputatio 
ordinaria  sobotnią,  turniej  dyalektyczny  magistrów  i  ba- 
kałarzy i  w  trzech  z  kolei  dysputach  czynny  udział 
brali*).  Obok  magistrów  bowiem  stawiających  tezy,  argu- 
menta  i  bakałarzy  respondentes,  rozstrzygających  te  argu- 
menta,  scholarze  dla  ćwiczenia  także  odgrywali  pewną 
rolę  w  tych  dysputach  ®).  Każdy  zgłaszający  się  do  egza- 
minu musiał  więc  wykazać,  że  w  ten  sposób  kilkakrotnie 


*)  Ibid.  XIII. 

«)  Tak  schedula  u  Muczk.  ibid.  p.  CXLI. 

»)  Ibid.  XV. 

*)  Ibid.  VIII. 

*)  Ibid-  XVII.  Tak  należy  niewątpliwie  rozumieć  według 
analogii  innych  uniwersytetów  przepis  o  owych  trzech  dysputa- 
cyach  z  kolei. 

•)  Ibid.  XXXI. 


S78  KSIĘGA   IV. 

odpowiadał  (respondere)  na  dysputach  zwyczajnych 
a  prócz  tego  na  dysputacyach  nadzwyczajnych  (extraordi- 
nariae)^),  tych  mianowicie,  które  magistrzy  świeżo  kreo- 
wani zobowiązywani  byli  urządzać  i  takich,  które  się 
odbywały  wieczorami  lub  podczas  wakacyi  pod  przewo- 
dnictwem bakałarzy '). 

Tak  przygotowany  i  uzbrojony  stawał  scholar 
przed  wyznaczonymi  egzaminatorami.  Nie  będziemy  tu 
szczegółów  i  ceremonii  tego  aktu  przedstawiać.  Składał 
się  on  z  rozmaitych  części  i  podobnym  był  do  tegoż 
rodzaju  aktów  w  innych  uniwersytetach^).  Cała  promo- 
oya  »primae  laureaea  połączoną  oczywiście  była  z  pe- 
wnymi kosztami.  Kandydat  opłacał  taksę,  z  której  część 
szła  do  kasy  uniwersytetu,  część  do  kasy  dziekana  i  egza- 
minatorów.  Prócz  tego  wchodziły  tu  w  grę  inne  wydatki 
Po  skończeniu  egzaminu  prowadzili  kandydaci  swych  egza* 
minatorów  do  łaźni;  po  kąpieli  następowało  częstowanie; 
kandydaci  zastawiali  egzaminatorom  wino  małmazyjskie 
i  raczyli  ich  wykwintnemi  przekąskami*). 

Częstowania  te  egzaminatorów  nie  były  wprawdzie 
obowiązkiem'^),  ale  zwyczaj  się  utarł  i  narażał  na  nad* 
mierne  koszta,  z  których  potem  trudno  było  się  uiścić. 
W  r.  1476  oskarżył  apothecarius  Paulus  studenta  Wró- 
blewskiego, że  tenże  mu  był  winien  za  konfekcye  z  okazyi 
kolacyi  przy  jego  promocyi  dostarczone,  w  r.  1495  pozywa 
niejakaś  Agnieszka  *)  dwóch  innych  bakałarzy  o  to,  że  za 
dostarczenie  żywności  i  sprzętów  »ad  ornamentum  men- 
sarumcc,  znowu  z  okazyi  ich  promocyi  prawie  nic  dotąd 
nie  otrzymała,  lecz  straciła  przytem    na  domiar  złego  coś 


')  Ibidem  VIII, 

')  Thorbeckc,  Geschichte  der  Univ.  Heidelberg  I,  72. 
*)  Obszerne  przedstawienie  z  późniejszej   epoki  a  Maczków- 
skiego  Lib.  Prom.  LXXXVIII  i  nast  —  Thorbecke  1.  c.  p.  88  i  nast 
*)  Muczkowski,  Lib.  Prom.  IX  i  C. 
»|  Ibidem  IX. 
«;  AeU  Rect  409,  1736. 


z    ŻTCIA   SCHOLARÓW    I   MAOLSTRÓW.  379 

^  bielizny  na  festyn  wypożyczonej.  Dhigi  zaciągnięte  przy 
promocyi  ciężyły  potem  przez  lat  szeregi  i  utrudniały  życie  ^). 

Najniższy  to  stopień  w  rzędzie  stopni  uniwersyteckich; 
osiągali  go  młodzieńcy  w  przeciętnym  wieku  lat  dwu- 
dziestu. Laureat  taki  posiadał  nauki  nowoczesnego  matu- 
rzysty; pod  względem  filozofii  stał  jednak  od  niego  wyżej, 
filozoficzne  wykfcady,  ćwiczenia  i  dysputy  wyćwiczyły  mu 
myśl  i  oćwiczyły  zarazem.  Z  zastępów  scholarów,  wpisu- 
jących się  rok  rocznie  do  wszechnicy  mała  tylko  cząstka 
dosięgała  tego  pierwszego  szczebla  naukowego.  Wyracho- 
wano, że  przeciętnie  dobiegała  tego  celu  tylko  V4  ^^^  <^o 
najwyżej  jedna  trzecia  z  inskrybowanych  scholarów.  Reszta 
t3anczasem  pozostawała  na  niższym  poziomie,  tonęła  w  ni- 
cości i  marności,  lub  w  razie  zdolności  usiłowała  potem 
dojść  do  znaczenia,  choćby  bez  odznaczenia. 

Wielu  bakałarzy  zadawalało  się  tym  stopniem  i  nie 
sięgało  już  wyżej.  Tytuł  taki  bywał  już  bowiem  zalece- 
niem na  niektóre  stanowiska.  Spotykamy  między  innymi 
często  bakałarzy  uniwersytetu  na  czele  szkół  parafialnych 
w  Krakowie  i  innych  miastach,  jeden  jest  rektorem  scho- 
larum  in  hospitali,  drugi  w  szkole  św.  Anny,  inny  prze- 
wodzi szkole  w  Wieliczce,  drugi  znów  jest  rektorem 
w  Tarnowie,  inny  w  Bochni,  inni  wreszcie  zajmują  to 
stanowisko  w  Miechowie,  Łęczycy,  Szydłowie*).  Liczni 
bakałarze  w  odmienny  sposób  przepychali  się  przez 
życie,  uczyli  prywatnie  i  przygotowywali  do  egzaminów 
przez  t  z.  resumptiones,  lekcye  prywatne,  udzielane  mia- 
nowicie po  bursach*),  lub  przyjmowali  scholarów  na  mie- 
szkanie i  zobowiązywali  się  do  opieki  nad  nimi^). 

*)  Ibidem  2313. 

*)  Acta  Rect.  1621,  315,  1090,  1626,  3163,  1646,  326,  1750,  2865, 
2744.  Rektor  szkó?  w  Szydłowie  Abraham  z  Piotrkowa,  niesZasznie 
przywłaszczył  sobie  tytuł  bakalarza,  usurpando  sibi  titulum  per- 
sonae  promotae;  rektor  ściga  go  swym  wyrolciem. 

')  Acta  Rect.  n.  p.  946. 

*)  Acta  Rect.  605  ma  bakalarz  pueros  sibi  a  parentibus  com- 
mendatos;  677  powierzają  mu  chłopców  ad  conseirandum. 


380  KSIĘGA   IV. 

Bakałarz,  który  nie  opuszczał  Krakowa,  mógł  przy 
takich  zajęciach  oczywiście  postępować  dalej  koleją  za- 
czętych studyów,  dążyć  do  stopnia  magistra.  O  ten  naj- 
wyższy stopień  magistrów  ubiegało  się  jednak  znacznie 
mniej  scholarów,  niż  o  bakałarstwo.  Może  też  tylko  Vs« 
lub  Vi6..u  część  z  wszystkich  zapisanych  dosięgała  tej  go- 
dności. Zauważono  słusznie,  że  tryb  nauki  uniwersyteckiej 
miał  pewne  znamiona  i  właściwości  cechu;  stopień  ba- 
kałarza przekształcał  ucznia  w  czeladnika,  który  uczył  się 
dalej,  lecz  miał  przytem  pewne  już  prawa  do  nauczania 
a  nawet  obowiązki.  Jeżeli  bakałarz  był  zobowiązanym  słu- 
chać teraz  wykładów  wyższego  kursu  i  brać  udział  w  dy- 
sputach sobotnich,  t.  j.  rozstrząsać  argumenta  postawione 
przez  magistrów,  czyli  respondere,  to  oprócz  tego  musiał 
on  teraz  i  samodzielniej  występować;  powinien  mianowicie 
w  dnie  niedzielne  urządzać  sam  dysputacye  na  modłę  dy- 
sputaćyi  sobotnich  magistrów.  Te  actus  baccalariorum, 
przy  których  zapewne  scholarze  odgrywali  rolę  »respon- 
dentes«,  były  także  turniejem  myśli  średniowiecznej,  lubu- 
jącej się  w  dyskusyi.  Prócz  tego  mieli  bakałarze  "w  czasie 
kanikuły  t.  j.  w  lipcu  i  sierpniu  przez  miesiąc  lub  trzy 
tygodnie  wygłaszać  jakiś  wykład,  a  także  podczas  postu. 
Wykłady  te  były  próbą  późniejszej  działalności  i  zapra- 
wianiem się  do  zawodu;  najczęściej  objaśniano  przy  tern 
kompendya  traktatów  przez  profesorów  komentowanych. 
Obowiązki  wzwyż  wyłuszczone  ciążyły  na  bakalarzu  przez 
dwa  lata;  wypełnianie  ich  nazywało  się  »biennium  com- 
plere  in  gradu  baccalarii  *)«. 

Po  tych  dwóch  latach  można  się  było  zgłosić  do 
drugiego  wyższego  egzaminu  artystów.  Tymczasem  nale- 
żało się  obeznać  z  wyższemi  naukami  filozofii,  trudniej- 
iszymi  traktatami  logicznymi,  z  fizyką,  metafizyką,  etyką, 
polityką  i  ekonomiką  według  zasad    Arystotelesa,    z   ma- 


»)  Muczkowski,  Lib.  Prom.  XXIX. 


z    ŻTCIA    SCHOLARÓW   I   MAGISTRÓW.  381 

tematyką,  muzyką  i  astronomią*).  Jak  przy  pierwszym 
egzaminie,  tak  i  teraz  znów  badano,  czy  kandydat  wy- 
pełnił wszystkie  żądane  warunki  i  żądano,  aby  to  wykazał. 
Egzamin  odbywał  się  raz  do  roku,  zaraz  po  świętach  Bo- 
aego  Narodzenia.  Rezultatem  jego,  jeżeli  przebieg  był  szczę- 
śliwy, było  nadanie  prawa  nauczania,  czyli  tak  zwana  li- 
centiatura.  Prawo  to  mógł  nadawać  tylko  Kościół,  t  j. 
kanclerz  uniwersytetu,  który  się  przy  tem  wicekanclerzem 
wyręczał;  a  dzień,  w  którym  się  to  odbywało,  nazywał  się 
dniem  Arystotelesa,  festum  Aristotelis  *).  Kandydaci,  którzy 
musieli  opłacać  się  za  egzamin,  mieli  i  inne  przy  nim  wy- 
datki. Wśród  egzaminu  urządzali  ucztę  dla  egzaminatorów 
i  innych  magistrów  i  musieli  także  pamiętać  o  podarkach 
dla  wicekanclerza^).  Po  egzaminie  zaś  zapraszali  magistrów, 
a  przedewszystkiem  egzaminatorów  na  biesiadę,  zwaną 
prandium  Aristotelis.  » Dyrektorem «  jej  bywał  dziekan,  w  r. 
1493  n.  p.  Paweł  z  Zakliczewa,  który  wskutek  nastroju 
tej  uczty  i  gwałtownych  wybryków  usprawiedliwiać  się 
potem  musiał  w  r,  1494  przed  sądem  rektora*). 

Czasami  kanclerze  uniwersytetu,  biskupi  krakow- 
scy urządzali  takie  uczty  dla  świeżo  kreowanych  li- 
cencyatów.  Libanus  w  swojej  Paraclesis  opowiada  nam 
o  biesiadzie,  convivium  splendidissimum,  danej  w  biskupim 
pałacu  przez  Piotra  Tomickiego,  w  której  potrawy  rozmaite 
—  omnigena  ferculorum  edulia  —  walczyły  o  lepsze  z  wi- 
nami, które  dziwnie  podochociły  towarzystwo.  A  Samuel 
Maciejowski  szedł  później  w  ślady  Tomickiego.  Pozostawał 
po  licencyaturze  akt  ostateczny,  t  j.  promocya  uroczysta 
na  magistra.  To  był  już  wewnętrzny  czysto  akt  uniwer- 
sytetu; 1  z.  ostatnia  determinacya  odbywała  się  zwykle 
krótko  po  licencyaturze  w  obecności  dziekana  i  fakultetu. 


*)  Liber.  Prom.  Xin. 
")  Muczkowski,  Lib.  Prom.  XXIV. 
•)  Muczkowski  1.  c.  CXXVII. 
*)  Acta  Rect.  1641. 


882  KeaĘ&Ł  iv. 

Stało  się  zwyczajem,  ie  lioencyaci  filozoficzni  po  krótkim 
czasie  zgłaszali  się  do  tej  promocyi  na  mistrzowstwo; 
nie  było  przy  tern  egzaminu,  lecz  opłacić  to  należało  pie- 
niędzmi. Na  wyższych  fakultetach,  gdzie  opłaty  były  zoa- 
czniejsze,  wielu  poprzestawało  na  licencyaturze,  zanie- 
chiwając  uzyskania  stopnia  magistra  dla  zbyt  wielkiego 
nakładu^).  Sam  akt  promocyi  na  magistra  polegał  na 
krótkiej  dyspucie  i  na  doręczeniu  przez  promotora  biretu 
mistrzowskiego. 

Uczty  urządzane  przez  nowych  magistrów  lub  do- 
ktorów tolerował  uniwersytet  długo,  bo  były  one  zwy- 
czajem starym  i  służyły  według  wyrażenia  ówczesnego  do 
pokrzepienia  i  ucieszenia  pracowników  —  pro  refectione 
atque  consolatione  laborantium  in  uniyersitate.  W  po- 
czątku jednak  szesnastego  wieku,  kiedy  uniwersytet  uboiat, 
a  wiele  niedostatków  upominało  się  o  naprawę,  usiłowano 
tamę  położyć  zbytnim  wydatkom.  Prandia,  wystawne 
uczty  zamierzono  znieść,  a  częstowania  ograniczyć  do 
przekąsek,  refekcyi,  składających  się  najczęściej  z  cukrów, 
słodyczy  i  wina ;  w  miejsce  uczty  miała  za  to  wejść  w  żyde 
opłata  pieniężna. 

W  r.  1512  mianowicie,  za  rektoratu  Macieja  z  Mi^ 
chowa  powzięto  uchwałę,  aby  prandia  przy  promocyacii 
wszelkich  fakultetów  na  sześć  lat  zawiesić;  promowowani 
mają  zamiast  tego  płacić  uniwersytetowi  20  florenów  na 
pokrycie  niedostatków  i  ofiarowywać  obecnym  przy  akcie 
magistrom  nowe  birety  i  cirothecae  czyU  rękawice. 
Uchwała  ta  normowała  taksy  przy  innych  także  promo- 
cyach  na  bakałarzy  i  licencyatów*);  dzień  Arystotelesa 
miano  jednak  obchodzić  według  starych  zwyczajów. 
W  r,  1524  znowu  ponowiono  uchwałę  co  do  ograniczenia 
prandia    przy    doktoratach,    mniej    więcej  w  tym  samym 


*)  Winter:   O  źivotć   na  vysok;^ch    skol4ch    prałskych 
8tr.  539. 

*)  Conclus.  univ.  1512. 


z    ŻYCIA   tSGHOŁABÓW   1   MAGISTRÓW.  38$ 

kierunku;  następnie  jednak  w  r.  1531  cofnięto  te  uchwały 
i  przywrócono  prandia,  »gdyż  uniwersytet  przy  tych  pro- 
mocyach  doznawał  przykrości  i  wstydu,  ponieważ  na  te 
uroczyste  akty  zapraszano  obcych  rozmaitych,  duchownego 
i  świeckiego  stanu,  a  ci  po  umęczeniu  i  długiem  siedzeniu 
w  auli  bez  pokrzepienia,  jakie  dawniej  było  w  zwyczaju,, 
musieli  teraz  na  sucho  do  domu  powracać  i  sarkali  przy 
tem  na  ściśliwość  i  skąpstwo  uniwersytetu^)«. 

Po  odbyciu  tych  wszystkich  egzaminów  i  aktów 
stawał  się  młody  człowiek  magister  artium  regens  et 
legens.  Właściwie  miał  on  wtedy  obowiązek  pozostania 
i  nauczania  przez  pewien  czas  w  szkole,  która  mu  dała 
insygnia  doktorskie,  zacząć  swe  lata  próby  t.  z.  biennium. 
Ale  wielu  uchylało  się  od  tego  obowiązku,  a  i  dyspensy 
od  niego  zwalniały*).  Kto  jednak  pozostał  w  uniwersy- 
tecie i  zaczął  tu  nauczać,  nie  myślał  najczęściej  o  ograni- 
czaniu się  do  tego  najwyższego  filozoficznego  tytułu.  Ludzi,, 
którzy  przez  całe  życie  pozostali  w  fakultecie  artystów,  jak 
np.  Stanisław  ze  Sobniowa,  było  mało.  Mógł  na  to  wpłynąć 
albo  brak  ambicyi,  albo  brak  pracy  i  zdolności.  Młody 
magister  artystów  myślał  więc  o  wyższych  wydziałach 
i  zwykle  się  w  nich  teraz  jako  uczeń  zamierzał  aplikować.. 
Byli  tacy,  którzy  po  filozoficznem  studyum  przeszli  jeszcze 
dwa  całkowite  wydziały,  dekretów  i  teologii.  Biskup  kra- 
kowski, Tomasz  Strzempiński,  został  magistrem  artystów 
w  r.  1427,  doktorem  prawa  w  r.  1431,  mistrzem  teologii 
w  r.  1443.  Podobnie  długo  nauką  się  parał  na  różnych 
wydziałach  kolega  jego  Jan  Dąbrówka.  Oczywiście  jednak 
nie  wszyscy  mieli  tyle  wytrwania  i  gorliwości. 

Kto  wogóle  miał  ochotę  do  dalszych  studyów,  obierał 
sobie  jeden  z  wyższych  wydziałów  i  do  niego  się  ogra- 
niczał. Przebycie  studyów  fllozoflcznych  uchodziło  przy 
tem  za  pożądany  wstęp  do  wyższej  nauki,  lecz  nie  za  ko- 


*)  Conclus.  univ.  1524!  i  1631. 
•)  Muczkowski,  Liber.  Prom.  V. 


n 


384r  KSIĘGA    lY. 

nieczny.  Statuta  często  od  tych  wyższych  scholarów  żą- 
dały stopnia  magistra  na  wydziale  artystów.  I  tak  ustawy 
wydziału  teologicznego  z  roku  1521  kładą  za  warunek  dla 
mistrza  teologii,  ))aby  przedtem  przez  pięć  lat  przykładał 
się  do  nauk  wyzwolonych  i  osiągnął  w  nich  stopnie«  — 
anhelans  proficere  in  theologia,  primum  per  quinquennium 
artibus  liberalibus  et  promotionibus  in  eisdem  operam 
navet  operosam^);  w  konkluzyach  jednak  z  r.  1524  czy- 
tamy, że  i  taki,  który  żadnego  stopnia  nie  osiągnął  w  in- 
nym fakultecie,  mógł  studyować  teologię  i  osiągać  teolo- 
giczne stopnie.  W  tych  samych  konkluzyach  powiedziano 
dalej,  że  wśród  doktorandów  kanonistycznych  mcgą  być 
tacy,  którzy  nie  są  magistrami  artium.  Co  do  medycyny 
uchwalono  w  r.  1433  i  1525*),  że  nikt  nie  ma  być  przy- 
puszczonym do  promocyi  medycznej,  jeżeliby  nie  był 
mistrzem  filozofii.  Ale  i  na  tym  wydziale  dopuszczano 
wyjątki »). 

Mówimy  o  wyjątkach,  bo  niewątpliwie  najczęściej 
się  działo,  że  scholar  wstępujący  na  wyższe  fakultety  przy- 
nosił ze  sobą  stopnie  wydziału  artystów.  Scholarów  takich 
było  z  natury  rzeczy  mniej,  niż  na  wydziale  artystów. 
W  sprawozdaniu  fakultetu  jurystów  w  Lipsku  wystoso- 
wanem  do  księcia  w  samym  początku  szesnastego  wieku 
czytamy,  że  frekwencya  artystów  jest  największą;  oni 
właściwie  wytwarzają  i  stanowią  uniwersytet  Fakultet 
prawników  nie  liczył  nigdy  ponad  stu  członków,  prze- 
ważnie pozostawał  dużo  pod  tą  liczbą.  Teologowie  mieli, 
jak  tam  powiedziano,  rzadko  więcej  nad  sześciu  lub  sie- 
dmiu scholarów,  medycy  czterech  lub  sześciu*).  Takie  sto- 
sunki liczb  panowały  na  wszystkich  uniwersytetach. 


*)  Archiwum  do  dziejów  lit.  (1878)  T.  I,  IŁ 

*)  Conclasiones  1526/6. 

■)  Wyraźnie  możliwość  wyjątków  i  dyspensy  uchwalono  w  r. 
1536  (zob.  Conclusiones)  powolywująo  się  przy  lem  na  praktykę 
wyższych  fakultetów. 

*)  Paulsen,  Hist.  Zeitschr.  45,  304. 


z    ŻYCIA    SCHOLABÓW    I    MAGISTRÓW.  385 


Zaczniemy  od  najmniej  licznego  fakultetu  me- 
dycznego. Promocye  w  tym  wydziale,  jak  wogóle  na 
wyższych  wydziałach,  były  rzadkie,  często  kilka  lat  ubiegło 
bez  żadnego  egzaminu.  Scholar  medyczny  w  Krakowie 
miał  według  statutu  z  r.  1433  przez  pięć  lat  studyować 
i  słuchać  wykładów,  a  to  pięciolecie  i  później  uchodziło 
za  normę.  W  tym  czasie  miał  się  obeznać  z  naukami  Avi- 
cenny,  Galena,  Hipokratesa,  Razesa,  którzy  uchodziU  za 
kanoniczne  na  tem  polu  powagi.  W  pierwszych  dwóch 
latach  według  konkluzyi  z  roku  1525  słucha  ciągle  »le- 
ctiones  essentiales  lectorum  ordinarioruma.  Prócz  tego  po- 
winien dwa  razy  dysputować  w  tym  czasie  —  sustentet 
conclusiones  seu  respondeat  —  z  magistrami  swego  wy- 
działu. Dysputacye  więc  i  tu  występują,  choć  daleko  mniej- 
szy na  nie  kładziono  nacisk,  niż  w  wydziale  artystów, 
a  uchwała  krótko  potem  zapadła  pozostawiła  ich  urzą- 
dzanie dowolności  czy  dobrej  woli  wykładających.  Nad 
to  ma  początkujący  scholar  w  czasach  kanikuły  i  postu 
riuchać  wykładów  bakałarzy  medycyny. 

Następnie  wolno  mu  się  zgłosić  do  dziekana,  z  prośbą 
o  przypuszczenie  do  egzaminu  na  bakałarza  i  zwołanie 
doktorów  medycznych  w  tym  celu.  Po  odbyciu  egza- 
minu ma  kandydat  złożyć  cztery  floreny  dla  tychże  do 
ktorów  w  nagrodę  za  ich  zachody,  jednego  florena 
dla  skarbu  uniwersytetu,  bedelom  ma  zapłacić  dwana- 
ście groszy. 

Na  bakałarzu  medycyny  ciążą  rozmaite  obo- 
wiązki; powinien  on  wykładać  i  uczyć  drugich,  wolno  mu 
przytem  już  pod  pewnymi  warunkami  praktykować,  a  wre- 
szcie powinien  się  sam  uczyć  w  dalszym  ciągu  i  konty- 
nuować swe  studya.  Wykłady  te  bakałarzy  miały  się  od- 
bywać dwa  razy  do  roku,  w  dniach  kanikuły  i  w  czasach 
postu;  objaśniali  w  nich  księgi  łatwiejsze,  tak  jak  baka- 
łarze —  kursorzy  u  teologów.  Prócz  tego  dozwoloną  im  była 
pewna  praktyka.  Praktyka  ta  była  rozmaitą  i  rozmaitymi 

Hiai.  Uniw.  T.  TL.  26 


386  KSIĘGA    lY. 

określoną  warunkami.  W  Montpellier  a  na  modlę  Mont- 
pellier i  w  Kolonii  ograniczono  ją  w  taki  sposób,  aby  wpra- 
wdzie zapewnić  młodym  lekarzom  pole  doświadczalne, 
ale  zarazem  zabezpieczyć  siebie  i  współobywateli  przed 
niedoświadczeniem  młodzików;  był  na  to  prosty  sposób 
puszczenia  ich  na  dalsze  okolice.  W  Kolonii  pozwalał  im 
statut  praktykować  tylko  poza  miastem  w  odległości  sze- 
ściomilowej.  Trudno  zaprawdę  o  radykalniejszy  środek 
ostrożności  i  dosadniejsze  stwierdzenie  miłosierdzia  ...  dla 
siebie.  W  Wiedniu,  Lipsku  i  innych  uniwersytetach  żą- 
dano natomiast  od  bakałarza,  aby  przez  rok  lub  dwa  lata 
towarzyszył  do  chorych  doktorowi  i  w  praktyce  go  wspo- 
magał ^).  Podobne  zarządzenia  istnieć  musiały  w  Krakowie. 
Bakałarzom  nie  wolno  było  samodzielnie  praktykować, 
a  statut  z  r.  1511  (Gonclusiones)  za  rektoratu  Adama  de 
Bochyn  wydany  ograniczył  ich  samowolę.  Konkluzye  z  r. 
1525  powoływując  się  na  DStatutum  antiquuma  zarządzają 
znowu,  ))że  scholarze  i  bakałarze  medycyny  dla  wprawy 
w  praktyce  mają  ze  swymi  mistrzami  chorych  odwiedzać, 
a  posłani  przez  mistrzów  swych  mogą  lekarstwa  i  rady 
udzielaća.  W  r.  1513  rozgrywa  się  przed  sądem  rektor- 
skim proces  między  doktorem  medycyny  Janem  z  Ostrze- 
szowa a  bakałarzem  tegoż  przedmiotu  Mikołajem  z  Tu- 
liszkowa. Chodziło  między  innemi  o  kłótnie  i  injurye  sło- 
wne. Bakałarz  nazwał  magistra  osłem  w  Italii  wyhodo- 
wanym. Musiał  tedy  to  odwołać,  a  przy  tern  zabroniono 
mu  praktyki,  na  którą  już  się  puszczał*).  W  maju  nastę- 
pnego roku  przyszło  do  ponownej  rozprawy  przed  rekto- 
rem. Mikołaj  z  Tuliszkowa  bowiem  nie  dbając  o  w^yrok  po- 
przedni praktykował  i  ćwiczył  się  nadal  w  leczeniu.  Jan 
z  Ostrzeszowa  pozwał  go  więc  znowu  o  nadużycia,  a  po- 
zwany bronił  się  tem,  że  tylko  najbliższym  swym  i  przy- 
jaciołom służył  radą  i  lekarską  pomocą  ^).  17-go  lipca  roku 

^)  Kaufmann.  Geschichte  der  deutsohen  Uniy.  II,  296. 

')  Gonclusiones  a.  1513. 

»)  Acta  Rect.  n.  2276.  Por.  2297. 


z    ŻYOIA   SOHOŁABÓW   I    MAGISTRÓW.  387 

1514  przyszło  wreszcie  do  uregulowania  tej  sprawy.  Wy- 
rok jest  ciekawy  dla  panujących  w  tej  mierze  stosunków. 
Uniwersytet  cały  na  zebraniu  ogólnem  cofnął  dawniejszą 
suspensyę  praktyki  wymierzoną  na  Mikołaja  z  Tuliszkowa 
i  mając  wzgląd  na  »małą  liczbę  medyków  w  uniwersy* 
tecie  krakowskima,  pozwolił  bakałarzowi  medycyny  pra- 
ktykować »in  casibus  minoribus^,  w  takich  mniej  ciężkich 
wypadkach,  na  któreby  wiedza  bakałarza  wystarczała.  Miko- 
łaja z  Tuliszkowa  napomniano  jednak  przytem,  aby  zawsze 
miał  wzgląd  na  jednego  doktora  medycyny,  a  przede, 
wszystkiem  na  Jana  de  Smygel,  który  był  wtedy  dzie- 
kanem wydziału.  Słowa  »habeat  respectum^  równają  się 
zapewne  poleceniu,  aby  w  swej  praktyce  radził  się  swego 
przełożonego^). 

Bakałarz  więc  medycyny  miał  różne  zajęcia  i  obo- 
wiązki. Bo  oprócz  wykładów  podczas  kanikuły  i  postu, 
miewał  on  zapewne  niekiedy  lekcye  i  w  innym  czasie, 
przeznaczonym  dla  lekcyi  magistrów;  lekarzy  ukończonych 
było  bowiem  mało,  a  często  brak  zupełny*). 

Jeżeli  zaś  bakałarz  zamierzał  o  wyższe  ubiegać  się 
stopnie,  to  musiał  on  oczywiście  prócz  tego  oddawać  się 
pilnie  nauce,  a  więc  słuchać  w  dalszym  ciągu  wykładów, 
prócz  tego  cztery  odbyć  dysputacye.  Tak  przebywszy  na- 
stępne dwulecie  mógł  się  zgłosić  do  wyższego  egza- 
minu. Dziekan  i  magistrowie  mieli  w  tym  celu  na  wstę- 
pnem  zebraniu  zbadać  jego  warunki,  przeszłość  i  prowa- 
dzenie. Potem  według  statutów  z  r.  1433  dziekan  z  innym 
doktorem  fakultetu  przedstawiał  go  kanclerzowi');  według 
konkluzyi  z  r.  1525  udawał  się  bakałarz  z  wybranym  przez 
siebie  promotorem  do  wicekanclerza  z  prośbą  o  » otwarcie 


^)  Oonclus.  univ.  1514. 

')  Kaufmann,  Geschichte  der  deutschen  Univ.  II,  295  mówi: 
In  der  medioinischen  FakuMt  tritt  das  Recht  der  Baccalare  Yorle- 
sungen  zu  halten  und  die  entsprechende  Pflioht  stilrker  hervor,  ais 
hei  den  Juristen. 

*)  Rocznik  Wydziału  lek.  I,  58. 

25* 


388  KglĘOA   lY. 

egzaminua  i  o  nadanie  licencyi  w  razie  pomyślnego 
wyniku.  Po  dopuszczeniu  do  egzaminu  składał  kan- 
dydat dwa  floreny  dla  wicekanclerza  i  po  dwa  floreny 
dla  każdego  z  egzaminatorów,  prócz  tego  miał  zgotować 
refekcyę  dla  tychże  samych  i  zakupić  w  tym  celu  jeden 
funt  konfekcyi  i  baryłkę  najlepszej  małmazyi.  Licencya- 
turę  otrzyma  on  na  uroczystym  akcie  w  uniwersytecie 
w  obecności  zebranych  magistrów  uniwersytetu.  A  w  razie, 
gdyby  się  ubiegał  o  tytuł  doktora,  poprosi  rektora,  aby  mu 
wyznaczył  dzień  w  auli  na  ten  akt  uroczysty.  Tam  się 
odbędzie  dysputacya  i  mowa  pochwalna  na  cześć  sztuki 
lekarskiej  i  wydziału  wobec  sproszonych  magistrów  wszyst- 
kich fakultetów.  Rozdzieli  tu  doktorand  rękawice  między 
mistrzów,  da  trzy  floreny  dla  skarbu  uniwersytetu,  jedną 
grzywnę  dla  bedelów.  Po  otrzymaniu  insygniów  doktor- 
skich uczęstuje  wreszcie  refekcyą  cały  uniwersytet. 

Uchwały  te  wyprzedziły  bezpośrednio  pierwszą  pro- 
mocyę  na  doktorów  medycyny  w  uniwersytecie 
Jagiellońskim.  Dotychczas  wychodzili  z  krakowskiego  uni- 
wersytetu tylko  bakałarze,  lub  co  najwyżej  licencyaci. 
Najwyższego  stopnia  nikt  nie  otrzymał,  bo  wydział  był 
marny  i  nieliczny,  a  nikt  się  nie  zgłaszał  o  to  naj- 
wyższe odznaczenie.  Akt  ten  pierwszy  odbył  się  nader 
uroczyście,  ostatniego  lutego  r.  1527  za  rektoratu  medyka 
Łukasza  Noskowskiego.  Kandydatów  było  trzech:  Adam 
z  Brzezia,  Mikołaj  Sokolnicki  i  Szymon  z  Szamotuł.  Wielkie 
lektoryum  górne,  zwane  aulą  w  Collegium  maius,  przy- 
brano ozdobnie  makatami,  które  pożyczano  na  takie  uro- 
czystości; zaproszono  nań  magistrów  uniwersytetu  i  raj- 
ców miejskich.  Zaczęło  się  od  dysputy  między  promotorem 
i  kandydatami,  poczem  promotor  wypowiedział  mowę  po- 
chwalną na  medycynę  i  filozofię  i  zaprosił  doktorandów 
na  katedrę  dla  wręczenia  im  insygniów.  Nastąpiła  przy- 
sięga, którą  młodzi  doktorzy  powtarzali  za  bedelem.  Po 
ofiarowaniu  promotorowi  podarunków,  wypowiedział  w  ich 
imieniu    Sokolnicki  mowę  dziękczynną,    poczem    wszyscy 


z    ŻTCIA   SOHOŁARÓW    I    MAOIOTRÓW.  389 

uczestnicy  udali  się  do  kościoła  św.  Anny  na  odśpiewanie 
hymnu  ambrozyańskiego.  Odprowadzono  wreszcie  dokto- 
rów uroczyście  do  ich  mieszkań;  refekcyi  na  końcu  ani 
rozdawania  rękawic  nie  było,  bo  ze  względu  na  niezwy- 
kłość i  nowość  tej  uroczystości  darowano  kandydatom  te 
zobowiązania  ^). 

O  stopniach  i  przebiegu  studyów  w  fakultecie 
jurystów  mniej  wiemy,  bo  prócz  wzmianek  rozrzuco- 
nych wśród  konkluzyi  mamy  dopiero  statuta  tego  wy- 
działu spisane  w  r.  1719,  które  powoływują  się  wprawdzie 
często  na  » dawne  zwyczaje  i  uchwały «,  lecz  zawsze  nie 
są  źródłem,  na  któremby  się  stanowczo  oprzeć  można, 
a  prócz  tego  dużo  zawierają  ogólników.  Studyum  prawa 
trwało  dłużej  niż  medyczne,  w  Erfurcie  lat  osiem,  w  Wie- 
dniu siedem.  Po  trzechletnich  zwykle  naukach  zgłaszał 
się  scholar  do  bakalaryatu.  Zaczynało  się  od  egzaminu 
wstępnego,  zw.  tentamen,  zbadania,  czy  kandydat  dopełnił 
wszelkich  warunków  żądanych;  następował  egzamin,  a  ra- 
czej wykład  kandydata  dotyczący  kilku  tytułów  prawa 
mu  przedłożonych;  ma  on  je  objaśnić  memoriter  et  ma- 
gistraliter  ^),  odpowiedzieć  na  pytania  i  argumenta  egza- 
minatorów. Odbywszy  ten  egzamin  powinien  on  następnie 
według  uchwały  z  r.  1524')  na  swoją  determinacyę,  t  j. 
promocyę  uroczystą  na  bakałarza  zaprosić  rektora  i  wszy- 
stkich doktorów  i  bakałarzy  prawa  kanonicznego  i  po 
akcie  uroczystym  zgotować  dla  nich  w  stuba  communis 
koUegium  kanonistów  skromną  lecz  przyzwoitą  przekąskę 
(honestam  et  moderatam  coUationem)  złożoną  z  cukrów 
i  innych  przysmaków,  od  czego  jednak  spłatą  czterech 
florenów  wolno  mu  się  wykupić*). 


')  Cały  opis  według  Gonclusiones  z  r.  1527. 
')  Por.  Statuta  facultatis  iuridicae  w  Czasopiśmie  poświęconem 
prawu  (1864)  U.  XXIX. 
*)  Conclusiones. 
*•)  Bakałarze  u  dekretystów  podobnie  jak  u  teologów  wielką 


390  KSIĘGA    lY. 

Ubiegający  się  o  licencyaturę  i  doktorat  ma  »wedhig 
dawnego  zwyczaju  w  tym  wydziale  zachowanego«(  opłacić 
35  złotych  węgierskich,  które  się  rozdzielą  na  wicekan- 
clerza, promotora,  dziekana  i  egzaminatorów*).  Licencyę 
nadawał  wicekanclerz,  jak  w  innych  fakultetach;  zazna- 
czono tu  jednak,  że  może  dawać  licencyę  procancellarius 
wydziału  prawniczego,  »którego  dawniej  wydział  ten  po- 
siadał *)«.  Przedtem  jeszcze  miały  miejsce  t  z.  yesperiae, 
czyli  dysputacya  publiczna  wieczorna").  Otrzymawszy  li- 
cencyaturę mógł  się  kandydat  ubiegać  o  insygnia  doktor- 
skie. Na  akt  ten  zapraszał  rektor  magistrów  i  bakałarzy 
wszystkich  fakultetów,  którzy  kandydata  prowadzili  proce- 
syonalnie  do  kościoła  Wszystkich  Świętych  lub  kollegium 
kanonistów,  bo  w  jednem  lub  drugiem  miejscu  odbywały 
się  te  promocye.  Tutaj  po  różnych  przemowach  wstępo- 
wał wreszcie  kandydat  na  katedrę  i  tam  wręczano  mu 
insygnia  nowej  godności. 

Daleko  lepiej  znamy  zwyczaje  i  warunki  przy  na- 
dawaniu stopni  w  teologicznym  wydziale  w^skutek 
tego,  że  statuta  z  r.  1521  zachowały  się  nam  w  całości^)* 
Przebycie  całej  ich  skali  było  tu  rządkiem  zawsze  zjawi- 
skiem, bo  i  droga  była   długą  i  osiągnięcie  najwyższego 


odgrywali  rolę;  oni  spełniali  przeważnie  nauczycielskie  zadania  uni- 
wersytetu. Por.  Kaufmann,  Die  Geschichte  der  deutschen  UniT. 
I.    357. 

^)  Czasopismo  etc.  p.  XXX. 

*)  Wzmianka  o  tem  w  Statutach  1.  o.  XXX:  baccalaureus... 
ad  procancellarium  universitatis,  si  facultas  iuridica  suum  seorsiviiiii 
procancellarium  non  habeat,  sicut  antea  habebat...  remittaŁur. 
A  więc  i  w  Krakowie  mianował  niegdyś  kanclerz  osobnych  wice- 
kanclerzy dla  prawników  i  może  dla  wszystkich  fakultetów.  W  Hei- 
delbergu po  chwiejnej  praktyce  pierwotnej  mianuje  kanclerz  w  r. 
1429  dziekanów  czterech  fakultetów  wicekanclerzami  i  to  się  powoli 
ustaliło.  Thorbecke,  Geschichte  der  Univ.  Heidelberg  I,  66  (Anmer- 
kungen).  W  Krakowie  natomiast  wcześnie  zapanował  zwyczaj  mia- 
nowania jednego  wicekanclerza  dla  całego  uniwersytetu. 

')  Czasopismo  etc.  p.  XXXIX. 

*)  Archiwum  do  dziejów  literatury  i  oświaty  I,  73  (ed.  Szujski). 


z    ŻYCIA   SCHOLARÓW    I    MAGISTRÓW.  391 

stopnia  zbyt  drogiem.  Mówiliśmy  już  o  etapach  studyum 
teologicznego;  wypada  nam  teraz  bliżej  szczegółom  się 
przyjrzeć.  Nauki  teologiczne  trwały  dwanaście  lat  i  dłużej; 
w  wieku  więc  dojrzałym  stawał  dopiero  kandydat  u  celu 
swoich  dążeń  między  36-tym  a  40-tym  rokiem  życia*). 
W  Krakowie  mamy  przykłady  bardzo  długiego  przeciągu 
tych  studyów.  Maciej  z  Łabiszyna  zapisał  się  do  uniwer- 
sytetu krakowskiego  w  r.  1419,  a  w  r.  1425  został  magi- 
strem filozofii;  w  r.  1427  zaczyna  on  się  przykładać  do 
teologii,  której  bakałarzem  zostaje  po  siedmiu  latach  do- 
piero w  r.  1434,  magisterstwo  teologii  osiąga  wreszcie  dopiero 
w  r.  1446.  Tak  więc  przez  całe  lat  dwadzieścia  siedem 
nauką  się  parał  w  uniwersytecie,  zanim  doszedł  do  osta- 
tecznego celu  swej  pracy  *).  Św.  Jan  Kanty  przebywał  lat 
piętnaście  na  studyach  teologicznych  (1429—1443)  w  cha- 
rakterze scholara  i  docenta  ®).  Benedykt  z  Koźmina,  który 
w  r.  1525  został  magistrem  filozofii,  promowował  na  do- 
ktora teologii  dopiero  w  r.  1553.  A  chociaż  inni  pewnie 
prędzej  dokonywali  tej  drogi,  to  zawsze  była  ona  ucią- 
żliwą i  dużo  pochłaniała  czasu.  Statuta  z  r.  1521,  ułożone 
przez  prof.  teologii  Marcina  z  Olkusza  i  Michała  z  Wro- 
cławia określają  jej  przystanki  i  przebieg. 

Młody  człowiek,  przebywszy  najczęściej  filozoficzne 
studya  zabierał  się  dopiero  do  teologicznej  nauki,  obe- 
znawał  się  z  księgami  Sentencyi  Lombardusa,  które  były 
kanonem  dogmatyki  i  słuchał  wykładów  teologicznych ; 
przed  osiągnięciem  bakalaryatu  miał  on  przynajmniej  dwa 
lata  pilnie  pracować.  W  rzeczywistości  jednak  studyum 
to  wstępne  trwało  daleko  dłużej.  Niektóre  uniwersytety 
żądały  sześciolecia,  inne  pięciolecia  przed  ubieganiem  się 
o  pierwszy  stopień.  Potem  zgłaszał  się  scholar  do  którego 
z  magistrów,   który    go    miał   na   niższego    bakałarza  — 


*)  Por.  Adolph  Franz:  Der  Magister  Nikolaus  Magni  de  Jawor 
(1898)  p.  30. 

*)  Ks.  Fijalek,  Studya  do  dziejów  uniw.  krak.  p.  164/5. 
')  Tenże,  Jakób  z  Paradyża  p.  ^. 


392  KSOiGA  nr. 

kursora  przedstawić,  ^praesentare  ad  cursum  legeadumc 
Ten  upraszał,  w  razie  przychylenia  się  do  prośby,  dziekana, 
aby  zwołano  w  tym  celu  zebranie  teologów.  Na  tern 
zebraniu  ponawiał  petent  uroczyście  swą  prośbę,  a  kon* 
gregacya  orzekała  następnie,  czy  zasłużył  sobie  na  tę  go- 
dność. Bez  egzaminu  więc,  jedynie  na  podstawie  zeznań 
magistra  i  opinii,  której  u  mistrzów  zażywał,  dochodził  on 
do  stanowiska  najniższego  bakałarza-kursora.  W  przysiędze, 
którą  musiał  złożyć,  zobowiązywał  się  między  innemi  do 
teo^o,  że  nie  przyjmie  tego  stopnia  w  żadnym  innym  uni- 
wersytecie i  że  przez  dwa  lata  w  godzinach  popołudnio- 
wych wyłoży  po  80  rozdziałów  wyznaczonych  z  pisma 
świętego  i  to  nie  obszernie,  lecz  kursorycznie,  że  dalej  w  ka- 
żdym roku  będzie  raz  Dordinariea  dysputował  i  po  za 
tern  jeszcze  w  innych  razach,  że  wreszcie  wszystkie  obo- 
wiązki będzie  wykonywał  sumiennie,  a  składały  się  one 
z  lectiones,  disputationes  i  sermones.  Jako  trzeci  więc  obo- 
wiązek kursora  występują  tu  kazania  w  języku  łacińskim; 
te  kazania  początkujących  teologów  były  zaprawianiem 
do  praktycznej  działalności  i  pojawiają  się  na  wszystkich 
uniwersytetach.  Widzimy  tedy,  że  z  pierwszym  stopniem 
kursora  spadały  zaraz  rozliczne  obowiązki  na  młodego 
teologa.  Więcej  niż  w  innych  fakultetach,  występuje  tu 
połączenie  uczenia  się  i  nauczania,  co  jest  wogóle  zna- 
mieniem średniowiecznego  uniwersytetu  ^).  Przedewszyst- 
kiem  zakres  nauki  teologicznej  był  tak  obszerny,  że  nie- 
liczni magistrowie  nie  byliby  go  mogli  opanować,  gdyby 
wielka  część  pracy  nie  spadała  na  uczniów.  »Receptus  ad 
cursuma,  który  nie  miał  właściwie  jeszcze  prawa  używania 
tytułu  bakałarza,  musiał  jeszcze  po  trzy  floreny  zapłacić 
doktorom  teologii,  uniwersytetowi  sześć  florenów,  bedelom 
po  jednym  florenie.  A  w  krótkim  czasie  po  tej  recepcyi 
miał  on  zacząć  swe  wykłady  »facere  principium «,  co  było 
zawsze  aktem  uroczystym,    przy   którym   wobec  zebrania 


*)  Thorbecke,  Geschichte  der  Univer8itat  Heidelberg  110. 


z    ŻYCIA   SCHOLARÓW   I    MAGISTRÓW.  393 

fakultetu  i  scholarów  młody  teolog  przemawiał  na  ogólny 
temat,  z  zadaniem  jego  właściwem  w  związku  stojący. 
I  przy  tym  akcie  były  znów  pewne  opłaty  i  pewne  czę- 
stowania, które  statuta  z  r.  1524  dozwalały  odkupywać 
pieniędzmi.  Podczas  trwania  tych  lekcyi  kursorycznych 
równocześnie  przygotowywał  się  młody  teolog  do  dalszych 
stopni.  Po  zakończeniu  ))kursu«  wolno  mu  było  przez  rok 
jeszcze  gotować  się  do  następnych  obowiązków.  Potem 
znów  jeden  z  magistrów  jako  promotor  przedstawiał  go  na 
stanowisko  nauczyciela  sentencyi,  co  się  nazywało  prae- 
sentare  ad  legendas  sententias.  Taki  sententiarius 
w  pierwszym  roku  objaśniał  dwie  pierwsze  księgi  sen- 
tencyi;  w  drugim  roku  zaczynając  wykład  o  trzeciej 
i  czwartej  księdze  stawał  się  baccalaureus  formatus. 
Rozpoczynał  on  wykład  o  każdej  z  tych  ksiąg  ogólnym 
wykładem,  zw.  principium.  I  znowu  pewne  opłaty  i  czę- 
stowania towarzyszyły  tym  postępom  w  karyerze  teolo- 
gicznej. Po  odbyciu  sentencyi  zostawiano  bakałarzowi  pół 
roku  wolności;  lekcyi  w  tym  czasie  nie  miał,  musiał  jednak 
brać  udział  w  dysputach  i  chodzić  na  wykłady,  a  tak  przy- 
gotowywać się  do  przyjęcia  licencyi.  I  teraz  nie  było  egza- 
minu; zebranie  teologów  znów  rozstrzygało  o  jego  kwa- 
lifikacyi  —  idoneitas,  i  w  razie  przychylenia  się  zalecało 
go  kanclerzowi  lub  wicekanclerzowi.  Następował  akt  uro- 
czysty, którym  kanclerz  nadawał  teologowi  licencyę  — 
licentiam  incipiendi  in  theologia  et  magisterium  in  ea  car 
piendi  et  deinde  omnes  actus  ad  magisterium  in  theo- 
logia pertinentes  faciendi.  Po  tem  częstował  licencyat  zgro- 
madzonych przez  »refectio  in  zuccar  et  confectionibus«. 
W  r.  1524,  kiedy  wszelkie  tego  rodzaju  wydatki  usiło- 
wano zmniejszyć,  i  pod  tym  względem  wydano  przepisy, 
które  zmierzały  do  zredukowania  kosztów.  Pozostawał 
jeszcze  ostatni  stopień,  najy^yższa  godność  uniwersytetu, 
magisterium  czyli  doktorat  w  teologii.  Mówiliśmy  już 
o  tem,  ile  kosztów  on  za  sobą  pociągał  i  o  tem,  że  wię- 
kszość scholarów  cofała  się  przed  tym  wydatkiem;  dlatego 


394  KSIĘGA   lY. 

też  wśród  teologów  spotykamy  tylu  bakalarzy  i  licen- 
cyatów,  rzadziej  zaś  dużo  doktorów.  Akt  sam  doktoratu, 
jako  najwyższy  był  bardzo  uroczystym.  W  r.  1449  nabył 
uniwersytet  ławki  potrzebne  na  obchód,  pro  gradu  magi- 
sterii  in  theologia,  które  następnie  bedele  uniwersytetu 
do  kościoła,  na  akt  promocyi,  za  pewną  opłatą  wypoży- 
czali ^).  W  wilię  dnia  uroczystego  miały  miejsce  tak  zwane 
yesperiae.  Magistrzy  i  bakałarze  w  uroczystycłi  ubioracłi 
prowadzili  Ł  z.  vesperiandus  na  miejsce  scholastycznego 
turnieju.  Przy  pochodzie  muzycy  umieszczeni  w  oknie 
jednego  lectorium  przygrywali  na  tubach.  Naprzód  ma- 
gister kierujący  tym  aktem  —  tenens  vesperias  —  stawiał 
jakąś  guaestio,  przeciw  której  występował  jeden  z  baka- 
łarzy; potem  jeden  ze  starszych  magistrów  poruszał  inną 
ąuaestio  i  wyłuszczał  swe  argumenta;  z  kolei  przemawiał 
vesperiandus  i  ścierał  się  z  twierdzeniami  magistra.  Kiero- 
wnik wesperyi  kończył  wreszcie  akt  cały  zaleceniem  kandy- 
data. Nazajutrz  odbywał  się  akt  następny  w  t  z.  auli,  która 
była  tym  razem  kościołem;  tak  zwanego  aulaudus  przypro- 
wadzano tu  znowu  w  uroczystym  pochodzie.  Kandydat  skła- 
dał w  tym  dniu  na  klęczkach  przyrzeczenie,  że  słuchać  będzie 
wiernie  Kościoła,  że  będzie  go  bronił  i  czcił  swych  ma- 
gistrów. Następowało  doręczenie  insygniów  doktorskich. 
Po  tym  akcie  nowy  doktor  wstępował  na  katedrę,  a  ma- 
gister kazał  mu  zacząć  doktorską  działalność :  incipiatis 
in  nomine  patris  etc.  Wykład  sławiący  pismo  święte  był 
pierwszym  jego  wykładem,  poczem  znowu  następował 
turniej  scholastyczny  między  świeżo  kreowanym  magi- 
strem a  jednym  ze  starszych  bakałarzy.  Po  dyspucie  koń- 
cowej magistrów  składał  wreszcie  nowy  dygnitarz  fakul- 
tetu dzięki  za  zaszczyt  osiągnięty.  Rozdawano  przytem 
dary,  postawy  sukna  i  rękawice.  Wreszcie  intonowano 
Te  Deum,  po  którego  odśpiewaniu  udawano  się  z  muzyką 
do  kollegium  na  refectio  i  prandium  zgotowane  przez  no- 


»)  Conclus.  univ.  1^9  {Nov.). 


z    ŹTCIA    SCHOLARÓW    I    MAGISTRÓW.  395 

wych  magistrów.  Taki  był  przebieg  promocyi  teologów; 
wyjątkowe  okoliczności  uświetniały  jeszcze  akt,  sam  przez 
się  uroczysty.  W  r.  1553  na  promocyę  trzech  doktorów, 
wśród  których  był  Benedykt  z  Koźmina,  kaznodzieja  ka- 
tedralny, przybył  król  Zygmunt  August  w  własnej  osobie, 
zwiedził  kollegium,  potem  udał  się  do  kościoła  św.  Anny 
i  słuchał  uważnie  dysputacyi;  nie  odmówił  nawet  udziału 
w  uczcie,  którą  następnie  wyprawił  biskup  krakowski, 
Andrzej  Zebrzydowski  *). 

Mówiliśmy,  że  nie  wielu  dochodziło  do  tego  szczytu 
teologicznych  studyów,  a  zarazem  całej  uniwersyteckiej 
nauki.  Wogóle  sięgano  po  ten  laur  przeważnie  bardzo 
późno;  wyglądał  on  nieledwie  jako  odznaczenie  zasłużo- 
nych profesorów.  Wymagania  wielkie  pracy  i  kosztów 
odstraszały  od  tego  kroku.  Dlatego  też  większa  część  obo- 
wiązków nauczycielskich  teologicznego  zawodu  spadała 
na  baccalarii  formati,  lub  na  licencyatów.  Pierwszym 
może,  który  w  Krakowie  doktorat  teologiczny  osiągnął, 
był  Jan  z  Kluczborga  na  Śląsku,  długoletni  później  uni- 
wersytetu nauczyciel*). 

Prócz  tych  graduati,  których  uniwersytet  sam  wy- 
twarzał, których  sobie  przygotowywał  na  nauczycieli,  po- 
jawiali się  inni,  odznaczeni  stopniem  na  innych  uniwer- 
sytetach. Zgłaszali  się  oni  dosyó  często  z  prośbą  o  uznanie 
ich  tytułu,  jak  dziśby  powiedziano,  o  nostryfikacyę.  Za- 
silało to  uniwersytet  nabytkami,  szczególnie  w  tych  wy- 
działach, które  miejscowymi  ludźmi  stać  ani  ostać  się  nie 
mogły  i  potrzebowały  dlatego  napływu  z  zewnątrz.  I  tak 
medyczny  fakultet,  który  dopiero  w  szesnastym  wieku 
w    Krakowie    pierwszych    kreował  doktorów,  istniał  do- 


*)  Wilecki,  Lib.  diligentiarum  356.  Zygmunt  August  odwiedził 
w  roku  1553  pierwszy  raz  uniwersytet  cclen odium  praedecessorum 
8uorum».  To  jest  znamienne  dla  epoki  i  położenia  uniwersytetu. 

')  Por.  Miaskowski.  Beitr&ge  zur  Krakauer  Theologengesohichte 
9—11.  (Paderborn  1899).  ' 


396  KSIĘGA   lY. 

tąd  wyłącznie  z  pomocą  ludzi,  którzy  swe  tytuły  z  in- 
nych przywieźli  uniwersytetów.  Wśród  zgłaszających  się 
o  nostryfikacyę  były  jednak  dwie  kategorye;  jedni  chcieU 
w  Krakowie  działad  i  nauczać,  dla  drugich  było  to  aktem 
bez  doniosłości  praktycznej,  życzyli  oni  sobie  tylko  uznania 
dla  swego  stopnia.  Rozróżniają  te  kategorye  konkluzye 
uniwersytetu  z  r.  1490  i  1516.  Ci  drudzy  nazwani  tu  ta- 
kimi »qui  ingenium  suum  ostentare  et  militiam  volue- 
rint  et  solum  . .  loco  gauderea.  Pierwszych  pociągano  do 
pewnych  opłat;  konkluzye  z  r.  1516  każą  im  składać  20 
florenów  na  rzecz  uniwersytetu;  drudzy  natomiast  byli 
od  opłat  tych  wolnymi.  Zawsze  jednak  żądano  od  ludzi 
promowowanych  na  innym  uniwersytecie  pewnego  egza- 
minu; polegał  on  na  dyspucie  z  ludźmi  tego  samego  stopnia 
i  fachu  na  miejscu,  a  więc  bakałarz  musiał  dysputować 
z  bakałarzami,  magister  chcący  się  »inkorporowaća  w  Kra- 
kowie z  magistrami  miejscowymi.  Ten  egzamin  określają 
już  statuta  uniwersytetu  z  początku  piętnastego  wieka*), 
potem  uchwały  z  r.  1516*)  ściślej  unormowały  niektóre 
jego  szczegóły.  Promowowany  gdzieindziej  —  alibi  pro- 
motus  —  zgłaszał  się  więc  do  uniwersytetu,  który  na 
swem  ogólnem  zebraniu  rozważał  jego  kwalifikacye, 
a  w  razie  przychylenia  się  do  prośby  odsyłał  go  przed 
fakultet,  którego  był  doktorem  (»remittere  ad  facultatem')«). 
Przed  wydziałem  następowała  długa  dysputa  z  kandy- 
datem, proszącym  o  recepcyę.  W  r.  1485  n.  p.  dyskuto- 
wało tak  30  magistrów  z  Michałem  z  Bystrzykowa,  który 
był  magister  artium  promotionis  Parisiensis  *).  Po  odbyciu 
tej  próby  przyznawano  przybyszowi  »locus«  między  ba- 
kałarzami lub  magistrami  uniwersytetu,  wpisywano  go 
na  ich  listę.  Jeżeli  więc  dopełnił  wszystkich  żądanych  wa- 


*)  Muczkowski,  Lib.  Prom.  XX. 
•)  Conclus  univ.  (1616). 

»)  Por.   Conclus.   univ.  z  r.  1479,   1490   (Marcus   Suloer).   1518 
(Mikołaj  z  Wieliczki).  lo36  (Waleryan  Pcrnus). 
*)  Liber,  dilig.  p.  355. 


z   ŹTdA    SCHOLARÓW    I   MAGISTRÓW.  397 

runków,  mógł  on  stać  się  nauczycielem  uniwersytetu,  zo- 
stać actu  regens. 

Ponieważ  uniwersytety  miały  w  promocyach  główne 
niemal  źródło  dochodu,  dlatego  ograniczono  te  recepcye 
pewnymi  warunkami  i  uciążliwościami.  A  niektóre  pierw- 
szorzędne uniwersytety,  jak  Paryż  i  Bolonia,  nie  uzna- 
wając  nawet  równorzędności  innych  wszechnic  w  tym 
kierunku,  rzadko  tylko  potwierdzały  stopnie  gdzieindziej 
nabyte. 


-^C^ 


V. 

Rozkład  i  porządek  nauki. 


Rok  uniwersytetu  i  jego  polowy.  —  Wakaoye.  —  Dni  świątecaie 
i  uroczyste.  —  Praca  podczas  wakacyi  i  świąt  tylko  w  części  ustaje^  — 
Wypełniają  je  wykłady  drugorzędnych  profesorów,  wykłady  i  dy- 
sputy bakalarzy. 
Rozkład  dzienny  nauki.  —  Rozmaite  wykłady  wymagsJy  więcej  lub 
mniej  czasu.  Dlatego  zaczynano  i  kończono  je  w  różnych  terminadL 
Wybór  lekcyi  w  fakultecie  artystów.  —  Metoda  nauczania. 


Przed  każdym  egzaminem  musiał  scholar,  ubie- 
gający się  o  jakikolwiek  stopień  wykazać,  że  słuchał  obo- 
wiązkowych wykładów,  chodził  na  ćwiczenia  (cum  his 
stetit  in  exercitii8),  w  których  sokratycznym  sposobem 
komentowano  pewne  księgi,  iż  był  wreszcie  obecnym  przy 
pewnej  liczbie  dysput  lub  czynny  nawet  w  nich  brał  udział. 
Lectio,  exercitium,  disputatio  —  oto  trzy  drogi,  któremi 
płynęła  nauka  i  spływała  na  scholarów.  Pewne  funkcye 
uniwersytetu  ustawały  w  ciągu  roku  na  chwilę,  aby 
ustąpić  miejsca  innym,  inne,  jak  np.  dysputy  trwały  przez 
<3ały  rok  okrągły,  tak  że  scholar  pilny  i  gorliwy  przez 
ciąg  dwunastu  miesięcy  znajdował  pożywienie  duchowe 
aż  prawie  do  przesycenia.  W  czasach,  kiedy  książka  była 
rzadką  i  nie  bardzo  przystępną,   głos  żywy  z  natury  rze- 


z   ŻYOIA    SGHOŁABÓW   I    MAGISTRÓW.  399 

<5zy  daleko  większą  musiał  rolę  odgrywać  w  wychowaniu 
i  wykształceniu. 

O  rozkładzie  roku  w  Krakowie  mamy  różne  dory- 
wcze wiadomości,  z  których  w  przybliżeniu  możemy 
utworzyć  obraz  ogólny,  ale  nie  zupełnie  jasny,  bo  zboczeń 
w  życiu  było  dużo,  a  prócz  tego  najwięcej  wiadomości 
mamy  tylko  o  wydziale  filozofów,  których  do  innych  wy- 
działów bez  zastrzeżeń  odnieść  nie  można.  Rok  cały  roz- 
padał się  na  dwie  połowy,  dłuższy  i  ważniejszy  semestr  zi- 
mowy i  krótszy  letni.  Dwa  razy  do  roku  miało  więc  miejsce 
odnowienie  studyum  —  innovatio  studii,  w  zimie  in  cra- 
stino  s.  Lucae,  czyli  19  października,  a  w  lecie  nazajutrz 
po  Św.  Marku,  czyli  26  kwietnia.  Krótkie  przerwy  nastę- 
powały na  Boże  Narodzenie  i  na  Wielkanoc;  prócz  tego 
dłuższe,  właściwe  wakacye  przypadały  na  dies  caniculares 
t  j.  na  lipiec  i  pół  sierpnia.  Oczywiście  data  Wielkanocy 
wpływała  na  długość  zimowego  półrocza.  A  więc  zimowy 
semestr  trwał  od  października  do  czwartej  niedzieli  postu 
(Laetare)  lub  palmowej,  letni  od  końca  kwietnia  do  pa- 
ździernika, z  przerwą  wielkich  wakacyi.  We  fakultecie 
artystów  mieli  magistrzy  po  15  sierpnia  lub  po  św.  Bar- 
tłomieju znowu  lekcye  podejmować  aż  do  29  września  i). 
Były  jednak  obok  tego  przepisy,  które  przez  pewien  czas 
były  przestrzegane,  aby  zimowy  semestr  kończyć  z  po- 
czątkiem postu,  letni  z  14-stym  września*).  W  takim 
razie  potem  następowały  znowu  wakacye  aż  do  rozpo- 
<^zęcia  zimowego  półrocza  z  dniem  19-go  października'). 
Te  wakacye  przeznaczone  były  według  wyrażenia  doku- 
mentów »dla  pokrzepienia  sił  i  przygotowania  lekcyi  na 
następny  semestr  czyli  commutatio«.  Właściwie  poza  tem 


')  Liber  Prom.  p.  LXIV. 

>)  Ibidem  p.  LXVII  i  CLVI. 

')  Archiwum  dla  oświaty  II.  398:  vaoationes,  quae  commu- 
niter  absolvuntur,  videlicet  diebus  canicularibus,  a  ąuattuor  tempo- 
ribus  s.  Crucis  (14  wrzesień)  ad  Festum  s.  Lncae  (18  październik) 
'et  a  Dominioa  Laetare  vel  palmarum  ad  festum  s.  Marci  (25  kwieć.)* 


400  KSIĘGA   IV. 

powinni  byli  magistrowie  wykładać  regularnie  i  sumiennie. 
Ale  przerwy  były  prócz  tego  liczne;  bo  oprócz  świąt  zwy- 
kłych kościelnych,  których  było  dużo,  było  jeszcze  sporo  festi- 
yitates,  w  których  wykłady  lub  dysputacye  wypadały,  które 
święcono  w  całości  lub  połowie.  Rozmaite  wydziały  miały  tu 
różne  statuta  i  obyczaje  ^).  Liczba  więc  dni  do  pracy  prze- 
znaczonych topniała  wskutek  tego  znacznie,  co  chwilę 
dzień  non  legibilis  przerywał  tok  nauki  i  zadań  uniwer- 
syteckich. W  Toulouse  obchodzono  takich  dni,  w  których 
wykłady  zawieszano,  aż  93,  a  do  świąt  przybywały  jeszcze 
wigilie  i  dni  poświętne  czyli  crastina,  czasem  oktawy, 
w  których  także  należało  w  pewnej  mierze  świętować  *). 
Te  przepisy  jednak  dotyczyły  przeważnie  tylko  głównych 
wykładów,  których  przedmiotem  były  księgi  obowiązkowe 
(libri  ordinarii,  formales)  przepisane  dla  scholarów,  ubie- 
gających się  o  stopnie.  Jakby  dla  wynagrodzenia  za  wielkie 
przerwy,  wypełnienia  czasu  scholara  i  dopełnienia  nauki 
wolno  było  tym,  którzy  wykładali  przedmioty  nieobowiąz- 
kowe, mniej  ważne,  odbywać  wykłady  w  dniach  non  legi- 
biles,  nawet  podczas  wakacyi,  tak  że  scholarowi  gorli- 
wemu mimo  licznych  świąt  nie  zbrakło  zajęcia  i  nauki 
Bakałarze  artystów  wykładali  w  poście  i  w  dniach  cani- 
culares  i  wtedy  odbywali  dysputy,  zwyczajne  jednak  dy- 
sputy urządzali  w  niedziele.  Oczywiście  nie  miało  to  prze- 
szkadzać nabożeństwu;  ale  z  resztą  było  tem  usprawie- 
dliwionem,  że,  jak  statut  wiedeński  z  r.  1389  się  wyraża^), 
korzystniejszem  jest,  »aby  nasi  scholarze  i  bakałarze  nawet 
w  dni  świąteczne  odwiedzali  szkoły,  a  nie  karczmy  i  wal- 
czyli językfem,  a  nie  szablą«.  Nadzwyczajne  wykłady,  t  j. 
takie,  które  nie  dotyczyły  ksiąg  obowiązkowych  (ordinarii), 
które    objaśniano    bardziej    dorywczo    czyli   kursorycznie^ 


*)  Dla  fakultetu  artystów   mamy  spis  tych   dni  —  de  festivi- 
tatibus  per  facultatem  celebrandis  —  w  Liber  Prom.  XXI. 

')  K&mmel  w  Schmid,    Geschichte  der  Erziehung  II,  429. 

*)  Kaufmann,  die  Geschichte  d.  deutschen  Universitllten  II,  26Ł 


z   ŻTCIA   8CH0ŁABÓW    I   MAGISTRÓW.  401 

mogły  się  także  odbywać  w  święta  i  podczas  wakacyi. 
Jakie  były  obowiązki  podrzędnych  profesorów,  wykłada- 
jących mniejszej  wagi  przedmioty,  o  tern  możemy  nabrać 
wyobrażenia  z  postanowień  co  do  dekretysty,  który  miał 
objaśniać  czwartą  księgę  dekretałów.  W  konkluzyach 
z  r.  1464  powiedziano,  że  ma  on  nauczać  w  soboty  wi- 
gilijne (sabbatis  yigiliarum),  w  święta  i  w  czasie  kanikuły, 
Kiedy  w  końcu  wieku  fundowano  dla  tego  dekretysty 
koUegiaturę  1),  zobowiązano  go,  aby  wykładał  w  dni  so- 
botnie i  w  innych  dniach,  w  których  nova  iura  bywają 
wykładane,  i  j.  w  uroczyste  dnie  kollegium  prawnego 
i  w  czasie  wakacyi,  które  przypadają  po  świętach  Bożego 
Narodzenia  aż  do  Trzech  Króli,  po  niedzieli  Conductus 
Paschae  czyli  przewodniej  do  dnia  św.  Jerzego  czyli  24-go 
kwietnia,  od  św.  Michała  czyli  29  września  do  św.  Gal- 
lusa czyli  16-go  października.  Kiedy  zaś  ten  nowy  kolle- 
giat  otrzyma  pełne  wyposażenie,  z  którego  w  początku 
tylko  w  cząstce  będzie  korzystał,  natenczas  prócz  w  dniach 
wymienionych  ma  jeszcze  wykładać  w  niedziele  i  dnie 
świąteczne,  z  wyjątkiem  głównych  i  największych  świąt 
ruchomych,  świąt  Matki  Boskiej  i  Jana  Chrzciciela. 

Umyślnie  przytoczyliśmy  te  uchwały,  bo  one  daj% 
ogólne  wyobrażenie  o  obowiązkach  ciążących  na  tych 
drugorzędnych  mistrzach  uniwersytetu,  a  zarazem  rzucają 
światło  na  ciągłość  pracy  w  średniowiecznej  wszechnicy^ 
w  której  liczne  święta  zwalniały  od  pracy  głównych  ma- 
gistrów, lecz  zwalały  ją  równocześnie  na  barki  profesorów,, 
zajmujących  niższe  w  uniwersytecie  stanowiska.  Wreszcie,, 
jeżeli  w  uniwersytecie  zbrakło  scholarowi  zajęcia,  znaj- 
dować on  je  mógł  w  mieszkaniach  profesorów  lub  bur- 
sach ;  w  tych  ostatnich  mianowicie  dosyć  często  odbywały 
się  wykłady,  zwłaszcza  od  czasu,  kiedy  pierwotny  ustrój 
się  rozluźnił  i  powszechnie  dosyć  wyłamywać  się  zaczęto 
z  reguł,  przez  uniwersytet  ustanowionych.  Prócz  tego  za- 


*)  Porów.  Cod.  univ.  III,  180  i  Conclus.  univ.  1*91. 

Hirt.  Uniw.  T.  II. 


402  KSIĘGA   IV. 

pełniały  mu  czas  liczne  repetycye,  a  wreszcie  dysputacye, 
które  nie  ustawały  nawet  w  czasie  wakacyi  i  ćwiczyły 
ciągle  młode  umysły  w  dyalektyce  i  robieniu  bronią  Ary- 
stotelesa. 

Pracę  zagajano  wcześnie.  Według  liber  diligen- 
tiarum  artystów  zaczynały  się  lekcye  w  zimie  o  godzinie 
trzynastej  lub  czternastej  i  trwały  do  dwudziestej  drugiej. 
Jeżeli  zachód  słońca  zimowy,  od  którego  liczono  godziny, 
ustanawiano  na  godzinę  piątą,  to  godzina  trzynasta  przy- 
padłaby na  godzinę  szóstą  rano,  dwudziesta  druga  na 
trzecią  popołudniu.  Trochę  nas  dziwić  może  to  wczesne 
rozpoczynanie  pracy  w  zimie.  Bo  światło  było  drogie, 
a  okna  zwykle  zabite  płótnem  nie  dużo  go  z  zewnątrz 
przepuszczały.  Okna  ze  szkła  były  luxusem  jeszcze  w^  dru- 
giej połowie  szesnastego  wieku.  W  r.  1463  zdobyto  się 
w  Pradze  na  jedno  okno  szklanne  w  lectorium  teologów 
słynnego  koUegium  Karola  ^).  Zapewne  więc  świeczka  po- 
stawiona obok  prelegenta  miała  umożebniać  te  wczesne 
wykłady  i  wystarczać  na  całe  audytoryum*).  W  lecie  za- 
czynały się  wykłady  o  9-tej  a  trwały  do  20-stej.  Jeżeli 
godziny  liczono  od  ósmej  wieczór,  to  lekcye  zaczynano 
o  piątej,  a  trwały  one  do  czwartej  po  południu.  Koło  jede- 
nastej w  zimie  spożywano  prandium'),  wieczerzę  zapewne 
koło  godziny  piątej.  Ranne  godziny  przeznaczone  były  dla 
najgłówniejszych  przedmiotów,  niezbędnych  do  egzaminów, 
t  z.  libri  ordinarii.  W  późniejszych  godzinach,  mianowicie 
popołudniowych  odbywano   przeważnie  lekcye  mniej  wa- 


^)  A.  D.  1463 . . .  comparatum  est  yitriun  per  facultatem  artiam 
ad  fenestram  iinam  in  lectorio  theologorum  collegii  Caroli,  ne  imbres 
et  tempestates  impediant  magistros  in  legendo  et  disputando.  Cf. 
Mon.  univ.  Prag.  I,  2,  81  i  Rashdall,  The  amversities  of  Europę 
U,  2,  666. 

')  Acta  Rect.  933  z  dnia  2  grudnia,  skarży  się  student,  że  go 
ktoś  napadł  summo  mane  et  alias  antę  auroram  ipso  actore  ad 
lecciones  suas  audiendas  in  Collegium  artistarum  transeunte. 

»)  Liber  dilig.  p.  117. 


z    ŻTdA   SCHOLARÓW   I   MAOISTBÓW.  408 

żne  (extraordinariae),  w  których  wykładano  kursorycznie. 
Ale  i  po  prandium  czytano  niekiedy  księgi  obowiązkowe; 
prócz  tego  w  tych  późniejszych  godzinach  urządzali  często 
<5wiczenia  ci  mistrzowie,  którzy  do  dwóch  actus,  t.  j.  do 
lekcyi  i  exercitium  byli  zobowiązani  i). 

Ktokolwiek  czyta  spisy  wykładów  w  Liber  diligen- 
tiarum  fakultetu  artystów,  gubi  się  w  datach  i  tychże 
dat  niejednostajności,  spostrzega  od  razu,  że  terminy  po- 
czątków i  końca  wykładów  chwiały  się  ciągle.  Były  dwa 
półrocza,  letnie  i  zimowe,  o  granicach  dosyć  stałych^ 
ale  w  obrębie  tych  półroczy  już  dlatego  wykłady  zaczy- 
nały się  i  kończyły  bardzo  rozmaicie,  że  różne  przedmioty 
wymagały  według  porządków  ówczesnych  różnego  prze- 
ciągu czasu,  aby  magister  je  mógł  wyłożyć  i  wyczerpać.  Com- 
putus  np.  można  było  wyjaśnić  przez  miesiąc,  drugą  część  Ale- 
xandra  przez  sześć  tygodni,  traktaty  Piotra  Hiszpana  wyma- 
gały wykładu  trzechmiesięcznego;  metafizyka  Arystotelesa 
pochłaniała  całe  półrocze,  tz.  Fizyka  i  Etyka  trzy  kwartały 
w  roku.  Istniały  dlatego  osobne  przepisy,  »jak  długo  każda 
księga  ma  być  objaśnianą ')«.  To  więc  już  było  przyczyną, 
że  jednostajności  w  trwaniu  wykładów  być  nie  mogło.  Wy- 
kłady półrocza  zimowego  zaczynano  z  tego  powodu  rozmai- 
cie; weźmy  dla  przykładu  półrocze  zimowe  z  r.  1508/9.  Nie- 
którzy zaczęli  czytać  normalnie,  a  principio  innovationis, 
tj.  od  dziewiętnastego  października,  inni  za  to  rozpoczęli 
naukę  w  początku  listopada,  inni  koło  połowy  grudnia, 
a  wreszcie  byli  tacy,  którzy  dopiero  w  drugiej  połowie 
stycznia  wystąpili  z  pierwszym  wykładem®).  Kończono 
równie  rozmaicie.  Niektórzy  czytali  aż  do  postu,  inni 
wśród  postu  jeszcze  wykładali;  niektórzy  po  przerwie  wiel 


*)  Liber  Promot.  LXH— LXIII.  W  półroczu  zimowem  1614/15 
czyta  Martinus  Garbarz,  extraneas,  o  godzinie  24  czyli  naszej  piątej.  — 
Acta  Rect.  2337. 

>)  Liber  Prom.  XIII. 

»)  Liber  DUig.  86/86. 

26* 


404  KglĘOA    lY. 

kanocnej  znowu  podejmowali  wykłady,  aby  dociągnąć  do 
właściwego  kresu  półrocza  zimowego  w  końcu  kwietnia-). 
Taka  sama  chwiejność  panowała  w  lecie.  Kończono  w  po- 
czątku lipca;  niektórzy  jednak  po  kanikule  w  połowie 
sierpnia  podejmowali  znów  wykłady,  inni  wstrzymywali 
się  od  tego.  Czasami  po  kanikule  rozpoczynano  nowy^ 
krótki  wykład  •).  Bo  to  było  częstym  objawem,  że  w  je- 
dnem  i  tem  samem  półroczu  wykładano  z  kolei  dwa 
różne  przedmioty.  Do  niestałości,  wypływającej  z  samego 
przedmiotu  wykładów,  przychodziła  wreszcie  niestałość 
i  niedbałośó  magistrów,  która  dowolnie  skracała,  przery- 
wała lekcy e.  Dziekani  piętnowali  te  negligencye;  w  lecie 
r.  1606  dopisał  n.  p.  dziekan  przy  wykładzie  Wincentego 
z  Krakowa  o  Metafizyce:  źle  skończył  przed  14  września, 
w  jednej  godzinie  uporał  się  z  trzema  księgami  —  małe 
finiyit,  una  hora  tres  libros  expedivit'). 

Co  do  wyboru  lekcyi  przez  magistrów  panowały 
rozmaite  przepisy  w  rozmaitych  fakultetachu  Uniwersytet 
musiał  dbać  o  to,  aby  lekcye  główne,  dotyczące  Ł  z.libri 
ordinarii,'  przychodziły  do  skutku.  Na  wyższych  fakultetach 
byli  stali  przeważnie  profesorowie  dla  ściśle  określonych 
przedmiotów.  Inaczej  jednak  było  na  fakultecie  artystów. 
Tutaj  panowała  opinia,  że  każdy  magister  jest  uzdol- 
nionym do  wykładu  każdego  przedmiotu  z  zakresu  nauk 
wyzwolonych,  tu  nie  było  z  ma^mi  wyjątkami  stałych 
katedr  o  ściśle  określonem  zadaniu.  Dlatego  przycho- 
dziło tu  przed  każdem  półroczem  do  podziału  książek^ 
aby  nie  było  braków,  a  z  drugiej  strony  kollizyi  —  ad 
evitandam  invidiam  et  rancorem.  Los  zazwyczaj  o  księ- 
gach rozstrzygał,  które  mistrzom  przypadały  w  udzielę. 
Dwa  razy  rocznie,  w  dzień  św.  Grzegorza  czyli  12  marca 


*)  Por.  n.  p.  półrocze  zimowe  1609/10,  w  Liber  Dilig.  p.  90. 
»)  Ibid.  p.  88,  89,  99,  145. 
»)  Liber  Dilig.  70. 


z    ŻTOIA   BCHOŁABÓW   I    MAGISTRÓW.  405 

i  W  dzień  św.  Idziego,  czyli  1  września  schodzili  się  ma- 
gistrzy artystów  »pro  recipiendis  ordinariis  i)a.  W  dal- 
szym ciągu  rozbierano  tu  między  siebie  godziny  i  lektorya. 
W  Collegium  maius  było  ich  siedem;  oznaczano  je  i  roz- 
różniano następnemi  nazwiskami:  wielkie  lectorium  theo- 
logorum,  szczuplejsze  lektorya  Ptolomei,  Maronis,  Socratis, 
Aristotelis,  Platonis  i  prope  valvam.  —  Lekcye  wyższych 
fakultetów  różniły  się  prócz  tego  tem  od  studyów  artystów, 
że  tam  jeden  i  ten  sam  wykład  trwał  niekiedy  dwa  lub 
trzy  lata,  u  artystów  kończył  się  przeważnie  w  obrębie 
jednego  półrocza,  a  tylko  niektóre  dziewięciomiesięczne 
lekcye  sięgały  od  semestru  do  semestru. 

Wykład  opierał  się  zawsze  na  księdze,  uznanej  za 
kanoniczną.  Nauczyciel  musiał  ją  rozdziałami  czytać  i  obja- 
śniać, błąkać  się  po  lesie  komentarzy,  które  każdego  miejsca 
się  uczepiły,  i  ginąć  w  tym  lesie.  To  było  głównym  nie- 
dostatkiem średniowiecznej  metody.  Zamiast  na  fakta  pa- 
trzeć i  fakta  badać,  przyglądać  się  rzeczywistości  i  przy- 
rodzie, zagłębiano  się  i  zasklepiano  w  księdze  i  literze, 
a  litera  mogła  pozostać  w  takim  razie  martwą  i  księga 
księgą  o  siedmiu  pieczęciach.  Books  were  put  in  the  plaoe 
of  things  —  powiedział  słusznie  o  całej  tej  metodzie  by- 
stry autor  angielski.  Częste  dysputy  nie  ożywiły  martwego 
materyału,  bo  dysputa  była  jakby  tańcem  śmierci  tej  myśli- 
która  ciągle  bujała  po  abstrakcyach  i  obłokach,  a  o  ziemię 
uderzyć  i  z  niej  zaczerpnąć  siły  nie  chciała  na  lot,  któ- 
ryby był  wzlotem  i  postępem.  Nadużywanie  myślenia  — 
superfluitas  meditationis  —  było  znamieniem  i  brzemie- 
niem tej  nauki;  późniejsze  stulecia  popadły  w  inne  prze- 
sady, w  niewstrzemiężliwość  czytania  i  pióra. 


*)  Liber  Prom.  VI  i  CLVI. 


HJ^-c- 


VI. 

Rektor  i  zarząd  uniwersytetu. 


Wybór  rektora.  —  Uprawnienie  czynne  i  bierne.  —  Obowiązki  re- 
ktora. —  Jego    pomocnicy.  —  Bedele.  —  Rada    przyboczna.  —  Ze- 
brania profesorów  i  ich  kompetencya. 


Nad  porządkiem  wykładów  w  ostatnim  rzędzie  miał 
pieczę  sam  rektor  uniwersytetu,  który,  skoro  mu  donie- 
siono o  niedbałości  magistrów,  kary  wymierzał  i  wkra- 
czał w  te  niedostaki.  Był  on  przewodnikiem  i  głową  całej 
szkoły.  » Rektor  uniyersitatis,  mówi  Putanowicz,  kt^ren 
kieruje  styrem  tak  biegu  nauk,  jako  y  wewnętrzney  Po- 
licyi,  rozciąga  swą  władzę  na  wszystkie,  omnium  facul- 
tatum  osoby  y  na  młódź  uczącą  się«.  Dlatego  też  uniwer- 
sytetowi chodzić  musiało  o  to,  aby  w  godne  i  odpowiednie 
ręce  składać  ten  urząd.  Kiedyś  Kazimierz  Wielki  usta- 
nowił, aby  w  jego  uniwersytecie  scholarze  na  modłę  uni- 
wersytetu bolońskiego  wybierali  rektora  z  pośród  siebie. 
To  jednak  znikło  w  zreformowanym  uniwersytecie  Ja- 
giełły. Odtąd  wybierali  rektora  magistrzy  i  to  z  własnego 
grona.  Nie  znamy  dokładnie  sposobu,  według  którego 
wybór  się  odbywał.  W  konkluzyach  z  roku  1615  mamy 
tylko  kilka  ogólnych  przepisów.  Na  sam  akt  mieli  się 
stawić  »wszyscy  doktorowie,  magistrowie  wszystkich  fa- 
kultetów, bakałarze  i  studenci  w  ubiorach  świątecznych..- 


z    ŻYCIA    SCHOLARÓW   I    MAGISTRÓW.  407 

i  tak  długo  czekać,  aż  nowy  rektor  nie  zostanie  wybranym«. 
Najwcześniejszy  statut,  który  wybór  określa,  mamy  z  r. 
1607  z  czasów  rektoratu  Sebastyana  Krupki  i).  Brzmi  on 
jak  następuje:  Doktorzy  i  magistrzy  wszystkich  fakultetów 
naó wczas  obecni  wybierać  mają  z  pośród  siebie  czterech; 
bakałarze  wszystkich  fakultetów  naówczas  obecni  dwóch 
ze  swego  grona.  Ci  mają  wybrać  następnie  siedmiu 
innych  magistrów,  a  tych  siedmiu  w  dalszym  ciągu 
wyznaczy  pięciu  doktorów  lub  magistrów,  którzy  będą 
mieć  prawo  wyboru  rektora.  Procedura  ta  jest  więc  bardzo 
skomplikowana,  podobnie  jak  w  Erfurcie.  W  statucie  Wa- 
leszyńskiego  z  r.  1724  znajdujemy  postępowanie  jeszcze 
bardziej  zawiłe;  tu  bowiem  występują  także  pra wyborcy 
ex  nobilissima  iuventute,  czyli  z  paniczów.  Scholarom  więc 
przyznano  pewien  wpływ  na  wybór,  tak  jak  go  mieli 
w  uniwersytetach  włoskich  i  w  uniwersytecie  Kazimierza 
Wielkiego^).  Co  do  biernego  prawa  wyboru,  to  mógł  on 
paść  niewątpliwie  tylko  na  magistra  należącego  do  uni- 
wersytetu^); w  pierwszych  jednak  latach  uniwersytetu 
o  tyle  dopuszczano  pewne  wyjątki,  że  doszło  wtedy  do 
rektoratu  kilku  ludzi,  którzy  zalecali  się  swem  przewo- 
dniem  stanowiskiem  i  życzliwością  dla  nowej  szkoły,  lecz 
nie  należeli  do  cechu  magistrów  nauczających,  jak  Sza- 
franiec  w  r.  1404,  Aleksander,  książę  mazowiecki  w  roku 
1422.  To  były  jednak  wyjątkowe  objawy;  z  reguły  bowiem 
wybierano  czynnych  magistrów  i  to  rzadko  bardzo  takich, 
którzy  tylko  mieli  magisterium  filozofii,  najczęściej  zaś 
takich,  którzy  prócz  tego  zdobyli  już  stopień  na  którym 
z  wyższych  fakultetów,  przeważnie  doktorów  dekretów, 
bakałarzy  lub  licencyatów  teologii. 


*)  Szujski  w  Archiwum  do  dziejów  literatury  II,  401. 

")  Archiwum  do  dziejów  lit.  II,  370. 

')  Od  początku  było  zapewne  zasadą  to,  co  czytamy  w  sta- 
tutach z  roku  1724  (Archiwum  do  dziejów  liter.  II,  371):  ne  uUus  in 
rectorem  eligatur,  qui  non  sit  actu  laborans. 


408  KSIĘGA   IV. 

»Ordynaryjnie,  powiada  Putanowicz,  zwykł  być 
obierany  Doktor  lub  Professor  ex  facultatibus  superio- 
ribu8«  1).  Praktyką  było  dosyć  często  powtarzaną,  że  czło- 
wieka, który  doszedł  co  dopiero  do  doktoratu  i  mistrzow- 
8twa  w  dekretach  czy  teologii,  wybierano  bezpośrednio 
potem  rektorem.  I  tak  Jan  Elgot  piastuje  rektorat  w  roku 
1427,  zostawszy  krótko  przedtem  doktorem  dekretów, 
Tomasz  Strzempiński  osiągnąwszy  w  roku  1431  doktorat 
kanonistyczny,  w  roku  1432  przewodzi  uniwersytetowi; 
następnie  mistrzem  teologii  zostaje  w  początku  roku  1443, 
a  w  zimowem  półroczu  1443/4  wybierają  go  znów  na  re- 
ktora'). O  stałej  kolejności  (turnus)  między  wydziałami 
mowy  być  jeszcze  nie  mogło,  już  z  tego  względu,  że  me- 
dycyna jako  wydział  prawie  nie  istniała,  stała  najczęściej 
osobą  i  pracą  jednego  człowieka,  którego  od  czasu  do 
czasu  zupełnie  zbrakło.  Konkluzye  z  roku  1515  żądają 
wreszcie,  aby  wybór  padał  na  człowieka  ))qui  continuam 
habet  residentiam«,  który  w  Krakowie  ma  miejsce  sta- 
łego pobytu. 

Wybór  ten  w  pierwszych  dziewiętnastu  latach  po 
rok  1400  odbywał  się  raz  do  roku;  począwszy  jednak  od 
roku  1419  wybierano  dwóch  rektorów,  jednego  na  pół- 
rocze letnie  w  dzień  św.  Jerzego  (24  kwietnia),  drugiego 
zaś  w  dzień  św.  Gallusa,  dnia  16  października.  Ostatni 
ten  wybór  był  donioślejszy  pod  względem  powagi  i  do- 
chodów, uchodził  za  godność  tłustszą  (pinguior),  czyli 
bardziej  przynośną.  A  podwójne  te  w  każdym  roku  wy- 
bory sięgnęły  poza  pierwszy  podział  kraju;  dopiero  bowiem 
od  roku  1778  zaczęto  znów  wybierać  rektorów  na  prze- 
ciąg całego  roku. 

Rektor  miał  bardzo  dużo  obowiązków,  strzedz  miał 
rządu    uniwersytetu,    majątku   i  porządku   w  jego    mu- 


*)  Stan  wewnętrzny  ...  studii  gener.  Crac.  (1774)  §  IIL 
')  Por.  ks.  Fijalek,  Studya  do  dsiejów  uniw.  krak.  str.  16i~16S 
i  Jakób  z  Paradyża  274. 


z    ŻYCIA   SCHOLARÓW   I    MAGISTRÓW.  409 

rach.  Z  biegiem  czasu  ulżono  mu  brzemienia  przez  to,  że 
wybierano  prokuratora  dla  majątku  uniwersytetu  i)  i  nota- 
ryusza,  któryby  bronił  jego  praw*).  »Prokuratora  uni- 
Tersitatis  ...  urząd  jest  o  wszystkich  universitatis  pra- 
wnych interesach  zawiadywać,  czyns:Łe'  windykować  y 
o  nie  in  quovis  foro  iure  agere,  z  odebranych  zaspokajać, 
potrzebne  w  kollegiach  reparacye  obmyślać,  salaria  pro- 
fessorom  i  anniwersarze  czy  to  z  dóbr  czy  z  czynszów 
wypłacać...,  regestra,  percepty  i  expensy  porządnie  trzy- 
mać ^)«.  I  prokuratora  i  syndyka  lub  notaryusza  wybie- 
rano zwykle  z  grona  profesorów. 

Ale  i  tak  pozostało  rektorowi  dużo  pracy.  Bo  uni- 
wersytet średniowieczny  składał  się  z  różnych  korporacyi, 
które  się  dopełniać  i  obok  siebie  istnieć  miały,  a  cieszyły 
się  pewną  autonomią.  Rektor  tedy  bronić  musiał  od  nad- 
użyć tej  autonomii,  zażegnywać  niesnaski  w  korporacyach 
i  między  korporacyami,  a  jurysdykcya,  o  której  poprzednio 
mówiliśmy,  pochłaniała  dużo  czasu  i  przysparzała  masę 
zajęcia.  Sługami  rektora  byli  dwaj  bedele  wybrani  przez 
uniwersytet,  a  zwani  Sapientiae.  Mają  być  oni  ludźmi 
dobrego  stanu  i  nieposzlakowanymi,  mają  także  posiadać 
pewne  wykształcenie  —  bedelli  viri  bonae  condicionis  et 
famae  et  aliąuantum  literati  per  universitatem  eligantur 
duo.  Jeden  z  nich  ma  co  dzień  stawiać  się  na  usługi  re- 
ktora, drugi  obchodzić  wszystkie  lektorya  i  kontrolować 
pilność  profesorów,  a  o  niedbałościach  —  negligentiae  do- 
nosić dziekanom  w  dnie  sobotnie,  potem  zaś  rejestra  od- 
powiednie dziekanów  przedkładać  rektorowi*). 

Do  pomocy  i  rady  służyli  dalej  rektorowi  przede- 
wszystkiem  starsi  wiekiem   lub   odznaczeni  stanowiskiem 


^)  Procurator  generalis  bonorum  universitatis  de  biennio  in 
biennium  debet  eligi.  Acta  Rect.  2d94. 

*)  Notaryusza  chciano  już  ustanowić  w  roku  1494,  podjęto  tę 
mydl  w  roku  1501  (Por.  Conclusiones  pod  temi  datami). 

»)  Putanowicz,  1.  c.  §  IV. 

*)  Archiwum  do  dziejów  literatury  II,  391, 


410  KSEĘGA    IV. 

członkowie  uniwersytetu.  Słyszymy,  że  rektor  sądzi  ze 
swymi  radcami,  cum  suis  consiliariis  i),  których  wybierano 
z  pośród  starszych  profesorów,  że  wydaje  wyroki  de 
dnorum  coauditorum  nostrorum  iurisperitorum  consilio*); 
słyszymy  dalej,  że  zwoływa  czasem  na  sesye  dziekanów 
fakultetu  i  swych  konsyliarzy  *).  W  r.  1422  mówił  biskup 
Jastrzębiec,  że  rektor  z  trzema  dziekanami  teologii,  prawa 
i  artystów  ma  mieć  zarząd  nad  uniwersytetem  —  habeant 
regimen  et  ordinationem  omnimodam  universitatis,  Z  dzie- 
kanów i  konsyliarzy  wytwarzał  się  tak  powoli  senat  uni- 
wersytecki. Takie  consilium  czy  consistorium  powstaje 
także  w  innych  uniwersytetach  jako  rada  przyboczna  re- 
ktora i  wydział,  który  ma  spełniać  niektóre  funkeye  za- 
rządu w  imieniu  i  w  zastępstwie  całej  masy  magistrów; 
w  Lipsku  występują  consiliarii  jako  ławnicy  w  sądach 
i  pomocnicy  rektora  przy  exekucyi  uchwał  uniwersy- 
teckich *). 

Rektor  zwoływa  dalej  zebrania  pojedynczych  fakul- 
tetów, kiedy  chodzi  o  tychże  reformy,  lub  o  sprawy  urlo- 
powe; słyszymy  dalej  niekiedy  o  sesyach,  na  które  otrzy- 
mują wezwanie  magistrzy  wyższych  fakultetów,  a  z  ar- 
tystów tylko  sam  dziekan  ^).  To  są  jednak  rzadkie  objawy; 
głównym  bowiem  organem  zarządu  były  pełne  zebrania 
magistrów  wszystkich  wydziałów.  Rektor  zwoływa  na 
takie  zebrania  magistrów  płatnych,  omnes  doctores,  de- 
canos  facultatum,  promotos  ad  s.  Florianum  et  collegiatos; 
inna  formułka  zapowiada  convocatio  decanorum  omnium 


')  Acta  Rect.  101. 

*)  Ibidem  2066. 

")  Conclus.  univ.  1605,  12  Novembr. 

*)  Kaufmann,  Geschichte  der  deutschen  Univ.  II,  165.  Później 
Consilium  to  było  liczne  (18  członków  i  więcej).  O  jego  składzie  por. 
Archiwum  do  dziejów  lit.  II,  375. 

*)  Por.  Conclus.  univ.  pod  r.  1498. 


z    ŻYCIA   8CH0ŁABÓW    I    MAGISTRÓW.  411 

facultatum,  magistronim,  doctorum  omnium  actu  legentium 
et  laborantium  de  utroąue  collegio ;  albo  wreszcie  słyszymy 
o  zwołaniu  omnes  doctores  et  magistri  dumtaxat  salariati. 
Te  zebrania  odbywają  się  najczęściej  w  koUegium  króla 
Władysława;  rzadziej  w  kollegium  prawniczem,  in  stuba 
communi  domus  Canonistarum.  Jak  sobie  w  Krakowie 
radzono,  aby  przewaga  artystów  nie  zaciężyła  zbytecznie 
nad  przedstawicielami  mniej  licznych  fakultetów  nie 
wiemy  1);  w  innych  uniwersytetach  rozmaitymi  środkami 
przewagę  tę  ograniczyć  usiłowano.  Kompetencya  tych 
konwokacyi  generalnych  była  bardzo  szeroka  i  różnolita. 
Pod  przewodnictwem  rektora  zbierali  się  profesorowie 
wszystkich  wydziałów,  aby  radzić  o  ogólnym  stanie  uni- 
wersytetu, załatwiać  sprawy  pojedynczych  fakultetów 
i  osobistości.  Kwestye  majątkowe  uniwersytetu  bywały  tu 
omawiane,  braki  wydziałów  i  ich  reformy  wchodziły  tu 
pod  obrady.  Na  niektóre  stanowiska  w  uniwersytecie  wy- 
bierało ludzi  ogólne  to  zebranie.  Słyszymy,  że  z  wyboru 
wszystkich  profesorów  wychodził  lector  ordinarius  in  me- 
dicinis,  iuris  canonici  i  lector  ordinarius  in  theologia^); 
ponieważ  medycyna  czasem  i  to  najczęściej  nie  miała  od- 
powiedniej reprezentacyi,  sprawy  jej  bywają  na  ogólnem 
zebraniu  rozbierane.  Ingerencya  jego  w  doborze  i  wy- 
borze nauczycieli  w  prawniczym  fakultecie  co  chwilę  się 
zaznacza.  Ogólne  zebranie  przedstawia  kandydatów  na 
kanonię  zamkową,  na  probostwo  w  Luborzycy,  prebendę 
Św.  Magdaleny.  Skład  kollegium  prawników  zależał  więc 
od  jego  postanowień ;  nawet  rozkład  mieszkań  w  tem 
kollegium  przychodził  często  pod  te  obrady.  Niektóre  dalej 
prebendy,  inkorporowane  do  uniwersytetu,  jak  probostwo 


*)  Por.  Kaufmann,  Geschichte  der  deutschen  Univ.  II,  162. 

*)  Conclos.  univ.  1476  i  1480.  —  Pod  ostatnią  datą  w  celu  wy- 
born  ordinarius  in  theologia  jest  jednak  nieco  ciaśniejsze  zebranie: 
coDYOcatio  drum  theologicae,  canonicae  et  medicinae  facultatum  ac 
decanorum  earundem...  O  artystach  niema  tu  mowy. 


412  KSIĘGA   IV. 

iw.  Mikołaja,  nadają  sesye  całego  uniwersytetu.  Urlopy 
wreszcie  czyli  licentiae  profesorów,  jeżeli  miały  trwać  czas 
dłuższy,  zależały  także  od  ich  uchwały.  Widzimy  więc, 
że  zakres  władzy  tych  konwokacyi  był  obszernym,  że 
wkraczała  ona  wielokrotnie  w  autonomię  i  dziedziny  po- 
jedynczych fakultetów. 


vn. 
Fakultety  1  kolles:la. 


Statata    uniwersytetu.  —  Stosunki   we  wydziale    teologicznym.  — 
Artyści:    maiores,    minores,   eztranei.   —  Dziekan   artystów  i  jego 

obowiązki. 
Kollegium  króla  Władysława  i  jego  mieszkańcy.  —  Powoływania 
do  tego  kollegium.  —  Ustrój  domu  i  jego  prepozyt.  —  Obowiązki 
prepoz3rta  i  majątek  kollegialny.  —  Stół  wspólny.  —  Scholarze  w  kolle- 
gium. —  Beneficya  i  ich  osiąganie.  —  Zasobność  kollegium  większego. 
Collegium  minus  i  jego  organizacya.  —  Collegium  prawników  i  Colle- 
gium medicinae.  —  W  tych  dwóch  kollegiach  ustrój  dużo  luźniejszy. 


Życie  wewnętrzne  fakultetów  nie  jest  nam  dosyó  zna- 
nem  z  powodu  tego,  że  statuta  ich  w  wielkiej  części  za- 
ginęły. Mamy  pewną  ilość  statutów  artystów  z  rozmaitych 
czasów,  statuta  teologów  z  r.  1521;  zachowały  się  także 
pierwotne  medyczne  z  r.  1433,  prawnicze  jednak  doszły 
nas  dopiero  w  redakcyi  osiemnastego  wieku.  Cała  ta  spu- 
ścizna jest  fragmentaryczną,  niema  w  niej  ciągu,  w  skutek 
czego  nie  możemy  poznać  dokładnie  rozwoju  pojedynczych 
wydziałów^);  w  pomoc  nam  jednak  przychodzą  konkluzye 
uniwersytetu  i  statuta  koUegiów,  j  ak  kollegium  większego 


^)  O  statutach  uniwersytetu   por.   ogólne    uwagi    Szujskiego  • 
w  Archiwum  do  dziejów  literatury  II,  363. 


414  KSIĘGA   IV. 

i  mniejszego,  bo  przecie  życie  tych  kollegiów  ściśle  z  ży- 
ciem wydziałów  było  związanem. 

Wydział  teologów  mieścił  się  w  kollegium  więk- 
szem  na  ulicy  św.  Anny.  Mówiliśmy  już  kilkakrotnie  o  jego 
składzie.  Statut  Dobrocieskiego  z  roku  1603/4  wymienia 
dziesięciu  profesorów  tego  fakultetu,  t  j.  kanonika  kate- 
dralnego, ośmiu  promoti  do  kapituły  św.  Floryana  i  t  z. 
ordinarius.  Starsi  profesorowie,  którzy  już  osiągnęli  do- 
ktorat, wykładali  mało^);  obowiązki  nauczycielskie  ciężyły 
głównie  na  bakałarzach  i  licencyatach.  Oni  to  spełniali 
główne  zadania  tego  wydziału,  mieli  jednak  prócz  tego 
pewne  zobowiązania  wobec  wydziału  artystów,  z  któ- 
rego wyszli.  Zobowiązanymi  byli  mianowicie  do  lekcyi 
i  dysput  filozoficznych;  jeżeli  uniwersytet  ich  uwalnis^  od 
lekcyi,  to  stał  o  to,  aby  przynajmniej  uczęszczali  na  actus 
sabbativi,  tj.  na  dysputy  sobotnie  magistrów.  Ale  ci  młodzi 
teologowie  wyzwalali  się  najczęściej  i  z  tego  obowiązku, 
oddając  się  zupełnie  teologii  —  in  theologia  dumtaxat 
legentes*).  Sarkano  na  to  ciągle,  lecz  tolerowano  w^yjątki, 
koło  roku  1561 ')  zwolniono  teologów  nawet  od  actus  sab- 
bativi,  a  w  roku  1603  pozostawił  już  uniwersytet  stano- 
wczo kanoników  kollegiaty  św.  Floryana  dla  teologii  — 
relinąuendo  promotos  ad  S.  Florianum  pro  laboribus  in 
facultate  theol.  Wykładów  w  wydziale  teologicznym  było 
mniej,  jak  u  artystów,  bo  liczba  nauczycieli  i  uczniów  była 


*)  Por.  o  tern  Kaufmann,  Geschichte  der  deutschen  Universi- 
t&ten  II,  334. 

•)  Conclus.  univ.  1623. 

')  Acta  Rect.  a.  1561 :  conclusum  est  peramplius  magistros,  bao- 
calarios  s.  Theologiae,  laborantes  in  legendo  cursu  et  sententiis,  li- 
beros  esse  ab  ingressu  disputationum  artisticarum  diebus  sabbativis^ 
Non  enim  conveniens  est,  ut  apposita  manu  ad  aratrum  sacrae  scri- 
pturae  retrocedat  quis  ad  profanas  professiones...  Nec  urget  aliqaa 
necessitas,  cum  sufficiant  hi  qui  ad  haeo  tenentur  ex  officiis  suae 
professionis.  —  Napomniano  tu  jednak  teologów,  ut  disputationes 
theologicae  freąuentius  fierent. 


z    ŻYCIA   SCHOLARÓW   I   MAGISTRÓW.  415 

mniejszą.  Ciemnym  jest  problem,  gdzie  się  one  odbywały. 
W  Collegium  maius  jest  jedno,  osobne,  większe  lectorium, 
zwane  lectorium  theologorum.  Przypuścić  więc  się  godzi, 
że  ono  dla  nich  w  pierwszym  rzędzie  było  przeznaczonem. 
Tymczasem  w  naszym  Liber  diligentiarum  od  pierwszego 
roku  jego  redakcyi,  t.  j.  od  roku  1487  zajęte  jest  to  lekto- 
ryum  w  lecie  i  zimie  przez  wykłady  artystów.  Czyż  więc 
teologowie  wykładali  w  swoich  mieszkaniach,  czy  też 
w  jakiej  szkole  parafialnej?  Są  to  pytania,  na  które  dzi- 
wnym sposobem  nie  znaleźliśmy  w  aktach  uniwersytetu 
odpowiedzi.  Do  Liber  diligentiarum  artystów  zabłąkał  się 
w  zimie  roku  1488  wykład  Jana  ze  Staniszewic  o  libri 
Sententiarum.  Zresztą  o  teologii  w  nim  głucho  i  to  jest 
zupełnie  naturalnem.  Statuta  fakultetu  z  roku  1521  ^)  obja- 
śniają nas  przeważnie  tylko  o  sposobie  osiągania  stopni 
w  teologii.  Statut  Dobrocieskiego  z  roku  1603/4  2)  poucza 
nas,  że  według  adawnych  zwyczajów«  w  trzech  godzinach 
przedpołudniowych  czytał  naprzód  ordinarius,  potem  do- 
ktorzy, »którzy  zwykli  czytać  kolejno<(;  tych  doktorów 
'Wśród  teologów  było  stale  dosyć  mało.  W  początkach  sie- 
demnastego wieku  ponawiała  się  nawet  ciągle  obawa,  aby 
ich  zupełnie  nie  zbrakło,  »ne  uniyersitas  sine  tbeologiae 
doctoribus  remaneata,  coby  utrudniło  lub  uniemożebniło 
niektóre  funkcye  wydziału*),  jak  promocye  i  prezydyum 
przy  dysputach.  Mieli  oni  czytać  z  kolei,  pierwszy  dnia 
jednego,  drugi  w  dniu  następnym,  potem  trzeci  i  t  d., 
poczemby  znowu  kolej  przyszła  na  pierwszego,  »quatenus 
qualibet  die  una  lectio  magistrorum  tbeologiae  pro  honore 
universitatis  et  studii  utilitate  habeatur*)a.  Wreszcie  mają 
czytać  w  rannych  godzinach  sententiarii  na  przemian  (al- 
ternatim).    Tymczasem    w    czterech     godzinach    popołu- 


*)  Archiwum  do  dziejów  lit.  I,  73. 

•)  Ibidem  II,  396. 

•)  Synopsis  Statut.  univ.  Nr.  16  p.  26,  (Archiw.  uniw.). 

*)  Arch.  univ.  Nr.  266  p.  264. 


416  KSi^A  ly. 

dniowych  wykładaliby  bakałarze  wydziału.  Pilnował  po- 
rządku tych  lekcyi  dziekan,  który  u  teologów,  jak  wogóle 
we  wyższych  fakultetach  na  rok  był  obieranym  ^);  wszelkie 
godziny  opuszczone  bez  usprawiedliwienia  odliczano  po 
tern  za  karę  przy  rozdziale  kwartalnym  czyli  dismembratio 
żołdu ;  taryfa  oznaczała  najwyższe  kary  na  teologów,  naj- 
niższe dla  artystów.  Wyrażano  tak  w  pieniądzach  cenę, 
którą  do  każdej  prelekcyi  przywiązywano.  Wydział 
w  swoich  powołaniach,  awansach  rządził  się  autonomicznie; 
ordinarius'a  jednak  teologii  wybierali  wszyscy  profesorowie 
płatni  na  sesyi  całego  uniwersytetu.  Dopiero  wr  drugiej 
połowie  szesnastego  wieku  odstąpiono  ten  wybór  na  rzecz 
kollegium  większego. 

Ponieważ  fakultet  artystów  wieloma  węzłami 
z  teologami  jest  związany,  przeto  zaraz  do  niego  przecho- 
dzimy. Przypominam,  że  do  tego  wydziału  należeli  pra- 
cownicy stali  —  continue  in  artibus  laborantes  —  i  tacy, 
którzy  już  połową  pracy  i  myśli  byli  we  wyższych  wydzia- 
łach, mianowicie  teologicznym,  i  raczej  z  nazwiska,  jak  z  rze- 
czy należeli  do  fakultetu  artystów.  Fakultet  ten  najliczniej- 
szy —  amplissima  facultas  —  zajmował  dwa  domy  czyli 
kollegia;  jedno  dzielił  z  teologami,  w  drugiem  mniejszem 
przemieszkiwał  niepodzielnie.  Członkowie  jego  dzielili  się 
na  trzy  kategorye;  pierwszą  stanowili  koUegiaci  "c^ięksi, 
do  których  należało  przedewszystkiem  sześciu  mistrzów 
królewskich ;  w  spisach  wykładów  uniwersytetu  Jagielloń- 
skiego występują  ci  collegiati  maiores  najczęściej  w  liczbie 
dziewięciu  lub  dziesięciu,  rzadziej  dosięgają  liczby  jede- 
nastu, a  jeszcze  rzadziej  dwunastu.  Poza  królewskimi 
mistrzami  był  między  nimi  koUegiat  ufundowany  przez 
Szafraóca  na  wsi  Trątnowicach,  prócz  tego  niektórzy  ka- 
nonicy Św.  Floryana.  Z  biegiem  czasu  wszedł  także  do 
składu  większych  kollegiatów  kollegiat  Króla,  przez  Mie- 


*)  Archiwum  do  dziejów  liter.  II,  381. 


z    ŻYCIA   SCHOLARÓW   I   MAGISTRÓW.  417 

chówitę  lepiej  uposażony.  KoUegium  mniejsze  liczyła 
w  początku  samym  szesnastego  wieku  dwunastu  członków. 

Poza  tem  stali  magistri  extranei,  to  jest  tacy^ 
którzy  świeżo  złożyli  egzamin  na  magistra,  lub  z  ob- 
czyzny przybywszy  postarali  się  o  uznanie  swych  tytu- 
łów i  uczepili  się  uniwersytetu.  Pozostawali  oni  z  po- 
czątku poza  fakultetem,  byli  extranei  extra  facultatem. 
Ab